piątek, 20 października 2017

Mój dzień #2

O 6 rano budzi mnie dźwięk budzika. Leżę jeszcze przez chwilę, choć wiem, że nie powinnam, po czym wlekę się do łazienki.

śniadanie do łóżka

Potem przygotowuję sobie litr wody jonizowanej do picia i powoli wypijam przed śniadaniem, w trakcie robienia makijażu.




Jakimś sposobem cała procedura ogarniania się i przywracania do ładu po nocy zajmuje mi 40, a czasem nawet 50 minut. O 6:50 staję przed dylematem - zrobić jajecznicę na śniadanie, szybkie kanapki czy kupić coś w sklepie?

Jeśli wychodzę z łazienki o 7, dylemat nie istnieje. Pakuję torbę i wychodzę. Nie ma czasu na jedzenie. Bywa, że to wcale się nie sprawdza - Żabka po drodze zamknięta, a automat w pracy niemal pusty i nie ma w nim tych dobrych kanapek. Jestem skazana na płatki owsiane, które trzymam w szafce na takie okazje. Chyba nigdy ich nie polubię, choć wiem, że zdrowe...

Jak dobrze pójdzie, to ogarniam śniadanie w 5 minut, jem, przeglądając Instagram lub Bloglovin, czasami jeszcze pozmywam i dopiero wychodzę. Robię łomot na korytarzu przy sprowadzaniu roweru po schodach.

W pracy jestem między 7:10, a 7:20. Wciąż próbuję ogarnąć się na tyle, by docierać przynajmniej o równej 7, ale to nie takie proste. Idzie mi z tym jednak coraz lepiej, odkąd wyluzowałam.

W ciągu dnia staram się robić regularne przerwy, by odpocząć i zjeść coś zdrowego - owoce, serek wiejski, owsiankę lub jakąś sałatkę. Czasem przynoszę zupę do odgrzania. Wypijam też ok. 1,5 - 2 litrów wody. Od kilku tygodni nie piję kawy. Czasami tylko w piątek, koło południa, żeby wieczorem być w stanie długo imprezować. Takie ograniczenie kofeiny sprawia, że ta kawa wreszcie na mnie działa.

Nagle jest 15 i za chwilę wychodzę. Gdy gorzej pójdzie, siedzę chwilę dłużej, ale staram się tego unikać. Mój czas po pracy jest bardzo szczegółowo zaplanowany. Mam maksymalnie 40 minut, by zrobić zakupy (czego unikam, jak mogę), wrócić do domu, zrobić trening i ugotować obiad. Czasem muszę jeszcze wcisnąć w cały plan wyrzucanie śmieci i sprzątanie mieszkania. Czasem przynajmniej mogę odpuścić trening, w końcu staram się ćwiczyć tylko 3 razy w tygodniu. To i tak dużo.

Kiedy wchodzę do mieszkania, od razu lecę przebrać się w dres i wyciągam stepper. Nie daję sobie ani chwili na wymówki, że mi się nie chce i nie mam siły. Dopóki tak nie pomyślę, to mam. Ani się obejrzę, a już jestem w połowie treningu. Wciąż ćwiczę tabatę, w większości na stepperze, ale często 1-2 cykle zamieniam na bardziej ogólnorozwojowe ćwiczenia. Tylko czasem pozwalam sobie odpuścić, ale to kiepski pomysł, bo po treningu czuję się znacznie lepiej niż przed. Odkąd regularnie trenuję, mam więcej energii do życia, jestem spokojniejsza, lepiej śpię, lepiej mi się myśli i łatwiej wstaje rano.

Potem zazwyczaj przychodzi czas na relaks. Obejrzenie razem jakiegoś filmu, odcinka serialu lub Goggleboxa. Czasem padam o 18 i przysypiam. Czasem robię paznokcie. Czasem coś czytam. Czasem po prostu ogarniam bloga. Raz na jakiś czas zdarza się, że po treningu muszę się szybko wykąpać, umalować i wyjść. Tego jednak unikam - staram się w treningowe dni zostać już w domu.

Nadchodzi wieczór. Idę pod prysznic, a potem siadam z Bullet Journal lub czytam książkę w łóżku. Czasem przeglądam znowu nowe posty na Bloglovin. Bywa, że już ok. 22 zasypiam z telefonem lub czytnikiem w ręku. I ze świadomością, że pewnie obudzę się wtedy o 5:30...

Idealnie jest, gdy odkładam czytnik o 22:30, gaszę światło i zasypiam. Wtedy wiem, że obudzę się dokładnie o tej porze, o której powinnam. Czasami książka wciąga mnie na tyle, że opóźniam czas pójścia spać o 15 minut, i potem wstaję niewyspana. W takiej sytuacji powinnam poczytać jeszcze do północy, ale zazwyczaj tak bardzo chce mi się spać, że nie jestem w stanie dłużej czekać. Niedobrze, powinnam pilnować odmierzania 1.5-godzinnych cyklów. Już wiem, że wstanę niewyspana...

Zasypiam spokojnie i liczę na to, że mimo wszystko, jednak się wyśpię.

Zobacz, jak mój dzień wyglądał kilka miesięcy temu

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 18 października 2017

Ten polski serial musisz obejrzeć

Gdy słyszę "polski serial", odwracam wzrok z niesmakiem. Na fali twórczości takiej, jak Na Wspólnej, M jak miłość, czy mającego spore ambicje Belle Epoque nigdy nie spodziewam się niczego dobrego. Nawet pomimo dobrych recenzji. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że ten serial obejrzałam. Powiedziałam po prostu "Sprawdzam!" i sprawdziłam. I wiecie co? Przestałam mieć złe zdanie o polskich dziełach. To nie zawsze muszą być obyczajowe tasiemce z Bożeną Dykiel.

taśma filmowa

O jakiej produkcji mowa? O serialu Wataha.




Pierwszy sezon składa się z 6 odcinków. Poznajemy w nim bliżej środowisko bieszczadzkiej straży granicznej. W pierwszym odcinku podczas imprezy dochodzi do tragedii. W wyniku wybuchu giną wszyscy pogranicznicy. Przeżyć udaje się tylko jednemu z nich - Wiktorowi Rebrowowi.

Oczywiście, kapitan Rebrow staje się głównym podejrzanym. Dociekliwa i antypatyczna prokurator robi, co może, by znaleźć dowody, które go obciążą. Ten nie zważa na jej wysiłki i szuka winnych na własną rękę. Nie ułatwia mu to oczyszczenia się z zarzutów. Jest zdeterminowany. W zamachu zginęła także jego narzeczona, dlatego mocno zależy mu na odkryciu, kto za tym stoi.

Tymczasem sprawa się komplikuje coraz bardziej. W placówce pojawiają się nowe twarze. Nie wiadomo, komu można zaufać. Dochodzi do kilku morderstw. Ginie także jedna z nowych strażniczek. Dowody wciąż wskazują na jedną osobę - Rebrowa. Czy uda mu się znaleźć prawdziwego winnego?

serial wataha recenzja

Serial jest bardzo starannie przygotowany. Nie licząc udźwiękowienia, względnie - dykcji aktorów. Nie wiem, co zawiniło, ale wielu kwestii nie byłam w stanie zrozumieć. To jedyny minus. Poza tym miałam wyjątkowo pozytywne wrażenia. Pojawiają się tutaj aktorzy znani z wielu polskich produkcji i naprawdę dobrze sobie radzą.

Największym zaskoczeniem okazała się rola Mariana Dziędziela. Jako Szeptun jest nie do poznania.

Wataha ma dość ciężki klimat. Nie brakuje w niej przekleństw ani krwi. Na szczęście, oszczędzono widzom typowo polskich, brzydkich scen miłosnych. Kilka się pojawia, ale nie są odstręczające, jak w większości polskich filmów. Akcja skupia się jednak przede wszystkim na dramacie Rebrowa. Leszek Lichota świetnie pasuje do roli kapitana, który przeżywa wszystko "po męsku", milcząco i z alkoholem. Który jest zdeterminowany, by poznać prawdę.

Zawiodło mnie tylko trochę zakończenie. Miałam wrażenie, że scenarzyści jakoś tak spuścili z tonu. Brakło emocji i nieco szerszej perspektywy. Mimo to byłam bardzo ciekawa kolejnego sezonu Watahy.

drugi sezon serialu wataha hbo

Pierwszy odcinek mam już za sobą i muszę przyznać, że był całkiem obiecujący...

A Wy? Oglądaliście Watahę? Zamierzacie obejrzeć kolejny sezon?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Zdjęcia w treści pochodzą z serwisów Onet Film oraz Spider's Web

poniedziałek, 16 października 2017

Tydzień bez poniedziałku. 9-15 października

Nawet nie wiecie, jaka to ulga, że mimo wczesnej pobudki, czuję znacznie więcej energii niż tydzień temu. Najwyraźniej przyszedł taki wiek, w którym po jednej nocnej imprezie dochodzę do siebie przez następnych kilka dni.

kolorowe porzeczki

Zeszły poniedziałek był cudowny, bo wolny. Planowałam dalsze dogorywanie, choć nie do końca wyszło, bo obudziłam się już przed 7 rano. Dało mi to nieco czasu na ogarnięcie bloga i okołoblogowych spraw, co nie zmienia faktu, że był to wyjątkowo leniwy dzień. Czasem takie są bardzo potrzebne.




Zawsze powtarzam, że weekend powinien trwać przez 3 dni. Zazwyczaj słyszę wtedy, że klasyczny trudny poniedziałek by nas nie ominął i mielibyśmy go we wtorek. Tym razem przekonałam się, że to prawda. Do tej pory miałam trudne piątki w pracy, tym razem ciężki był początek tygodnia. Tak naprawdę to cały ten tydzień taki był. Ciągle czułam się zmęczona i bez energii. Pojęcia nie mam, jak ja to zrobiłam, że jednak trenowałam i jakoś ogarniałam.

Po tygodniu, który wyjątkowo się wlókł, nastąpił bardzo długi piątek. Zaczął się o jakiejś 5:40 rano, a skończył niemalże po 24 godzinach. Miałam ambitny plan, że będę idealną kobietą, która czeka na powrót swojego mężczyzny z pracy i dam radę dotrwać do rana. No i dotrwałam. W towarzystwie rolników szukających żon oraz telewizyjnych randkowiczów, bo nie miałam siły na intelektualne rozrywki. Pierwotnie chciałam część tego czasu wykorzystać na pracę, ale... Nie żałuję ani trochę.

W tym tygodniu próbowałam się zabrać za dalsze czytanie Social media: Start, ale jakoś nie miałam nastroju. Ostatecznie czytałam tylko blogi i artykuły w internecie, ale dzięki temu mam się z Wami czym podzielić.

Wyjątkowo rozbawiły mnie opowieści z helpdesku. W mojej firmie ten dział jest antydefinicją pomocy, choć trzeba przyznać, że jak już odmawia, to z wdziękiem. Mam w zanadrzu kilka ciekawych historyjek...

Bardzo spodobał mi się pomysł na prezent ślubny: książki zamiast kwiatów. Godny naśladowania, choć nie bardzo rozumiem pozycję czwartą (od lewej strony) ;-)

Porusza mnie temat formatu AMP, który Google zawzięcie wprowadza. Jestem dość blisko poglądów autora tego artykułu, szczególnie że strony AMP wyglądają jak z czasów prehistorycznego internetu, który się we wiadrach nosiło. Jaki sens we wprowadzaniu takiego rozwiązania, kiedy większość ludzi ma całkiem szybkie smartfony oraz spory pakiet danych? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę. A ja uparcie poprawiam w tej malutkiej mobilnej wyszukiwareczce adresy stron, bo nie chcę korzystać w AMP. Nie i już.

Dla tych, którzy jeszcze nie zakodowali - w Rossmannie trwa promocja -55% na kosmetyki kolorowe. Co prawda, dla mnie to wciąż jest kultowe -49, ale jeśli macie aplikację i aktywne konto w Klubie Rossmann, to za pierwszym razem faktycznie dostaniecie 55% zniżki. 49% będzie bez apki lub przy kolejnych zakupach. Musicie tylko wybrać 3 kosmetyki o różnym przeznaczeniu. Nie mogą to być niestety 3 matowe pomadki w różnych kolorach (a tak liczyłam, że uzupełnię zapasy!). Przejdzie za to pomadka ochronna, matowy błyszczyk (jak to brzmi...) oraz kredka do oczu.

Legimi od dziś działa na Kindle. Czytałam o tym sporo i zapowiada się naprawdę nieźle. Co prawda, ja wolę polskiego inkBOOKa, ale sam zamysł i sposób ogarnięcia abonamentu dla zamkniętego systemu Kindle jest godny podziwu. Mam nadzieję, że będzie o tym głośno.

Na blogu w tym tygodniu:

Artystyczne zamysły i inne wymysły


3 filmy, które warto obejrzeć w październiku


Z racji tego, że nadeszła jesień i zaczęłam urządzać swoje gniazdko (wiecie, nastrojowe światełka, poduszki, stylowe dodatki) odkurzam post z inspiracjami wnętrzarskimi. Tym bardziej że w Pepco znowu pojawiły się ozdoby LED, które zobaczycie w zalinkowanym wpisie. W zeszłym roku plany pokrzyżowała mi wyprowadzka z mieszkania, ale w tym roku muszę je mieć :-)

Hej, ludzie, idą Święta! Przytulne dodatki do domu i mieszkania na jesień


A co u Was słychać w tym tygodniu? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 13 października 2017

3 filmy, które warto obejrzeć w październiku

Filmów we wrześniu było jeszcze mniej niż książek. Na szczęście, dzięki temu nie trafiłam na szczególnie słabe rzeczy i mogę polecić Wam wszystko. Jesteście ciekawi, co warto obejrzeć w tym miesiącu? To zaczynamy.

reżyseria filmu

Snowden

Pracownik tajnych służb postanawia ujawnić ich nielegalne praktyki.
Poruszająca historia Edwarda Snowdena, który ujawnił wiele nieprawidłowości w działaniu CIA oraz NSA - szczególnie nielegalne obserwowanie i podsłuchiwanie obywateli. Bardzo emocjonalna i smutna historia człowieka, który mocno wierzył w to, co robił, a potem odważył się to zakwestionować. Po tym filmie ludzie zaklejają kamerki w laptopach.




Transformers: Ostatni rycerz

Nie jestem w stanie opisać fabuły.
Film, przy którym... świetnie mi się spało. Nie powstrzymały mnie przed tym nawet elementy humorystyczne, choć były całkiem na poziomie. Można obejrzeć, jeśli nie macie nic lepszego do roboty. Tylko nie zapomnijcie mi dać znać, czy Wam się podobało ;-) Jeśli tak, obejrzę jeszcze raz, bo być może to nie Transformersy były nudne, tylko ja zmęczona.


X-men

Wolverine, czyli człowiek-mutant ze szponami dołącza do grupy X-menów i wspólnie ratują świat.
Przyszedł czas, żeby nadrobić (na fali zachwytu Loganem) i oto nadrabiam. Film sprzed 17 lat, więc nie powala efektami specjalnymi, a i akcja jakoś tak bezmyślnie pocięta. Mimo to, urzekła mnie ta historia. Bohaterowie budzą sympatię i jakoś tak odruchowo trzyma się za nich kciuki. Warto, jeśli patrzycie na to tak trochę przez palce i jesteście w stanie wybaczyć niedoróbki oraz błędy montażu.

A Wy co ostatnio oglądaliście? Polecicie mi coś lub odradzicie? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.