4 książki, które warto przeczytać w lipcu

4 książki, które warto przeczytać w lipcu

Z książkami ostatnio było mi nie po drodze. Zapracowałam się mocno i zwyczajnie nie miałam czasu i siły na czytanie. Urlop pozwolił mi do niego powrócić i odkryć kilka fajnych pozycji. Jesteście ciekawi, co tym razem polecam?

otwarta książka

Jak pisać, żeby chcieli czytać (i kupować)

Artur Jabłoński

Kiedy piszesz, przywiązujesz się do treści i czasem trochę się zapominasz, że powinny przede wszystkim sprzedawać, a nie zachwycać kunsztem literackim. Artur Jabłoński i Dariusz Puzyrkiewicz są w tym wyjątkowo zgodni: teksty sprzedażowe wcale nie muszą być dziełami sztuki. Liczy się prostota i przekazanie tego, co klienta interesuje najbardziej: jego  korzyści. 

W jaki sposób to zrobić? W książce dostajemy szereg pożytecznych wskazówek, poczynając od wyglądu strony internetowej, wielkości czcionki, aż po sposób tworzenia  skutecznych nagłówków i CTA. Pozycja obowiązkowa dla każdego copywritera.




Jak zmieniłam życie w rok

Malwina Bakalarz

To miała być lekka i przyjemna lektura na wylegiwanie się przy basenie. I zasadniczo taka była. Malwina dzieli się swoimi sposobami, dzięki którym udało się jej zmienić swoje życie i naprawić wszystko to, co najbardziej wymagało w nim naprawy. Zadbała o swoje zdrowie, emocje i karierę. 

To kolejny głos, który mówi "zatroszcz się o siebie i realizuj marzenia". Malwina bardzo mocno podkreśla też wartość czasu, który jej zdaniem, w tej chwili jest znacznie cenniejszą walutą, niż pieniądze. 

Książka jest napisana bardzo przyjaźnie, jakby autorka siedziała obok i opowiadała nam o wszystkim przy kawie, więc czyta się naprawdę przyjemnie. Może nie ze wszystkim się zgodzę i będę chciała to przetestować, ale na pewno poczułam się zainspirowana do wprowadzenia drobnych zmian w swoim życiu i większego przyłożenia się do realizowania marzeń.

Byłam kochanką arabskich szejków

Laila Shukri

To druga książka Laili Shukri, która trafiła w moje ręce - i jak zawsze, bardzo mocno mnie poruszyła. W jej pisaniu nie ma kompromisów - opisuje wszystko rzetelnie niczym dziennikarz, nie pomijając nawet najstraszniejszych i najobrzydliwszych detali. Może jej styl nie jest perfekcyjny, ale autentyczność opisywanych historii przyciąga do nich jak magnes. Tak naprawdę to nie Laila Shukri pisze te książki, a życie. 

Tym razem mamy książkę podzieloną na narrację dwóch kobiet: młodej Polki, Dżulii, oraz samej autorki. Dżulia poznaje w kraju przystojnego Syryjczyka mieszkającego w Dubaju, który rozkochuje ją w sobie... i wywozi, by sprzedać do domu publicznego. Dziewczyna spędza tam rok w atmosferze bogactwa i obrzydliwości, zaspokajając najohydniejsze zachcianki szejków. 

Przypadkowo jej losy zbiegają się z losami autorki książki, która postanawia uwolnić dziewczynę. I to nie będzie wcale takie proste, jak mogło się wydawać... 

W książce pojawiają się też liczne wątki autobiograficzne, które skłoniły mnie do zapoznania się z kolejną pozycją.

Jestem żoną szejka

Laila Shukri

Jak wyobrażacie sobie pisarkę? Wstaje rano, robi kawę i zasiada do laptopa, by opisywać kolejne historie, a potem cieszy się sławą i docenieniem? Może tak. Ale nie Laila Shukri. 

To Polka, żona emirackiego szejka, która pisze swoje powieści tylko podczas jego nieobecności. Nie może z nim omawiać tematów swoich książek, ponieważ ujawnia liczne sekrety Bliskiego Wschodu, świata, który pod przykrywką wyjątkowo wysokiej moralności jest pełen zdrad, nienawiści, niesprawiedliwości i rozbuchanego erotyzmu. Kobieta uważnie słucha opowieści, które do niej spływają i spisuje te historie, by dzielić się nimi ze światem. Gdyby jej mąż dowiedział się o tym, o czym ona pisze, być może już nie przeczytalibyśmy ani jednej jej książki. 

Tutaj ujawnia, jak wygląda jej życie w złotej klatce: niezwykłe bogactwo i służba gotowa na każde skinienie, ale także samotność, zazdrość, zniewolenie, namiętność i miłość. Mam wrażenie, że nie do końca wiedziała, na co się decyduje, poślubiając swojego szejka - ale mimo wszystko, wciąż go kocha. Tymczasem mąż przy niej jest, dba o nią, ale też czasami daje się ponieść i straszliwie krzywdzi. 

Nie umiem wydać jednoznacznej opinii w tej sprawie - sama zawsze powtarzałam, że nigdy bym nie zdecydowała się na związek z Arabem. Z opisu Laili wynika, że to mężczyźni, którzy potrafią być wyjątkowo wrażliwi, namiętni i troskliwi, ale też i gwałtownie zazdrośni. Tkliwe opisy spędzanych z nim wspólnie wieczorów, pełnych czułych słów, przeplatają się ze scenami zazdrości, awanturami i upokorzeniem. 

Czy w takim przypadku można jeszcze mówić o miłości? Nie wiem, dlatego polecam Wam tę książkę, abyście sami mogli ocenić.

A Wy co ciekawego ostatnio czytaliście? Może coś mi polecicie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Urlop time cz.2. 11-17 czerwca

Urlop time cz.2. 11-17 czerwca

Urlop, urlop i po urlopie. Te kilka dni za granicą minęły mi niemal błyskawicznie. Pewnie dlatego, że były całkiem przyjemne. Teraz mam wrażenie, że to był tylko piękny sen i odwlekam opisanie go, jakbym nagle po tym wszystkim miała go zapomnieć i się już naprawdę zbudzić. Dopiero dziś się jakoś zmusiłam.

zachód słońca na plaży

Przegląd tygodnia

Nie ma lepszego lekarstwa na pracoholizm, niż wyruszyć na urlop bez laptopa. No po prostu nie ma. Był taki jeden wyjazd, kiedy zabrałam komputer ze sobą, ale przeleżał większość dni nietknięty, bo ani nie miałam czasu, ani ochoty, ani problemu z nadmiarem pracy.



Tym razem pewnie by to tak nie wyglądało, dlatego postanowiłam sobie na wstępie, że jadę bez niego, relaksować się i odpoczywać. Przewidywałam jedynie takie atrakcje jak leżenie nad basenem i czytanie książek. Ostatecznie, okazało się, że miałam też stały dostęp do wi-fi (bo pierwotnie miało go nie być), a internet raczej nie sprzyja relaksowi... ale dobrze go wykorzystałam.

Nie ma też lepszego sposobu na spędzenie dnia niż zaczęcie go od leżenia nad basenem, a potem przeniesienie się na plażę. Słońce, woda, piasek i zero jakichkolwiek spraw zaprzątających głowę. Tak trzeba wypoczywać!

Pisałam ostatnio na Instagramie jednak, że ten wyjazd idealny nie był - bo nie był. Nie do końca wszystko poszło tak, jakbym chciała, a największym minusem było stanowczo zbyt bliskie sąsiedztwo nastolatków z zielonej szkoły, którzy mieli pokoje tuż obok naszego. To zdecydowanie nie sprzyjało wypoczynkowi i wysypianiu się - bo te dzieciaki zachowywały się, jakby dopiero co uciekły z lasu. Bieganie, wrzaski, tupanie, puszczanie głośnej muzyki i moje ulubione - walenie drzwiami. Od rana do północy. Gdy lądowali na basenie - robili tam taki hałas, że Niemcy się wynosili z leżaczków. A mnie też kusiło.

Cholera, po to pojechałam w czerwcu, żeby odpocząć od hałaśliwych dzieciaków wszędzie. Nie wzięłam pod uwagę, że przecież wtedy organizuje się zielone szkoły. I że ktoś wpadnie na pomysł zorganizowania takiej superekstra w hotelu za granicą. Po powrocie wszyscy mi mówili: "Mogłaś zgłosić to na recepcji". I wiecie, nie chciałam robić afery... ot, opierdzieliłam ich kilka razy, gdy już przeginali... ale teraz sobie myślę, że racja. Miałam prawo wymagać komfortu. I następnym razem będę - do skutku.

A pomysłodawcy zagranicznej zielonej szkoły życzę, żeby co roku spędzał wakacje z polskimi nastolatkami tuż za ścianą.

Oczywiście, wyjazd na wakacje z biurem podróży to także przeloty i transfery. Te pierwsze nawet w sumie nie były takie straszne, choć na lotnisku znowu - pełno rozwrzeszczanych dzieci. Kto by się ich spodziewał o północy? No patrzcie... Ale sam lot samolotem dobrze wspominam, choć leciałam po raz pierwszy w życiu. Jedynie lądowanie skończyło się dla mnie potwornym bólem uszu.

Transfery autokarem natomiast były znacznie mniej wygodne: mało przestrzeni, znowu hałas i płacz, opóźnienia i na dodatek - moje ulubione - problemy z pasażerami. A to ktoś wysiadł nie tu, gdzie trzeba, a to ktoś myślał, że nie wyjeżdża o 21, tylko dwie godziny później, a to ktoś wsiadł do autokaru innego biura podróży...

Myślałam, że z dorosłymi nie będzie takich cyrków. Tymczasem okazało się, że rezydent musi mieć świętą cierpliwość, i pewnie niejednokrotnie czuje się, jakby wiózł na lotnisko bandę nastolatków, a nie poważnych dorosłych ludzi.

Gdy już plażowanie nam się znudziło, postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Nessebaru. Co z tego wyszło? Kolejne cyrki. Opiszę Wam wszystko w osobnym poście, a teraz tylko powiem, że ostatecznie dobrze wyszło, ale znowu - nie obyło się bez stresu i nerwów. Tak wakacyjnie, hłe hłe.

W sumie to chyba zalatuje jakimś syndromem sztokholmskim, że mimo tylu niedogodności, wciąż jestem zadowolona ze swoich wakacji.

Jakimś cudem jednak udało mi się odpocząć i teraz nie potrafię z tego trybu powrócić do pracy na pełnych obrotach. Jak już wracam z biura, to zabieram się raczej za oglądanie czegoś lub czytanie.

Z drugiej strony jednak postanowiłam sobie, że już więcej nie pracuję w weekendy. W tygodniu - tak, wtedy będę ogarniać wszystko, co trzeba, ale weekendy są święte. Wtedy odsypiam i relaksuję się z dobrą książką, ewentualnie podcastem, wideo lub filmem. Wiem jednak, że to dobry wybór - ostatnio ciągle miałam poczucie, że jestem bezgranicznie zmęczona i mam na głowie więcej obowiązków, niż jestem w stanie się z nimi uporać.

Wolny czas pomaga mi także opracować plany na dalszą przyszłość i mam kilka pomysłów, które wreszcie powoli zaczynam realizować. Chyba wreszcie nabrałam odwagi, by się za nie zabrać. Kiedy jak nie teraz? :-)

Najnowsze wpisy

Na blogu udało mi się opublikować dwa posty, które stworzyłam z wyprzedzeniem:

Urlop time cz.1



I przypomnę Wam jeszcze o jednym bardzo wartościowym wpisie, który może Was szczególnie zainteresować, jeśli blogujecie:

Co powinien bloger (mieć)?


Przegląd internetów

Zważywszy na to, co chwilę temu czytałam - Internet przestaje być wolny - i być może niedługo nie będę mogła robić przeglądu ciekawych linków z sieci. Póki co, chyba nie ma sensu bić na alarm - ten sam problem był, gdy Instagram zmieniał algorytm i nagle wszystkie blogerki zaczęły błagać o włączanie powiadomień, a potem się okazało, że nie jest aż tak strasznie i źle, a one tylko nie doczytały, na czym mają polegać zmiany. Chyba poświęcę trochę czasu, żeby dokładniej zapoznać się z tematem - ale faktycznie na razie nie wygląda to najlepiej...

Ja tam bym raczej blokowała dostęp do pornografii, a nie do publikowania treści i linków, jeśli już...

Obejrzałam wczoraj mecz Polska-Senegal i jestem w szoku, jak źle to poszło. Zresztą, nie tylko ja. To naprawdę wyglądało tak, jakby nikt nie uwzględnił, że Senegal nie wygoni bramkarza na ławki i nie stanie nieruchomo na skrzydłach tylko po to, by Polacy mogli im bez trudu wstrzelić parę goli. No i kto by się mógł spodziewać, że przez przypadek poleci od nas jeszcze taki-prawie-samobój? Nie jestem fanką ani specjalistą, ale poziom był tak żenująco słaby, że nawet ja to zauważyłam.

A co u Was? Oglądaliście wczorajszy mecz? Przeżywacie czy przeżyliście?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Mój nowy Bullet Journal – co się zmieniło? Kolekcje

Mój nowy Bullet Journal – co się zmieniło? Kolekcje

Prawda jest taka, że używam nowego notesu już od lutego. Chciałam się nim jak najszybciej pochwalić, jednak zima to dość kiepska pora na robienie zdjęć. Dałam sobie więc trochę czasu, w którym też całkiem nieźle wyklarował się kształt mojego BuJo. To dobry moment, by podzielić się z Wami tym, co nowego.

Bullet Journal

Być może ktoś z Was pomyślał sobie teraz, że to już ostateczny kształt mojego Bullet Journal. Ja natomiast myślę, że nie i że taki moment nie nastąpi. W pełni korzystam z elastyczności, jaką mi daje ten system planowania. Kiedyś zdawało mi się, że muszę tylko znaleźć „swój” układ. Teraz wiem, że lubię co jakiś czas go zmienić, gdy mi się już znudzi. Cóż, dzięki temu na pewno będę miała o czym pisać na blogu!


Co znajduje się w moim nowym notesie?

Stałe elementy:

  • Strona tytułowa
  • Indeks
  • Future log

Kolekcje:

  • Statystyki bloga i Instagrama
  • Pomysły na posty
  • Wygrane konkursy

Planer:

  • Kalendarz skrócony (półroczny)
  • Planery miesięczne
  • Planery tygodniowe

Wszystkie te elementy opiszę i pokażę Wam na blogu. Zacznijmy jednak od początku - od stałych elementów i kolekcji.

Strona tytułowa


Nie mam czasu na jakieś specjalne rysowanie, dlatego jest stosunkowo prosta. Oczywiście, że machnęłam się z datą. Pierwsze dwa miesiące roku zajmuje mi zawsze nauczenie się, że zmieniła się ostatnia cyferka ;-)

Bullet Journal - karta tytułowa

Indeks

W poprzednim BuJo niemalże go nie używałam. W tym już prawie też – ot, wypełniłam na początku, a potem w ogóle nie ruszałam. Dopiero ostatnio przeczytałam u kogoś, że rezygnuje z indeksu z tych samych powodów – i jakoś tak zaczęłam go na nowo uzupełniać.

Bullet Journal - indeks i spis treści

Future log

Standardowo – służy mi do zapisywania bardziej odległych planów, które powstają, zanim zdążę stworzyć planery miesięczne. Szczerze, to używam go od przypadku do przypadku, bo zazwyczaj planuję z maksymalnie miesięcznym wyprzedzeniem. Lubię jednak tę część mojego Bullet Journal i raczej z niej nie zrezygnuję.

Bullet Journal - future log

Kolekcje

Te u mnie powstają od przypadku do przypadku. Zazwyczaj staram się je tworzyć na końcu planera, żeby nie robić zamieszania wśród planerów miesięcznych – jednak nie zawsze tak pięknie to wychodzi.

Statystyki
Moim zdaniem niezbędna dla blogera kolekcja. Nic tak nie motywuje, jak comiesięczne uzupełnianie kratek o coraz ładniejsze wyniki. Pozwala to także wyciągnąć wnioski – czy np. publikowałam za mało, czy odpowiednio dużo treści. Ta kolekcja jest ze mną od samego początku mojego BuJo, przy czym dopiero teraz wygląda tak, jakbym chciała.

Bullet Journal dla blogera - blogowe statystyki


Pomysły na posty
Te najczęściej zapisuję w Evernote lub w codziennym notesie do bazgrania. Dopiero później lądują w moim BuJo. Nie zmienia to jednak faktu, że takie luźne zapisywanie ułatwia mi później planowanie postów na bloga. Nie, żebym jakoś specjalnie to rozkminiała – ale zawsze dzięki temu mam w głowie jakiś pomysł i rzadko się zdarza sytuacja, że siadam do komputera i nie wiem, o czym pisać.

Bullet Journal dla blogera - pomysły na wpisy


Wygrane konkursy
Teraz nie biorę udziału w zbyt wielu konkursach, a już na pewno nie w tylu, co na początku tego roku. Nie zmienia to jednak faktu, że miło czasem zerknąć na tę kartę i zobaczyć swoje sukcesy tak czarno na białym. Zapisuję zazwyczaj, co wygrałam i ile było warte. I tak, bazgram przy tym straszliwie ;-)

Bullet Journal - kolekcja do zapisywania wygranych konkursów


Jesteście ciekawi reszty mojego planera? W takim razie zapraszam Was na kolejny wpis, w którym pokażę, jak wygląda u mnie planowanie miesiąca oraz tygodni.

Zobacz moje pozostałe posty na temat Bullet Journal:

Jak planuję miesiąc w Bullet Journal?


Ile kosztuje Bullet Journal? Notes w kropki i inne akcesoria do BuJo


7 błędów w Bullet Journal, które popełniałam


Jak Wam się podoba mój planer? Korzystacie też z Bullet Journal? A może zamierzacie zacząć?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Urlop time cz.1. 4-10 czerwca.

Urlop time cz.1. 4-10 czerwca.

Długi weekend minął i przyniósł... kolejny długi weekend. Jak to możliwe? Nie za dużo tego dobrego?

urlop

Absolutnie nie - mamy prawie wakacje, piękną pogodę... Szkoda spędzać całe dnie w pracy. Nadrobimy to jesienią, gdy będzie ciemno, zimno i ponuro ;-)

I kiedy Wy to właśnie czytacie, ja się właśnie lenię na plaży. Urlop time!


Przegląd tygodnia

Ten tydzień składał się ze znacznie spokojniejszych, niż do tej pory, dni. Starałam się pracować mniej - bo stwierdziłam, że nie można tak nagle zaczynać urlopu. Nie powinno się najpierw przepracowywać, a potem bez ostrzeżenia przestać robić cokolwiek. Postanowiłam zatem stopniowo wejść w nastrój lenistwa i powoli ograniczać nadmiar pracy.

Inna rzecz, że musiałam znaleźć też czas na przygotowania - pakowanie, zakupy, różne formalności...

Moje biuro podróży też nie próżnowało. W ciągu tygodnia zmieniło mi godziny wylotu 2 razy. Wkurzyłam się trochę, bo jednak trudno jest dogadać się z kimś, żeby Was podrzucił na lotnisko, kiedy za każdym razem proponujecie mu inny termin, i to nie taki o godzinę czy dwie wstecz/do przodu, tylko od razu o 20 godzin.

Wyszło jednak tak, że wrócili po prostu do pierwotnego terminu, który w mojej opinii był całkiem przyzwoity. Fakt, jestem stratna o prawie całą dobę hotelową. Teraz, kiedy to piszę, mogłabym się już opalać nad basenem. Z drugiej strony jednak pewnie właśnie marzyłabym o położeniu się do łóżka po dobie spędzonej bez snu. A tymczasem na zameldowanie w pokoju musiałabym sobie jeszcze poczekać...

Czuję się kompletnie niegotowa. Niby mam spakowany bagaż, odhaczone punkty na liście, ale nie w całości, bo przecież to, czego używam na co dzień, jeszcze czeka. Muszę zrobić zakupy, odebrać przesyłkę i przygotować coś do jedzenia na drogę. I obiad jakiś też by jeszcze wypadało zrobić... 

Lubię podróżować, ale chyba nie byłabym w stanie udźwignąć częstszych wyjazdów niż raz na kilka miesięcy :-)

Najnowsze wpisy

Na blogu w miarę spokojnie, bo starałam się wyprodukować kilka wpisów na zapas na przyszły tydzień:

Po co, po RODO i po zbóju


Co powinien bloger (mieć)?


Przegląd internetów


Miałam też wrażenie, że w weekend za bardzo nie wypoczęłam.

Żyłam wraz z internetem niefortunnymi tłumaczeniami nazw Krakowa i Zabrza.


Tytuł został już zmieniony, więc podrzucam screen ;-)

clickbait z Dziennika Zachodniego

Brzmi, jakby te panie stały tam z karabinami, nie?

Jeśli miałabym nagrodzić kogoś za najbardziej buraczane clickbaity, to wahałabym się między Faktem, Super Expressem, a Dziennikiem Zachodnim właśnie. I chyba trochę szkoda, bo w treści artykułu to się nawet jakoś obroniło...


Przy okazji zaniemówiłam, gdy przez przypadek trafiłam na ten artykuł: Na Jurze spalono tirówkę. Reszty tytułu nie zacytuję w trosce o frazy, z jakich kierowany jest ruch na mojego bloga ;-)

I tak bardzo, ale to bardzo szczerze zachwyciła mnie okładka TIME, wykonana z użyciem ... dronów.

Co u Was nowego? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger