niedziela, 24 września 2017

Deszcze niespokojne. 18-24 września

A więc to już oficjalne. Nadeszła jesień. I deszcze niespokojne nieskończone. Jak w lipcu.

jesiennie i przytulnie - koc, świece i kawa

Początek jesieni dla mnie stał się całkiem produktywny. Sporo czasu spędzam, pisząc na bloga, więc w najbliższym czasie nie będziecie raczej narzekać na brak postów. Mi weny też nie brakuje. Raczej czasu na spisanie tego wszystkiego.




Czytanie chwilowo poszło w odstawkę. Znowu skupiłam się na treściach online, nowych blogach i artykułach branżowych. Właśnie skończyłam czytać Byłam służącą w arabskich pałacach. Jak dobrze pójdzie, to może jeszcze dzisiaj zabiorę się po raz pierwszy od dawna za coś spoza Legimi - Social media: Start Tomka Tomczyka.

Mimo że zjechałam go kiedyś za Thorna, do jego książek o blogowaniu nie miałam nigdy większych obiekcji. W końcu to bloger, ma duże doświadczenie w branży i po prostu pisze o tym, co u niego zadziałało. Tutaj nie podważam jego kompetencji i jestem dość pozytywnie nastawiona.

Poza tym przeżyłam świętowanie w firmie dość sporego jubileuszu. Cieszę się, że mogłam dać od siebie ten prawie cały rok pracy i przyczynić się do tego święta. Miałam dobry timing ;-)

Dostałam także kolejnego storczyka. Poprzedni... cóż, próbuję go zreanimować, ale nie wiem, czy coś z tego będzie. Może macie jakiś sposób? O tego drugiego zadbam już lepiej. Bardzo podobają mi się te kwiaty i chcę nauczyć się dobrze nimi zajmować. Marzy mi się kilka storczyków w mieszkaniu za jakiś czas.

Wybrałam się także na konkurs karaoke. Przeszłam do finału, ale... cóż, konkurencja była spora i dość dobra. Poza tym jestem dla tych ludzi kimś całkowicie z zewnątrz. Reszta ekipy się znała. Trudno się przebić w nieznajomym środowisku, a ja raczej nie lubię bawić się w networking wszędzie, gdzie tylko się pojawię. Wystarczy mi to w świecie online.

W sobotę, mimo problemów z samochodem (cóż, kiepsko zniósł te nieprzerwane deszcze), dotarłam na wieś i znów odpoczywam w taki sposób, jaki lubię najbardziej. Obejrzałam The Voice, mój ulubiony talent show. Bardzo podoba mi się formuła, w której niejednokrotnie to jurorzy muszą przekonać uczestnika do siebie. To naprawdę fajne, że choć raz człowiek sam nie musi się przebijać, wybijać i rozpychać łokciami, bo gwiazdy o niego walczą :-)

Czas na mały przegląd internetów.

Dziś urzekł mnie ten filmik. Co prawda, wygląda to na skomplikowane, ale spróbuję sobie kiedyś, z czystej ciekawości. Niewiele mam wspólnego z DIY i tym podobnymi sprawami, ale czasem lubię się kreatywnie wyżyć i upiększyć swoje otoczenie.

Polecam Wam także przepis na wyjątkowo dobry makaron z kurczakiem, szpinakiem i serem pleśniowym. Robiłam w tym tygodniu. Zamieniłam jedynie niezbyt lubiany przeze mnie lazur na camembert, ale kiedyś spróbuję wersji oryginalnej. Podobno warto. Danie jest szybkie i proste w przygotowaniu.

Robiłam też pomidorową z makaronem i naleśniki. Nic nie wyszło. Zupę przesoliłam, makaronu nie dogotowałam, a naleśniki się rozpadały. Piszę, żebyście wiedzieli, że nawet najlepsi mają czasem najgorsze dni ;-)

Temat pracy wciąż mnie kręci, choć mało o tym piszę. Wiecie, teraz jest szum, że Ukraińcy pracę nam zabierajo. Tak naprawdę to nie oni zabierają, tylko po prostu Janusze biznesu próbują znowu przyoszczędzić. Mniej więcej w taki sposób:

janusz small biznesu

Temat small biznesu jest mi bliski, bo dość długo pracowałam dla takich biznesowych płotek ;-) Firm, które ze swoimi szefami nie miały szans na większy rozwój. Ci ludzie wciąż popełniali te same, podstawowe błędy nawet już na etapie rekrutacji. Zaczynało się od spóźnienia na rozmowę z kandydatem - czyli ze mną. Potem był już tylko brak umiejętności delegowania zadań, brak przeszkolenia czy po prostu nieustanne wtrącanie się w rzeczy, o których nie mieli pojęcia (i po to zatrudnili pracownika). A to tylko wierzchołek góry lodowej. W dobie internetu to chyba nie jest takie trudne, żeby sobie czasem coś poczytać o zarządzaniu ludźmi i się rozwinąć?

Nie lubię ludzi, którzy stoją w miejscu. Nie lubię small biznesu. Mało która niewielka firma jest dobrze prowadzona. Po czym to poznać? Te dobrze prowadzone w końcu osiągają sukces i rozrastają się.

O, i nie boją się mieć takich pomysłów:


Teraz trochę motywacyjnie. Czytałam ostatnio post o tym, że ludziom wokół zdaje się, że mamy idealne życie. Tymczasem to, co oni widzą, to nie szczęśliwy traf, tylko kolejny etap naszego rozwoju. Wcześniej przeżyliśmy różne sytuacje, nieraz trudne i to, w jakim miejscu teraz jesteśmy, wynika bezpośrednio z tego, jak na te trudności reagowaliśmy. I dla mnie herezją jest gadanie, że szczęście jest dla wybranych. No chyba dla tych, co potrafią wziąć życie w swoje ręce. Życie Ci się nie przytrafia. Miejsce, w którym teraz jesteś, to efekt Twoich przeszłych decyzji. Może w takim razie czas zacząć podejmować lepsze? I przestać mówić złe rzeczy?

A tu po raz pierwszy spodobał mi się post, który wizualnie nie jest jeszcze jakoś dobrze dopracowany. Mam nadzieję, że autorka bloga ogarnie, bo treść na jej blogu jest naprawdę wartościowa. Oto sposób na zmotywowanie się. U mnie tę funkcję pełni akurat Bullet Journal, ale być może ktoś potrzebuje tylko czegoś motywacyjnego. W takim przypadku pomysł Turkusowej może się świetnie sprawdzić :-)

U Kasi blogowy workflow. Można od niej zaczerpnąć kilka fajnych sposobów na to, w jaki sposób organizować sobie tworzenie nowych wpisów. Smutny fakt jest taki, że na wielu znanych blogach autorki w ogóle się do tego nie przykładają. Potem widzimy efekty: literówki, błędy logiczne, stylistyczne... Mnie to razi. Owszem, jeśli sami sprawdzamy swoje teksty, korygujemy i redagujemy, pewne rzeczy mogą nam umknąć. Nie zmienia to jednak faktu, że przeczytanie przed i po publikacji pozwala nam szybko ogarnąć te najbardziej widoczne potknięcia.

Na blogu w tym tygodniu:

Złe stylizacje i sposoby na pobudkę


Co pomaga na babskie humorki?


Tangle Teezer vs. Tangle Angel


Odkurzamy post, który wzbudza kontrowersje wśród informatyków. Cóż, nie przeczę, że posłużyłam się popularnymi stereotypami, ale tak to wygląda U MNIE w pracy i Z MOJEJ perspektywy. Nie widzę potrzeby obrażania mnie hasłami o głupich lalach z kreacji ;-) Głupia nie jestem, a do lali sporo mi brakuje. Zresztą, nie ja pisałam, tylko Gremlin ;-)

Charakterystyka informatyka czyli dział IT


Psssst! Mam dla Was jeszcze gorące info. Dotarły do mnie przecieki, że ok. 7-10 października Rossmann szykuje promocję -49%. Już ostrzę sobie zęby na kolejne matowe pomadki ;-)

A co u Was? Deszczowo i ponuro czy miło i przytulnie mimo kiepskiej pogody?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 22 września 2017

Tangle Teezer vs. Tangle Angel. Porównanie

Tangle Teezer kontra Tangle Angel? Jak myślicie, kto wygrał? O tym w dalszej części posta, dlatego zostańcie ze mną.

kobieta o pięknych włosach

Moja przygoda ze szczotkami bezboleśnie rozplątującymi włosy zaczęła się od Tangle Teezera. Trafiłam na tyle blogowych peanów na jego cześć, że aż sama się skusiłam. Nie byłam jednak stuprocentowo przekonana, czy taka szczotka spełni moje oczekiwania, dlatego wybrałam wersję kompaktową - Tangle Teezer Compact Styler w kolorze czarno-złotym. Była mniejsza, tańsza, ale też bardzo mi się podobała wizualnie.




Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Szczotka naprawdę rozczesywała włosy i robiła to bezboleśnie. Suche czy mokre - to bez znaczenia. TT naprawdę świetnie sobie radził. Miał tylko jedną wadę - kiepsko go się trzymało w ręce. Łatwo się z niej wyślizgiwał, szczególnie z mokrych dłoni lub przy rozczesywaniu włosów po myciu. Poranny huk upadającej na  podłogę szczotki nieco przeszkadzał współmieszkańcom. Usłyszałam sugestię, by zacząć używać "normalnej" szczotki z rączką. Tego już absolutnie nie brałam pod uwagę. Powrót od TT do zwykłej szczotki byłby jak przesiadka z Lexusa na rower. Postanowiłam zatem poszukać odpowiednika TT z rączką.

W tamtym czasie trudno było w Polsce kupić TT w wersji Ultimate.

W ten sposób trafiłam z powrotem na posty o Tangle Angel. Nie powiem, zawsze podobał mi się jego oryginalny wygląd. Jakimś niepojętym sposobem zdecydowałam się jednak na Tangle Angel Classic, bez tego charakterystycznego wzoru skrzydeł anielskich. Sama się sobie dziwię.

Pierwsze kilka użyć przypominało TT, ale w znacznie wygodniejszej wersji. Wreszcie trzymałam szczotkę pewnie w dłoniach i nie upuszczałam jej co chwila. Po kilku tygodniach jednak TA przestał sobie radzić z moimi włosami. Po jego użyciu plątały mi się niemiłosiernie i kołtuniły. TA w ogóle nie potrafił ich do końca rozczesać. Odstawiłam go zatem na półkę i z podkulonym ogonem wróciłam do TT. I do głośnego upuszczania go na ziemię...

Co jakiś czas próbuję wrócić do TA, ale on sprawdza się tylko do delikatnego rozczesywania. Z mokrymi włosami nie radzi sobie w ogóle. Wszelkie poważniejsze splątania rozczesze tylko TT (mocno już sfatygowany). Niestety, z czasem TT też coraz łatwiej się upuszcza. Przypuszczam, że ząbki się już nieco zużyły i rozczesywanie wymaga nieco więcej siły. Wciąż jednak działa - a mam już swojego TT od dobrych dwóch lat. TA nie wytrzymał  nawet miesiąca...

Nie wrzucę Wam niestety zdjęć moich TT i TA, bo obie są już zbyt mocno zużyte. TT pozbył się już nawet swojej złotej części. Planuję wkrótce kupić nowy. Starcie z TA wygrał bezsprzecznie. TA być może jest dobry do włosów mniej wymagających, krótszych, mniej porowatych i z mniejszą skłonnością do plątania się. TT poradzi sobie nawet z trudnymi przypadkami. Jeśli mnie zapytacie zatem, co polecam - bez wątpienia TT. Nawet mimo mało poręcznej formy, wciąż wygrywa. Liczę jednak na to, że uda mi się wreszcie dopaść wersję Ultimate. I mam nadzieję, że będzie równie dobra, jak kompaktowy TT ;-)

A Wy jakich szczotek używacie? Która w Waszym przypadku wygrywa - TT czy TA? A może klasyczny grzebień? ;-)

Tutaj kupisz szczotki Tangle Teezer oraz Tangle Angel w świetnych cenach:



Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 20 września 2017

Co pomaga na babskie humorki?

Mam ostatnio trudny czas. Coś, w co włożyłam bardzo dużo pracy, niestety wyszło gorzej, niż powinno. Po części to moja wina, po części nie moja, bo cały projekt robiliśmy kompletnie nie tak, jak powinniśmy, ale nie ma co już nad tym płakać. Być może to też urok końca kwartału i widma kolejnego, tego strasznego.

storczyk phalenopsis

Wszyscy dobrze wiemy, co to oznacza. Wszyscy z lękiem patrzymy w Q4, który jest synonimem ciężkiej pracy, nadgodzin, nerwówki i biegania w kółko bez sensu.




I kiedy złoży się na siebie cały stres wynikający z niepowodzenia, zmęczenie, paskudną pogodę, zupę, która wyszła za słona, naleśniki, które się rozlatują, bo brakło mąki... wtedy powstają dni takie jak dziś.

Dni typowego dla bab nastroju, wahającego się od "moje życie jest beznadziejne 😭" do "kill'em all!". I tak przez cały dzień, aż do zwariowania. Nawet trening nie chce na to pomóc.

W takich sytuacjach pomaga tylko jedno magiczne słowo. Zakupy.

Wróciłam z galerii z nowym storczykiem (tym razem w pakiecie z odżywką, więc być może pokój będzie mi zdobił kwitnący storczyk, a nie ususzony...) i śliwkowym cydrem.

I z lepszym humorem. Wreszcie.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 17 września 2017

Złe stylizacje i sposoby na pobudkę. 11-17 września

Hej! Jest niedziela, godz. 12:24. Za oknem pada deszcz, a ja leżę pod kocem i piszę, bo... czas na przegląd tygodnia.

kawa w filiżance

Chyba wreszcie odetchnęłam. Wyluzowałam. Zeszły ze mnie negatywne emocje i stres.

Wyspałam się dopiero wczoraj. Sama sobie jestem winna, bo zamiast chodzić spać o stałej porze, kombinowałam.




W poniedziałek zrezygnowałam z treningu na rzecz relaksu. Dalszy plan był taki, że ćwiczę z dnia na dzień we wtorek, środę i czwartek. W czwartek w końcu też odpuściłam, uznając, że po ponad miesiącu regularnych ćwiczeń raz mogę olać. Główną przyczyną były potworne zakwasy, których się dorobiłam we wtorek i środę. Można zatem uznać, że równowaga w przyrodzie jest. Czasem trzeba umieć odpuścić. Wymaganie od siebie jest OK, ale nie można być dla siebie zbyt surowym.

Ku mojej wielkiej radości, okazało się, że pojawił się w telewizji kolejny sezon Goggleboxa. Będzie się oglądać :-)

Podobnie z Uchem prezesa i Rolnikiem szukającym żony, którego próbuję nadrobić od wczoraj, ale jakoś brakuje mi motywacji. Jak już się za to zabrałam, to mi się coś z internetem zaczęło dziać i ostatecznie obejrzałam tylko pierwszy odcinek. Wizytówki już odpuściłam, bo wywaliło mi obraz. A w reklamie działał :-P

Ogólnie, większość programów z telewizji oglądam raczej na VOD, wtedy, kiedy mnie się chce, ale wyjątkowo ostatnio włączyłam telewizor i przepadłam, bo akurat leciał mój ulubiony Galimatias. Tak, wiem, wstyd się przyznać, ale niech będzie, że obejrzenie go po raz ósmy (czy coś koło tego) to taka moja guilty pleasure.

Żeby nie było, że oglądam tylko kiepskie rzeczy, ucieszyłam się też, że w TVP VOD pojawiła się nowa ekranizacja Moralności pani Dulskiej. Przeczytałam ją jakiś czas temu i naprawdę mi się podobała. Postanowiłam obejrzeć. Zrezygnowałam w momencie, gdy okazało się, że gra tam moja wyjątkowo ulubiona aktorka. Wiecie, Magdalena Drewniecka ;-)

Zaczęłam też słuchać radia. W Gogglebox poleciał fragment jakiegoś festiwalu muzycznego (który był chyba przede wszystkim festiwalem na jak najbrzydszą stylizację) i... okazało się, że nie kojarzę żadnego z hitów. Ani tego Po co, po co Kayah, ani rzępolenia Margaret w dresie, ani jakiegoś wybuchającego Bumerangu Farnej. Nie jest mi z tym jakoś szczególnie źle, ale postanowiłam być nieco bardziej na bieżąco. Może wśród tej radiowej sieczki usłyszę też coś wartego uwagi...

W piątek wybraliśmy się na szybko na Festiwal Beer & Food. Tak, to kolejny pod rząd festiwal piwa w moim mieście. Nie narzekam :-) Kupiliśmy kilka piw na spróbowanie i zjedliśmy kurczaki z foodtrucka, który całkiem pomysłowo się reklamował. Jak? Napiszę Wam wkrótce osobnego posta o tego typu reklamach, bo to całkiem ciekawy temat ;-)

W międzyczasie zdążyłam sobie na naszych cudownych chodnikach rozwalić fleki w szpilkach (dopiero co wymieniane). Na cholerę w mieście kostka brukowa i kocie łby...

Reszta weekendu to bardzo spokojne siedzenie w domu, z piwem do degustacji, książką i najnowszymi Transformersami, przy których... dowiecie się z kolejnych Filmowych inspiracji ;-)

Z racji tego, że zostałam ostatnio wyprowadzona z błędu, że kawa po turecku to zwykła plujka zalana wrzątkiem, postanowiłam spróbować ją zrobić. Polecam - smakuje niesamowicie.

Ogólnie, od kilku tygodni nie piję kawy - z wyjątkiem weekendów, kiedy chcę mieć energię, by nieco dłużej posiedzieć. Dzięki ograniczeniu kofeiny na co dzień zauważyłam, że teraz naprawdę na mnie działa.

Co ciekawego w internetach? Chyba nic. Oprócz oburzenia, że TVP za wcześnie puściła Rolnik szuka żony. Mnie tam nie burzy, bo i tak nie oglądałam w godzinie emisji ;-)

Ogólnie, cisza, mało aferek i rozpierdlolów. Tylko Indahash szaleje.

Agwer napisała dziś, że blogerki kłamią. Jakoś specjalnie mnie to nie dziwi. Bardziej mnie wkurza, że takie gwiazdy nie oznaczają postów sponsorowanych na Facebooku i Instagramie. To nie fair wobec obserwatorów, którzy przecież głupi nie są i widzą, że to ewidentna współpraca, jak na zdjęciu wszędzie jest jedno logo.

Agnieszka z To się opłaca! poleca za to kilka sposobów na pobudkę, która jesienią staje się coraz trudniejsza. Póki co - owszem. Niedługo powinno być lepiej, bo przesuwamy zegary. Niby fajnie, ale i tak uważam, że zmiana czasu dwa razy w roku to pomyłka, bo o ile wstaje się łatwiej, to wychodzi się z pracy, gdy jest już ciemno, a to nie motywuje zbytnio do aktywności.

Maciej kpi sobie nieco z typowych sytuacji w życiu freelancera. Cóż, trudno mu nie przyznać racji. I tego, że świetnie dobrał zdjęcia.

Na blogu w tym tygodniu:

Tydzień dobrych wiadomości


5 książek, które warto przeczytać we wrześniu


Odkurzamy:

Nie bój się lenistwa


A co u Was? Jak znosicie te wyjątkowo jesienne ostatnie dni lata?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.