Olśniewające okna, festiwal żenady i zapach PRL. 16-22 kwietnia

Olśniewające okna, festiwal żenady i zapach PRL. 16-22 kwietnia

Pierwszy tydzień w nowym miejscu minął błyskawicznie. Z naciskiem na "błysk", "blask" i wszystkie inne słowa kojarzące się ze światłem. Tak się kończy pierwszy szok związany z tym, że wreszcie w biurze mam okna... i szok stopniowo ustępuje miejsca zachwytowi.

okna

Przegląd tygodnia

A skąd te zachwyty? Bo nie tylko okna, ale i miejsca więcej. Bo lepiej przemyślane. Bo krzesła wygodniejsze. Bo przestrzeń ładniejsza. Ogólnie wszystko jest całkiem nieźle zaprojektowane i znacznie bardziej komfortowe niż w poprzednim miejscu. Nawet sobie nie wyobrażałam, że tak to będzie wyglądać - i jestem bardzo miło zaskoczona.


Ogrom tego miejsca i wygód sprawił, że wszyscy poczuliśmy się jak wieśniaczki w "Damach i wieśniaczkach", które przyjeżdżają do wielkiego miasta i robią "Łaaaał, takie to ja tylko w telewizji widziała..."

Tak mnie zatkało, że przez chwilę aż brakło mi contentu na bloga... ale tutaj niezawodna rzeczywistość i moja cudowna administracja mi go dostarczyła.


Dopadła mnie też znowu bezsenność, w wyniku której w piątek obejrzałam i sfotografowałam piękny wschód słońca, i wylądowałam w pracy już po 6 rano... czego akurat wcale nie żałuję, bo i wyszłam dzięki temu wcześniej. Po pracy standardowo - zakupy, potem wpadła mi jeszcze kontrola gazu, z której jak zawsze nic nie wynikło i spędziłam miłe popołudnie z blogiem, a potem w plenerze z książką.

Weekend znowu był połowicznie rowerowy. Zrobiłam wszystko to, co zawsze chciałam i na co zazwyczaj nie było czasu. Odkryłam też, że mamy w mieście sklep, w którym aż czuć zapach PRL-u. Dosłownie. A oprócz tego pustka na półkach, dziwna atmosfera... i wielka atrapa żubra w kącie. Dziwnie. Czułam się, jakbym nieopatrznie wsiadła do wehikułu czasu.

Najnowsze wpisy


Wychylam się przez okno na świat


Prasownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania?


Oprócz tych dwóch wpisów zmieniłam także treść zakładek Współpraca oraz O mnie, a to w sumie prawie tak, jakbym jeszcze dwa wpisy zrobiła ;-)

Przegląd internetów

Najpierw epickie plakaty filmowe z Afryki. To znaczy, nie wszystkie są epickie... ale Desperado jest. I co oni zrobili z Tomciem Cruisem??

Jeśli się obawiacie płacenia kartą w internetach, to sprawdźcie, co o tym pisze Niebezpiecznik. Wychodzi na to, że to jednak bezpieczniejsze niż przelewy. Pod warunkiem, że nie dacie się nabrać na darmowego iPhone'a z MediaMarkt.

No i oczywiście nie mogę pominąć tego, jak Jakub Żulczyk zaorał Taco Hemingwaya. Ogólnie, nie przepadam za twórczością żadnego z panów, ale kiedy odpaliłam T.H. na YouTube to też miałam wrażenie, że wsadziłam sobie do gęby dwie wedlowskie czekolady. I chyba w ogóle nie po drodze mi z tymi Hemingwayami, bo za dziełami Ernesta też nigdy nie szalałam.

I nie będę już linkować, ale mamy na TT telenowelę - bloger się rozwodzi i nie potrafi się powstrzymać przed nieustannym informowaniem o tym świata wszem i wobec. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo nawet plemię ludzi Cujareno będzie o tym rozmawiać. Że-nu-ją-ce.

A co tam u Was ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Parownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania? Opinia

Parownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania? Opinia

Nie lubię domowych obowiązków. Nie lubię jednak też bałaganu. Staram się to wszystko ogarnąć w stylu "Work smarter not harder". Zgodnie z tą zasadą unikam, jak mogę prasowania... albo przynajmniej żelazka. Tak, jestem żelazkosceptykiem, mam żelazkofobię i jeśli żelazka są u władzy, to ja należę do opozycji.

garderoba

Jestem też zdania, że w większości przypadków ubrań nie trzeba prasować - wystarczy je strzepać po wypraniu i dobrze rozwiesić. Ta taktyka sprawdza się znakomicie. Tak naprawdę prasuję tylko nieliczne koszule i bluzki, którym powyższe zabiegi nie pomagają. Nie jestem jednak jakimś superpedantycznym typem, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Multipotencjał ma w końcu swoje prawa ;-)


W sumie to już od ponad roku nie używam zwykłego żelazka. Nigdy nie lubiłam tego mozolnego prasowania na desce. Kanty na rękawach i niedokładnie rozprasowane marszczenia... a potem zastanawianie się po wyjściu: "Czy ja w ogóle wyłączyłam żelazko?". A, no i właśnie żelazkiem załatwiłam sobie nową sukienkę... Dlatego właśnie przestawiłam się na prasowanie parowe. Mam niewielki turystyczny prasowacz parowy, a od kilku dni także parownicę stojącą Philips.

Urządzenie po wyjęciu z kartonu trzeba sobie oczywiście poskładać - ale jest to na tyle proste, że praktycznie nie zaglądałam do instrukcji.

Parownica stojąca Philips

Konstrukcję prasownicy naprawdę mocno przemyślano. Urządzenie posiada zarówno wbudowany wieszak na ubrania, zamontowany na stabilnym, podwójnym stelażu, jak i miejsce na zwykły wieszak na ubrania. Oprócz tego uwzględniono także zamontowanie deski do prasowania - i to jest fantastyczny pomysł. Czasami brakowało mi właśnie czegoś takiego - płaskiej powierzchni pod materiałem. To zdecydowanie ułatwia cały proces. W zestawie jest także rękawica ochronna oraz nasadka ze szczotką.

Korzystanie z prasownicy Philips jest również bardzo proste. Wystarczy wyciągnąć pojemnik na wodę, napełnić go (można wodą z kranu, chyba że macie bardzo twardą wodę - wtedy jest raczej zalecane korzystanie z wody destylowanej), włożyć na miejsce, włączyć urządzenie i przekręcić gałkę, by ustawić pożądany poziom pary. Teraz wystarczy chwilkę poczekać, aż prasownica nagrzeje wodę (i przygotować sobie w tym czasie ubrania do prasowania wraz z wieszakami).

Parownica stojąca Philips

Czas na prasowanie. Zawieszamy ubranie na wbudowanym wieszaku lub na haczyku na wieszak, blokujemy go i prasujemy. Zablokowany wieszak ułatwia zadanie, bo ubrania się nie przemieszczają. Regulacja wyrzutu pary pozwala dostosować ją do potrzeb i rodzaju tkaniny. Sama używam tej największej, bo jest najskuteczniejsza.

Prasowanie parowe jest nieco szybsze niż tradycyjne: unikamy rozkładania deski i mozolnego jeżdżenia po częściach trudnych do wyprasowania. Prawda jest taka, że wystarczy kilka razy przejechać parą po tkaninie, żeby wyraźnie się rozprostowała. Dlatego właśnie można z prasownicy skorzystać nawet w pośpiechu przed wyjściem. Tylko w przypadku grubszych materiałów może to potrwać nieco dłużej. Zadanie ułatwi nałożenie końcówki ze szczoteczką.

I co, pewnie chcecie zobaczyć efekty? Proszę bardzo. Tak wyglądają ubrania po szybkim odświeżeniu (bo na dłuższe oczywiście nie miałam czasu).

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Generalnie prasownica Philips zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem tylko nieco zawiedziona jej mocą - turystyczne urządzenie parowe ma znacznie silniejszy wyrzut pary. Zapewne o tej sile decyduje przede wszystkim konstrukcja urządzenia - w prasowaczu parowym droga pary od jej wytworzenia do wyjścia jest po prostu krótsza. Na szczęście ostateczny efekt użycia obu urządzeń jest podobny. Drugi, jeszcze mniejszy zawód to deska do prasowania, która wygląda jak biała pielucha nieatrakcyjnie - to jedna z nielicznych rzeczy, które w bieli są takie sobie, szczególnie że jest to biel "wzbogacona" jakimś nieciekawym dla mnie wzorem. Na szczęście, cała reszta prezentuje się dobrze :-)

Poza tym jednak jestem pozytywnie zaskoczona. Gdybym miała osobną garderobę, takie urządzenie na pewno znalazłoby w niej swoje miejsce. Prasowanie parą jest naprawdę szybsze i wygodniejsze, i nic nie przekona mnie już do tradycyjnego żelazka. No i pamiętajmy wciąż, że prasowaczem nie da się spalić ulubionej sukienki, a to jest już naprawdę niezaprzeczalna zaleta.

Słowem: mój entuzjazm jest raczej umiarkowany, ale jestem zdecydowanie po stronie prasownicoentuzjastów.

A jak tam u Was? Prasowanie tradycyjne czy parowe? A może ktoś z Was też się przyznaje do bycia żelazkosceptykiem? ;-)

Post powstał w ramach współpracy

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Wychylam się przez okno na świat. 9-15 kwietnia

Wychylam się przez okno na świat. 9-15 kwietnia

Pogoda is a bitch, ponieważ dopóki pracowałam w biurze bez okien, było ładnie. Dziś spędziłam pierwszy dzień w nowej siedzibie i co? Oczywiście, że zrobiło się pochmurno i zaczęło padać. Jednak wciąż szokujące jest dla mnie to, że w ogóle widzę, jaka pogoda jest na zewnątrz. Kto nie pracował choćby przez chwilę "w podziemiu", ten nie zrozumie.


Przegląd tygodnia

Słowo, że nie ma nic lepszego, niż praca w miejscu, w którym nie brakuje naturalnego światła. Nie zdajecie sobie sprawy, jakie ono jest istotne, dopóki nie zostaniecie go pozbawieni. Ja byłam pozbawiona przez jakieś 1,5 roku przez 1/3 doby i to mi wystarczyło, by z wielką radością powitać nowe biuro. Ale żeby móc witać nowe miejsce, trzeba było najpierw pożegnać stare.


Przez cały tydzień przestępowałam nerwowo z nogi na nogę. Było trudno - na dworze pięknie i słonecznie, a ja aż się wyrywałam na zewnątrz. Byle jak najwcześniej wyjść z pracy i iść na spacer lub na rower. Przecież nie można marnować słonecznego dnia, kiedy tak bardzo brakuje mi słońca, prawda? Tak odkryłam kilka fajnych rowerowych tras, bo po godzinach prawie nie złaziłam z roweru.

Byłam też w kinie na Player One i zastanawiam się właśnie, czy dam radę napisać jakąś szybką recenzję.

Długo wyczekiwany piątek nadszedł szybciej niż myślałam. Ledwo minęło południe i nagle zrobił się u nas potężny chaos. Wszyscy latali z taśmami, etykietami i kartonami, bo trzeba było spakować swoje rzeczy i przygotować do przeprowadzki. Myślałam, że zajmie mi to maks. pół godziny, a ze swoim (wcale nie tak wielkim) dobytkiem walczyłam prawie półtorej godziny. Być może dlatego, że zaczęłam od sklejenia kartonu nie tak, jak trzeba? ;-)

Przez cały tydzień walczyłam ze sobą i zastanawiałam się, czy chcę jechać na otwarcie nowego biura, ale w końcu się złamałam. Jedyna taka okazja... no i ciekawość, jak to wszystko wygląda, okazała się silniejsza ;-) Było warto. Zwłaszcza że firmowa impreza okazała się dobrym wstępem do nie mniej towarzyskiego wieczoru.

Najnowsze wpisy

Nie jestem w stanie rozciągnąć doby, choć bardzo bym chciała. Czasu mam tyle, co zawsze, ale że ostatnio postanowiłam go spożytkować na częstsze pisanie na fanpage'u, blog na tym troszkę ucierpiał. To chyba się nazywa kanibalizm ;-) Z drugiej strony, zaczynam rozumieć blogerów takich, jak Pigout, który pisze głównie na fanpage'u - jest to mniej wymagające (ot, napisać, poprawić, zarzucić grafikę), a odzew jest większy i zasięgi rosną szybciej. A co innego może bardziej zmotywować do działania, jak nie szybko widoczne efekty?

Na blogu w tym tygodniu:

Ładowanie baterii na wiosnę


Koszulki wstydu. Moje początki na Cupsell


Przegląd internetów

... a w nim


No i po raz pierwszy od bardzo dawna nie mogę się doczekać pójścia jutro do pracy, ale nie bójcie się - w końcu mi przejdzie :-D

Co tam u Was nowego?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Koszulki wstydu. Moje początki na Cupsell

Koszulki wstydu. Moje początki na Cupsell

Jak niektórzy z Was wiedzą, zajmuję się nie tylko copywritingiem i blogowaniem, ale także tworzę koszulki dla kobiet i dla informatyków. A jak w ogóle do tego doszło? Dziś opowiem Wam więcej o tym, w jaki sposób wylądowałam na Cupsell i zaczęłam tworzyć chwytliwe hasła na koszulki. Zobaczycie także te najmniej udane, debiutanckie egzemplarze ;-) To co, zaczynamy?

koszulki dla informatyków, koszulki dla kobiet

Dwa lata temu moje życie wyglądało kompletnie inaczej. Powiedziałabym, że było znacznie mniej uporządkowane: spędzałam około 2 miesiące, pracując za granicą, a potem mniej więcej tyle samo, siedząc sobie bezczynnie w domu. Stąd zrodziła się potrzeba zrobienia czegoś fajnego ze swoim wolnym czasem i pomysłami, które ciągle przychodziły mi do głowy. Pewnego dnia powiązałam fakty: Cupsell, wolny czas, nadruki na koszulki... i założyłam swoje dwa sklepy. Jeden z T-shirtami dla kobiet, a drugi - dla informatyków, z racji tego, że świat IT zawsze był mi bardzo bliski ;-)


Jednym z pierwszych wzorów, które stworzyłam, była koszulka z hasłem Ja mam szczęście w kartach, a Ty w miłości. Skąd taki tekst? Z życia! Pewnego wolnego popołudnia grałam w karty z moją drugą połówką i ciągle wygrywałam. Rozgrywkę podsumowałam właśnie tym hasłem. I tak mocno wryło mi się w pamięć, że kilka miesięcy później przy zakładaniu sklepu wiedziałam, co będzie jednym z pierwszych nadruków :-)

Wśród kobiecych koszulek są także moje pierwsze próbki rysowania na tablecie graficznym oraz nadruki bez tekstu (np. koszulka z gwiazdami lub koszulka z sercem), których chcę zrobić więcej, bo podoba mi się efekt. Tak bardzo, że chcę zamówić je także dla siebie.

Właściwie, najchętniej to zamówiłabym wszystkie, ale liczba sztuk ograniczona ;-)

W przypadku koszulek informatycznych, które były moim pierwszym sklepem... cóż. Te pierwsze hasła nie były zbyt udane. To właśnie jest koszulka wstydu - w sumie jedyna aż tak kiepska.



I tak, zapomniałam, że po angielsku to "łaj-faj" ;-)

Ale są takie debiuty, z których jestem już całkiem zadowolona - właściwie to cała reszta nadruków. Agent RJ-45 to chwytliwy szyfr zrozumiały dla tych, którzy zajmują się sieciami. RJ-45 to inna nazwa dla portu Ethernet - innymi słowy, gniazdka internetowego, które macie np. w komputerze i podłączacie do niego internet po kablu.

A już najbardziej dumna jestem z rozszyfrowania skrótu IT ;-)

Słowem: nie każdy debiut musi być nieudany. A nawet, jeśli jest - i tak można wszystko poprawić i dopracować.

Na przestrzeni tych dwóch lat moje sklepy mocno się zmieniały. Dodawałam i usuwałam kolejne wzory koszulek. Układałam je w porządku, by sklep wyglądał atrakcyjnie i przejrzyście (choć na Cupsell wcale to nie takie proste, bo ten ich edytor jest dość przaśny ;-)). Zmieniałam opisy (pamiętam te kilka sobót, które na to musiałam przeznaczyć...). Pracowałam też nad identyfikacją wizualną obu sklepów. Prowadziłam strony na Facebooku i oczywiście śledziłam kolejne wpadające zamówienia. Tych z roku na rok jest coraz więcej, mimo że ostatnio niewiele robię, a fanpage'e obu sklepów leżą odłogiem. W sumie to szukam na nie pomysłu, ale chyba po zmianie algorytmu nie bardzo jest sens coś tam robić.

Ważne, że te koszulki się podobają i mam na nie klientów. Dzięki temu, że dzielę się swoimi pomysłami, ludzie mogą nosić T-shirty z fajnymi, humorystycznymi nadrukami - i wychodzi na to, że ludzi z podobnym do mojego poczuciem humoru jednak trochę jest ;-) I w tym jest największa radość.

Które z moich koszulek podobają się Wam najbardziej?

Zobacz moje sklepy: koszulki dla informatyków oraz koszulki z nadrukami dla kobiet

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger