12 listopada w Termach Uniejów. Czy było warto?

12 listopada w Termach Uniejów. Czy było warto?

Co robić w dodatkowy wolny dzień i to w poniedziałek? Można lamentować, jak to na poniedziałek przystało: że rozprawy w sądach odwołane, a firmy nie pracują i nie generują zysków, więc polska gospodarka niechybnie padnie tylko od tego jednego dnia... Można też zrobić dla siebie coś dobrego: wyspać się, poczytać, a potem wymoczyć się w wodzie termalnej. I ja tak właśnie uczyniłam. A poniżej opisałam, ile to kosztowało, co robić w Termach Uniejów i jak się odnaleźć. Czytaj dalej.

Termy Uniejów

I zanim zaczniemy, słówko wyjaśnienia na wszelki wypadek: powyższe zdjęcie nie pochodzi z Term Uniejów. Byłam tam po ciemku, zapomniałam zabrać wodoszczelny aparat, nie chciałam utopić smartfona, a przede wszystkim relaksowałam się z myślą, że być może w ogóle o tym nic nie napiszę. Poza tym, chwilowo nie jest tam zbyt estetycznie - dlaczego? O tym przeczytasz poniżej.






Termy Uniejów - ile to kosztuje?

Jest kilka opcji. Ja skorzystałam z biletu 49 zł/3 godziny. Mówię tu o biletach weekendowych, bo tak akurat wtedy wypadło. Korzystałam wyłącznie z kąpieli w termach. Jest tam też sauna, ale czy w ramach tej ceny - nie wiem, bo się nie skusiłam. W te 3 godziny oczywiście trzeba sobie wliczyć też kilka chwil, które poświęcisz na wysuszenie się - myślę, że ok. 10-15 minut spokojnie wystarczy.

Resztę cen znajdziesz w cenniku na stronie Term Uniejów. I tak, też boli mnie to, jak niewspółcześnie ta strona wygląda.

Na miejscu możesz cofnąć czas... albo raczej: zatrzymać go i to nawet na godzinę. Wystarczy, że wejdziesz do restauracji. Ceny wręcz zaskoczyły mnie swoją przyzwoitością. Przykładowo, 2 obiady plus kawa - 26 zł. Piwo - 6 albo 7 zł, dokładnie nie pamiętam. Drink Black Currant kosztował 10 zł, porcja szarlotki - 5,50 zł, a 330 ml soku - 4,50 zł. Jak na monopol w zamkniętym obiekcie, to ceny naprawdę zaskakująco przyjazne.

A jak z tym zatrzymywaniem czasu? Załóżmy, że wszedłeś o 17:00. Po godzinie stwierdzasz, że chcesz się czegoś napić i idziesz do restauracji. Odbijasz się na wejściu, przechodząc przez bramkę... i czas staje w miejscu. Siedzisz w restauracji przez pół godziny, czyli od 18:00 do 18:30. Kiedy wracasz z powrotem na basen, wciąż masz do dyspozycji pozostałe dwie godziny, a że się przez pobyt w restauracji wszystko przesunęło, teraz z basenu wyjdziesz już o 20:30. Jeśli znów wrócisz do restauracji, godzina Twojego wyjścia z term znów się przesunie.

W efekcie, przyjechałam na godzinę 17, a wyszłam po 21, nie mając pojęcia, co się stało. Ale chętnie zastosowałabym tę zasadę w życiu ;-)

Co można robić w tych termach?

Z zasady do term jedzie się po to, by wyleżeć się w ciepłej wodzie. Największy urok ma to właśnie wtedy, gdy na dworze jest już chłodno. Ja byłam jeszcze po ciemku, więc dodatkowe wrażenia zapewniało klimatyczne oświetlenie. Dopóki nie wychodzisz z wody, jest idealnie. Możesz pływać, możesz też leżeć w wodzie, jak w Morzu Martwym (w termach ludzie wspomagali się "makaronami"). Możesz zasiąść w jacuzzi, bądź położyć się na leżaku wodnym. I zapomnieć o wszystkim, co Cię tu przygnało.

Jest to też zdrowa rozrywka, ze względu na lecznicze właściwości wód termalnych, o których więcej przeczytasz na stronie kompleksu.

Na miejscu był niezły tłum (wiadomo, wolne), ale mimo to bardzo przyjemnie.

Szczególnie polecam jacuzzi na powietrzu. Do wyboru są leżaczki i siedziska, więc nawet przy 12 stopniach można zanurzyć się w cieplutkiej, parującej solance i przestać wierzyć w to, że już listopad.

Wspomniałam już, że jest też sauna - jeśli ktoś lubi, to pewnie doceni. Mnie to nie rusza.

Jacuzzi jest także w środku, więc w razie braku miejsc na zewnątrz spokojnie znajdziesz coś we wnętrzu.

W tej chwili termy są rozbudowywane. Nie sposób tego przeoczyć, bo otaczają człowieka ze wszystkich stron budowlane sprzęty i czarna folia, a nad głową straszy żuraw. Mimo to, wciąż mi się podobało. Pewnie dlatego, że ciemno już było ;-) Jeśli ktoś jest jednak wrażliwy estetycznie, może po prostu spędzić czas głównie w środku... lub poczekać, aż skończą przebudowę.

Jak się odnaleźć w Termach Uniejów?

Po wejściu zdejmujesz kurtkę, buty zmieniasz na klapki, chowasz (dobrze jest mieć ze sobą jakąś torbę) i zostawiasz wszystko w szatni. Z tego, co pamiętam, szatnia płatna nie jest.

Następnie przechodzisz do kasy, wykupujesz bilet i dostajesz zegarek, z którym przedostajesz się już do przebieralni. Na wysokości kas są też toalety, ale ja miałam wyraźnie jakiegoś pecha i ktoś się tam chyba w damskiej zatrzasnął :-D Nic to, w przebieralniach też były - ale również nie bez problemów, bo jedna z kabin też się zatrzasnęła... Cóż, w damskiej, w której kolejki są zawsze i kilometrowe, to istna tragedia.

Trochę ciężko mi się tam było odnaleźć, ale jednak numeracja na znakach nie kłamie i trzeba się nią zasugerować, szukając na przykład szafki nr 570.

Protip na dobry początek: kiedy już się przebierzesz i wychodzisz z przebieralni, odblokuj drzwi z obu stron, a najlepiej w ogóle je otwórz. W ten sposób ułatwisz życie kolejnym chętnym.

Nie jest też łatwo znaleźć wejście na basen. Ciągle ktoś o to pytał, kiedy ja sama nie miałam pojęcia. Teraz mogę doradzić jedno: iść wzdłuż ściany, tej najbardziej odległej od kabin przebieralni. Prędzej czy później trafisz. A jak już trafisz, jesteś na basenie, w części wewnętrznej. Do części zewnętrznej przechodzi się bezpośrednio przez basen i foliowe "przepierzenie". Są chyba dwa takie przejścia.

Dodam jeszcze, że o ile spokojnie można napić się piwa czy drinka w restauracji, to nie próbowałam wynosić alkoholu do zewnętrznego basenu... ale widziałam grupkę, która to uczyniła i nawet nikt za nimi nie gonił. Nie oceniam, nawet sobie myślę, że w tym jacuzzi to jednak trochę mi jakiegoś dobrego wina brakowało ;-) Nigdzie nie było też powiedziane, że nie wolno (albo nie zauważyłam, to też bardzo prawdopodobne). Ale w sezonie podobno jest bufet na zewnątrz.

Czy warto jechać do term w Uniejowie?

No ba! Pytanie! Jeśli tylko relaks oznacza dla Ciebie dobre towarzystwo, ciepłą wodę i bąbelki, w termach Ci się spodoba. Pod warunkiem, że weźmiesz ze sobą dobre towarzystwo. Można się tam poczuć trochę po skandynawsku, szczególnie późną jesienią, gdy od 16 jest ciemno. Zastanawiałam się tylko, czy nie odcierpię później wyłażenia z ciepłej wody na te 12 stopni (celem obejścia basenu i zorientowania się w sytuacji), ale jednak nic mi nie było. Chętnie tam wrócę, jak się już rozbudują. No i kusi mnie teraz też mała wyprawa do term w górach, kiedy już będzie śnieg i mróz. To może być dopiero przeżycie!

A Ty byłeś już w termach? A może dopiero się wybierasz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
System zdecyduje za Ciebie, wtorkodziałek i H&M. 29 października - 18 listopada

System zdecyduje za Ciebie, wtorkodziałek i H&M. 29 października - 18 listopada

Jesienią dążę do przytulności. Wyciągam z szafy długie swetry, miękkie koce i pluszowe poszewki na poduszki. Odpalam podgrzewacze i nastrojowe lampki. Rozpoczynam sezon na grzańca i rozgrzewającą herbatkę z rumem. Za to lubię jesień. Długie wieczory spędzone pod kocem i z serialem są spoko. Jesień jest spoko - dopóki nie muszę wychodzić z domu ;-)

przytulnie

Przegląd tygodnia

I tak właśnie wyglądają moje ostatnie tygodnie. Dom, koc, a od kilku dni także kot i nowy projekt, z którym próbuję wystartować.






I czy ja już mówiłam, że odpalenie domeny niby takie proste, a u mnie wiecznie jakieś problemy? No to mówię jeszcze raz.

Nie był łatwiejszy wtorkodziałek, czyli wtorek po wolnym poniedziałku. Za to ten niespodziewanie wolny 12 listopada okazał się wyjątkowo udany, a dlaczego - o tym wkrótce napiszę.

Byłam na karaoke. Po co ja tam chodzę? Dobre pytanie. Ilekroć widzę te same twarze (względnie, ilekroć słyszę te same głosy i piosenki, jak np. moją "ulubioną" Babę zesłał Bóg), tylekroć sama się nad tym zastanawiam. Jest w moim mieście pewne stałe grono, które bywa na każdej takiej imprezie, jaka tylko się odbywa. W efekcie mam już lekki przesyt tych osób, no ale co poradzić ;-) W sumie też jestem jedną z tych stałych twarzy, które raczej się na karaoke zobaczy.

Najnowsze wpisy


Z racji tego, że standardowych zajęć mi nie ubyło, a jeszcze sobie dowaliłam ich więcej, na blogu w ostatnim czasie trochę ciszej i pojawił się tylko jeden wpis:

Go to Hel czyli na koniec Polski


Przegląd internetów

Wyobraź sobie świat, w którym system decyduje za Ciebie, co Ci się należy. Jesteś nieustannie oceniany. Palisz w niedozwolonym miejscu? Ocena 5 punktów w dół. Przeprowadziłeś staruszkę przez jezdnię? 2 punkty w górę. Przekroczyłeś dozwoloną prędkość? Minus 20 punktów. A im mniej punktów uzbierasz, tym mniej Ci wolno. 

Nie kupisz biletów na samolot. Zapomnij o biletach na pociąg w klasie biznes. Twoje dziecko nie zostanie przyjęte do wybranej szkoły. Być może w ogóle nie dostaniesz pracy. 

Jeśli jednak sprawujesz się dobrze, jako wzorowy obywatel z łatwością znajdziesz partnera w aplikacji randkowej, będziesz płacić mniej za prąd i łatwiej zorganizujesz zagraniczny wyjazd na wakacje. 

Chciałbyś tak żyć? Bo dla mnie to jakaś chora odmiana szkolnego systemu oceny zachowania. Tego, w którym dobrą ocenę mają tylko konformistyczne jednostki. Te, które nie zadają pytań, nie dyskutują i spełniają definicję pokornego cielęcia, które dwie matki ssie.

Za inspirację dziękuję Outriders i polecam ich Brief czyli dobrze napisany przegląd wydarzeń na świecie. Dość podobną historię opowiada także Jakub Szczęsny: Życie jako usługa. Twoją wartość określa level w aplikacji.


Chwilę temu przeczytałam wpis, po którym stwierdziłam, że nie jestem postępową blogerką. Bo wszędzie teraz te kubeczki menstruacyjne, wszyscy się uparli je reklamować w jednym momencie, a mnie śniadanie do gardła podchodzi. Tak samo, jak przy reklamach środków higienicznych w porze obiadowej albo porannym truciu w radiu o suchości i nietrzymaniu. Moja granica jest gdzieś wcześniej. Owszem, to życiowe i normalne, ale mam pewne obiekcje, gdy ktoś nie tylko porusza taką tematykę, ale też nadmiernie... hmmm... się zagłębia. Hej, to już nie edukacja, tylko ekshibicjonizm :-)


HM (oczywiście wiem, że nie tak się to pisze, ale Blogger ma jakiś błąd i wrzuca mi zamiast znaku "and" znacznik HTML) wraz z Moschino wypuściło kolekcję ubrań. Zamysł jest podobny jak w przypadku zeszłorocznych koszul ze wzorem w stylu "zasłony z domu starców" z kolekcji Erdem: ma być bardzo drogo i bardzo bez sensu.

Tym razem jednak grupą docelową nie są hipsterzy i panowie ubierani przez matki, a celem - skuteczna antykoncepcja, a najprawdopodobniej wręcz przeciwnie... No złącz sobie poniższe ubrania w stylizację. Różowe futerka, puchowe bolerka... Kogo widzisz? Bo ja panią, która w tymże outficie i z taką torebką na pewno zrobi wrażenie na tirowcach przy S1...


Witaj. Z tej strony Ellen z Pewnej Firmy Sprzedającej Kule. Cenimy Twój blog i styl, w jakim go piszesz. Ponieważ Twoje artykuły są dla nas odpowiednie, by przedstawić w nich naszą firmę, chcielibyśmy zaprosić Cię do współpracy opartej na równości i obopólnych korzyściach.

Napisz artykuł o naszych produktach na blogu na około 400-500 słów, z dwoma zdjęciami, z trzema linkami.

Wypromuj go w social mediach.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o równość i obopólne korzyści, bo dalej jest tylko zachęta do kontaktu w razie problemów i pozdrowienia. Maila rzekomo napisała Ellen, w podpisie widocznym dla Gmaila widnieje Johnny, natomiast w adresie mailowym niejaka Maisie Grunds. No i adres w domenie gmail.com, a nie firmowej. Słowem: spamerzy są już nawet na naszych blogach...

Też tak sądzisz? I jak Ci minął tydzień?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Go to Hel... czyli na Koniec Polski

Go to Hel... czyli na Koniec Polski

Ja wiem, że dziś Halloween i należałoby popłynąć z nurtem, wrzucając jakieś przepisy na Halloween, wystrój czy propozycje przebrań na imprezę... Tylko że to do mnie niepodobne. Niespecjalnie mnie interesuje to "święto" i nie widzę powodu, by się raz w roku przebierać się za wredną zmorę, skoro właściwie jestem nią przez cały czas ;-)

plaża na Helu

Kiedy wrzuciłam na FB zdjęcia z tekstem, że na Helu jest piekielnie fajnie, nie każdy zrozumiał ten mój "piekielny" dowcip językowy. A tymczasem po polsku "go to Hel" nie oznacza wcale nic zdrożnego. Ba, po ostatnim weekendzie stwierdzam, że to nie złorzeczenie, a wręcz wyjątkowo dobre życzenia. Choć na początku zdarzyło mi się w to zwątpić... ale po kolei.


Czemu akurat Hel?

W sumie to nie wiem. Po prostu tak wyszło, jedziemy na Hel i już. Bo chcieliśmy nad morze, ale gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Na Hel jest też w miarę prosta droga i da się tam całkiem szybko dojechać - ale o tym za chwilę. A, i jeszcze foczki są, a foczki zawsze spoko. Jak nie wierzysz, to Janinę spytaj.

Jak dojechać na Hel?

Z Częstochowy jedzie się prosto. Raczej trudno zabłądzić ;-) Tym razem całą trasę w obie strony zrobiliśmy we własnym zakresie, czyli autem. I polecam. Wyjeżdżasz, kiedy Ci to pasuje, robisz przystanki, kiedy chcesz i dojeżdżasz w max. 6 godzin, a nie 18. A, i jeszcze możesz się zapakować na weekend jak na 2 miesiące. W kwestii kosztów - lepszy gaz niż benzyna, wiadomo. Wtedy dojazd na te 1000 km w obie strony powinien się zamknąć w ok. 400 zł, łącznie z wjazdem na autostradę. Tak przy okazji, kompletnie nie rozumiem, czemu płacimy podwójnie - nie wystarczą VAT i akcyza wliczone w cenę paliwa?

Co jest na tym Helu?

Hel to półwysep - taki wystający element w geografii Polski, a że wystaje w morze, to jest tym morzem otoczony z trzech stron. I w tym tkwi jego główna zaleta. W najwęższym punkcie cyplu (gdzieś na wysokości Kuźnicy) jeden brzeg od drugiego dzielą zaledwie 2 km. Jeśli kochasz morze tak jak ja, sama świadomość tego sprawi Ci frajdę. Na dodatek, kiedy jedziesz przez półwysep, co jakiś czas widzisz wodę, głównie po swojej prawej stronie.

Poza tym jest tam Koniec Polski, czyli najbardziej wysunięty na północ punkt kraju, plaża, port i latarnia morska. Do tego cała masa fajnych lokali z dobrą muzyką i jeszcze lepszym jedzeniem. Jest też dzika plaża na wojskowych terenach, na której zobaczysz wraki statków. Dodatkowo, jeśli jedziesz autem, możesz zwiedzić sobie cały cypel i zajrzeć na przykład do Jastarni czy też uwielbianej przez artystów Juraty. No i fokarium, pamiętajmy o fokarium.

Gdzie spać na Helu?

Zacznijmy od tego, że październik to już okres poza sezonem... i jak się okazuje, wcale jakoś szczególnie nie zmniejszyło to liczby turystów na Helu, ani liczby dostępnych pokoi. Trzeba było obdzwonić sporo miejsc, by w końcu znaleźć jakieś fajne. Wreszcie udało się nam wykombinować takie tuż przy plaży, a nie w sąsiedniej miejscowości ;-)

Tu niestety objawiła się jednak pewna piekielność Helu, o której wspomniałam we wstępie. Mianowicie, przyjechaliśmy na miejsce nocą, ok. 00:30. Poszliśmy spać jeszcze później, bo prawie o 4 nad ranem. O 9 rano obudziło nas stukanie, pukanie... a zaraz potem dźwięki piły mechanicznej. To właśnie miałam na myśli, pisząc "sounds like Hel". Z przekonaniem, że ta nazwa zdecydowanie przypadkowa nie jest.

Dopiero potem się okazało, że może być fajnie, ale trzeba najpierw wystawić nos spod kołdry i wyleźć nad morze ;-)

Samo miejsce, w którym spaliśmy - Captain Morgan - przyzwoite. Nie przestraszcie się zdjęciami - nie są zbyt aktualne, a na żywo było o niebo lepiej. Pokoje czyste, łazienki ładne i chyba niedawno remontowane, łóżka wygodne. Poza sezonem 100 zł za osobę za noc. Na dole bar, w którym można zjeść i napić się piwa. Nie było problemu z zameldowaniem o północy, wystarczyło tylko wcześniej dać znać. Podobnie z późniejszym wymeldowaniem. Minusy tylko dwa - dobiegająca muzyka z baru (ale mnie nie przeszkadzała, bo to szanty 💓) i poplamione narzuty na łóżkach. Nie chcę wiedzieć, czym i przez kogo, więc natychmiast ściągnęłam i ukryłam w głębi szafy.

Gdzie jeść na Helu?

O, tu było z czym powalczyć, zdecydowanie. Kilka miejsc, które odwiedziłam:

Captain Morgan

Dobra rybka, dobry żurek (choć moim zdaniem była to zalewajka - bo z pokrojoną w kostkę kiełbasą i kawałkami ziemniaków, zupa typowa raczej dla mojego regionu, niż Pomorza). Wystrój jak na starym statku. Magda Gessler pewnie by wypierdzieliła połowę gratów. Klimat to miało, choć troszkę przytłaczający ;-)

pub Captain Morgan na Helu

Maszoperia

Spoko grzańce - zmarzliśmy potężnie i trzeba było się rozgrzać. Klimat podobny jak w pozostałych lokalach, jakkolwiek budynek jest zabytkowy. Warto przeczytać (na początku karty menu), czym właściwie była ta maszoperia - opis naprawdę zacny.

Checz

Pyszne pierogi, sądząc po kształcie - przygotowywane po domowemu. Dobre, napakowane mięsem do granic i z cieniutkim ciastem. Jak nie przepadam, tak tamte wyjątkowo mi podeszły. Poza tym pyszne piwo z wiśniami i niezrównany grzaniec pszeniczny z cytrusami. Trafiliśmy przypadkowo, wyszliśmy bardzo zadowoleni.

restauracja Checz na Helu, piwo z wiśniami, grzaniec pszeniczny z cytrusami

Kutter

Całkiem niezła w smaku pizza, ale, mimo oliwy zamiast sosów, siadła mi dość ciężko na żołądku. Obstawiam, że ciasto swoje odleżało, a nie powinno. Poza tym znowu grzaniec i tutaj też był dobry.

HELLO

Sama nic tam nie jadłam, ale obserwowałam. Solidne kawały ryby, podobno dobrej, ale potrafiły kosztować 50 zł, co dla mnie jest lekką przesadą. Typową dla nadmorskich knajp, niestety. Wystrój nie powala, jak to na Helu. Mało estetyczny - a przynajmniej nietrafiający w moją estetykę. Polecam siedzenie na zewnątrz - tam jest przynajmniej widok na morze. Od razu +100 do zajebistości.

Próbowaliśmy jeszcze grochówki na cyplu helskim, ale nie mogę znaleźć, jak się to miejsce nazywało. Biały namiot po prawej stronie (w drodze na cypel), jak coś ;-)

Co zobaczyłam na Helu?


Morze i plażę

Pustą, październikową plażę. Jak na tytułowym zdjęciu. Pizgało niemiłosiernie, ale było warto. Tylko poopalać się już nie dało.

Fokarium

Foczki były przeurocze. Do tego zaskoczyły mnie swoją zwinnością. Akurat trafiliśmy na porę karmienia, więc je w ogóle zobaczyliśmy. Przed karmieniem nie były zbyt chętne do pokazywania się tym nielicznym turystom, którzy weszli razem z nami. Wstęp do fokarium - 5 zł. Za dodatkową złotówkę można też zajrzeć do muzeum. Wchodzimy sobie sami, wrzucając monetę do automatu, więc trzeba te 5 zł mieć - albo przynajmniej jakiś banknot, który rozmienimy w zamontowanej w pobliżu wejścia maszynie.


Port

Port to port. Trochę łódek, falochrony i silny wiatr, ale jak dla mnie, ma to klimat. Szkoda trochę, że nie było okazji, by się czymś przepłynąć - ale przypuszczam, że w sezonie szans nie brakuje.

Cypel helski i Koniec Polski

No co tu dużo gadać... Byłam na Końcu Polski, tak samo, jak bywam często na końcu internetu i co? I wróciłam! Tam pizgało jeszcze gorzej, jakaś rodzinka robiła sobie instasesję, a potem zaczęło padać. Ale widzę potencjał w tamtejszej plaży i chętnie odwiedziłabym ją latem. Jedna rzecz - strasznie tam daleko, a droga w lesie wybrukowana kamieniami, więc radzę założyć wygodne buty. Ja się lansowałam w botkach i mało nogi nie skręciłam - tylko jakieś 50 razy. Przy okazji można też zobaczyć stare bunkry i stanowiska ogniowe.

Koniec Polski, cypel helski

Latarnię morską

No niestety - zobaczyłam ją tylko z zewnątrz, bo już po sezonie. Ale może i dobrze, bo od jedynej latarni morskiej, do jakiej weszłam (czyli tej w Ustce) była dobre 2 razy wyższa. Nie jestem przekonana, czy spodobałyby mi się te nieskończone kręte schodki w środku ;-)

Wraki statków przy dzikiej plaży

Wiele osób wspomina o tym, że przy plaży na terenach wojskowych można zobaczyć wraki statków ORP Wicher II i ORP Grom II. I też je zobaczyłam. Dzika plaża, wypływające z morza ameby, w pobliżu powojskowe budynki... Jaki tam był klimat! Zdecydowanie polecam.

wraki statków na Helu

Molo w Juracie

Technicznie rzecz biorąc, molo jest w Juracie, a nie na Helu, ale jest też przy Półwyspie i po drodze. Stąd pomysł, by je zobaczyć. Jurata kiedyś była stolicą polskiej inteligencji. Wielcy artyści i malarze mieli tam swoje wille i spędzali letnie dni, inspirując się cudownym, morskim otoczeniem. Chciałabym więc lepiej poznać to miejsce - copywriter to po trosze też artysta i czasami potrzebuje inspiracyjnego kopa. Tym razem wpadliśmy tylko na momencik, w drodze do Częstochowy, tak, żeby nie złapać opóźnienia w trasie. Ale było warto. I chętnie do bogini Juraty jeszcze wrócę ;-)

molo w Juracie

Zobacz także:

Jedziesz nad morze? Tych błędów nie popełniaj


I teraz muszę sprostować, że jednak jest nadmorskie miasto, które potrafiło zachwycić mnie bardziej niż Ustka - to Hel.

A Ty byłeś już na Helu? A może się wybierasz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Sounds like Hel, a reklama nie kłamie. 15-28 października

Sounds like Hel, a reklama nie kłamie. 15-28 października

Nadeszły jesienne chłody. Już skrobałam rano szyby po raz drugi w sezonie - i coś mi mówi, że czas się do tego przyzwyczaić... albo jeździć rowerem. Skrobaczka już zajęła swoje stałe miejsce w schowku przy drzwiach i pewnie jeszcze nie raz okaże się potrzebna. Cóż, jesień nam przyszła i się rozgościła, ale póki co - przynajmniej w ciągu dnia ciepło.

zdjęcie z Helu, wraki na Helu

Przegląd tygodnia


Ale żeby nie było zbyt różowo - piszę ten przegląd opatulona w bluzę i koc-flądrę syrenę ;-) Polska złota jesień mnie zachwyciła, ale za zimnem to nigdy nie przepadałam...





No i jeszcze ta zmiana czasu... Miałam nadzieję, że dadzą sobie z nią już spokój, ale chyba się jeszcze na to nie zanosi. Niby tylko godzina do tyłu, a jednak potem jeszcze przez tydzień sobie przypominam kolejne miejsca, w których tę godzinę muszę przestawić. Jesienna jest o tyle fajna, że po niej chociaż sama nie chodzę potem przez tydzień do tyłu ;-)

To był wspaniały weekend po mało wspaniałym tygodniu.

Tygodniu, który najtrafniej mogę opisać tak:



Musiałam się oderwać od rzeczywistości (choć zazwyczaj tego nie polecam) i zmienić na moment otoczenie. Pogoda sprzyjała wyprawom i tak oto w piątek wyruszyłam na drugi koniec Polski - na Hel.

O północy byłam już na miejscu. Niestety, nie poszłam wtedy spać i sobotę przetrwałam ledwo żywa i niewyspana, bo po jakichś 5 godzinach snu obudziły mnie... odgłosy piły mechanicznej na podwórku obok. Koszmar. Pozbierałam się jednak jakoś i spędziłam fantastyczny dzień, łażąc po Helu. Byłam na Końcu Polski (cypel helski), przy latarni morskiej i w paru bardzo przyjemnych lokalach.

W niedzielę natomiast prowadziłam przez całą tę drogę, przez pół Polski. Można powiedzieć, że przeszłam swój chrzest bojowy, jeśli chodzi o podróżowanie autem na tak długie trasy. I dałam radę. Ba, podobno poradziłam sobie o wiele lepiej, niż radzę sobie na mieście - w sensie, byłam o wiele mniej nerwowa niż zwykle za kółkiem ;-)

W drodze jeszcze odwiedziłam kilka fajnych miejsc, o których napiszę. Polecę Ci też całkiem przyjemny lokal z noclegami i parę miejsc, do których warto się wybrać na dobrego grzańca (nad morzem zdecydowanie #piździernik, choć słońce świeciło) i rybkę.

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Jesień, którą pokochałam


Mój nowy Bullet Journal. Kompletna zmiana rozkładówek


Social media blogera


3 książki dla copywritera, dzięki którym prześcigniesz konkurencję


Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły


Przegląd internetów

Lepiej jest mieć mniej komentarzy ale za to bardziej merytorycznych. Takich, które urozmaicą dyskusję i wzbogacą Twojego bloga. Takie komentarze piszą mądrzy i wartościowi ludzie, i takich właśnie czytelników Ci życzę.

Jak zwiększyć liczbę wartościowych komentarzy na blogu? We wpisie znajdziesz aż 15 wskazówek. Z 8. i 9. się w pełni zgadzam, a 11. była całkiem odkrywcza ;-) Sama na jakość komentarzy na blogu nie narzekam. Może nie mam ich jakoś szczególnie dużo, ale wciąż są jakościowe, a gówien w stylu "Super wpis" pojawia się na nim mało. Było ich więcej, gdy korzystałam z grup promocji, ale nie mam ostatnio na to czasu i uważam, że osiągane efekty nie były warte wkładanego w to wysiłku.


Zajonc twierdzi także, że nie musimy być świadomi faktu, że kiedyś spotkaliśmy się już z danym obiektem. Mało tego, nie musimy nawet lubić danego przedmiotu. Jeśli zastanawiało Cię kiedyś, dlaczego reklamy proszków są tak sztampowe, masz tu częściową odpowiedź: liczy się ilość a nie jakość.

A co jeszcze twierdzi Zajonc i paru innych? O tym przeczytasz we wpisie Reklama nie kłamie.


Facebook może służyć jako miejsce dystrybucji treści publikowanych na stronie internetowej, blogu firmowym. Nie warto jednak przenosić całego artykułu do social media – zaproś użytkowników na swoją stronę, podlinkowując ją w poście.

Z tym bym nieco dyskutowała, bo Facebook najbardziej ze wszystkiego nie lubi, gdy wyciągasz z niego ludzi. W efekcie znacznie słabiej promuje posty z linkami do innych kanałów, stron, blogów, YouTube. Co innego, gdy tekst wrzucasz w całości na FB jako post, albo kiedy publikujesz wideo bezpośrednio na Facebooku. Wyjątkiem są tutaj posty pochodzące z Instagrama, ale to z wiadomych względów ;-)

O ile jeszcze uważam, że warto by było poprawić błąd w tytule, to w treści jest parę ciekawostek, które warto poznać - o ile już tego nie wiesz: błędy, których należy unikać, prowadząc fanpage.


Ziemię pomierzył i głębokie morze,
wie jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma ku*wę w domu.

Oto jedna z fraszek Kochanowskiego, której na pewno nie nauczyli Cię w szkole. Po więcej niepokornych (a nawet i drastycznie wulgarnych, nie bójmy się tego powiedzieć wprost) dzieł polskich poetów zapraszam tutaj: zbiór niecenzuralnych utworów. Oczywiście, pojawia się Tuwimowe "Całujcie mnie wszyscy w dupę". I jest to zdecydowanie jeden z łagodniejszych wierszy. Serio ;-)

Jak Ci minął ten tydzień? Z tego, co widzę po Facebooku (i co widziałam w trasie), dużo osób wpadło na ten sam pomysł co my i podróżowało, a Ty? Weekend w domu czy też w drodze?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger