sobota, 15 kwietnia 2017

Wiosenny przegląd tygodnia, a właściwie miesiąca

Uwaga, będzie banał: WIOOOSNA PRZYSZŁA! #hellospring

hello spring

OK, już więcej nie będzie. Chyba.

Jeśli zastanawiacie się, co się ze mną działo ostatnio i dlaczego tak mało... oj nie, wcale nie było mało. Sami zobaczcie.






Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie znowu czasem odpoczynku od bloga. Serio, nie miałam kiedy go pisać. Musiałabym zarywać noce, a tego nawet dla pracy bym nie zrobiła, a co dopiero dla bloga ;-) No chyba, że ktoś by mi za niego płacił. Opłacane hobby jest jedynym słusznym argumentem ;-)

Co się działo? Przede wszystkim goniłam do końca Q1, usiłując się wyrobić ze wszystkim. Miałam jakieś takie poczucie, że już zrobiłam wszystko, a potem nagle się okazywało, że w sumie to wciąż jest co robić. To trochę tak, jak ze sprzątaniem w domu - planuję tylko odkurzyć, a potem się okazuje, że trzeba jeszcze ogarnąć kuchnię i łazienkę, bo jakoś tak syfiaście się w nich zrobiło...

Kolejny weekend spędziłam na wsi. Wyspałam się za wszystkie czasy (i za ten weekend, w który byłam chora). Teraz byliśmy w mieście i stwierdzam, że to tego potrzebowałam. Weekendu, w który nie muszę się znowu pakować (i czegoś zapomnieć) i który spędzam w miejscu, gdzie wszędzie jest blisko. Można wyjść do sklepu, można na spacer. A pogoda była iście spacerowa ;-) Poczułam się jak w lecie i wyciągnęłam z szafy letnie ubrania.

Gotowałam także dobre rzeczy. Tutaj na przykład makaron z sosem krewetkowo-serowym.

makaron z krewetkami

Robiłam pierwszy raz i doszłam do wniosku, że krewetki to coś, czego naprawdę nie można spieprzyć. Musiałabym je chyba przypalić. Uwielbiam krewetki. Najlepsze pod słońcem.

Robiłam także mini-ciasto. Rafaello. Mini, bo w takiej uroczej małej foremce.

ciasto Rafaello w kształcie serca

Jest bardzo ładna i praktyczna. Wszelkie bardzo słodkie ciasta mają sens tylko w niewielkiej ilości. Ich nie da się zjeść dużo.

Byliśmy w kinie na Ghost in the shell. Ja i anime? To ze sobą nie gra. Nie spodziewałam się, że się zachwycę i faktycznie. Historia spoko, ale za bardzo walili mi po oczach kolorami. Ogólne wrażenie - takie, że nawet nie chce mi się pisać recenzji. Nie mój klimat.

Obejrzeliśmy także Steve'a Jobsa oraz Teda 2. Ten pierwszy - spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, bo książka, na której podstawie był kręcony, jest naprawdę fajna. Tymczasem był tak straszliwie przegadany, że wystarczyło nie zobaczyć dosłownie kilku linijek napisów, by się pogubić. Ted 2? Zazwyczaj nie oglądam tak kiepskich filmów. Mało śmieszne, bardzo banalne. Jak Sąsiedzi, American Pie i tym podobne...

Było też całkiem towarzysko. W niedzielę odwiedzili nas znajomi z zaproszeniem na swoje wesele. Będzie, będzie zabawa ;-)

Deadline'y w pracy podopinałam. I zaliczyłam kolejną zmianę miejsca w biurze. W sumie, całkiem korzystną.

Miałam też bardzo głupi wypadek: do oka wpadł mi owad. Z dość mocnym impetem. Wyciągnęłam go sama w domu i przez dwa dni było OK. W niedzielę oko zrobiło się czerwone i zaczęło mnie boleć. Bardzo kiepsko spałam przez to w nocy, ale i tak poszłam w poniedziałek do pracy (#pracoholizm). Rano było całkiem dobrze, ale nagle w ciągu dnia zrobiło mi się słabo i musiałam wyjść do domu. Popędziłam do okulisty i zderzyłam się z realiami polskiej służby zdrowia - czyli odsyłaniem mnie wszędzie, byle nie tu. I zbierałam opieprz praktycznie na każdym etapie działań. W każdej rejestracji.

Wzrok jest jednak poniekąd moim narzędziem pracy, więc zawzięłam się, że choćbym miała wywołać pożar, to się do tego okulisty dostanę i to właśnie dziś. No i wywołałam: awanturę.

Wiecie, w filmach z czasów PRL można było zobaczyć, jak panie ekspedientki w pustych sklepach są chamskie wobec klientów, bo im nie zależy. W tej chwili podobną postawę przejawiają pracownicy służby zdrowia. Kto nie usłyszał bezosobowego "Poda", "Zgłosi się", albo wręcz "I tak pani dziś nie przyjmie, jutro przyjść na 6 rano, ustawić się w kolejce"? Niech ktoś zrobi w końcu w służbie zdrowia szkolenia z profesjonalnej obsługi pacjenta... Chociaż... tam jest już taki burdel, jak w publicznej toalecie pod koniec dnia. Po przejściu kilkunastu pielgrzymek. Nie ma co sprzątać, lepiej od razu wyburzyć.

Na szczęście, skończyło się tylko na nerwach i strachu. Musiałam spędzić kilka dni z dala od komputera. Tak szczerze, to nawet nie byłam w stanie się w niego wpatrywać. Miałam straszną nadwrażliwość na światło. Taką, że w pochmurny, deszczowy dzień chodziłam w ciemnych okularach. Pewnie byłam niezłą sensacją na mieście, ale to nieważne. Ważny był mój komfort, a nie cudze zdziwienia.

W ciągu tego prawie miesiąca zdążyłam także napisać swoje pierwsze opowiadanie. Ogólnie, od dawna wiem, że dobra jestem w relacjonowaniu i opisywaniu różnych spraw. Okazało się jednak, że dobrze sobie radzę również z kreowaniem rzeczywistości. I spodobało mi się :-) Być może nawet niektóre swoje opowiadania zacznę tu publikować.

Byliśmy także na gamingowej imprezie - Let's Play. Jeszcze niedużej, ale myślę, że może się rozrosnąć. Całkiem przyjemnie. Miałam tylko wrażenie, że atrakcje skończyły się zbyt szybko. Ot, przeszliśmy przez całą halę i "Ale to już wszystko??"

Wygraliśmy dwa plakaty, ja dostałam jeszcze jeden (który zawiśnie na honorowym miejscu, bo tak bardzo mi się podoba) i zagraliśmy w fajną planszówkę - Klask. Bardzo mi się podobało, że organizatorzy podeszli do sprawy całościowo i na gamingowym wydarzeniu uwzględnili zarówno gry komputerowe, jak i tradycyjne. Ciekawa jestem, jak to wydarzenie będzie wyglądać za kilka lat.

Przeczytałam Magię słów. Wartościowa książka, ale do korekty mogliby się bardziej przyłożyć. Strasznie to było nieprofesjonalne - książka o pisaniu, w której można znaleźć błędy? Hmmm. Ale poza tym, sporo przydatnych porad, które warto zastosować. Teraz trafiła do mnie kolejna, którą zaczęłam czytać, ale napiszę o niej więcej, gdy dobrnę do końca.

Zrobiłam także masę wiosennych zdjęć.





Wiosna to bardzo fotogeniczna pora roku. Na nowo znalazłam motywację, by jak najczęściej cykać fotki. I chyba znalazłam wreszcie swój fotograficzny styl, bo te najnowsze zdjęcia są naprawdę spójne. Będzie więcej :-)

Jestem też z siebie niezwykle dumna, bo udało mi się wcisnąć w swój plan dnia podcasty (których do tej pory bardzo nie lubiłam). Słucham ich po prostu w trakcie prasowania, gotowania, sprzątania czy też malowania się przed wyjściem do pracy. Podobnie robię z YouTube - nie oglądam, tylko słucham. I dzięki temu jestem w miarę na bieżąco :-)

Zaczęłam od tych podcastów (dawny blog Biznesowe Info) i bardzo mi się podobają. Zawiódł mnie tylko jeden, bo zbyt mocno zostały powielone treści, o których już czytałam wcześniej. Może tak miało być - często podcasty docierają do nieco innej grupy docelowej, niż zwykłe posty na blogu.

A co tam u Was dobrego się działo?

Przy okazji - Wesołych Świąt! Przede wszystkim, pięknej wiosennej pogody i dużo wypoczynku Wam życzę :-)

Podrzucam też bardzo przyjemną playlistę, która mi właśnie towarzyszy w pisaniu :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 21 marca 2017

Nowy Ben Hur. Czy warto go obejrzeć?

Tak szczerze, to chciałam tę recenzję napisać zaraz po powrocie z kina - miałam bardzo dużo do powiedzenia na temat najnowszego Ben Hura. Pokonało mnie jedynie weekendowe lenistwo i późna pora - ostatecznie, zamiast pisać, wolałam poleżeć w łóżku i poczytać książkę. Slow blogging rządzi się swoimi prawami :-) Wpis powstał na drugi dzień, a potem... leżakował. Jak dobre wino ;-)

plakat filmu Ben Hur

Zazwyczaj twierdzę, że w wakacje w kinie raczej nie zobaczymy nic ambitnego - i najczęściej okazuje się, że mam to, czego się spodziewałam. Nie wiem jednak, czy jest to wina mojego nastawienia (bardzo możliwe), czy też tego, że faktycznie dane filmy są takie sobie. W przypadku Ben Hura nie oczekiwałam nic specjalnego. Miał kiepskie recenzje. Tylko trailery były obiecujące. Skusiłam się, bo lubię produkcje, których akcja rozgrywa się w starożytnych czasach.




Ben Hur to opowieść o żyjącej w czasach biblijnych rodzinie Hur. Juda Ben Hur jest żydowskim księciem. Cieszy się dużym poważaniem wśród swojego ludu. Wychowywał się z przygarniętym przez jego rodzinę Rzymianinem Messalą. Traktował go jak brata i nie zwracał uwagi na to, że pochodzi on z coraz bardziej wrogiego Żydom ludu. Za Messalą ciągnęła się również zła sława jego dziadka - słynnego Brutusa, który zdradził Cezara. To nieważne. Bracia żyli w zgodzie. Nawet na początku filmu widzimy wzruszające sceny, kiedy Messala ratuje rannego Judę.

Niestety, matka Judy mimo to nie akceptuje Messali. W pewnym momencie młody chłopak nie wytrzymuje. Odchodzi do Rzymu, chcąc się zaciągnąć do wojska. Wraca po kilku latach, gotów stanąć na czele rzymskich legionów. Na początku relacja braci wydaje się równie dobra, jak wcześniej. Szybko jednak okazuje się, że bracia nie zgadzają się w ważnych kwestiach politycznych. Messala zamierza się rozprawić z zelotami - buntownikami, którzy sprzeciwiają się temu, aby Rzym zawładnął Jerozolimą. Juda nie chce mu ich wydać. Dochodzi do przykrego incydentu, o który zostaje niesłusznie oskarżony. Zostaje skazany na lata niewolniczych robót. Jego matce i siostrze zostaje wymierzona kara śmierci. Udaje się uciec jedynie jego żonie.

Myśl o powrocie do niej trzyma Judę przy życiu, gdy ciężko pracuje na galerze. Szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala mu się z niej wydostać. Następnie spotyka Afrykańczyka Ilderima, człowieka, który w pewnym momencie stawia wszystko na Judę, byle tylko zagrać na nosie Rzymowi. Tym sposobem dochodzimy do finału, w którym w rzymskim cyrku przeciwko sobie staną dwaj bracia, ścigając się na rydwanach. Ścigali się zawsze. Teraz jednak to już nie jest niewinna zabawa, tylko walka na śmierć i życie... Juda, niewolnik Rzymian, staje przeciw ulubieńcowi Rzymu. Wygrać może tylko jeden z nich...

Film na początku jest zbyt mocno przegadany. Widzieliście kiedyś choćby jeden odcinek Wspaniałego stulecia? No właśnie. Wstęp Ben Hura jest do niego łudząco podobny. Telenowela. Motywy tego typu pojawiają się i później, ale są mniej widoczne na tle wartkiej akcji. Jak przebrniemy pierwsze 40 minut, to już potem ogląda się całkiem przyjemnie.

Świetnie zrealizowano sceny na galerze, gdzie Juda był niewolnikiem. Złowroga muzyka w tle, ciemność i ludzie, których zdegradowano do roli napędu statku... Dzięki temu, że w Ustce miałam okazję przepłynąć się statkiem (na szczęście jako pasażer, a nie niewolnik ;-)), byłam w stanie bardzo plastycznie sobie wyobrazić ich sytuację. Siedzieli pod pokładem, w ciemności i smrodzie spoconych ciał, na bujającym się okręcie. Musieli ciężko pracować bez wytchnienia. Tego, kto nie dawał rady, czekał jeszcze gorszy los...

Gdy Juda już się uwolnił ze statku i Ilderim zdecydował się wystawić go do wyścigu rydwanów, mamy sceny typowe dla dramatów sportowych. Wiecie, epicka muzyka w tle i mistrz trenuje ucznia. Skojarzyło mi się z Creedem.

W filmie nie rozumiem jedynie strojów i charakteryzacji. To znaczy, przez większość czasu nie ma zgrzytów. Dopiero, gdy na ekranie pojawia się Morgan Freeman... z dredami na głowie. Niczym Bob Marley. Gdy tylko go widziałam, od razu przed oczami robiło mi się żółto-zielono-czerwono i zaczynałam nucić No women no cry. Mogę się założyć, że sam aktor też miał niezły ubaw, jak się zobaczył w lustrze.

Morgan Freeman z dredami w filmie Ben Hur

Podobno były głosy jakiejś organizacji, że zrezygnowano z wątku homoseksualnego uczucia między braćmi. Ja się z tego bardzo cieszę. Szczerze nie rozumiem, czemu teraz w każdym filmie koniecznie muszą być geje i czarnoskórzy. A jak się nie pojawią, to od razu - przejaw homofobii i rasizmu. Głupie podejście. Co prawda, wątek taki był w poprzedniej ekranizacji, ale skoro ktoś jeszcze raz bierze na tapetę dany scenariusz, to czy nie ma prawa zrobić go po swojemu? Czy musi od razu robić z tego dokładną kopię, tylko z innymi aktorami?

A propos tej starszej wersji... odpaliliśmy ją sobie później w internecie. Przebrnęliśmy przez jakieś pół godziny i nam wystarczyło. Ot, stary film, już w kolorze (mało nasyconym, w żółtawym odcieniu), ze staroświeckim lektorem. I te miłosne spojrzenia, jakie sobie puszczali bracia... Ewidentne do bólu. Tego się nie dało oglądać :-D

W nowej wersji aktorzy świetnie pasują do ról. Są wręcz oczywiście dobrani. Juda wygląda jak typowy Żyd - lekko długie włosy, zarost, odpowiedni ubiór. Messala - tak właśnie wyobrażałam sobie Rzymianina. Czarne, lekko kręcone włosy, mocna szczęka, potężny nos. W poprzednim Ben Hurze brakowało moim zdaniem tak charakterystycznych twarzy - ot, typowi amerykańscy aktorzy.

W jakiejś recenzji ponoć padło stwierdzenie, że w dobie Szybkich i wściekłych wyścigi rydwanów w kółko nie są specjalnie emocjonujące... Oj, nie zgodzę się. Myślę, że każda rywalizacja robi wrażenie. No, przynajmniej każda, w której ktoś się ściga. Oglądałam ostatnio w nocy transmisję z olimpiady, gdzie panowie walczyli w zapasach i to akurat nie było dla mnie zbyt porywające. Nie czaję tego sportu ;-) Ale wyścigi rydwanów - spoko. Kurz, iskry spod kół, przewracające się rydwany, rozwścieczone konie, które wpadają na widownię - te fragmenty dosłownie wciskały w fotel. I ogromna prędkość - aż czułam pęd powietrza na twarzy. Nawet jeśli ten film byłby kompletnie beznadziejny, dla tych kilku scen i tak warto go obejrzeć.

Pojawia się też oczywiście sporo odniesień do Biblii - postaci Jezusa i pierwszych chrześcijan, potem ukrzyżowanie... W sumie, ciekawe było to, że po raz pierwszy widziałam film, w którym wątek religijny stanowił tylko tło dla czyjejś historii. Wplata się nawet w losy Ben Hura, gdy okazuje się, że jego żona stała się uczennicą Jezusa. Nie jest to jednak jakieś szczególnie nachalne. Może tylko nie do końca przemawia do mnie postępowanie Esther wobec męża. Idealistka. Jest o wiele zbyt radykalna i nie potrafi zrozumieć, że mężczyzna czuje potrzebę pomszczenia rodziny. O ile na początku nie zwraca ona zbytnio na siebie uwagi, to pod koniec filmu staje się nieco irytująca i zbyt zamknięta na jego argumenty.

Chciałabym Wam napisać, jak się ten film kończy, ale nie będę spoilerować. Najlepiej sprawdźcie sami. Z niektórych scen na samym końcu troszkę sobie kpiłam, bo były znowu jak wyjęte z telenoweli, jednak mimo wszystko, zakończenie ma swój urok. Generalnie, cały obraz ma coś w sobie, choć nie mogę powiedzieć, że jest super wybitny. Ot, taki do obejrzenia, żeby się nie nudzić. Myślę, że obsypanie Oscarami mu nie grozi, jak poprzedniemu (choć nie bardzo wiem, za co starsza wersja te Oscary otrzymała). Jeśli chcecie jednak zobaczyć ciekawą historię niezwykle wytrwałego człowieka, który tak bardzo wiedział, czego chce, że w końcu musiał to dostać - zobaczcie. Mnie Ben Hur wprawił w dobry nastrój i zostawił z bardzo pozytywnymi przemyśleniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 19 marca 2017

Tydzień, który zaczął się od poniedziałku. Przegląd tygodnia 13-19 marca

czy to już poniedziałek?

Coś pisałam, że ten tydzień zacznie się od miłego poniedziałku?

No i się zaczął. I to już nawet w niedzielę.




Godzina 23. Leżę w łóżku, przeglądam Instagrama i planuję w ciągu najbliższych kilku minut zasnąć. Dzwonek do drzwi tego nie uwzględnia i wyrywa mnie z błogiej senności.

Pod drzwiami stoi sąsiad z dołu. Koleś raczej nie ma zwyczaju odwiedzać mnie bez powodu. Jednego i tego samego od dwóch tygodni.

- Zalewacie mnie. Znowu. Tym razem bardziej, niż ostatnio.

Bardzo możliwe. Akurat trwała niekończąca się historia pod tytułem "prysznic faceta". Wszyscy tak mają, by the way?

Trwała sobie również niekończąca się historia pod tytułem "usterka". Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że mogłabym nagrać kolejną edycję tego programu. Materiału mam już na dobre 10 odcinków...

Z zalewaniem nie byliśmy w stanie nic zrobić. Ot, najprawdopodobniej prysznic przecieka - być może brodzik, być może jakiś odpływ... Ogarniemy jutro, a teraz już będziemy tak mili i nie będziemy już puszczać wody.

W poniedziałek postanowiłam zatem popracować z domu i ogarnąć sprawę - zgłosić właścicielom, wezwać hydraulika i dowiedzieć się, co jest przyczyną.

To była akurat ta milsza część poniedziałku, bo praca z domu zawsze jest spoko.

Po pracy pojechałam ustawić geometrię kół w samochodzie. Generalnie od poprzedniego tygodnia wciąż mam lekką awersję do prowadzenia. Tak mnie to stresuje, że nagle z odważnego, pewnego siebie kierowcy stałam się ostatnią c...pą na drodze. No, prawie. Muszę wspominać, że w takim układzie prawie zemdlałam z nerwów, wsiadając za kółko?

Postanowiłam jednak rozpocząć jazdę od zastosowania odpowiednich socjotechnik...

Cześć, Golfiku. Jak ja za Tobą tęskniłam! Działaj dzisiaj dobrze i nie rób mi już więcej takich kawałów, bo przecież ja naprawdę Ciebie bardzo lubię. Prowadź się dobrze, Golfiku.

I prowadził się dobrze. Jak na czołg, całkiem dobrze.

Serio. W życiu nie jechałam czołgiem, ale już wiem, jak się prowadzi. Wsiądźcie do auta z nieustawioną zbieżnością kół, a zrozumiecie... Każde w swoją stronę. Jak gromadka niesfornych dzieci. I trzeba nad nimi zapanować, co na prostej nie jest trudne. Schody zaczynają się dopiero przy manewrach.

Muszę dodawać, że prawie zemdlałam po raz drugi, gdy na stacji kontroli musiałam wjechać na kanał?

Zemdlałabym jeszcze i z pięć razy, patrząc, jak je podnoszą (żeby wleźć pod podwozie) i jak przy nim majstrują. Nawet kierownicę odkręcali. Miałam wybór - albo zbieżne koła, albo prosta kierownica. A ja uparłam się, że I want it all. I mam it all.

Trzymałam się dzielnie. Wciąż była przede mną perspektywa powrotu...

I oczywiście zjechania z kanału.

Zjechałam w całości. Dojechałam również w całości. Tylko kierownica przestała skręcać w prawo. Nie trzeba jej trzymać tak mocno, jak wcześniej i mam wciąż wrażenie, że jest za luźna. A ona chyba po prostu wreszcie działa jak należy.

Wieczorem zaś zawitał znowu sąsiad w celu dogadania się. Nie omieszkał również wpleść zgrabnie w rozmowę informacji o tym, iż jest przyszłym prawnikiem (Ciągle siedzę teraz w domu, bo uczę się do egzaminu adwokackiego). Stereotyp o studentach prawa, którzy zawsze i wszędzie muszą się pochwalić, że są studentami prawa, potwierdzony. I jak to z prawnikiem, nic szczególnego nie ustaliliśmy oprócz tego, że będziemy ustalać wkrótce. Ja nie wiem, może powinnam zapłacić mu za konsultację?

Reszta tygodnia to błogie dążenie do końca Q1.

W piątek znowu praca z domu. Przyszła kolej na wymianę prysznica. Już wiem, że źle to rozegrałam. I mam traumę, bo spodziewałam się, że będzie to wyglądać lepiej niż faktycznie wyglądało. Jakimś dziwnym sposobem proces rozciągnął się na całe mieszkanie - kuchnię, pokój. Ostatecznie wyszedł nawet na klatkę, a następnie w ogóle poza blok (szczątki starego prysznica wylądowały tymczasowo na trawniku, a potem dopiero wynieśliśmy je do śmietnika). Rozszerzanie materii? Widziałam na własne oczy i to nie pierwszy raz.

Jak jeszcze inaczej opisać składanie kabiny prysznicowej? To takie wielkie puzzle 3D dla bardzo zaawansowanych. Poziom trudności? Coś pomiędzy fizyką jądrową, a kwantową. Media Markt kiedyś się reklamowało hasłem Nie dla idiotów!, ale to Obi spełnia jego warunki, bo posiada w ofercie kabiny nie dla idiotów. Obawiam się, że nawet nie dla profesjonalistów. I myślę, że powinni te kabiny sprzedawać w całości, już złożone. Albo z fachowcem w gratisie.

Tak mnie to osłabiło, że pojechałam na wieś. I w akcie desperacji postanowiłam zagrać w Heroes of Might and Magic. Niebywałe - zazwyczaj trudno mnie namówić na choćby jedną turę, bo średnio rozumiem mechanikę tej gry. A w piątek zrozumiałam i nawet mi się spodobało. Musiałam chyba do tego dojrzeć.

Weekend spędziliśmy bez większych włóczęg. Zwłaszcza, że się rozchorowałam. Tak, w przeciągu dwóch tygodni znowu jestem przeziębiona. I przypuszczam, że "w przeciągu" to słowo-klucz.

Cóż, życzcie mi zdrowia :-)

Na blogu w tym tygodniu działo się dużo, bo robiłam pewien eksperyment, o którego efektach być może wkrótce napiszę Wam coś więcej :-)


Nie uwierzycie, co się działo


Internauci ich nienawidzą


Strumień świadomości


Uniwersum Marvela. Recenzje wszystkich filmów


Copywriter w akcji


W internetach również działo się dużo. Na przykład... życie przerosło kabaret. Bardzo lubię ten serial, a wspomniany odcinek naprawdę mi się podobał. Pewnie właśnie dlatego, że pokazał tę panią dokładnie w takim świetle, w jakim widzą ją ludzie.

Czy muszę dodawać, że kabaret jest jak lustro? Bo krzywe zwierciadło to wciąż lustro. Jeśli spojrzy w nie małpa, nie zobaczy apostoła.

Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki ;-)

Czytam sporo, ale głównie w internecie. Książka o Stevie Jobsie wciąż czeka na swoją kolej. Podrzucę Wam jednak kilka ciekawostek o Apple. 11. mnie urzekła :-D

A u Was co dobrego? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 18 marca 2017

Copywriter w akcji

kreatywnosc

Zanim przeczytacie, obejrzyjcie poniższy skecz i zwróćcie szczególną uwagę na dialog (6:17):
- Doskonale władam nożem!
- Łyżką i widelcem!
Zapamiętajcie go :-)


* * *

Gramy w Czółko. Takie kalambury na telefon. Zamiast kartki z hasłem, do głowy przykładasz smartfona. Przykładasz. Przyklejać nie radzę. Wymagałoby mocnego kleju i odklejałoby się już ze skórą i grzywką. Albo Twój nowy iPhone czy inny Zenfone by spadł i potłukł się, ewentualnie wgniótł podłogę, jeśli to Zenfone Max.




Na ekranie wyświetla się hasło, które pozostali muszą Ci wyjaśnić, a Ty zgadujesz.

Nie wspomnę, ile razy w kategorii Polskie trafiłam na hasło korposzczur. I nie wiem, czemu bawiło wszystkich, oprócz mnie. Przecież ja nie pracuję w korpo ;-)

Potem wybraliśmy kategorię, w której hasłami były głównie tytuły filmów. Sędzia Dredd, Matrix... I nagle pojawiają się... Troskliwe misie.

Wszyscy gorączkowo myślą. Tłumaczą, że to taka bajka i w ogóle... Z uszu leci para, a w eter - kolejne podpowiedzi. Copywriter w takiej sytuacji musi się wyróżnić, wymyślić coś ekstra. Wysilam mózg i nagle wypalam:
- Opiekuńcze niedźwiedzie!
Towarzystwo wybucha śmiechem. I po chwili słyszę... prawidłową odpowiedź.

Bo... doskonale władam synonimem. Metaforą i epitetem.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.