Tydzień kontrastów. 23-29 października

Tydzień kontrastów. 23-29 października

Tydzień kontrastów - tak go najprościej mogę nazwać. Po długim i ciężkim poniedziałku spodziewałam się równie trudnej i męczącej reszty tygodnia, tymczasem... okazała się wyjątkowo spokojna.

relaks przy kawie

W poniedziałek wylądowałam w warszawskim Mordorze, w newsroomie pewnej znanej redakcji ;-) Mój dzień zaczął się o 5:40 rano, a skończył tuż przed 22, kiedy wróciłam. Byłam bardzo zmęczona i zła, bo przeciągnęła się niestety nie część, która mnie najbardziej w tym interesowała, czyli wizyta w redakcji, a ... powrót. Miałam być w domu ok. 17. Zwlekanie z wyjazdem skończyło się tym, że doświadczyliśmy bardzo dobitnie, co oznaczają korki w Mordorze. Nie mogłabym mieszkać w Warszawie. Tak się nie da żyć, kiedy przejechanie kilkunastu kilometrów zajmuje ponad godzinę.




Poniedziałek wymęczył mnie tak bardzo, że aż się rozchorowałam. Wylądowałam u lekarza i dostałam komplet leków, w tym - w celu uspokojenia podrażnionych ostatnią infekcją oskrzeli - antyalergiczny Zyrtec. Lek, którego przepisywanie powinno być karalne. Zalecanie zażywania dwóch tabletek dziennie (podczas gdy w ulotce jak byk stoi, że 1 dziennie) - tym bardziej.

Zrobiłam tak raz, we wtorek. Padłam o 18, potem na trochę się wybudziłam i po 20 zasnęłam znowu. Nie przeszkadzało mi włączone światło, grający telewizor i hałasy u sąsiadów. Z przerwami (których nie pamiętam) spałam do 2 w nocy. Wtedy wyłączyłam światło i dalej spałam - do jakiejś 9 rano. Łącznie ponad 13 godzin snu, co mi się naprawdę nie zdarza.

Wstałam w stanie gorszym niż na najgorszym kacu. Nie byłam w stanie zrobić nic, oprócz śniadania i tępego wpatrywania się w telewizor. Dopiero koło 14 lekarstwo ze mnie zeszło i nabrałam energii. I obiecałam sobie, że nigdy więcej. I że zawsze, ale to zawsze najpierw czytam ulotkę leku, a potem porównuję z zaleceniami lekarza. W przypadku niezgodności stosuję się do ulotki.

Reszta tygodnia minęła całkiem spokojnie. Starałam się dobrze wykorzystać ten czas.

Dokończyłam czytanie długo odkładanej książki i zabrałam się za kolejne.

Obejrzałam najgłośniejszy ostatnio odcinek Kuchennych Rewolucji i mocno się zniesmaczyłam.

Wzięłam także udział w webinarze Pani Swojego Czasu, choć trochę na raty i część oglądałam jeszcze w czwartek i piątek.

Nadgoniłam także nieco pisanie postów, choć nie do końca tak bardzo, jakbym chciała. Chyba jednak dolega mi perfekcjonizm, choć zawsze mi się wydawało, że jestem od tego daleka :-)

Dowiedziałam się, że jest możliwe jednoczesne połączenie studiów dziennych, zaocznych i pracy na etat. W tej chwili to dla mnie niewyobrażalne i ciary mnie przechodzą, gdy czytam coś takiego, ale z drugiej strony - podziw.

Tymczasem ten manager Google'a zawsze wychodzi z biura o 17:30. Można? Można i warto się wzorować. Zaciekawił mnie także jego profil na Instagramie podlinkowany w artykule i zaczęłam obserwować dla ciekawych zdjęć z biur Google na całym świecie.

Dla odmiany, przestałam obserwować pewną aspirującą blogerkę, która od ponad miesiąca spamuje zdjęciami z Sycylii. Po prostu zobaczyłam kolejne jej zdjęcie w tej samej sukience na tym samym tle i wymiękłam.

Bardzo spodobała mi się też ta metamorfoza wnętrza. Wyjątkowo udana - wyobrażacie sobie, że tak prosty element wyposażenia potrafi tak bardzo odmienić pokój?

W tym tygodniu na blogu:

Tydzień, który ledwo zauważyłam


Drugi sezon Watahy. Recenzja odcinek po odcinku


Jak planuję miesiąc w Bullet Journal?


Po raz pierwszy zorganizowałam linkowe party i zamierzam już wkrótce zrobić kolejne. Możecie się go spodziewać zawsze w pierwszy poniedziałek miesiąca. Następne już za tydzień.

Odkurzamy:

Nie będę aniołem, bo mam alergię na pierze


A co u Was ciekawego?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Jak planuję miesiąc w Bullet Journal?

Jak planuję miesiąc w Bullet Journal?

Bullet Journal to od wielu miesięcy temat na topie. To właśnie dzięki blogom odkryłam tego typu planer i korzystam z niego od 4 miesięcy. Dziś podzielę się z Wami, jak planuję miesiąc w swoim BuJo. Zobaczcie, jak wygląda mój notes. Zaczynamy!

Bullet Journal

Bullet Journal z założenia jest planerem, który łatwo dostosujecie do swoich potrzeb, dzięki temu, że rozrysowujecie wszystko i wpisujecie samodzielnie. Brak ustalonych ram pobudza kreatywność, dlatego wiele tego typu planerów to niemal art journale, pełne kolorowych rysunków i pięknych czcionek.




Mój BuJo jest raczej minimalistyczny. Lubię rysować, ale zwyczajnie nie mam na to tyle czasu. Skupiam się więc na tym, by wszystkie układy były proste i szybkie do wykonania. Samo rozrysowywanie tabelek i kaligrafowanie nagłówków jest wyjątkowo relaksującym zajęciem, ale nie chcę też poświęcać trzech dni na rozpisanie jednego miesiąca :-)

Początek miesiąca w Bullet Journal

Na początku rysuję kartę tytułową. Jest bardzo prosta i jej stworzenie zajmuje mi maksymalnie 10 minut. Korzystam przy tym z jednego z szablonów do Bullet Journal od Polenki. Ta karta nie jest punktem obowiązkowym i nawet zdarzyło mi się o niej w październiku zapomnieć. Jakoś milej jednak się patrzy na planer, kiedy miesiące są dokładnie wyróżnione :-)

karta miesiąca w Bullet Journal

Kalendarz miesięczny

Dalej mamy miesięczną rozpiskę. Używam jej od września. Wcześniej uważałam, że wystarczą mi jedynie tygodniówki, ale potem postanowiłam wypróbować układ Agnieszki. Okazało się, że możliwość zaplanowania czegoś z wyprzedzeniem bardzo się przydaje. Tutaj wpisuję wszelkie wydarzenia i sprawy, o których wiem wcześniej. Zaznaczyłam sobie także dni na publikację wpisów (choć tego nie trzymam się tak bardzo surowo, bo czasem publikuję jeszcze w środy).

W miarę możliwości staram się także zostawić sobie miejsce na notatki, gdzie wpisuję wszystko to, czym mam się zająć w danym miesiącu, ale bez wyznaczonej daty. Jest także miejsce na kalendarz skrócony, który pozwala szybko podejrzeć dni w poszczególnych tygodniach.

rozpiska miesiąca w Bullet Journal

monthly log w Bullet Journal

Kalendarz tygodniowy

A tak wyglądają moje tygodniówki. Gdyby miesiąc zaczynał się od poniedziałku, nie miałabym już miejsca na nagłówek, ale jeśli zostaje pusta przestrzeń, staram się ją zapełnić czymś ładnym i prostym. Układ tygodnia również zaczerpnęłam od Agnieszki, choć odrobinę uprościłam jego rozrysowywanie. Sprawdza się równie dobrze, co kalendarz miesięczny :-)

W poszczególnych tabelkach na bieżąco rysuję kwadratowe punktory i wpisuję zadania do wykonania na dany dzień. Zazwyczaj jest to praca/urlop, trening, jakieś zakupy do zrobienia, wydarzenia, spotkania, domowe obowiązki lub tworzenie postów. Najczęściej w sobotę lub w niedzielę planuję kolejny tydzień i rozdzielam zadania. 

Ważna sprawa: nie zapisuję tu aktywności stricte związanych z pracą. W tym celu mam niewielki prosty notes, w którym spisuję listę zadań w danym dniu w pracy. Bullet Journal służy mi przede wszystkim do planowania czasu wolnego, w którym muszę zmieścić zarówno pracę nad blogiem, jak i różne domowe zajęcia.

tygodniówka w Bullet Journal

Tu już mamy pełny układ tygodnia, od poniedziałku do niedzieli. Podoba mi się to, że dni, które praktycznie zaliczam już do weekendu (piątek, sobota, niedziela), są na drugiej kartce. W jakiś sposób to je wyróżnia, szczególnie że stanowią dla mnie odrębną i tę bardziej wyczekiwaną część tygodnia. Miejsce na notatki też się przydaje. Zazwyczaj zapisuję tam wstępny plan na tydzień, sprawy, którymi muszę się zająć oraz robię taki mini habit tracker, w którym uzupełniam codzienne nawyki.

weekly log w Bullet Journal

Cele na miesiąc

Ta karta powinna się pojawić raczej na początku miesiąca, ale zaburzałaby mi wtedy układ tygodniowy, więc zazwyczaj ląduje na końcu. Tutaj wpisuję ogólny plan - co chcę przeczytać, obejrzeć lub posłuchać, gdzie zamierzam się wybrać i nad jakimi nawykami będę pracować. Układ zaczerpnęłam od Wodoodpornej - gotową kartę Planujemy nieznane możecie pobrać z dysku Google.

plan i cele na miesiąc w Bullet Journal

Śledzenie nawyków

Czas na najmodniejszą część Bullet Journal, z której korzysta chyba każdy - habit tracker. Raczej unikam używania angielskich nazw, jeśli mogę je zastąpić polskimi, dlatego u mnie są to Dobre nawyki.  Wyjątkiem w moim BuJo jest Hello November na początku miesiąca, ale to chyba zrozumiałe, skoro Witaj listopadzie brzmi jak Witaj szkoło... ;-)

Ta lista co miesiąc wygląda inaczej. Stałym punktem programu jest tylko ćwiczenie wdzięczności, trening i wypijanie 3 litrów wody dziennie. Pozostałe punkty zmieniam w miarę potrzeb. Są miesiące, kiedy pisanie codziennie i czytanie przychodzi mi z taką łatwością, że nie muszę nad tym pracować.

Habit tracker uzupełniam zazwyczaj raz w tygodniu, na podstawie tygodniowych mini habit trackerów i własnej pamięci. Chyba nieco zawodnej, bo nie brakuje tu pustych przestrzeni ;-) Na początku miałam bardzo dużo nawyków do wyrobienia, ale z czasem zdałam sobie sprawę, że nie ma sensu się ciągle zastanawiać, czy aby na pewno to wszystko zrobiłam.

habit tracker w Bullet Journal


Ćwiczenie wdzięczności

Czas na ostatnią kartę miesiąca. Tutaj zapisuję wszystkie rzeczy, za które jestem wdzięczna w danym miesiącu. Nie wypełniam jej codziennie, raczej co kilka dni, ale zazwyczaj hurtowo, wpisując po 3-5 punktów. To bardzo pomaga w cieszeniu się życiem i poprawia humor.

Czasem wpisuję też swego rodzaju afirmacje, czyli że jestem wdzięczna np. za to, że wygrałam konkurs, choć jeszcze nie ogłoszono wyników. To również się sprawdza - nastawienie się na zwycięstwo i potraktowanie go jako faktu dokonanego sprawia, że faktycznie potem wygrywam. To w sumie coś, o czym pisał Murphy w Potędze podświadomości.

Mój układ jest zainspirowany kartą Dziękuję za, którą podpatrzyłam u Kasi z worQshop.

gratitude log w Bullet Journal

Kolekcje: filmy i książki

W moim Bullet Journal pojawiają się jeszcze dwie stałe kolekcje, których już nie sfotografowałam: filmy obejrzane w danym miesiącu oraz przeczytane książki. To właśnie tu zapisuję swoje wrażenia, którymi potem dzielę się z Wami w ramach filmowych i książkowych inspiracji. Tę część wypełniam w ciągu kilku dni od obejrzenia danego filmu lub skończenia książki. Karty są wyjątkowo proste - na górze nagłówek "Filmy/książki w listopadzie", a poniżej tytuły poszczególnych filmów/książek i ich krótkie recenzje.

Poza tym oczywiście korzystam z innych kolekcji i zapisuję różne ważne (lub mniej) listy, ale o nich może napiszę osobny post.

Jak Wam się podoba mój Bullet Journal? Korzystacie z tego sposobu planowania, czy wolicie inne metody?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Drugi sezon Watahy. Recenzja odcinek po odcinku

Drugi sezon Watahy. Recenzja odcinek po odcinku

Pierwszy sezon Watahy mnie zadziwił. Polski serial i to dobry? Nie budzący obrzydzenia? Nienudny i niegłupi? To się zdarza wciąż zbyt rzadko. Pozytywne wrażenia po pierwszej serii skłoniły mnie do obejrzenia drugiej, która wystartowała 15 października. Postanowiłam zatem tak, jak w przypadku The Defenders, recenzować Wam na bieżąco kolejne odcinki. Jak mi się podoba drugi sezon Watahy? Zostańcie ze mną :-)

drugi sezon serialu Wataha


Sezon 2

Odcinek 1

55 minut smutku i ciężkiej atmosfery, w której siekierę można zawiesić. Typowe dla tego serialu. W jednym z retortów (pieców do wypalania węgla) znaleziono ponad 20 ciał uchodźców. Najprawdopodobniej zostali zaczadzeni. Sprawa ściąga w Bieszczady naszą upierdliwą prokurator Igę.

Wiktor Rebrow od 3 lat jest zbiegiem. Ukrywa się w jakiejś chatce w lesie, zarośnięty jak - nomen omen - dziad borowy. W międzyczasie pojawiają się u niego niespodziewani goście z Ukrainy - matka z synem. Choroba dziecka jest jedynym powodem, który sprawia, że Rebrow niechętnie pozwala im zostać u siebie. Nawet rusza go sumienie i załatwia przez przyjaciółkę leki dla dziecka. Umawia się z nią, ale Siwa nie dociera na spotkanie.





Odcinek 2

Poszukiwany Rebrow sam wyrusza na poszukiwania Marty. Ma niedobre przeczucia. Poszukiwania pozwalają mu przez przypadek znaleźć wspólny język ze ścigającą go prokurator. Ostatecznie razem będą próbowali znaleźć powiązania między zniknięciem Siwej, a innymi dziwnymi sprawami. Zaczyna się festiwal kłamstw w wykonaniu Igi Dobosz. Nie może powiedzieć, skąd ma te wszystkie informacje...

Fabuła wciąga, ale mam też zastrzeżenia. Ten odcinek był takim typowym dla seriali HBO popisem nagości bez uzasadnienia i kiepskich scen miłosnych, które wyglądały bardziej jak sekcja zwłok. Były wyjątkowo nieapetyczne. Nie w tę stronę to miało pójść. Polacy nie umieją kręcić takich rzeczy i mam nadzieję, że dalszej części sobie odpuszczą. Trochę zwątpiłam, ale i tak będę oglądać dalej.

Odcinek 3


Brutalny i ciężki. Oglądanie go przed snem nie było najlepszym pomysłem. Są trupy, jest też ofiara pobicia. Tropy coraz wyraźniej zaczynają prowadzić do strażników granicznych. Wyraźnie w jednostce jest ktoś, kto współpracuje z przestępcami. Ci przygotowują kolejny przerzut uchodźców i przy okazji próbują przemycić narkotyki. Wieść o tym dociera do jednostki, która organizuje obławę. W jej trakcie dochodzi do strzelaniny. Odcinek kończy się kolejnym trupem i strzałem - tak, dokładnie w tej kolejności. O dziwo, po raz pierwszy w tym sezonie miałam pozytywne wrażenia.


Odcinek 4


No i wszystko jasne - Rebrow jakoś się ogarnął po postrzale, z drobną pomocą Alsu. Z wdzięczności... wyprasza ją z domu (niby subtelnie wspominając, że teraz jest dobry moment na przejście, bo straż graniczna będzie gdzie indziej). Kobieta się obraża, ale w końcu korzysta z okazji. Przy tym odcinku zauważyłam, że postać pani prokurator została jakoś tak "uczłowieczona" i nawet niechcący jej kibicuję. A jest czemu, bo mimo zawirowań w życiu prywatnym, w śledztwie wciąż daje z siebie wszystko i organizuje całkiem dużą akcję. Na końcu Rebrow znajduje się nagle tam, gdzie nigdy nie planował się znaleźć...


Odcinek 5


Właśnie uświadomiłam sobie, że to już końcówka. Jak na przedostatni odcinek przystało, dużo się wydarzyło. Znalazła się Siwa - w taki sposób, jak się spodziewaliśmy, choć nie do końca. Pani prokurator została uczłowieczona jeszcze bardziej. Wiśniak złapany. Koledzy spod celi okazali mu taki szacun, że aż się chłopak z wrażenia przyznał do zabójstwa w retortach. Alsu z synem trafiła do ośrodka dla uchodźców. Pod ochroną policji. Ta jak zawsze okazała się niewystarczająca. Teoretycznie sprawa jest już rozwiązana - a jednak wcale nie. Wciąż nie wiemy wszystkiego, co byśmy chcieli wiedzieć.

Pierwsze dwa odcinki drugiego sezonu Watahy są dostępne na platformie HBO GO za darmo. Dzięki temu zobaczycie, czy serial dalej można uważać za dobry.

Wpis będzie aktualizowany o recenzje kolejnych odcinków.

Oglądacie Watahę? Jak Wam się podoba drugi sezon?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Wyborcza.pl
Tydzień, który ledwo zauważyłam. 16-22 października  [LINK PARTY]

Tydzień, który ledwo zauważyłam. 16-22 października [LINK PARTY]

Ten tydzień minął mi błyskawicznie. I o ile w poprzednim łatwo było mi zidentyfikować przyczynę braku energii, w tym się zastanawiam. Zwłaszcza że na początku mi jej nie brakowało. Zaczęła upływać wraz z upływem czasu...

przegląd tygodnia blog lifestylowy

Przypuszczam, że winne temu są kiepsko przespane noce, ale cóż...  Czasami nie da się nawet mimo starań. Czekam na zmianę czasu jak na wybawienie, bo ewidentnie się przestawiłam i bardziej mi po drodze będzie z czasem zimowym. Po drugie, jestem z tych ludzi, którzy stresują się, gdy ich bliscy często wyjeżdżają służbowo. Tak naprawdę jestem wtedy ciągle podenerwowana i źle mi się śpi. Wyluzowuję dopiero w weekend, gdy mamy wolne. Dopiero wtedy jestem tak całkowicie spokojna.




Pewnie po części to też wina porannych ciemności, ale z tym trzeba się na razie pogodzić.


Przegląd tygodnia


Ten tydzień był jednocześnie zwyczajny i niezwyczajny. Wszystko planowo i na czas, ale jakimś sposobem, mimo tego zmęczenia, kilka razy znalazłam się w biurze już przed 7 rano. Jak na mnie to bardzo nietypowe. Szczególnie że kiedyś miałam problem ze wstaniem o 7, a co dopiero pojawieniem się o tej godzinie w pracy. Cóż, życie się zmienia, priorytety też, a moim ostatnio jest wychodzenie z pracy jak najwcześniej. Gdy pojawiam się o 8 i wychodzę o 16, mam poczucie zmarnowanego czasu. Cały mój dzień łapie godzinne opóźnienie i z niczym nie mogę wtedy zdążyć.

Zaczęłam wreszcie znowu czytać. Jak dobrze pójdzie, to w listopadzie też będę się miała czym z Wami podzielić. Absolutne minimum na miesiąc to 3 książki. Wtedy przynajmniej jest o czym mówić. Jeśli jesteście ciekawi, co czytam, sprawdźcie wpisy z kategorii Książkowe inspiracje. Gwarantuję całkiem sporą dawkę ciekawych tytułów do nadrobienia :-)

Oglądam też ostatnio sporo filmów. To tym lepiej dla Filmowych inspiracji. Uparłam się, że nadrobię wreszcie X-menów i w piątek skończyłam oglądać Ostatni bastion. Przedziwna część, zważywszy na to, że późniejsze jakoś niespecjalnie są z nią spójne. Więcej o moich wrażeniach przeczytacie w listopadzie :-)

W pracy ostatnio przypadło mi wyjątkowo ciekawe zadanie, którego pierwotnie nie doceniłam. Miałam stworzyć konkurs. Pierwotnie wymyśliłam po prostu kilka pytań, ale na drugi dzień, z rana, zdałam sobie sprawę, że nagrody są na tyle fajne, że trzeba się bardziej postarać. I dopiero wtedy wpadły mi do głowy trzy ciekawe pomysły. Moje propozycje ostatecznie nie zostały wybrane, ale nie żałuję. Jakaś część mnie próbuje mi wmówić, że to źle i powinnam się obrazić, i w ogóle, ale to bez sensu. Przecież to, że powstały, okazało się wartościową inspiracją dla pozostałych. O to chodzi w copywritingu. Czasem robi się coś, co ma tylko naprowadzić innych na właściwy trop, by wymyślili coś lepszego.


Ciekawe linki z sieci


Lubię swoją pracę, ale marzy mi się, żeby tak wyglądała. Równowaga między życiem prywatnym i zawodowym ma ogromny wpływ na Waszą wydajność. Jestem przekonana, że pracownikom opisanym w artykule znacznie łatwiej zachować tę równowagę. Dzięki temu na pewno efekty ich działań są o wiele lepsze. Kiedy Polska do tego dojrzeje?

Wbrew pozorom, nie chciałabym jednak, żeby moja praca wyglądała w taki sposób. To znaczy, ta część o zarobkach może być, ale ta o wyzwaniach już nie bardzo ;-) Kiedyś pewnie bym była przeszczęśliwa, ale doszłam do etapu, w którym robię to, co lubię, a to znaczy, że nie pracuję. Tylko czasami.

Natalia się raczej nie zgadza z powyższym zdaniem ;-) i po raz kolejny pisze o trudach pracy blogera. Na ogół, ci, którzy sami blogują, wiedzą, czym to pachnie, ale cała reszta już nie zawsze. Dla niektórych blogerzy pozostają wciąż roszczeniowymi ludźmi z internetu, którzy dostają wszystko za darmo.

Prawda jednak leży gdzie indziej - prowadzenie bloga to praca, i to wcale nie taka łatwa. Są rzeczy, które sprawiają Wam przyjemność (np. pisanie, robienie zdjęć do postów czy otrzymywanie propozycji współpracy), ale też i takie, które zrobić trzeba, a z przyjemnością mają tyle wspólnego co celibat (np. odpisywanie na wszystkie maile, także te, których treść niespecjalnie Was interesuje, ale wypadałoby o tym wprost dać znać, albo promocja bloga, albo rozwiązywanie problemów z szablonem...).

Sama się dziwię, ile wysiłku wymaga stworzenie jednego tekstu od A do Z, opublikowanie go i wypromowanie. Niby nic - napisać, dodać zdjęcie, opublikować - a jakimś sposobem zajmuje to kilka godzin. A gdzie pozostałe aktywności?

Podrzucam Wam także kilka trików, co zrobić, by klient przełknął wyższą cenę naszej usługi. Jeśli czujecie, że macie problem z wycenianiem swojej pracy, sprawdźcie, co radzi Agnieszka.

Promocja -49% (-55%) w Rossmannie już się skończyła. Kiedyś trzeba przecież posprzątać to pobojowisko... ;-) Jeśli jednak lubicie oszczędzać na co dzień, a nie tylko od święta, sprawdźcie porady Darii, jak kupować taniej kosmetyki.

Zwróćcie też uwagę na różnice w cenach (np. zapach Michael Kors Midnight Shimmer - w stacjonarnych drogeriach kosztuje 339zł, w internetowych nawet 179 zł). Prawda, że są ogromne? Warto pamiętać, że promocje typu -50%, -70% nie polegają na wyprzedawaniu towaru za bezcen. Sklepom to się wciąż opłaca. Hasła, które sugerują, że dostaniecie produkt aż tak tanio, pokazują Wam tylko, ile przepłacacie w cenie regularnej.


Najnowsze wpisy


W tym tygodniu na blogu:

Tydzień bez poniedziałku


Ten polski serial musisz obejrzeć


Mój dzień #2


Odkurzamy post z początku, kiedy Gremlinowi się nieco ulało. Gdy przeczytacie, zrozumiecie, czemu:




Linkowe party


Mam jeszcze dla Was bardzo miłą nowość na moim blogu - linkowe party. Dokładniej - Pomysłowa Link Party, które planuję organizować przynajmniej raz w miesiącu.

1. Naciśnij przycisk Add your link.
2. W polu URL wpisz jego adres.
2. W polu Name wpisz TYTUŁ swojego posta.
3. W polu E-mail podaj swój adres e-mail (nie będzie widoczny na stronie).
4. Kliknij Submit link.
5. Odwiedź kilka pozostałych zalinkowanych wpisów i zostaw pod nimi swój komentarz.
6. Możesz wrzucić więcej niż jeden link, ale w takim przypadku skomentuj też więcej wpisów.

Miłego odkrywania nowych miejsc w sieci! :-)






Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Mój dzień #2

Mój dzień #2

O 6 rano budzi mnie dźwięk budzika. Leżę jeszcze przez chwilę, choć wiem, że nie powinnam, po czym wlekę się do łazienki.

śniadanie do łóżka

Potem przygotowuję sobie litr wody jonizowanej do picia i powoli wypijam przed śniadaniem, w trakcie robienia makijażu.




Jakimś sposobem cała procedura ogarniania się i przywracania do ładu po nocy zajmuje mi 40, a czasem nawet 50 minut. O 6:50 staję przed dylematem - zrobić jajecznicę na śniadanie, szybkie kanapki czy kupić coś w sklepie?

Jeśli wychodzę z łazienki o 7, dylemat nie istnieje. Pakuję torbę i wychodzę. Nie ma czasu na jedzenie. Bywa, że to wcale się nie sprawdza - Żabka po drodze zamknięta, a automat w pracy niemal pusty i nie ma w nim tych dobrych kanapek. Jestem skazana na płatki owsiane, które trzymam w szafce na takie okazje. Chyba nigdy ich nie polubię, choć wiem, że zdrowe...

Jak dobrze pójdzie, to ogarniam śniadanie w 5 minut, jem, przeglądając Instagram lub Bloglovin, czasami jeszcze pozmywam i dopiero wychodzę. Robię łomot na korytarzu przy sprowadzaniu roweru po schodach.

W pracy jestem między 7:10, a 7:20. Wciąż próbuję ogarnąć się na tyle, by docierać przynajmniej o równej 7, ale to nie takie proste. Idzie mi z tym jednak coraz lepiej, odkąd wyluzowałam.

W ciągu dnia staram się robić regularne przerwy, by odpocząć i zjeść coś zdrowego - owoce, serek wiejski, owsiankę lub jakąś sałatkę. Czasem przynoszę zupę do odgrzania. Wypijam też ok. 1,5 - 2 litrów wody. Od kilku tygodni nie piję kawy. Czasami tylko w piątek, koło południa, żeby wieczorem być w stanie długo imprezować. Takie ograniczenie kofeiny sprawia, że ta kawa wreszcie na mnie działa.

Nagle jest 15 i za chwilę wychodzę. Gdy gorzej pójdzie, siedzę chwilę dłużej, ale staram się tego unikać. Mój czas po pracy jest bardzo szczegółowo zaplanowany. Mam maksymalnie 40 minut, by zrobić zakupy (czego unikam, jak mogę), wrócić do domu, zrobić trening i ugotować obiad. Czasem muszę jeszcze wcisnąć w cały plan wyrzucanie śmieci i sprzątanie mieszkania. Czasem przynajmniej mogę odpuścić trening, w końcu staram się ćwiczyć tylko 3 razy w tygodniu. To i tak dużo.

Kiedy wchodzę do mieszkania, od razu lecę przebrać się w dres i wyciągam stepper. Nie daję sobie ani chwili na wymówki, że mi się nie chce i nie mam siły. Dopóki tak nie pomyślę, to mam. Ani się obejrzę, a już jestem w połowie treningu. Wciąż ćwiczę tabatę, w większości na stepperze, ale często 1-2 cykle zamieniam na bardziej ogólnorozwojowe ćwiczenia. Tylko czasem pozwalam sobie odpuścić, ale to kiepski pomysł, bo po treningu czuję się znacznie lepiej niż przed. Odkąd regularnie trenuję, mam więcej energii do życia, jestem spokojniejsza, lepiej śpię, lepiej mi się myśli i łatwiej wstaje rano.

Potem zazwyczaj przychodzi czas na relaks. Obejrzenie razem jakiegoś filmu, odcinka serialu lub Goggleboxa. Czasem padam o 18 i przysypiam. Czasem robię paznokcie. Czasem coś czytam. Czasem po prostu ogarniam bloga. Raz na jakiś czas zdarza się, że po treningu muszę się szybko wykąpać, umalować i wyjść. Tego jednak unikam - staram się w treningowe dni zostać już w domu.

Nadchodzi wieczór. Idę pod prysznic, a potem siadam z Bullet Journal lub czytam książkę w łóżku. Czasem przeglądam znowu nowe posty na Bloglovin. Bywa, że już ok. 22 zasypiam z telefonem lub czytnikiem w ręku. I ze świadomością, że pewnie obudzę się wtedy o 5:30...

Idealnie jest, gdy odkładam czytnik o 22:30, gaszę światło i zasypiam. Wtedy wiem, że obudzę się dokładnie o tej porze, o której powinnam. Czasami książka wciąga mnie na tyle, że opóźniam czas pójścia spać o 15 minut, i potem wstaję niewyspana. W takiej sytuacji powinnam poczytać jeszcze do północy, ale zazwyczaj tak bardzo chce mi się spać, że nie jestem w stanie dłużej czekać. Niedobrze, powinnam pilnować odmierzania 1.5-godzinnych cyklów. Już wiem, że wstanę niewyspana...

Zasypiam spokojnie i liczę na to, że mimo wszystko, jednak się wyśpię.


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Ten polski serial musisz obejrzeć

Ten polski serial musisz obejrzeć

Gdy słyszę "polski serial", odwracam wzrok z niesmakiem. Na fali twórczości takiej, jak Na Wspólnej, M jak miłość, czy mającego spore ambicje Belle Epoque nigdy nie spodziewam się niczego dobrego. Nawet pomimo dobrych recenzji. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że ten serial obejrzałam. Powiedziałam po prostu "Sprawdzam!" i sprawdziłam. I wiecie co? Przestałam mieć złe zdanie o polskich dziełach. To nie zawsze muszą być obyczajowe tasiemce z Bożeną Dykiel.

taśma filmowa

O jakiej produkcji mowa? O serialu Wataha.




Pierwszy sezon składa się z 6 odcinków. Poznajemy w nim bliżej środowisko bieszczadzkiej straży granicznej. W pierwszym odcinku podczas imprezy dochodzi do tragedii. W wyniku wybuchu giną wszyscy pogranicznicy. Przeżyć udaje się tylko jednemu z nich - Wiktorowi Rebrowowi.

Oczywiście, kapitan Rebrow staje się głównym podejrzanym. Dociekliwa i antypatyczna prokurator robi, co może, by znaleźć dowody, które go obciążą. Ten nie zważa na jej wysiłki i szuka winnych na własną rękę. Nie ułatwia mu to oczyszczenia się z zarzutów. Jest zdeterminowany. W zamachu zginęła także jego narzeczona, dlatego mocno zależy mu na odkryciu, kto za tym stoi.

Tymczasem sprawa się komplikuje coraz bardziej. W placówce pojawiają się nowe twarze. Nie wiadomo, komu można zaufać. Dochodzi do kilku morderstw. Ginie także jedna z nowych strażniczek. Dowody wciąż wskazują na jedną osobę - Rebrowa. Czy uda mu się znaleźć prawdziwego winnego?

serial wataha recenzja

Serial jest bardzo starannie przygotowany. Nie licząc udźwiękowienia, względnie - dykcji aktorów. Nie wiem, co zawiniło, ale wielu kwestii nie byłam w stanie zrozumieć. To jedyny minus. Poza tym miałam wyjątkowo pozytywne wrażenia. Pojawiają się tutaj aktorzy znani z wielu polskich produkcji i naprawdę dobrze sobie radzą.

Największym zaskoczeniem okazała się rola Mariana Dziędziela. Jako Szeptun jest nie do poznania.

Wataha ma dość ciężki klimat. Nie brakuje w niej przekleństw ani krwi. Na szczęście, oszczędzono widzom typowo polskich, brzydkich scen miłosnych. Kilka się pojawia, ale nie są odstręczające, jak w większości polskich filmów. Akcja skupia się jednak przede wszystkim na dramacie Rebrowa. Leszek Lichota świetnie pasuje do roli kapitana, który przeżywa wszystko "po męsku", milcząco i z alkoholem. Który jest zdeterminowany, by poznać prawdę.

Zawiodło mnie tylko trochę zakończenie. Miałam wrażenie, że scenarzyści jakoś tak spuścili z tonu. Brakło emocji i nieco szerszej perspektywy. Mimo to byłam bardzo ciekawa kolejnego sezonu Watahy.

drugi sezon serialu wataha hbo

Pierwszy odcinek mam już za sobą i muszę przyznać, że był całkiem obiecujący...

A Wy? Oglądaliście Watahę? Zamierzacie obejrzeć kolejny sezon?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zdjęcia w treści pochodzą z serwisów Onet Film oraz Spider's Web
Tydzień bez poniedziałku. 9-15 października

Tydzień bez poniedziałku. 9-15 października

Nawet nie wiecie, jaka to ulga, że mimo wczesnej pobudki, czuję znacznie więcej energii niż tydzień temu. Najwyraźniej przyszedł taki wiek, w którym po jednej nocnej imprezie dochodzę do siebie przez następnych kilka dni.

kolorowe porzeczki

Zeszły poniedziałek był cudowny, bo wolny. Planowałam dalsze dogorywanie, choć nie do końca wyszło, bo obudziłam się już przed 7 rano. Dało mi to nieco czasu na ogarnięcie bloga i okołoblogowych spraw, co nie zmienia faktu, że był to wyjątkowo leniwy dzień. Czasem takie są bardzo potrzebne.




Zawsze powtarzam, że weekend powinien trwać przez 3 dni. Zazwyczaj słyszę wtedy, że klasyczny trudny poniedziałek by nas nie ominął i mielibyśmy go we wtorek. Tym razem przekonałam się, że to prawda. Do tej pory miałam trudne piątki w pracy, tym razem ciężki był początek tygodnia. Tak naprawdę to cały ten tydzień taki był. Ciągle czułam się zmęczona i bez energii. Pojęcia nie mam, jak ja to zrobiłam, że jednak trenowałam i jakoś ogarniałam.

Po tygodniu, który wyjątkowo się wlókł, nastąpił bardzo długi piątek. Zaczął się o jakiejś 5:40 rano, a skończył niemalże po 24 godzinach. Miałam ambitny plan, że będę idealną kobietą, która czeka na powrót swojego mężczyzny z pracy i dam radę dotrwać do rana. No i dotrwałam. W towarzystwie rolników szukających żon oraz telewizyjnych randkowiczów, bo nie miałam siły na intelektualne rozrywki. Pierwotnie chciałam część tego czasu wykorzystać na pracę, ale... Nie żałuję ani trochę.

W tym tygodniu próbowałam się zabrać za dalsze czytanie Social media: Start, ale jakoś nie miałam nastroju. Ostatecznie czytałam tylko blogi i artykuły w internecie, ale dzięki temu mam się z Wami czym podzielić.

Wyjątkowo rozbawiły mnie opowieści z helpdesku. W mojej firmie ten dział jest antydefinicją pomocy, choć trzeba przyznać, że jak już odmawia, to z wdziękiem. Mam w zanadrzu kilka ciekawych historyjek...

Bardzo spodobał mi się pomysł na prezent ślubny: książki zamiast kwiatów. Godny naśladowania, choć nie bardzo rozumiem pozycję czwartą (od lewej strony) ;-)

Porusza mnie temat formatu AMP, który Google zawzięcie wprowadza. Jestem dość blisko poglądów autora tego artykułu, szczególnie że strony AMP wyglądają jak z czasów prehistorycznego internetu, który się we wiadrach nosiło. Jaki sens we wprowadzaniu takiego rozwiązania, kiedy większość ludzi ma całkiem szybkie smartfony oraz spory pakiet danych? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę. A ja uparcie poprawiam w tej malutkiej mobilnej wyszukiwareczce adresy stron, bo nie chcę korzystać w AMP. Nie i już.

Dla tych, którzy jeszcze nie zakodowali - w Rossmannie trwa promocja -55% na kosmetyki kolorowe. Co prawda, dla mnie to wciąż jest kultowe -49, ale jeśli macie aplikację i aktywne konto w Klubie Rossmann, to za pierwszym razem faktycznie dostaniecie 55% zniżki. 49% będzie bez apki lub przy kolejnych zakupach. Musicie tylko wybrać 3 kosmetyki o różnym przeznaczeniu. Nie mogą to być niestety 3 matowe pomadki w różnych kolorach (a tak liczyłam, że uzupełnię zapasy!). Przejdzie za to pomadka ochronna, matowy błyszczyk (jak to brzmi...) oraz kredka do oczu.

Legimi od dziś działa na Kindle. Czytałam o tym sporo i zapowiada się naprawdę nieźle. Co prawda, ja wolę polskiego inkBOOKa, ale sam zamysł i sposób ogarnięcia abonamentu dla zamkniętego systemu Kindle jest godny podziwu. Mam nadzieję, że będzie o tym głośno.

Na blogu w tym tygodniu:

Artystyczne zamysły i inne wymysły


3 filmy, które warto obejrzeć w październiku


Z racji tego, że nadeszła jesień i zaczęłam urządzać swoje gniazdko (wiecie, nastrojowe światełka, poduszki, stylowe dodatki) odkurzam post z inspiracjami wnętrzarskimi. Tym bardziej że w Pepco znowu pojawiły się ozdoby LED, które zobaczycie w zalinkowanym wpisie. W zeszłym roku plany pokrzyżowała mi wyprowadzka z mieszkania, ale w tym roku muszę je mieć :-)

Hej, ludzie, idą Święta! Przytulne dodatki do domu i mieszkania na jesień


A co u Was słychać w tym tygodniu? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
3 filmy, które warto obejrzeć w październiku

3 filmy, które warto obejrzeć w październiku

Filmów we wrześniu było jeszcze mniej niż książek. Na szczęście, dzięki temu nie trafiłam na szczególnie słabe rzeczy i mogę polecić Wam wszystko. Jesteście ciekawi, co warto obejrzeć w tym miesiącu? To zaczynamy.

reżyseria filmu

Snowden

Pracownik tajnych służb postanawia ujawnić ich nielegalne praktyki.
Poruszająca historia Edwarda Snowdena, który ujawnił wiele nieprawidłowości w działaniu CIA oraz NSA - szczególnie nielegalne obserwowanie i podsłuchiwanie obywateli. Bardzo emocjonalna i smutna historia człowieka, który mocno wierzył w to, co robił, a potem odważył się to zakwestionować. Po tym filmie ludzie zaklejają kamerki w laptopach.




Transformers: Ostatni rycerz

Nie jestem w stanie opisać fabuły.
Film, przy którym... świetnie mi się spało. Nie powstrzymały mnie przed tym nawet elementy humorystyczne, choć były całkiem na poziomie. Można obejrzeć, jeśli nie macie nic lepszego do roboty. Tylko nie zapomnijcie mi dać znać, czy Wam się podobało ;-) Jeśli tak, obejrzę jeszcze raz, bo być może to nie Transformersy były nudne, tylko ja zmęczona.


X-men

Wolverine, czyli człowiek-mutant ze szponami dołącza do grupy X-menów i wspólnie ratują świat.
Przyszedł czas, żeby nadrobić (na fali zachwytu Loganem) i oto nadrabiam. Film sprzed 17 lat, więc nie powala efektami specjalnymi, a i akcja jakoś tak bezmyślnie pocięta. Mimo to, urzekła mnie ta historia. Bohaterowie budzą sympatię i jakoś tak odruchowo trzyma się za nich kciuki. Warto, jeśli patrzycie na to tak trochę przez palce i jesteście w stanie wybaczyć niedoróbki oraz błędy montażu.

A Wy co ostatnio oglądaliście? Polecicie mi coś lub odradzicie? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Artystyczne zamysły i inne wymysły. 2-8 października

Artystyczne zamysły i inne wymysły. 2-8 października

Tym razem piszę do Was mocno zmęczona weekendem. Właściwie, to kumulacja zmęczenia po całym poprzednim tygodniu oraz po imprezie, na której wylądowałam w sobotę. Ale po kolei :-)

kolorowe wrzosy

Tydzień zaczęłam całkiem miło, bo jak już przeżyłam poranne wstawanie (a był mały sukces, bo nawet udało mi się pójść do biura na 7, co rzadko mi się zdarza w poniedziałki) i 8 godzin pracy, nabrałam ochoty na spacer. I tak oto poszłam w las. Normalnie pewnie bym siedziała w domu przed komputerem, więc uznajmy, że to miła odmiana.




Po powrocie po raz kolejny piekłam muffinki. Zasadniczo z tego przepisu, bo dobrze mi znany, ale z mleczną czekoladą. Jedną. Nie wyszły do końca tak, jak bym chciała, ale z moim piekarnikiem to nic dziwnego. Mam wrażenie, że nie rozgrzewa się do wyznaczonych temperatur...

Robiłam też ziemniaczaną zupę krem. Bardzo polecam - doskonała na jesień i przepyszna.

To był również bardzo konkursowy tydzień, szczególnie u mnie w pracy. Łącznie wysłałam ostatnio jakieś 5 zgłoszeń. Mam nadzieję, że chociaż 4 z nich mi się opłaciły :-)

Popołudniami i wieczorami usiłowałam odpocząć, ale to nie takie proste, kiedy wiatr hula za oknem. Na szczęście, u mnie nie było problemów z prądem. Co innego w okolicach... Z tego, co słyszałam, niektórzy jeszcze do weekendu nie mogli się doczekać światła.

Weekend był wyjątkowo aktywny. Pierwszy raz w życiu wylądowałam również na strojeniu bramy przed weselem. Kompletnie nie rozumiem takich zwyczajów. Czułam się tam jak piąte koło u wozu, bo nie miałam pojęcia, co robić. No i nie kupowałam kompletnie zamysłu artystycznego ekipy. Po prostu efekt wydawał mi mało estetyczny. Miałam wrażenie, że uczestniczę w dekorowaniu sali gimnastycznej przed apelem. Teraz rozumiem, czemu niektóre panny młode wolą do tego zatrudnić fachowców.

Jedyna dobra rzecz, jaka z tego wynikła, to miło spędzony czas już po ogarnięciu tego, co było do zrobienia. Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała i zaczęło padać...

W sobotę byłam za to już na właściwej imprezie. Wylądowaliśmy w całkowicie mi nieznanej, ale bardzo urokliwej okolicy - koło Niegowej. Takie małe Bieszczady ;-)

W kościele znowu doszłam do wniosku, że czas stworzyć poradnik savoir-vivre dla księży... Do tej pory słyszałam tylko jedno kazanie ślubne z wyczuciem. W pozostałych brakowało taktu. W tym też. Wygłaszał je paulin z Jasnej Góry. Niby był wesoły, ale niepotrzebnie poruszał światopoglądowe, kontrowersyjne kwestie. I gadał takie bzdury, że aż mi się zmarszczki na czole rozprostowały (np. antykoncepcja powoduje raka). Były momenty, w których brwi wędrowały mi wyżej niż przedziałek. Jak u Ewy Minge.

Gdy dotarliśmy na salę, okazało się, że usadzono nas... dokładnie naprzeciwko wspomnianego księdza. Wraz z osobą towarzyszącą (bardzo mnie zastanawiało, kto wystąpi w tej roli - organista? kościelny?) Poczułam dreszczyk grozy, ale... ci goście nie dotarli. Nieco dalej, ale też naprzeciw nas siedziała dyrektor szkoły, do której kiedyś chodził mój wspaniały. To również sprawiło, że poczuliśmy się dziwnie, ale ostatecznie nie było wcale sztywno i bawiliśmy się dobrze.

W niedzielę próbowaliśmy się ogarnąć, co wcale nie było proste. Tak szczerze, to ja do tej pory próbuję... Nie udało mi się po prostu wyspać tak dobrze, jak bym chciała.

Nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie, nawet w internecie, ale mimo to, coś ciekawego się znajdzie :-)

Po pierwsze, zdziwił mnie artykuł na temat popularnego leku, który tłumi ból oraz... emocje. Sprawdźcie koniecznie.

Znowu trafiłam na tekst, w jaki sposób nie rozpoczynać służbowych maili. Ja o tym wiem, ale z tego, co widzę, wiele osób nie ma pojęcia, że popełniają gafę. Chyba też przestanę odpisywać na wiadomości zaczynające się od tego zwrotu...

Podobno gdzieś już się pojawiły reklamy z Mikołajem, więc w takim razie czuję się usprawiedliwiona, że linkuję do poradnika, jakich prezentów nie wypada dawać. Bądźcie gotowi już wcześniej :-)

Znalazłam też książkę, którą koniecznie muszę przeczytać. Jestem wyjątkowo zachęcona recenzją w wykonaniu PigOuta. Nie ubawiłam się może przy niej aż tak, jak przy American Assasin, ale na pewno skorzystam z polecenia. Nie wiem tylko, czy uda mi się w tym miesiącu (900 stron...).

Jeśli ktoś z Was ma telefon w Orange, mam dla Was ciekawą promocję. Orange rozdaje ogromne pakiety internetowe. Szkoda, że Play w taki sposób nie świętuje... Ogólnie, Play się ostatnio zepsuł. Kiedyś słynęli z dogadzania klientom, a teraz... co najwyżej z wydzwaniania do nich, mimo braku udzielonej zgody na to (mój przypadek). Chyba powoli dojrzewam do zmiany operatora. Lubię to, co znane, ale nie wtedy, kiedy jest znane i beznadziejne.

Na blogu w tym tygodniu:

3,2,1... Q4!


3 książki, które warto przeczytać w październiku i 2, które można


Odkurzamy moją wyjątkowo emocjonalną recenzję książki:

Myśl inaczej


A co u Was dobrego się działo w tym tygodniu? Było spokojnie, pracowicie czy imprezowo? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
3 książki, które warto przeczytać w październiku i 2, które można

3 książki, które warto przeczytać w październiku i 2, które można

Wrzesień zdecydowanie nie obfitował w czas i nastrój na lekturę. Efekt? Przeczytałam zaledwie 5 książek. Wśród nich znalazły się 3, które polecam i 2, które raczej niekoniecznie. Jesteście ciekawi, jakie to tytuły? Czytajcie dalej.



Jak zostać mistrzem marketingu czyli o zasadach, dzięki którym dzwoni kasa

Jeffrey J. Fox
Niezwykle szarlatańska książka (ta dzwoniąca kasa dzyń-dzyń i Hymn marketingowca...), z której mimo to można wyłuskać parę istotnych spostrzeżeń. Tylko dla ludzi obytych z marketingiem i zdających sobie sprawę, że to dość zwariowane środowisko. Ludzie z zewnątrz mogą przy tej lekturze doznać szoku i już się z niego nie otrząsnąć.




Prankvertising i immersive branding: emocje na usługach marketingu wirusowego

Ewelina Masiarz
Książka napisana w stylu pracy magisterskiej, czego nie lubię. Dużo skomplikowanych teorii opisanych w nieludzki sposób. Warto jednak to znieść dla ciekawostek ze świata reklamy i internetu oraz opisów viralowych kampanii znanych marek takich jak LG, Coca-Cola czy też Nivea.

Jak być ogierem do końca życia

Hanna Bakuła
Może i trafne, a nawet zabawne obserwacje na temat związków, facetów i całej reszty, ale jakoś mnie nie urzekły. Zbyt chaotyczne. Raczej nie warto czytać 120 stron dla kilku śmiesznych sformułowań (np. spodnie z gatunku "chłop stoi, gacie klęczą"...) No chyba, że bardzo chcecie.

Jak być kobietą zadbaną finansowo?

Małgorzata Bladowska-Wrzodak
Typowa dla wydawnictwa Złote Myśli publikacja. Temat faktycznie niechętnie poruszany przez kobiety, ale... jeśli mają go poruszać w taki sposób, to może lepiej niech tego nie robią. Zbiór banałów.


Byłam służącą w arabskich pałacach

Laila Shukri
Historia młodej dziewczyny z indyjskiej wioski, którą bieda "wypchnęła" na służbę do Kuwejtu. Wstrząsający obraz. Leniwe i puszczalskie Kuwejtki. Gotowa na każde skinienie, śpiąca po 3 godziny służba. Niespodziewany najazd wojsk irackich. Do tego gwałty, wtórna wiktymizacja ofiar i niechciane małżeństwa aranżowane przez krewnych. Wyjątkowo trudna lektura, pełna okrucieństw, ale z happy endem. Koniecznie musicie przeczytać i zachować w głowie.

A Wy co dobrego przeczytaliście ostatnio? I jakie lektury macie w planach? Podzielcie się ze mną i zainspirujcie mnie trochę!

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger