wtorek, 23 maja 2017

Komu robię na złość, biegając i co wyniosłam z Festiwalu SEO. Przegląd tygodnia 15-21 maja

Wiecie, że można "zniknąć" niemal cały tydzień?

Wystarczy pójść na L4 do czwartku. I nagle się okazuje, że przez cały tydzień nie zrobiliście nic, oprócz obejrzenia serii TVN-owskich paradokumentów, napisania jednego posta na bloga i ugotowania kilku prostych obiadów.

biegam na złość ZUS-owi

Wciąż mnie trochę drapie w gardle i mam katar. I mam już chyba winowajcę - pyłki. Ponoć w tym roku sosna pyli tak zawzięcie, że przeszkadza nawet tym szczęściarzom, którzy nigdy nie mieli żadnej alergii. Potwierdzenie mam w pracy. No i ja też należę do tych, którzy zawsze czuli się świetnie i uwielbiali wiosnę, a teraz ciągle brakuje im energii. Póki co, nie potrafię wstać rano z łóżka i się ogarnąć. Niby jestem już zdrowa, a wciąż mam wrażenie, że jestem przeziębiona. Wiem jednak, że już wkrótce znowu będę odporna. Na razie łykam tabsy na alergię i jest trochę lepiej.




Na szczęście, pod koniec tygodnia ogarnęłam się już na tyle, że wyszłam z domu, a nawet - poszłam pobiegać. Na złość ZUS-owi, tak, jak Bookworm. I będę dalej biegać, i ćwiczyć, i poświęcać swój czas na aktywności. Poza tym, wmówiłam sobie, że w ten sposób najlepiej odpoczywam - i jest w tym sporo racji. Ania na swoim Instagramie zwróciła uwagę, że odpoczynek powinien być odwrotnością naszej pracy.

Cóż, ja jestem copywriterem - to oznacza, że codziennie przez 8 godzin płaszczę tyłek przed komputerem, wpatrując się w ekran. Ruchu mam tyle, co po kawę i do toalety, ewentualnie czasem jakiś mały spacerek w przerwie lub latanie po biurach i schodach. Nie ma rady - po pracy trzeba się poruszać. Próbuję sobie również wmówić, że to właśnie dlatego ostatnio byłam ciągle zmęczona - bo nie odpoczywałam aktywnie. Póki co - na tyle sobie wierzę, że jestem minimalnie bardziej wypoczęta. Na tyle, że siedzę i piszę tego posta, zamiast położyć się w łóżku. Czyli że działa.

Muszę tylko dodać, że trudno się biega w żulerskiej okolicy. Niektórzy stali bywalcy monopolki śmierdzą tak, że nawet koledzy po fachu przy nich wstrzymują oddech. A co ma powiedzieć biegacz? Czasem nawet najgorsza zadyszka nie skłoni mnie do zaczerpnięcia powietrza. I tak, wpadłam już na ten pomysł, co Wy. Inni biegacze kupują maski ze względu na smog, a ja kupię ze względu na żuli. Moje życie takie oryginalne, wow ;-)

W nagrodę za bieganie, mimo przeszkód, przyniosłam sobie bez. A co!

Śmieszne, że ja go do tej pory nie dostrzegałam. Rośnie mi prosto w drzwi klatki, wychodzę codziennie wprost na ten bez, mijam go w drodze powrotnej i jakoś go nie zauważałam. Nie wiem jak. Czuć? Też nie czułam, dopóki nie przyniosłam do mieszkania.

Aktywny czwartek przygotował mnie dobrze na intensywny piątek w pracy. Dzień miał zacząć się później, od 10 i trwać też do około 10, ale już wieczorem. I tak też było. Dzięki temu, że poszłam na późniejszą godzinę, miałam czas, żeby pospać nieco dłużej i poćwiczyć przed pracą. Potem poszłam gasić pożary - bo po 4 dniach wolnego to już na nic innego czasu nie starcza. A, i jeszcze ogarniać maila, a w międzyczasie skrobnąć jakieś 2k znaków ze spacjami na zadany temat. I nagle przyszła godzina 14, ustawiłam sobie autoresponder na maila, że wyjeżdżam służbowo i wyruszyliśmy do Katowic na Festiwal SEO.

Sama jestem zdziwiona, że się ostatecznie zdecydowałam, bo jestem introwertyczką/ambiwertyczką-domatorką, która woli spędzić czas z bliskimi w domu, zamiast się gdzieś włóczyć. Jak zwykle, okazało się jednak, że jeśli gdzieś się nie chce jechać/iść, to znaczy, że się powinno. Co prawda, merytorycznie było... hmmmm.... napiszę Wam więcej w osobnym poście, ale... Może inaczej: merytorycznie było tak, że towarzysko mieliśmy duży fun. Przez całą drogę powrotną cisnęliśmy z konferencji, i z siebie samych w kontekście konferencji.

A co wyniosłam z Festiwalu SEO? Kubek, dwa długopisy i notes.

A tak poważnie, wyciągnęłam  parę rzeczy, które przydadzą mi się choćby w działalności moich sklepów. Gratisowe itemy to były już tak całkiem przy okazji i legalnie ;-)

Wróciłam do domu po 22. Tutaj warta wspomnienia jest wyłącznie moja piątkowa kolacja - kanapka z pasztetową, popita białą Kadarką. Wykwintne połączenie, wiem :-D Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że Niewyparzona Pudernica je kartofle ze śmietaną i jeszcze to pokazuje ludziom na Instastory. Można? Pewnie, że można. Ośmiorniczki to nie wszystko.

W sobotę pojechaliśmy na karaoke z okazji Juwenaliów. Bardzo chciałam wystąpić, niestety... studenci nie raczyli poinformować, że na karaoke obowiązują zapisy, nie raczyli udostępnić takiej informacji na swojej stronie na temat juwenaliów (już pominę kwestię, że ją zaktualizowali w ostatniej chwili), a ja nie pomyślałam, żeby szukać info na stronach sponsora.

Studenci! Czemu Wy tacy nieogarnięci?

Tak oto przepadła mi fajna okazja, ale na osłodę było pyszne spaghetti i lody w moim ulubionym miejscu.

Zezłościłam się też, widząc straż miejską. Strażnicy chamsko wykorzystali okazję i zamiast pilnować, żeby nikt się nie bił, nie rzucał butelkami, woleli łapać rowerzystów, którzy jeździli po deptaku (zamiast po ścieżce rowerowej w krzakach, o której chyba nawet nie każdy wie). I tak oto świat stał się lepszy, bo policjanci specjalnej troski (tak od tej pory mówię na straż miejską) złapali paru kolesi na rowerach... Wow.

Ja w sumie chyba też ryzykowałam, bo uparłam się, że chcę zerwać trochę "tych ładnych kwiatków, które rosną na drzewach przy ścieżce". I zerwałam. A potem się dowiedziałam, że te drzewa z ładnymi kwiatkami to głóg dwuszyjkowy, Paul's Scarlett. No zobaczcie sami, jaki piękny. Warto było zaryzykować. Do dziś stoi w wazonie i cieszy oko.

W niedzielę było totalne lenistwo. Takie, że aż mnie zmęczyło. Serio, jest taki rodzaj lenistwa, po którym czuję się bardziej zmęczona niż po pracy. I teraz sobie myślę, że trzeba było wyciągnąć laptopa, i napisać coś, zamiast zamulać. Tak, mogłam też poćwiczyć, ale mam założenie, że ćwiczę tylko od poniedziałku do piątku. Żeby mi się za szybko nie znudziło. Póki co, chyba działa, bo ćwiczyłam już wczoraj, i ćwiczyłam dzisiaj, i dalej uważam, że to lubię i mnie to relaksuje. Oby tak dalej ;-)

Mam dla Was mega zarąbiste linki:

Jak zmniejszyć współczynnik odrzuceń na blogu?

Jakie znane osoby miały problem z prokrastynacją i jak sobie z nią poradzić?

Na blogu pojawił się tylko jeden post:

Długi weekend i jeszcze dłuższy tydzień


8 lekcji z życia


A co tam u Was było słychać? Czujecie wiosnę w powietrzu, czy tylko pyłki? :-D
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 15 maja 2017

Długi weekend i jeszcze dłuższy tydzień. Przegląd tygodnia 1-14 maja


Pojęcia nie mam, gdzie mi się podziały ostatnie tygodnie. Najpierw był długi weekend, który w moim przypadku trwał od piątku do czwartku. Potem dwa dni pracy, które miały być proste i przyjemne, a jakimś dziwnym sposobem zmęczyły mnie do granic. Pewnie dlatego, że nie zdążyłam się przestawić na tryb pracy po tak długim weekendzie ;-) Wyciągnęłam wniosek na przyszłość - w przyszłym roku biorę sobie 3 dni urlopu, by mieć 9 dni wolnego. A co!




Na długi weekend się prawie pochorowałam. Na szczęście szybko mi przeszło. Ale i tak spędziłam weekend, śpiąc do późna i raczej nigdzie nie wychodząc. Właśnie na to miałam ochotę - książki, filmy, seriale i lenistwo. I kameralny grill, gdy tylko pogoda pozwoliła ;-)

Zaraz po weekendzie w pracy miałam zaplanowany dość ważny moment, ale... został odroczony. Okazało się, że nie jestem do niego wystarczająco przygotowana. No to przygotowuję się dalej, choć potrzebuję do tego wsparcia z pewnego działu ;-)

Tak oto te przygotowania wyzwoliły we mnie pewną złośliwość. "Wypisałam" ją ostatnio w formie 80 (!) zdań, których nie usłyszy się w mojej firmie. Jednym z nich było: Helpdesk rozwiązał mój problem. Kto ma taki dział u siebie w biurze, pewnie zrozumie ironię ;-)

Po tych dwóch dniach pracy spędziliśmy świetny weekend. Wyskoczyłam na szybkie piwo z ludźmi z dawnej pracy (call center), a potem na Strażników Galaktyki.

Ze spotkania wyciągnęłam nawet budujący wniosek. 4 na 6 przybyłych osób dalej pracuje w call center. 1 bodajże na wyższym stanowisku niż te 5 lat temu, kiedy pracowaliśmy razem. 2 osoby pracują gdzie indziej - jedną z tych osób jestem ja. To piwo uświadomiło mi, że może czasem nie widzę na bieżąco, że robię coś ze swoim życiem - ale najwyraźniej jednak robię, bo jestem dalej niż byłam te kilka lat temu. I uświadomiłam sobie również, że wpływ na to miało wiele czynników. To, gdzie jestem teraz, jest efektem moich decyzji sprzed kilku lat. I chyba w większości były całkiem słuszne ;-)

W niedzielę wylądowaliśmy na partyjce Monopoly, a potem na kręglach. W Monopoly grałam dopiero drugi raz i najwyraźniej podejmuję zbyt mało odważne decyzje, bo zawsze prędzej czy później bankrutuję. Zazwyczaj prędzej - jako pierwsza lub druga osoba. W kręgle raz przegrałam z kretesem, a raz prawie wygrałam. Prawie, bo przy przedostatniej i ostatniej turze wpadłam na bezcenny pomysł rzucania kulą, która ważyła tylko trochę mniej niż samochód. Prawie poleciałam razem z nią przy rzucie i teraz sobie myślę, że może właśnie to trzeba było wykorzystać. Na pewno strąciłabym więcej kręgli niż tą kulą...

Reszty tygodnia za dobrze nie pamiętam. Byłam znowu przemęczona i kładłam się do łóżka bardzo wcześnie, starając się tylko dożyć do piątku. Miałam wrażenie, że cała moja energia znikała zaraz po wyjściu z pracy. Jakoś starczało mi jej na te 8 godzin, ale na życie po pracy to już niekoniecznie. W piątek dopiero odpoczęłam. Zrobiłam pyszny obiad i wyskoczyliśmy na karaoke. A potem wstałam i miałam bardzo przyjemną sobotę. Resztę weekendu spędziliśmy na wsi. Wybraliśmy się na bardzo przyjemny spacer w moje ulubione miejsce - a pogoda była naprawdę cudownie spacerowa. Cieplutko, słonecznie, nawet już nie wiosennie, tylko wręcz jak latem.

A potem znowu się okazało, że przemęczenie było zapowiedzią przeziębienia. I tak oto nadaję do Was chora. Ironia losu - byłam około miesiąc temu na L4 i lekarz mi powiedział, że nie będzie mi przepisywał antybiotyku, bo to tylko grypa, antybiotyk nie pomoże, a potem będę łapać każdy możliwy katar. Chyba zmienię lekarza. Nie jestem fanką brania antybiotyków na wszystko, ale... bez antybiotyku też łapię wszystkie bakterie, jak popadnie. Cóż, zabieram się za poprawienie odporności. Przez całą zimę piłam herbatę z imbirem i nie chorowałam. Wracam do tego i to oficjalnie, bo właśnie wypijam trzeci kubek dzisiaj. I za chwilę z powrotem melduję się w łóżku, z biografią Steve'a Jobsa, którą by już wypadało wreszcie dokończyć, bo wspominam o niej chyba już od dwóch miesięcy ;-)

Na blogu ostatnio pojawiło się kilka postów, w tym bardziej branżowe:

Dobre praktyki ludzi sukcesu


4 sprawdzone sposoby, jak wyzwolić w sobie kreatywność 

(bardzo polecam pierwszy, bo pozwala szybko zaobserwować postępy)

oraz jeszcze:

Czego boi się dres, co robiłam w Niemczech i prześmieszny film


Nie bój się lenistwa


Czas "mogę" i czas "muszę"


Dajcie koniecznie znać, co u Was słychać. Mam nadzieję, że jesteście w znacznie lepszej formie niż ja :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket


niedziela, 14 maja 2017

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 4 sprawdzone sposoby

Zawodowo zajmuję się pisaniem i pamiętam swoje pierwsze miesiące w pracy, kiedy natłok nowych obowiązków sprawił, że zaczęło mi brakować pomysłów. Jest to dość powszechny problem wśród wszystkich tych, którzy zajmują się tworzeniem treści.  Teraz już wiem, gdzie tkwiła przyczyna i o tym napiszę Wam na końcu. Na początku jednak same konkrety i metody na to, jak stać się bardziej kreatywnym człowiekiem. 

Chcecie wyzwolić w sobie kreatywność? Sprawdźcie poniższe rady. Trzy zaczerpnęłam z książki Zarządzanie codziennością, a jedna jest moim własnym sposobem, który stosuję od pewnego czasu.

jak wyzwolić w sobie kreatywność

1. Twórz dla siebie


To pierwsza i bardzo ważna rada, która u mnie sprawdziła się doskonale. Jest w dużym stopniu powiązana z codziennym pisaniem Hemingwaya czy też Gretchen Rubin. Chodzi tutaj o to, by zająć się… niepotrzebnym tworzeniem. Zrób coś tylko dla siebie, dla przyjemności, bez cenzury, coś, co nie będzie służyło zarobieniu pieniędzy, a jedynie wyzwoleniu. Daj upust swojej kreatywności. Nie oceniaj tego, co powstaje, nie stawiaj sobie granic i zobacz, w którą stronę to pójdzie. Wykorzystaj swój wolny czas i stwórz coś, na co masz ochotę.

Mogą to być również tzw. poranne zapiski, które poleca w swojej książce Julia Cameron. To polega na tym, żeby usiąść rano i zapisać trzy strony swoich myśli, tak szczerze i nie słuchając swojego wewnętrznego krytyka. Myślę, że to jest po prostu typowe pisanie ekspresywne, o którym wspominała kiedyś Ania. To może być świetnym sposobem na uporządkowanie emocji.

W ten sposób budujesz zaufanie do siebie i swoich pomysłów –  pozwalasz sobie na wszystko, a potem dopiero oceniasz. Jeśli pozwalasz swojemu wewnętrznemu krytykowi od razu ocenić swój pomysł, że jest głupi, tracisz zapał.

Ja zazwyczaj w weekendy mam taki czas, kiedy odpalam Worda i piszę. Czasami coś konkretnego (wpadł mi ostatnio ciekawy pomysł na historię i powoli ją buduję), a czasami po prostu opisuję, co się właśnie dzieje, co czuję. Próbuję znaleźć słowa, by jak najlepiej oddać nastrój chwili lub dobrze rozpisać jakiś zabawny dialog, który niedawno usłyszałam. Czasem znajduję jakieś zdanie i na jego podstawie buduję całą opowieść (ciekawe pomysły można znaleźć na Instagramie na profilu Sfera Copywritera).







2. Po prostu zacznij


Nie czekaj na wenę. Jeśli siedzisz właśnie przed pustą kartką, stwórz chociaż pierwsze zdanie. Niech będzie głupie, nie do publikacji – ważne, żeby było na temat, na który musisz napisać. Zacznij i nagle zobaczysz, że pojawią się kolejne pomysły.

Spisz pierwsze myśli, skojarzenia, które przychodzą Ci do głowy. Twój ostateczny tekst wcale nie musi tak wyglądać – ale właśnie tworzysz jego zarys. Później możesz wybrać najciekawsze elementy, uzupełnić je o potrzebne informacje i w ten sposób stworzyć świetną treść. Wspominał o tym Dariusz Puzyrkiewicz w podcaście MWF – nie pisz, tylko redaguj. Stwórz cokolwiek, a potem to dopracuj. Od pewnego czasu tworzę właśnie w ten sposób i zauważyłam znaczącą różnicę – tak jest łatwiej i wychodzą z tego lepsze rzeczy.

PS. Dariusz Puzyrkiewicz wydał niedawno swoją książkę, Biblię copywritingu. Nie mogę się doczekać, aż wpadnie w moje łapki (a już wkrótce wpadnie) :-)


3. Zrób mapę myśli


Czasami warto obudzić w sobie kreatywność, szukając skojarzeń. W takim przypadku po prostu biorę kartkę, na środku zapisuję temat, którym się właśnie zajmuję i spisuję wszystkie skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy. Tego też nie cenzuruję. Dzięki temu pobudzam swój umysł do pracy i za chwilę już słychać, jak zawzięcie stukam w klawiaturę, by rozwinąć zapisane pomysły :-) To bardzo dobra metoda, gdy chcesz stworzyć coś niezwykłego i wyróżniającego się – ciekawe hasło, dobry lead lub np. treść życzeń.


4. Zajmij się czymś innym


Jeśli nic nie działa, daj sobie czas. Idź na spacer, odpocznij lub po prostu zabierz się za inne zadania. Twoja podświadomość będzie w tym czasie pracować nad problemem i zobaczysz, że nagle pomysł się pojawi. Czasami po godzinie, czasami po kilku dniach… Czasami w najmniej oczekiwanym momencie. Pamiętaj jedynie, żeby go wtedy od razu zapisać, choćby w notatkach w telefonie. Nie chcesz przecież zapomnieć tego świetnego rozwiązania, prawda?


A jak to było ze mną?

Mój problem tkwił głównie w braku zaufania do siebie. Starałam się zbyt mocno dopasować do schematu, jaki poznałam na początku. Gdy zaufałam sobie i zaczęłam odważnie proponować nowe pomysły, nagle moja kreatywność się obudziła. Nagle odkryłam, że tekst nie musi być stworzony zawsze według tych samych reguł i w przepisowej kolejności. Ja tworzę – ja decyduję, jak tekst wygląda. I bronię swoich pomysłów – choć zazwyczaj okazuje się, że są doceniane i wcale nie muszę ich bronić. Słowem – wszystko zaczyna się od siebie, od odwagi, żeby przeciwstawić się temu wewnętrznemu krytykowi, dla którego wszystko jest głupie i złe ;-)

A Wy jak sądzicie? Macie jakieś swoje sposoby na wyzwolenie kreatywności? Podzielcie się nimi w komentarzach :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 13 maja 2017

Czas "mogę" i czas "muszę"

o życiu bez przymusu

Lubię takie soboty, jak dzisiaj. Weekend to mój czas. Czas "mogę", a nie "muszę".




Mogę wstać o 8, ale mogę też o 10. Mogę się opierniczać przez cały dzień. Mogę też zrobić coś, na co miałam ochotę przez cały tydzień.

Oprócz tego, jest jeszcze "mam" i "nie mam". Tydzień to czas "nie mam" (czasu, siły, chęci, pomysłu). Dopiero weekend jest pod znakiem "mam". Bo mam czas i mogę go spożytkować jak tylko zechcę. Mogę zrobić masę produktywnych rzeczy. Mogę napisać nowe opisy do swojego sklepu, uporządkować asortyment, napisać post na bloga, napisać swoje przepisowe 500 słów dziennie, jak Hemingway. Mogę wyciągnąć z szafy tablet graficzny i porysować. Mogę zrobić grilla. Mogę wyjść na miasto.

Mogę też przez cały dzień się obijać. Czasami jedyną rzeczą, jaką zrobię w sobotę, jest obiad. A potem gram w Star Wars Galaxy Heroes na telefonie, czytam lub oglądam filmy.

Czasami męczy mnie natchnienie, które przychodzi w niewłaściwym momencie. Akurat wtedy, gdy muszę stworzyć artykuł w pracy, wpada mi do głowy pomysł na notkę na bloga. Albo gdy mam jakiś kryzys, jak w tym tygodniu i jestem tak zmęczona, że codziennie kładę się spać o 20. I nagle pojawia się wena o 22. No, sorry, nie... Nie reaguję na ponaglający dzwonek do drzwi i przewracam się na drugi bok. Czasem tylko zapiszę szybko w notatkach w telefonie, co chciałam napisać. Ale to już nie będzie takie samo, gdy nie jest pisane od razu, na gorąco.

Czasami to natchnienie siedzi we mnie przez cały tydzień i cierpliwie czeka. I ciągle przypomina o swoim istnieniu, aż wreszcie siądę do laptopa i coś z nim zrobię. I tak mam przez większość tygodni, kiedy na co dzień brakuje czasu. Przychodzi sobie taka sobota, jak dziś, i nagle wstaję o 10, i z radością siadam do komputera. Bez śniadania. Popijam sok pomarańczowy. Siadam i piszę bez końca.

Mam w sobie coś, co każe mi pisać. Niezależnie od tego, czy mi się chce, czy nie, czy mam na to siłę, jest coś, co nie pozwala mi zamknąć bloga. Bo wiem, że choć nie pisałam przez dwa tygodnie, to w końcu siądę i napiszę. I będę z tego zadowolona. Mam w sobie taką skłębioną masę przemyśleń, która koniecznie chce zostać wypowiedziana, zapisana i zapamiętana. I to właśnie tutaj robię.

Nie jestem w stanie zagwarantować regularności, bo choćbym chciała, nie mogę przewidzieć, jak będzie wyglądał ten tydzień. I przede wszystkim - nie zamierzam się zmuszać. Staram się pisać codziennie, ale zazwyczaj piszę do szuflady, dla siebie. Nie wszystko, co piszę, nadaje się do publikacji. Czasami jednak z tego regularnego pisania, które zalecało przecież tak wielu autorów (choćby i wspomniany wcześniej Hemingway) powstaje coś fajnego. I w ten sposób lubię tworzyć. Nie na siłę, bo na siłę nie wychodzi.

Cały ten wpis powstał, po części zainspirowany notką Ekstrawaganckiej. W czasach, kiedy prowadzenie bloga urosło do rangi pracy, nawet, jeśli dany bloger na tym nie zarabia, albo tylko dorabia, wymaganie regularności stało się wręcz przesadne. Przesadne, bo my oprócz tych blogów mamy swoje życie, rodzinę, pracę. I lubimy się dzielić tym wszystkim z czytelnikami, ale czasami potrzebujemy po prostu oddechu. Pasja jest pasją, dopóki poświęcamy na nią czas z własnej woli, a nie z przymusu. I dlatego czasem publikuję po kilka postów tygodniowo, a czasem żadnego. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.