Jesień, którą pokochałam. 1-14 października

Jesień, którą pokochałam. 1-14 października

Czasami miłość pojawia się znienacka. Czai się gdzieś pomiędzy ciepłymi myślami. Spogląda w milczeniu i cierpliwie czeka, aż ją dostrzeżesz. I ja zauważyłam. Nagle krajobraz wokół mnie wybuchł kolorami. Wszędzie złoto, czerwono, pomarańczowo. Niebo błękitne jak nigdy. 

Przegląd tygodnia

Zapomniałam o tym, że rano jest zimno i mgliście. Że już o 18 robi się ciemno. Nagle, niespodziewanie dla siebie samej, pokochałam jesień. Tak po prostu i z zaskoczenia. Zachwyciłam się tym wszystkim, choć najbardziej to jednak ciepłem, którym nas rozpieszcza tegoroczny październik. I oby jak najdłużej.

Jak to się stało? Zobacz na moim Instagramie, a zrozumiesz ;-) I nie jest to absolutnie miłość z rozsądku, która kiedyś przyjść musiała, albo bym ją sobie wmówiła. To dojrzałe uczucie, świadome wad i zalet. Wiem, że przyjdą kiedyś ponure i ciemne dni - ale przeżyję je, mając w pamięci te najpiękniejsze. I wiedząc, że wkrótce wrócą.

Zaczęłam nowy Bullet Journal, o którym wkrótce Ci napiszę. Zdjęcia już mam, muszę tylko je obrobić, a do tego, przyznam szczerze, jakoś szczególnie mi się nie spieszy. Tyle rzeczy do zrobienia, a czasu jak nie było, tak nie ma.

Każdy mój dzień to typowy dla Q4 maratonosprint przez zadania. Po czymś takim naprawdę można ocipieć... Stąd pomysł na zerwanie z rutyną i nieustanne poszukiwanie kolejnych rzeczy, dzięki którym wracam do normalności po pracy. Jedną z nich są treningi, które pomagają mi poukładać myśli i uspokoić umysł.

Dalej dbam o to, by nie dać się rutynie. Zauważyłam, że mam więcej energii każdego dnia i chęci, by rozwalać kolejne zadania, zamiast je odkładać. Wkrótce napiszę u siebie na blogu podsumowanie tego wyzwania. Wciąż możesz dołączyć - tylko pamiętaj o oznaczeniu swoich postów hashtagiem #miesiacbezrutyny, bym mogła je na Instagramie zobaczyć. Ewentualnie po prostu je do mnie podeślij ;-)

W ramach wyzwania i wprowadzanych zmian wróciłam też do tabletu. Moje początki blogowania to był właśnie prosty, niemiecki tablet Medion. To właśnie na nim pisałam swoje pierwsze teksty i mam do tego typu sprzętów ogromny sentyment. Może nie do końca słusznie, bo był leniwy, powolny i miał słabej jakości ekran. Teraz jednak tablet posłuży mi głównie do czytania i codziennej prasówki.

Wyśmiałam całkiem sporo rzeczy na InstaStories. Opowiedziałam trochę o najszkaradniejszym rusycyzmie na świecie, języku profesjonalistów i dwóch postawach blogerów - godnej naśladowania oraz takiej kompletnie niegodnej. Nie chcesz przegapić moich kolejnych rozkmin? Dam Ci proste i darmowe rozwiązanie: szybciutko leć na Insta i mnie zaobserwuj, ot co ;-)

Wymieniłam swoją inteligentną opaskę - z Mi Band 2 na M3s. I jestem zawiedziona. W sensie, ta M3s mogłaby być naprawdę fajna, gdyby ktoś tak porządnie przysiadł i ogarnął jej aplikację. Albo gdyby miała te funkcje co teraz, ale działała tak sprawnie, jak Mi Band.

Ach, no i jeszcze usiłowałam zmienić domenę bloga. W końcu kiedyś by wypadało, nie? Tak mi to "wyszło", że szkoda gadać, ale jak tylko się uporam z tematem i transferem, to wszystko tutaj pięknie opiszę. Po co masz popełniać moje błędy, skoro możesz się na nich nauczyć?

Najnowsze wpisy


Na blogu w tym tygodniu:

Wywiad, sesja i zero rutyny


Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada


Tym ostatnim wpisem zamykamy cykl o Bułgarii. Wszystkie pozostałe wpisy znajdziesz również w powyższym poście, możesz więc je sobie poskładać w jedną, wielką opowieść o moich pierwszych w życiu wakacjach all inclusive z biurem podróży.

W ramach odkurzania postów przypomnę Ci:

Co powinien bloger?


A co powinien? Na przykład monitorować wzmianki o sobie w Internecie, by na nie szybko i przykładnie reagować. Nie zalecam tu oczywiście jakiegoś fan-terroru, ale to po prostu miłe, gdy nawet po kilku dniach otrzymujesz odpowiedź na swój wpis. Pytałam o to na InstaStories i wyszło na to, że większość zapytanych przeze mnie osób lubi, kiedy wzmiankowany autor książki czy bloger reaguje na ich posty. Większość również oczekuje takiej reakcji.

Przegląd internetów

Dopiero minęły pierwsze 2 tygodnie wyzwania, a ja już czuję, że mam masę ciekawych pomysłów na bloga i na siebie. To bardzo rozwijający challenge, bo codziennie trzeba wymyślić coś, co zrobię inaczej. 

Ależ miło mi to słyszeć! Więcej o wrażeniach Marty z wyzwania #miesiącbezrutyny przeczytasz tutaj: Miesiąc bez rutyny - jak się jej pozbyć i moje małe podsumowanie pierwszej połowy


Czy często otrzymujecie wiadomości w stylu:
Witam, Kontaktuję się z ciekawą propozycją zawodową. Pani/Pana obecne stanowisko dokładnie wpisuje się w oczekiwania naszego Klienta. Chętnie opowiem o szczegółach oferty.
Oto najbardziej żenująca praktyka rekruterów. Dlaczego oni wciąż to robią? Czy warto? O tym przeczytasz w artykule.

PS. Tak, zaczynanie maili od "Witam" również jest żenujące.


Pracodawcom się to nie podoba, uważają, że tak się nie robi, koledzy z pracy krzywo patrzą. Pracownicy słyszą, że nie mają pasji, że tak się nie pracuje, tym podobne gadanie. Człowiek czuje się jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to trzeba było harować, ale wszyscy się przecież cieszyli, że w ogóle mogą się rozwijać. Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów, roszczeniowa młodzież.

To nic, że w umowie jak byk stoi, że osiem godzin pracy i koniec.

Niewolnictwo i pańszczyzna w XXI wieku w Polsce. Teoretycznie przeszły już do historii. W praktyce? No cóż... A my, okropni, roszczeniowi milenialsi to tylko kasą naprawdę się interesujemy. Gdzieś mamy dobro pracodawcy, który przecież nieba nam uchyla. Nie raczymy popracować dla niego nawet tylko troszkę dłużej. Na przykład o dodatkowe 8 godzin każdego dnia. Najlepiej za darmo.

Albo jeszcze za nie dopłacić, bo przecież jak to tak, wymagać zapłaty? Przecież on nam już zapewnia stanowisko, możliwość rozwoju w młodym, dynamicznym zespole, darmową kawę i porywającą ideę, dla której możemy żyć!


via GIPHY


Co sądzisz? A może Ciebie też ostatnio jakiś artykuł poruszył w takim samym stopniu? Podziel się nim ze mną :-)

I jeszcze raz przypominam: dołącz do wyzwania bez rutyny! Kiedy, jak nie teraz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada

Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada

Bułgarska biesiada - brzmi dobrze, czy nie bardzo? A jeśli dodam jeszcze, że w samym środku lasu? Czy coś takiego może wygrać z nieprzerwanym plażowaniem? Czy warto wybrać się na wycieczkę zakończoną wielką imprezą dla turystów? Przeczytaj.

wycieczka lokalna z Itaką - restauracja na przylądku Kaliakra

Na fotografii tytułowej znajduje się restauracja na przylądku Kaliakra, ale to dlatego, że nie mam żadnego ładnego zdjęcia z lasu ;-)

Zobacz część pierwszą tej historii:

Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką


Zobacz także:

Kawarna - restauracja Piknik Bivaka

Wyobraź sobie, że w Polsce ktoś buduje restaurację w środku lasu. Wszyscy wokół pukają się w czoło. Kto to widział, restauracja w lesie? W lesie to dziki i sarny, a nie... No debil, po prostu debil. Widzisz to? No właśnie. A tymczasem w Bułgarii ktoś wpadł na równie głupi pomysł... i zaczął organizować duże imprezy dla turystów i wesela.



Mam wrażenie, że Bułgarzy nie boją się myśleć nieszablonowo i dzięki temu tak rozbudowali sobie turystyczne miejscowości. To szczególnie fajne, zważywszy na to, że nie żyje się im lekko. Najniższa pensja odpowiada naszym 1020 zł, natomiast takie przyzwoite średnie wynagrodzenie to tyle, co u nas najniższe - w przedziale 1500-2000 zł. Bezrobocie sięga natomiast do 20%,  a to naprawdę dużo. Bułgaria przeżyła podobną przemianę ustrojową jak i  Polska - nagle z komunizmu i własności państwowej musiała przestawić się na kapitalizm i własność prywatną, a potem weszła jeszcze do Unii Europejskiej. Efekty są bardzo podobne jak w Polsce...

Wróćmy jednak do tej pomysłowej restauracji. Zostaliśmy przywitani chlebem, solą i kieliszkiem rakiji. Następnie zasiedliśmy przy dużych, wieloosobowych stołach. Wokół nas siedzieli uczestnicy innych wycieczek: drugiej polskiej z Itaki, a także rosyjskiej i...  irańskiej. O tej ostatniej jeszcze dziś przeczytasz ;-)

Na stołach znajdowały się już lokalne przysmaki: sałatka szopska oraz banica. Jedno i drugie przepyszne. Do picia mieliśmy wodę w dzbankach, colę, cholernie słodką lemoniadę, a także... czerwone i białe wino oraz rakiję, które nalewaliśmy sobie do dzbanków z beczek. Bez ograniczeń!

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, beczki z alkoholem

Sałatka szopska: ser szopski (sirene, taka bułgarska feta), pomidor i ogórek. Siła tkwi w prostocie.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, sałatka szopska

Zawijaniec z bułgarskim serem, czyli banica.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, banica

Danie główne czyli kurczak. Góra jedzenia, jak dla ciężko pracującego chłopa.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, danie główne

W międzyczasie rozpoczął się występ zespołu, który zaprezentował nam lokalne tańce w wykonaniu pań i panów.

Potem na stołach wylądowało danie główne: połowa tuszki pieczonego kurczaka z pieczonymi ziemniakami. Niby całkiem normalna potrawa, ale dobrze doprawiona i bardzo sycąca.

Występy trwały podczas posiłku i co jakiś czas zapraszano uczestników, aby również nauczyli się lokalnych tańców.

Tutaj chciałam wrzucić zdjęcie, ale tańce były dynamiczne, a zdjęcia - rozmazane.

Wśród stołów krążyła też dwójka fotografów, dziewczyna i facet. Pan wyglądał jak Janosik. Miał długie włosy, paradował w skórzanej, góralskiej kamizelce i z gołą klatą. Wyglądał na lokalnego bułgarskiego amanta, a zważywszy na to, że wiele Bułgarek miało identyczny, wieeeeelki nos jak on, podejrzewałam, że naprawdę był amantem i płacił alimenty połowie kraju ;-)

Gotowe zdjęcia nasi fotografowie wywiesili na tablicy. Można było kupić te, na których się było, za jakieś 5 czy 10 lewów. Skusiłam się, bo to fajna pamiątka do ramki.

Później zaczęła się dyskoteka dla turystów. Parkiet momentalnie się zapełnił... tak, także tymi dziadkami, z którymi jechaliśmy na wycieczkę. Zszokowało mnie to, z jaką energią wywijali. I tylko DJ puszczał jakieś przedziwne miksy, w których słychać było rosyjskie przeboje, Arasha (to pewnie dla Irańczyków) i... Zenka Martyniuka czy też Weekend. Impreza rozkręciła się bardzo szybko i nie wiem, czy przez ograniczony czas (mieliśmy wyjeżdżać o 23, więc na dyskotekę zostały niespełna 2 godziny), czy przez nieograniczoną ilość alkoholu.

W pewnym momencie tańce zostały przerwane. Przyszła kolej na pokaz chodzenia po rozżarzonych (tak, w tym miejscu zrobiłam właśnie pierwszy błąd ortograficzny od lat) węglach.

Pierwotnie to chyba miał być taniec. Ostatecznie pani przebiegła kilka razy po węglach, nieco poirytowana przez polaczków, którzy, mimo zwracania uwagi, żeby nie włączać flesza, uparcie cykali zdjęcia z lampą. Pokaz się skończył, na stołach wylądowały owoce na deser i można było dalej tańczyć. Na parkiecie, nie na węglach.

Ciekawą grupą byli Irańczycy. Ewidentnie muzułmanie, bo kobiety siedziały tam w luźnych strojach i z chustami na głowach. Zajęci panowie dotrzymywali towarzystwa żonom. Ci wolni bardzo szybko wyskoczyli na parkiet... i zaczęli napastować wolne panie. Zresztą, te "niewolne" też.

A gdy się ściemniło... irańskie żony zrzuciły chusty i też zaczęły tańczyć.  Z mężami, jak coś ;-) Podobno muzułmanie uważają, że po zmroku Allah nie widzi, więc robią wtedy to, co normalnie jest im zakazane - tańczą, piją alkohol... Najwyraźniej to prawda, a nie legenda.

Tymczasem impreza trwała - ale nie dla Itaki. Nam kazali się zbierać. Wesoły autobus został zapakowany i wrócił do hotelu, choć wszyscy chcieli jeszcze się bawić. Nic dziwnego, impreza rozkręciła się nader szybko i była naprawdę fajna. Pewnie jednak nie chcieli wieźć "trupów", dlatego zarezerwowano na zabawę tak mało czasu ;-)

Powiedziałabym nawet, że za mało. Ale może dlatego bardziej doceniam? Ogólnie fajnie wyszło. Myślę, że przy zwiedzaniu Nessebaru tak dobrze bym się nie bawiła. Jeśli mnie zapytasz, czy było warto - wielkie, zdecydowane "TAK!"

A teraz ja zapytam: wybrałbyś się też na taką wycieczkę czy wolisz tylko zwiedzać? A może jednak na własną rękę?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Wywiad, sesja i zero rutyny. 17-30 września

Wywiad, sesja i zero rutyny. 17-30 września

W ten piękny poniedziałkowy wieczór opowiem Ci o pozbywaniu się rutyny, dlaczego czytam mało porywające książki i o wyzwaniu, które zaplanowałam na październik. Chcesz dobrze zacząć jesień? Zostań ze mną do końca wpisu i dołącz do mojego wyzwania!

zero rutyny

Przegląd tygodnia

Zasadniczo to nie działo się nic takiego aż do czwartku, choć na początku miałam wrażenie, że będzie bardzo intensywnie. Zaczęło się od fuckupu w pracy oraz silnego postanowienia, że będę ćwiczyć, bo muszę mieć wreszcie czas dla siebie i okazję do wyżycia się po służbowych stresach.





Przyspieszyło w czwartek: nagle wylądowałam w Gliwicach, pracowałam wieczorem (tak, też w Gliwicach) i było kompletnie inaczej, niż zwykle. Do tego jeszcze wrócimy ;-)

W weekend byłam natomiast na rodzinnej imprezie i korzystając z tego, że nie co dzień się tak odstawiam, zrobiłam jeszcze kolejną sesję zdjęciową. Testuję też właśnie dwa sprzęty, w tym smartfon z bardzo dobrym aparatem, więc tym bardziej skorzystałam z okazji. Efekty sesji możesz podziwiać na Instagramie :-)

Z powodu imprezy piątek był szalony, bo świadomość, że w weekend nie będzie czasu na to, co zawsze, skutecznie mnie zmotywowała. Inna rzecz, że w sobotę obudziłam się o 7 rano i jednak czas miałam.

Zrobiliśmy cydr. Znaczy, nastawiliśmy i teraz sam się robi.

Czytałam pewną mało porywającą książkę do pracy - mało atrakcyjną, ale wypełnioną wiedzą po brzegi. Dlatego w ogóle dalej ją czytałam, zamiast odłożyć na bok. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo mnie boli, kiedy książki o pisaniu są napisane kiepsko.

Najnowsze wpisy

Na blogu wyśmiałam Martynę Wojciechowską, jej pracę dla idei i niby-personalizowane wiadomości oraz podzieliłam się świetnymi lifehackami:

Praca dla idei, będzie do portfolio i personalizowany spam


6 genialnych lifehacków, które odmienią Ci życie


Z racji tego, że właśnie zamówiłam nowy notes do Bullet Journal i wodoodporny cienkopis (bo ileż można się bawić w rozmazywanie zakreślaczem), przypominam Ci także nieco starszy wpis z moim wyposażeniem do BuJo. Już wkrótce powstanie kolejna odsłona, w której pokażę Ci mój nowy planer, tymczasem możesz sprawdzić, czego niezmiennie do niego używam:

Mój nowy Bullet Journal - co się zmieniło? Nowy notes w kropki i akcesoria


Przegląd internetów

Czy to jeszcze legalne? Czy za chwilę naprawdę będziemy świadkami rozmów takich jak ta?

- Za co siedzisz?
- Udostępniłem link.
- Szacun!
Ale chyba jeszcze można ;-) Zapraszam Cię więc na mały wywiad ze mną:

Absolutnie nie chodzi tu o żebry w stylu „fajny wpis/zdjęcie, zapraszam do mnie”. To żenada i nie działa, chyba że jak płachta na byka na blogerów, u których tak się promujesz ;-)

Komentuj od serca, na temat i daj coś od siebie. Jak to zrobisz rzetelnie, ludzie przyjdą do Ciebie.

Opowiedziałam w nim, jak pisać, jaki wpływ ma moja praca (copywriting) na blogowanie i jak zostałam copywriterem. Wszystko to znajdziesz u Martielifestyle:

Jak pisać, żeby ludzie chcieli to czytać i do Ciebie wracać?


Swoją drogą, wyjątkowo lubię jej bloga. To, jak Marta pisze, jest wręcz definicją lekkiego pióra - dlatego koniecznie zajrzyj tam także do innych wpisów.


Czas na krótką historię o odwadze, którą podzieliłam się już na Stories, ale myślę, że warto zapisać ją także tutaj:

27 lat jak na członkinię starego szkockiego rodu z Northumberland i kobietę epoki wiktoriańskiej, to wiek dość zaawansowany i raczej bez widoków na małżeństwo. Reputacji dziewczyna nie miała najlepszej – jej odejście z dworu królowej okraszone było szczyptą plotki i niesmaku. 

Szczęście jednak uśmiechnęło się i do Florence. A zaczęło się od nieszczęścia. Nagle poważnie zachorował jej ukochany piesek Sun i nie znalazłszy weterynarza, zabrała go do zwykłego lekarza. Profesor Salvatore Cacciola, po początkowych protestach widząc desperację właścicielki, zgodził się i uratował pupila. I zaiskrzyło.

Teoretycznie pójście z chorym pieskiem do "ludzkiego" lekarza jest wyjątkowo głupie. W praktyce: jeśli coś jest głupie, ale działa, to wcale nie jest głupie. A więcej o Florence Travalyan i przyczynach jej wątpliwej reputacji przeczytasz we wpisie Śladami angielskiej lady na blogu Sycyliada.pl.


Najważniejszym celem filozofii lean jest eliminacja wszelkich nieregularności, które wpływają na zachwianie przepływu informacji i materiałów w firmie. Efektem tej nieregularności jest nadmierne obciążenie pracą. To z kolei powoduje pojawianie się marnotrawstwa.

Lean management. Upraszczanie, optymalizacja i eliminowanie biurokracji. Słowem: podejście, które jest mi wyjątkowo bliskie.


Jakiś czas temu pomogłam znajomej zacząć blogować z głową. Określiłyśmy oś tematyczną dla bloga, podpowiedziałam, jak powinien funkcjonować sklep, pomogłam nakreślić założenia biznesowe, pogadałam o SEO, wyglądzie, UX itd… Sporo tego!

Naprawdę do omówienia jest wiele zagadnień i każde wydaje się ważniejsze od poprzedniego. Na początku to może przytłaczać.

Jeśli tak, jak ja ostatnio, masz potrzebę rozwoju, zajrzyj także do Natalii i zobacz, jakie książki chciałaby przeczytać, zaczynając blogowanie. Niektóre z nich mam już za sobą i również polecałam je u siebie na blogu!

I nieważne, czy już zacząłeś blogować, czy dopiero zamierzasz - każdy moment jest dobry na wybranie czegoś dla siebie. A gwarantuję Ci, jest z czego wybierać.


Mam też ostatnio potrzebę nowości. To dlatego pojechałam ni stąd, ni zowąd do Gliwic i pracowałam wieczorem, czy też ćwiczyłam na stepperze w weekend - choć zazwyczaj weekendy to świętość i święte lenistwo. Ale czasem trzeba zrobić coś inaczej niż zwykle, żeby... pobudzić kreatywność. Dlatego postanowiłam zorganizować wyzwanie: Miesiąc Bez Rutyny. Dołączasz? Jeśli tak, pokaż, jak pozbywasz się rutyny ze swojego życia. Co nowego i nietypowego robisz? Oznacz mnie w swoich postach na Facebooku i Instagramie oraz w relacjach, i dodaj hashtag #miesiacbezrutyny. Już ja Cię po nim znajdę! I udostępnię ;-)

A więcej przeczytasz u mnie na Facebooku lub Instagramie.

Co u Ciebie ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
6 genialnych lifehacków, które odmienią Ci życie

6 genialnych lifehacków, które odmienią Ci życie

Życie to sztuka. Czasami realizowanie codziennych obowiązków wymaga sporej dawki kreatywności. But obetrze, pokrywka do garnka pęknie, albo coś innego nieprzewidzianego wymaga szybkiej reakcji. Jak wybrnąć? Dziś podzielę się z Tobą kilkoma lifehackami, które stosuję w kryzysowych sytuacjach. Większość z nich odkryłam sama.

6 genialnych lifehacków

1. Aby życie miało smaczek...

Obiad nie ma smaku, choć już go przyprawiłeś? Sprawdź, co masz w lodówce i kombinuj. Ja sama dodawałam już pesto z Biedronki do pieczarkowej i powidła śliwkowe do sałatki z winegretem. Za te dwa patenty mogę ręczyć.


2. Obietnica z pokryciem

Nie masz pasującej pokrywki do garnka? Ja też nie, bo mi kiedyś epicko pękła i do dziś nie kupiłam nowej. Ale to nic. Bo garnek można też przykryć folią aluminiową i to sprawdza się genialnie.

Tylko dobrze dopasuj brzegi, żeby się nie zapaliły!

3. Na otarcie łez

But Cię obciera? Przyklej w jego wnętrzu... kawałek wkładki higienicznej (albo nawet i całą). Pomysł powstał naprędce, na bazie jakiegoś amerykańskiego triku, ale - działa. No chyba że idziesz w gości... To w takim razie czas na kolejny trik:

Jeśli but Cię obciera i przykleiłeś w jego wnętrzu wkładkę higieniczną, a właśnie jesteś w gościach i buta wypadałoby zdjąć... pamiętaj, że ludzie w przedpokojach mają szafki ;-) No dobra, już sobie nie kpię.

4. Szybciej, mocniej, lepiej

Nie masz czasu na oglądanie filmów z YouTube czy naukę z kursów wideo? Oglądaj je na przyspieszeniu. Szczególnie te mało wartościowe materiały z YT. Ale i kursy dobrze się tak ogląda. Najlepiej z przyspieszeniem 2x. Wszystko dociera. Poza tym w moim odczuciu intensywne skupienie w krótszym czasie przynosi więcej korzyści. No i trwa to o wiele krócej.

5. Uwolnij weekend

Masz wrażenie, że całe Twoje życie to nieustanna gonitwa? Praca, dom, a w weekend do tego pranie, sprzątanie, zakupy i zero odpoczynku? 

Rób tak, jak ja: pranie tylko w tygodniu, sprzątanie i zakupy w czwartek. To jest bardzo fajny dzień. Taki mały piątek. Wciąż jednak całkowicie roboczy - dlatego ogarnięcie domowych obowiązków wtedy tak nie boli. A weekend caaaaały dla Ciebie. Robię tak od dawna i gorąco polecam.

6. Prasuj mądrzej, a nie więcej

I skoro już jesteśmy przy praniu, to warto wspomnieć o prasowaniu. Nie lubię go bardzo i unikam, jak mogę. Nie prasuję dżinsów, skarpetek i innych rzeczy, które wystarczy nałożyć na siebie, żeby się rozprostowały. Ratuje mnie przed tym także włączanie trybu "łatwe prasowanie" w pralce - dzięki któremu wyciągam znacznie mniej wymiętolone ubrania. 

Kolejną ważną kwestią jest dokładnie strzepnięcie ich po wyjęciu z pralki i staranne rozwieszenie - zazwyczaj to załatwia sprawę. Pozostałe przypadki sporadycznie dbają o to, żebym nie zatraciła umiejętności prasowania ;-)

A, i jeszcze jedno: prasowanie parą. Żadnych żelazek, desek i innych tego typu rzeczy. Tylko prasownica. To naprawdę jest szybsze i wreszcie nie walczę ze znienawidzonymi kantami na rękawach.

A teraz może Ty polecisz mi jakiś swój trik, który ułatwia Ci życie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger