Nie pisz regularnie. Pisz rewelacyjnie

Nie pisz regularnie. Pisz rewelacyjnie

Mam ostatnio takie poczucie przesytu. Przesytu treści. Wszyscy wokół wiedzą, jak pomóc mi budować markę, zdobyć obserwatorów w social media i zacząć zarabiać w internecie. Wszyscy mają pomysł, jak mogę zgromadzić sobie społeczność. Zdobyć lajki i zaangażowanie.

tworzenie contentu, copywriting, blogowanie, pisanie

Na dodatek, mają na to tylko jeden pomysł: "napierdalać treścią".



No może nie formułują tego dosłownie w taki sposób ;-) Ale ja sobie pozwolę.

Zerowe zaangażowanie

Nadrabiałam w piątek twitterowe zaległości i zwróciłam uwagę na jedną rzecz: te wszystkie fajne, humorystyczne tweety lubianych twórców, liczących sobie obserwatorów w tysiącach, mają po kilka lajków. Maksymalnie dwadzieścia. Do tego ze dwa komentarze... A czasem zero.

Wniosek?

Kupili sobie obserwatorów!


No właśnie, kurczę, nie. Bo to nie są twórcy tej klasy. Nie piszą od miesiąca i na tyle słabo, że bez kupowania zasięgu by sobie nie poradzili. Do tej pory sobie radzili. Nie mogłam się zatrzymać na takim wniosku.


Wrzuciłam więc tweeta z ankietą:

Jej wyniki się zmieniały, ale proporcja była stała.

I teraz, jeśli ktoś jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Zbyt leniwi, by zalajkować

Bo tak, jesteśmy leniwi. Zalani codziennie potokiem treści, nie mamy już siły, by polubić ten wpis i tamten, o, i jeszcze może ten. No chyba że sami tworzymy do internetu - wtedy wiemy, jak wiele taki jeden głupi lajk znaczy dla twórcy i jednak jakoś się zmotywujemy. Albo nawet i komentarz napiszemy. Czasem chyba nie do końca tak spontanicznie i szczerze (no bo trzeba się pokazać na innych profilach, budując własny), ale jednak - reagujemy i chwała nam za to.

Albo jesteśmy tak zalani potokiem treści, że świadomie zaczynamy się od niego odcinać. Obserwujemy coraz mniej kont. Albo - co padło w komentarzach pod moją ankietą - wyciszamy je. Niby obserwujemy, ale wyciszamy. Ale dlaczego?

To proste: obserwujemy innych po to, żeby nas obserwowali. Gdy wrzucają zbyt dużo treści albo nudzą, wyciszamy ich. Liczba obserwatorów się zgadza - tylko zaangażowanie coś nie do końca. Niby wszystko OK. Ale zastanowiłeś się kiedyś, jaki internet sobie w ten sposób tworzymy? Jakie social media?

Nie?

Bo ja to już widzę. Świetne posty i ani jednej złamanej reakcji. Piękne liczby obserwatorów. Słabiutkie zaangażowanie. Jeden wielki fejk. To się dzieje już na Instagramie. Influencerzy, o których świat nie słyszał - a podobno tacy wpływowi, bo followersów przecież liczą w setkach tysięcy. Firmy zabijają się o reklamę na takich profilach. A potem zachodzą w głowę, czemu sprzedaż nie wzrosła.

I niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto tak nie robi. Bo ja na Twitterze często wyciszam. Nie lubię politycznej agitacji, teorii spiskowych czy robienia ze swojej tablicy (i przy okazji z mojej) śmietniska udostępnień losowych tweetów. Ale wyciszenie to półśrodek i przyznaję, że czas przestać z niego korzystać.

Zawaleni treścią po uszy

A co do przesytu - prawda jest taka, że jako copywriter sama dokładam do tego swoją cegiełkę. Piszę przecież te eksperckie artykuły, które wymagają ode mnie masy czasu i pracy. To są wartościowe treści - ale pamiętajmy, że nie jedyne na rynku. I myślę, że Paweł Tkaczyk rozkminił to dobrze - lepiej udostępniać mocniejsze treści, ale rzadziej. Bo ludzie mają przesyt.


Jaki internet sobie tworzymy, bezustannie zawalając go treścią? Jaki internet sobie tworzymy, radząc innym, by zawalali go treścią?

Bo może Ty mówisz: "wartościową treścią", a tymczasem gdzieś tam siedzi przed kompem jakiś zainspirowany przez Ciebie Mietek. Mietek jest kołczem, biznesmenem i zarabia onlajn. Od wczoraj. Skrobnął właśnie posta pełnego błędów i z pełną radością wrzuca go do sieci. Za chwilę będzie pracował nad treścią landing page'a, na którym sprzeda swojego e-booka - ale "pracował" to zbyt wiele powiedziane. Ot, napisze i wrzuci bez przeczytania, i doda płatności online, bo nie kuma, że skoro coś chce sprzedać, powinien to najpierw na maksa dopracować. Tak, żeby czytanie jego dzieła nie bolało.

Musimy odejść od tego namolnie powtarzanego "regularnego pisania". Wyluzowanie i zmniejszenie częstotliwości publikacji może dać zaskakująco dobre efekty. A jeszcze lepszym będzie niezamęczanie odbiorców. Przy kim zostaną, jeśli Ty jeden szanujesz ich czas?

Wszyscy pozostali tylko gadają i gadają... o sobie.

Wyróżnij się albo zgiń. Teraz możesz wyróżnić się praktycznie bez wysiłku. Choć raz nie musisz robić nic, by odróżnić się od innych. Wystarczy, że zrobisz MNIEJ. Tylko zrób to LEPIEJ niż oni.

Wykorzystasz swoją szansę?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Go to Hel... czyli na Koniec Polski

Go to Hel... czyli na Koniec Polski

Ja wiem, że dziś Halloween i należałoby popłynąć z nurtem, wrzucając jakieś przepisy na Halloween, wystrój czy propozycje przebrań na imprezę... Tylko że to do mnie niepodobne. Niespecjalnie mnie interesuje to "święto" i nie widzę powodu, by się raz w roku przebierać się za wredną zmorę, skoro właściwie jestem nią przez cały czas ;-)

plaża na Helu

Kiedy wrzuciłam na FB zdjęcia z tekstem, że na Helu jest piekielnie fajnie, nie każdy zrozumiał ten mój "piekielny" dowcip językowy. A tymczasem po polsku "go to Hel" nie oznacza wcale nic zdrożnego. Ba, po ostatnim weekendzie stwierdzam, że to nie złorzeczenie, a wręcz wyjątkowo dobre życzenia. Choć na początku zdarzyło mi się w to zwątpić... ale po kolei.


Czemu akurat Hel?

W sumie to nie wiem. Po prostu tak wyszło, jedziemy na Hel i już. Bo chcieliśmy nad morze, ale gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Na Hel jest też w miarę prosta droga i da się tam całkiem szybko dojechać - ale o tym za chwilę. A, i jeszcze foczki są, a foczki zawsze spoko. Jak nie wierzysz, to Janinę spytaj.

Jak dojechać na Hel?

Z Częstochowy jedzie się prosto. Raczej trudno zabłądzić ;-) Tym razem całą trasę w obie strony zrobiliśmy we własnym zakresie, czyli autem. I polecam. Wyjeżdżasz, kiedy Ci to pasuje, robisz przystanki, kiedy chcesz i dojeżdżasz w max. 6 godzin, a nie 18. A, i jeszcze możesz się zapakować na weekend jak na 2 miesiące. W kwestii kosztów - lepszy gaz niż benzyna, wiadomo. Wtedy dojazd na te 1000 km w obie strony powinien się zamknąć w ok. 400 zł, łącznie z wjazdem na autostradę. Tak przy okazji, kompletnie nie rozumiem, czemu płacimy podwójnie - nie wystarczą VAT i akcyza wliczone w cenę paliwa?

Co jest na tym Helu?

Hel to półwysep - taki wystający element w geografii Polski, a że wystaje w morze, to jest tym morzem otoczony z trzech stron. I w tym tkwi jego główna zaleta. W najwęższym punkcie cyplu (gdzieś na wysokości Kuźnicy) jeden brzeg od drugiego dzielą zaledwie 2 km. Jeśli kochasz morze tak jak ja, sama świadomość tego sprawi Ci frajdę. Na dodatek, kiedy jedziesz przez półwysep, co jakiś czas widzisz wodę, głównie po swojej prawej stronie.

Poza tym jest tam Koniec Polski, czyli najbardziej wysunięty na północ punkt kraju, plaża, port i latarnia morska. Do tego cała masa fajnych lokali z dobrą muzyką i jeszcze lepszym jedzeniem. Jest też dzika plaża na wojskowych terenach, na której zobaczysz wraki statków. Dodatkowo, jeśli jedziesz autem, możesz zwiedzić sobie cały cypel i zajrzeć na przykład do Jastarni czy też uwielbianej przez artystów Juraty. No i fokarium, pamiętajmy o fokarium.

Gdzie spać na Helu?

Zacznijmy od tego, że październik to już okres poza sezonem... i jak się okazuje, wcale jakoś szczególnie nie zmniejszyło to liczby turystów na Helu, ani liczby dostępnych pokoi. Trzeba było obdzwonić sporo miejsc, by w końcu znaleźć jakieś fajne. Wreszcie udało się nam wykombinować takie tuż przy plaży, a nie w sąsiedniej miejscowości ;-)

Tu niestety objawiła się jednak pewna piekielność Helu, o której wspomniałam we wstępie. Mianowicie, przyjechaliśmy na miejsce nocą, ok. 00:30. Poszliśmy spać jeszcze później, bo prawie o 4 nad ranem. O 9 rano obudziło nas stukanie, pukanie... a zaraz potem dźwięki piły mechanicznej. To właśnie miałam na myśli, pisząc "sounds like Hel". Z przekonaniem, że ta nazwa zdecydowanie przypadkowa nie jest.

Dopiero potem się okazało, że może być fajnie, ale trzeba najpierw wystawić nos spod kołdry i wyleźć nad morze ;-)

Samo miejsce, w którym spaliśmy - Captain Morgan - przyzwoite. Nie przestraszcie się zdjęciami - nie są zbyt aktualne, a na żywo było o niebo lepiej. Pokoje czyste, łazienki ładne i chyba niedawno remontowane, łóżka wygodne. Poza sezonem 100 zł za osobę za noc. Na dole bar, w którym można zjeść i napić się piwa. Nie było problemu z zameldowaniem o północy, wystarczyło tylko wcześniej dać znać. Podobnie z późniejszym wymeldowaniem. Minusy tylko dwa - dobiegająca muzyka z baru (ale mnie nie przeszkadzała, bo to szanty 💓) i poplamione narzuty na łóżkach. Nie chcę wiedzieć, czym i przez kogo, więc natychmiast ściągnęłam i ukryłam w głębi szafy.

Gdzie jeść na Helu?

O, tu było z czym powalczyć, zdecydowanie. Kilka miejsc, które odwiedziłam:

Captain Morgan

Dobra rybka, dobry żurek (choć moim zdaniem była to zalewajka - bo z pokrojoną w kostkę kiełbasą i kawałkami ziemniaków, zupa typowa raczej dla mojego regionu, niż Pomorza). Wystrój jak na starym statku. Magda Gessler pewnie by wypierdzieliła połowę gratów. Klimat to miało, choć troszkę przytłaczający ;-)

pub Captain Morgan na Helu

Maszoperia

Spoko grzańce - zmarzliśmy potężnie i trzeba było się rozgrzać. Klimat podobny jak w pozostałych lokalach, jakkolwiek budynek jest zabytkowy. Warto przeczytać (na początku karty menu), czym właściwie była ta maszoperia - opis naprawdę zacny.

Checz

Pyszne pierogi, sądząc po kształcie - przygotowywane po domowemu. Dobre, napakowane mięsem do granic i z cieniutkim ciastem. Jak nie przepadam, tak tamte wyjątkowo mi podeszły. Poza tym pyszne piwo z wiśniami i niezrównany grzaniec pszeniczny z cytrusami. Trafiliśmy przypadkowo, wyszliśmy bardzo zadowoleni.

restauracja Checz na Helu, piwo z wiśniami, grzaniec pszeniczny z cytrusami

Kutter

Całkiem niezła w smaku pizza, ale, mimo oliwy zamiast sosów, siadła mi dość ciężko na żołądku. Obstawiam, że ciasto swoje odleżało, a nie powinno. Poza tym znowu grzaniec i tutaj też był dobry.

HELLO

Sama nic tam nie jadłam, ale obserwowałam. Solidne kawały ryby, podobno dobrej, ale potrafiły kosztować 50 zł, co dla mnie jest lekką przesadą. Typową dla nadmorskich knajp, niestety. Wystrój nie powala, jak to na Helu. Mało estetyczny - a przynajmniej nietrafiający w moją estetykę. Polecam siedzenie na zewnątrz - tam jest przynajmniej widok na morze. Od razu +100 do zajebistości.

Próbowaliśmy jeszcze grochówki na cyplu helskim, ale nie mogę znaleźć, jak się to miejsce nazywało. Biały namiot po prawej stronie (w drodze na cypel), jak coś ;-)

Co zobaczyłam na Helu?


Morze i plażę

Pustą, październikową plażę. Jak na tytułowym zdjęciu. Pizgało niemiłosiernie, ale było warto. Tylko poopalać się już nie dało.

Fokarium

Foczki były przeurocze. Do tego zaskoczyły mnie swoją zwinnością. Akurat trafiliśmy na porę karmienia, więc je w ogóle zobaczyliśmy. Przed karmieniem nie były zbyt chętne do pokazywania się tym nielicznym turystom, którzy weszli razem z nami. Wstęp do fokarium - 5 zł. Za dodatkową złotówkę można też zajrzeć do muzeum. Wchodzimy sobie sami, wrzucając monetę do automatu, więc trzeba te 5 zł mieć - albo przynajmniej jakiś banknot, który rozmienimy w zamontowanej w pobliżu wejścia maszynie.


Port

Port to port. Trochę łódek, falochrony i silny wiatr, ale jak dla mnie, ma to klimat. Szkoda trochę, że nie było okazji, by się czymś przepłynąć - ale przypuszczam, że w sezonie szans nie brakuje.

Cypel helski i Koniec Polski

No co tu dużo gadać... Byłam na Końcu Polski, tak samo, jak bywam często na końcu internetu i co? I wróciłam! Tam pizgało jeszcze gorzej, jakaś rodzinka robiła sobie instasesję, a potem zaczęło padać. Ale widzę potencjał w tamtejszej plaży i chętnie odwiedziłabym ją latem. Jedna rzecz - strasznie tam daleko, a droga w lesie wybrukowana kamieniami, więc radzę założyć wygodne buty. Ja się lansowałam w botkach i mało nogi nie skręciłam - tylko jakieś 50 razy. Przy okazji można też zobaczyć stare bunkry i stanowiska ogniowe.

Koniec Polski, cypel helski

Latarnię morską

No niestety - zobaczyłam ją tylko z zewnątrz, bo już po sezonie. Ale może i dobrze, bo od jedynej latarni morskiej, do jakiej weszłam (czyli tej w Ustce) była dobre 2 razy wyższa. Nie jestem przekonana, czy spodobałyby mi się te nieskończone kręte schodki w środku ;-)

Wraki statków przy dzikiej plaży

Wiele osób wspomina o tym, że przy plaży na terenach wojskowych można zobaczyć wraki statków ORP Wicher II i ORP Grom II. I też je zobaczyłam. Dzika plaża, wypływające z morza ameby, w pobliżu powojskowe budynki... Jaki tam był klimat! Zdecydowanie polecam.

wraki statków na Helu

Molo w Juracie

Technicznie rzecz biorąc, molo jest w Juracie, a nie na Helu, ale jest też przy Półwyspie i po drodze. Stąd pomysł, by je zobaczyć. Jurata kiedyś była stolicą polskiej inteligencji. Wielcy artyści i malarze mieli tam swoje wille i spędzali letnie dni, inspirując się cudownym, morskim otoczeniem. Chciałabym więc lepiej poznać to miejsce - copywriter to po trosze też artysta i czasami potrzebuje inspiracyjnego kopa. Tym razem wpadliśmy tylko na momencik, w drodze do Częstochowy, tak, żeby nie złapać opóźnienia w trasie. Ale było warto. I chętnie do bogini Juraty jeszcze wrócę ;-)

molo w Juracie

Zobacz także:

Jedziesz nad morze? Tych błędów nie popełniaj


I teraz muszę sprostować, że jednak jest nadmorskie miasto, które potrafiło zachwycić mnie bardziej niż Ustka - to Hel.

A Ty byłeś już na Helu? A może się wybierasz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Sounds like Hel, a reklama nie kłamie. 15-28 października

Sounds like Hel, a reklama nie kłamie. 15-28 października

Nadeszły jesienne chłody. Już skrobałam rano szyby po raz drugi w sezonie - i coś mi mówi, że czas się do tego przyzwyczaić... albo jeździć rowerem. Skrobaczka już zajęła swoje stałe miejsce w schowku przy drzwiach i pewnie jeszcze nie raz okaże się potrzebna. Cóż, jesień nam przyszła i się rozgościła, ale póki co - przynajmniej w ciągu dnia ciepło.

zdjęcie z Helu, wraki na Helu

Przegląd tygodnia


Ale żeby nie było zbyt różowo - piszę ten przegląd opatulona w bluzę i koc-flądrę syrenę ;-) Polska złota jesień mnie zachwyciła, ale za zimnem to nigdy nie przepadałam...





No i jeszcze ta zmiana czasu... Miałam nadzieję, że dadzą sobie z nią już spokój, ale chyba się jeszcze na to nie zanosi. Niby tylko godzina do tyłu, a jednak potem jeszcze przez tydzień sobie przypominam kolejne miejsca, w których tę godzinę muszę przestawić. Jesienna jest o tyle fajna, że po niej chociaż sama nie chodzę potem przez tydzień do tyłu ;-)

To był wspaniały weekend po mało wspaniałym tygodniu.

Tygodniu, który najtrafniej mogę opisać tak:



Musiałam się oderwać od rzeczywistości (choć zazwyczaj tego nie polecam) i zmienić na moment otoczenie. Pogoda sprzyjała wyprawom i tak oto w piątek wyruszyłam na drugi koniec Polski - na Hel.

O północy byłam już na miejscu. Niestety, nie poszłam wtedy spać i sobotę przetrwałam ledwo żywa i niewyspana, bo po jakichś 5 godzinach snu obudziły mnie... odgłosy piły mechanicznej na podwórku obok. Koszmar. Pozbierałam się jednak jakoś i spędziłam fantastyczny dzień, łażąc po Helu. Byłam na Końcu Polski (cypel helski), przy latarni morskiej i w paru bardzo przyjemnych lokalach.

W niedzielę natomiast prowadziłam przez całą tę drogę, przez pół Polski. Można powiedzieć, że przeszłam swój chrzest bojowy, jeśli chodzi o podróżowanie autem na tak długie trasy. I dałam radę. Ba, podobno poradziłam sobie o wiele lepiej, niż radzę sobie na mieście - w sensie, byłam o wiele mniej nerwowa niż zwykle za kółkiem ;-)

W drodze jeszcze odwiedziłam kilka fajnych miejsc, o których napiszę. Polecę Ci też całkiem przyjemny lokal z noclegami i parę miejsc, do których warto się wybrać na dobrego grzańca (nad morzem zdecydowanie #piździernik, choć słońce świeciło) i rybkę.

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Jesień, którą pokochałam


Mój nowy Bullet Journal. Kompletna zmiana rozkładówek


Social media blogera


3 książki dla copywritera, dzięki którym prześcigniesz konkurencję


Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły


Przegląd internetów

Lepiej jest mieć mniej komentarzy ale za to bardziej merytorycznych. Takich, które urozmaicą dyskusję i wzbogacą Twojego bloga. Takie komentarze piszą mądrzy i wartościowi ludzie, i takich właśnie czytelników Ci życzę.

Jak zwiększyć liczbę wartościowych komentarzy na blogu? We wpisie znajdziesz aż 15 wskazówek. Z 8. i 9. się w pełni zgadzam, a 11. była całkiem odkrywcza ;-) Sama na jakość komentarzy na blogu nie narzekam. Może nie mam ich jakoś szczególnie dużo, ale wciąż są jakościowe, a gówien w stylu "Super wpis" pojawia się na nim mało. Było ich więcej, gdy korzystałam z grup promocji, ale nie mam ostatnio na to czasu i uważam, że osiągane efekty nie były warte wkładanego w to wysiłku.


Zajonc twierdzi także, że nie musimy być świadomi faktu, że kiedyś spotkaliśmy się już z danym obiektem. Mało tego, nie musimy nawet lubić danego przedmiotu. Jeśli zastanawiało Cię kiedyś, dlaczego reklamy proszków są tak sztampowe, masz tu częściową odpowiedź: liczy się ilość a nie jakość.

A co jeszcze twierdzi Zajonc i paru innych? O tym przeczytasz we wpisie Reklama nie kłamie.


Facebook może służyć jako miejsce dystrybucji treści publikowanych na stronie internetowej, blogu firmowym. Nie warto jednak przenosić całego artykułu do social media – zaproś użytkowników na swoją stronę, podlinkowując ją w poście.

Z tym bym nieco dyskutowała, bo Facebook najbardziej ze wszystkiego nie lubi, gdy wyciągasz z niego ludzi. W efekcie znacznie słabiej promuje posty z linkami do innych kanałów, stron, blogów, YouTube. Co innego, gdy tekst wrzucasz w całości na FB jako post, albo kiedy publikujesz wideo bezpośrednio na Facebooku. Wyjątkiem są tutaj posty pochodzące z Instagrama, ale to z wiadomych względów ;-)

O ile jeszcze uważam, że warto by było poprawić błąd w tytule, to w treści jest parę ciekawostek, które warto poznać - o ile już tego nie wiesz: błędy, których należy unikać, prowadząc fanpage.


Ziemię pomierzył i głębokie morze,
wie jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma ku*wę w domu.

Oto jedna z fraszek Kochanowskiego, której na pewno nie nauczyli Cię w szkole. Po więcej niepokornych (a nawet i drastycznie wulgarnych, nie bójmy się tego powiedzieć wprost) dzieł polskich poetów zapraszam tutaj: zbiór niecenzuralnych utworów. Oczywiście, pojawia się Tuwimowe "Całujcie mnie wszyscy w dupę". I jest to zdecydowanie jeden z łagodniejszych wierszy. Serio ;-)

Jak Ci minął ten tydzień? Z tego, co widzę po Facebooku (i co widziałam w trasie), dużo osób wpadło na ten sam pomysł co my i podróżowało, a Ty? Weekend w domu czy też w drodze?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły

Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły

Nie znoszę słuchać, jak ktoś czyta. No serio. Sama czytam znacznie szybciej niż inni ludzie i strasznie się męczę, wiedząc, że byłabym właśnie o 5 stron dalej niż lektor.

słuchanie audiobooków, białe słuchawki

Tym bardziej jestem zdziwiona, że się przekonałam do audiobooków. Okazało się, że nawet dla mnie mają masę zalet.

Są świetne, żeby się zrelaksować i dać odpocząć oczom po 8 godzinach wgapiania w komputer. Albo kiedy robię obiad i nie bardzo mam trzecią rękę do trzymania książki. Trzecie oko zresztą też by mi się wtedy przydało... No i na rowerze  - w końcu spędzam na nim godzinę dziennie. Miło jest sobie posłuchać, jak ktoś opowiada coś, co ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Codziennie odpalam plik, bo chcę wiedzieć, co było dalej.




Dlatego przekonałam się do książek "mówionych" i dziś Ci przedstawię 2 historie, których słuchało mi się wyjątkowo przyjemnie.

A ja żem jej powiedziała

Kaśka Nosowska

A ja żem jej powiedziała... weź wreszcie załóż te słuchawki do uszu i posłuchaj, co ta Nosowska gada. Ona wcale nie jest taka poważna i depresyjna, na jaką wygląda. Na co dzień nie opowiada smutnych historii o tym, że wczoraj zdołała powrócić do łona matki, czystość została pogrzebana, a ona lubi chleb, więc sobie zje... A, zaraz, o chlebie to akurat tam było.

Kaśka okazała się wyjątkowo zabawną i zdystansowaną kobietą z błyskotliwymi przemyśleniami. Ja wiem, że Internet od dawna żyje jej instagramowymi filmikami z serii "A ja żem jej powiedziała...", ale mnie troszkę drażniły filtry w stylu "Nażarłam się helu", więc odpuściłam. Zresztą, nie mam czasu, by być na bieżąco. Wiedziałam, że fajne, ale dopiero forma  audiobooka, czytanego z seksowną chrypą przez samą autorkę, przypadła mi wyjątkowo do gustu. Nawet mnie kusi, żeby przesłuchać go jeszcze raz. Cudo!

Trup na plaży

Aneta Jadowska

Uwielbiam książki Anety Jadowskiej i Ustkę. Autorka najwyraźniej czytała mi w myślach, ponieważ akcję swojego najnowszego kryminału osadziła gdzie? No właśnie w pięknej Ustce. Dzięki temu byłam tam, słuchając o kolejnych perypetiach Magdy Garstki. Czułam zapach ryb na wybrzeżu i widziałam pustą październikową plażę. I obiecałam sobie, że zobaczę ją także na żywo.

A potem faktycznie zobaczyłam na żywo pustą październikową plażę... na Helu ;-)

Mamy tutaj historię młodej dziewczyny, która wraca do swojej rodzinnej Ustki i od razu na dzień dobry, po pierwszym nibybieganiu na plaży, znajduje trupa. No i oczywiście, że Magda nie zostawi tej sprawy nieudolnej słupskiej policji. Sama uparcie drąży temat i odkrywa coraz to ciekawsze powiązania sprawy... ze swoją rodziną. 

Żałuję tylko, że historia kończy się... takim spuszczeniem powietrza. Ale i tak warto.

To co, audiobooki czy tradycyjne książki? Lubisz, kiedy ktoś Ci czyta na głos, czy wolisz robić to samodzielnie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger