wtorek, 21 marca 2017

Nowy Ben Hur. Czy warto go obejrzeć?

Tak szczerze, to chciałam tę recenzję napisać zaraz po powrocie z kina - miałam bardzo dużo do powiedzenia na temat najnowszego Ben Hura. Pokonało mnie jedynie weekendowe lenistwo i późna pora - ostatecznie, zamiast pisać, wolałam poleżeć w łóżku i poczytać książkę. Slow blogging rządzi się swoimi prawami :-) Wpis powstał na drugi dzień, a potem... leżakował. Jak dobre wino ;-)

plakat filmu Ben Hur

Zazwyczaj twierdzę, że w wakacje w kinie raczej nie zobaczymy nic ambitnego - i najczęściej okazuje się, że mam to, czego się spodziewałam. Nie wiem jednak, czy jest to wina mojego nastawienia (bardzo możliwe), czy też tego, że faktycznie dane filmy są takie sobie. W przypadku Ben Hura nie oczekiwałam nic specjalnego. Miał kiepskie recenzje. Tylko trailery były obiecujące. Skusiłam się, bo lubię produkcje, których akcja rozgrywa się w starożytnych czasach.




Ben Hur to opowieść o żyjącej w czasach biblijnych rodzinie Hur. Juda Ben Hur jest żydowskim księciem. Cieszy się dużym poważaniem wśród swojego ludu. Wychowywał się z przygarniętym przez jego rodzinę Rzymianinem Messalą. Traktował go jak brata i nie zwracał uwagi na to, że pochodzi on z coraz bardziej wrogiego Żydom ludu. Za Messalą ciągnęła się również zła sława jego dziadka - słynnego Brutusa, który zdradził Cezara. To nieważne. Bracia żyli w zgodzie. Nawet na początku filmu widzimy wzruszające sceny, kiedy Messala ratuje rannego Judę.

Niestety, matka Judy mimo to nie akceptuje Messali. W pewnym momencie młody chłopak nie wytrzymuje. Odchodzi do Rzymu, chcąc się zaciągnąć do wojska. Wraca po kilku latach, gotów stanąć na czele rzymskich legionów. Na początku relacja braci wydaje się równie dobra, jak wcześniej. Szybko jednak okazuje się, że bracia nie zgadzają się w ważnych kwestiach politycznych. Messala zamierza się rozprawić z zelotami - buntownikami, którzy sprzeciwiają się temu, aby Rzym zawładnął Jerozolimą. Juda nie chce mu ich wydać. Dochodzi do przykrego incydentu, o który zostaje niesłusznie oskarżony. Zostaje skazany na lata niewolniczych robót. Jego matce i siostrze zostaje wymierzona kara śmierci. Udaje się uciec jedynie jego żonie.

Myśl o powrocie do niej trzyma Judę przy życiu, gdy ciężko pracuje na galerze. Szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala mu się z niej wydostać. Następnie spotyka Afrykańczyka Ilderima, człowieka, który w pewnym momencie stawia wszystko na Judę, byle tylko zagrać na nosie Rzymowi. Tym sposobem dochodzimy do finału, w którym w rzymskim cyrku przeciwko sobie staną dwaj bracia, ścigając się na rydwanach. Ścigali się zawsze. Teraz jednak to już nie jest niewinna zabawa, tylko walka na śmierć i życie... Juda, niewolnik Rzymian, staje przeciw ulubieńcowi Rzymu. Wygrać może tylko jeden z nich...

Film na początku jest zbyt mocno przegadany. Widzieliście kiedyś choćby jeden odcinek Wspaniałego stulecia? No właśnie. Wstęp Ben Hura jest do niego łudząco podobny. Telenowela. Motywy tego typu pojawiają się i później, ale są mniej widoczne na tle wartkiej akcji. Jak przebrniemy pierwsze 40 minut, to już potem ogląda się całkiem przyjemnie.

Świetnie zrealizowano sceny na galerze, gdzie Juda był niewolnikiem. Złowroga muzyka w tle, ciemność i ludzie, których zdegradowano do roli napędu statku... Dzięki temu, że w Ustce miałam okazję przepłynąć się statkiem (na szczęście jako pasażer, a nie niewolnik ;-)), byłam w stanie bardzo plastycznie sobie wyobrazić ich sytuację. Siedzieli pod pokładem, w ciemności i smrodzie spoconych ciał, na bujającym się okręcie. Musieli ciężko pracować bez wytchnienia. Tego, kto nie dawał rady, czekał jeszcze gorszy los...

Gdy Juda już się uwolnił ze statku i Ilderim zdecydował się wystawić go do wyścigu rydwanów, mamy sceny typowe dla dramatów sportowych. Wiecie, epicka muzyka w tle i mistrz trenuje ucznia. Skojarzyło mi się z Creedem.

W filmie nie rozumiem jedynie strojów i charakteryzacji. To znaczy, przez większość czasu nie ma zgrzytów. Dopiero, gdy na ekranie pojawia się Morgan Freeman... z dredami na głowie. Niczym Bob Marley. Gdy tylko go widziałam, od razu przed oczami robiło mi się żółto-zielono-czerwono i zaczynałam nucić No women no cry. Mogę się założyć, że sam aktor też miał niezły ubaw, jak się zobaczył w lustrze.

Morgan Freeman z dredami w filmie Ben Hur

Podobno były głosy jakiejś organizacji, że zrezygnowano z wątku homoseksualnego uczucia między braćmi. Ja się z tego bardzo cieszę. Szczerze nie rozumiem, czemu teraz w każdym filmie koniecznie muszą być geje i czarnoskórzy. A jak się nie pojawią, to od razu - przejaw homofobii i rasizmu. Głupie podejście. Co prawda, wątek taki był w poprzedniej ekranizacji, ale skoro ktoś jeszcze raz bierze na tapetę dany scenariusz, to czy nie ma prawa zrobić go po swojemu? Czy musi od razu robić z tego dokładną kopię, tylko z innymi aktorami?

A propos tej starszej wersji... odpaliliśmy ją sobie później w internecie. Przebrnęliśmy przez jakieś pół godziny i nam wystarczyło. Ot, stary film, już w kolorze (mało nasyconym, w żółtawym odcieniu), ze staroświeckim lektorem. I te miłosne spojrzenia, jakie sobie puszczali bracia... Ewidentne do bólu. Tego się nie dało oglądać :-D

W nowej wersji aktorzy świetnie pasują do ról. Są wręcz oczywiście dobrani. Juda wygląda jak typowy Żyd - lekko długie włosy, zarost, odpowiedni ubiór. Messala - tak właśnie wyobrażałam sobie Rzymianina. Czarne, lekko kręcone włosy, mocna szczęka, potężny nos. W poprzednim Ben Hurze brakowało moim zdaniem tak charakterystycznych twarzy - ot, typowi amerykańscy aktorzy.

W jakiejś recenzji ponoć padło stwierdzenie, że w dobie Szybkich i wściekłych wyścigi rydwanów w kółko nie są specjalnie emocjonujące... Oj, nie zgodzę się. Myślę, że każda rywalizacja robi wrażenie. No, przynajmniej każda, w której ktoś się ściga. Oglądałam ostatnio w nocy transmisję z olimpiady, gdzie panowie walczyli w zapasach i to akurat nie było dla mnie zbyt porywające. Nie czaję tego sportu ;-) Ale wyścigi rydwanów - spoko. Kurz, iskry spod kół, przewracające się rydwany, rozwścieczone konie, które wpadają na widownię - te fragmenty dosłownie wciskały w fotel. I ogromna prędkość - aż czułam pęd powietrza na twarzy. Nawet jeśli ten film byłby kompletnie beznadziejny, dla tych kilku scen i tak warto go obejrzeć.

Pojawia się też oczywiście sporo odniesień do Biblii - postaci Jezusa i pierwszych chrześcijan, potem ukrzyżowanie... W sumie, ciekawe było to, że po raz pierwszy widziałam film, w którym wątek religijny stanowił tylko tło dla czyjejś historii. Wplata się nawet w losy Ben Hura, gdy okazuje się, że jego żona stała się uczennicą Jezusa. Nie jest to jednak jakieś szczególnie nachalne. Może tylko nie do końca przemawia do mnie postępowanie Esther wobec męża. Idealistka. Jest o wiele zbyt radykalna i nie potrafi zrozumieć, że mężczyzna czuje potrzebę pomszczenia rodziny. O ile na początku nie zwraca ona zbytnio na siebie uwagi, to pod koniec filmu staje się nieco irytująca i zbyt zamknięta na jego argumenty.

Chciałabym Wam napisać, jak się ten film kończy, ale nie będę spoilerować. Najlepiej sprawdźcie sami. Z niektórych scen na samym końcu troszkę sobie kpiłam, bo były znowu jak wyjęte z telenoweli, jednak mimo wszystko, zakończenie ma swój urok. Generalnie, cały obraz ma coś w sobie, choć nie mogę powiedzieć, że jest super wybitny. Ot, taki do obejrzenia, żeby się nie nudzić. Myślę, że obsypanie Oscarami mu nie grozi, jak poprzedniemu (choć nie bardzo wiem, za co starsza wersja te Oscary otrzymała). Jeśli chcecie jednak zobaczyć ciekawą historię niezwykle wytrwałego człowieka, który tak bardzo wiedział, czego chce, że w końcu musiał to dostać - zobaczcie. Mnie Ben Hur wprawił w dobry nastrój i zostawił z bardzo pozytywnymi przemyśleniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 19 marca 2017

Tydzień, który zaczął się od poniedziałku. Przegląd tygodnia 13-19 marca

czy to już poniedziałek?

Coś pisałam, że ten tydzień zacznie się od miłego poniedziałku?

No i się zaczął. I to już nawet w niedzielę.




Godzina 23. Leżę w łóżku, przeglądam Instagrama i planuję w ciągu najbliższych kilku minut zasnąć. Dzwonek do drzwi tego nie uwzględnia i wyrywa mnie z błogiej senności.

Pod drzwiami stoi sąsiad z dołu. Koleś raczej nie ma zwyczaju odwiedzać mnie bez powodu. Jednego i tego samego od dwóch tygodni.

- Zalewacie mnie. Znowu. Tym razem bardziej, niż ostatnio.

Bardzo możliwe. Akurat trwała niekończąca się historia pod tytułem "prysznic faceta". Wszyscy tak mają, by the way?

Trwała sobie również niekończąca się historia pod tytułem "usterka". Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że mogłabym nagrać kolejną edycję tego programu. Materiału mam już na dobre 10 odcinków...

Z zalewaniem nie byliśmy w stanie nic zrobić. Ot, najprawdopodobniej prysznic przecieka - być może brodzik, być może jakiś odpływ... Ogarniemy jutro, a teraz już będziemy tak mili i nie będziemy już puszczać wody.

W poniedziałek postanowiłam zatem popracować z domu i ogarnąć sprawę - zgłosić właścicielom, wezwać hydraulika i dowiedzieć się, co jest przyczyną.

To była akurat ta milsza część poniedziałku, bo praca z domu zawsze jest spoko.

Po pracy pojechałam ustawić geometrię kół w samochodzie. Generalnie od poprzedniego tygodnia wciąż mam lekką awersję do prowadzenia. Tak mnie to stresuje, że nagle z odważnego, pewnego siebie kierowcy stałam się ostatnią c...pą na drodze. No, prawie. Muszę wspominać, że w takim układzie prawie zemdlałam z nerwów, wsiadając za kółko?

Postanowiłam jednak rozpocząć jazdę od zastosowania odpowiednich socjotechnik...

Cześć, Golfiku. Jak ja za Tobą tęskniłam! Działaj dzisiaj dobrze i nie rób mi już więcej takich kawałów, bo przecież ja naprawdę Ciebie bardzo lubię. Prowadź się dobrze, Golfiku.

I prowadził się dobrze. Jak na czołg, całkiem dobrze.

Serio. W życiu nie jechałam czołgiem, ale już wiem, jak się prowadzi. Wsiądźcie do auta z nieustawioną zbieżnością kół, a zrozumiecie... Każde w swoją stronę. Jak gromadka niesfornych dzieci. I trzeba nad nimi zapanować, co na prostej nie jest trudne. Schody zaczynają się dopiero przy manewrach.

Muszę dodawać, że prawie zemdlałam po raz drugi, gdy na stacji kontroli musiałam wjechać na kanał?

Zemdlałabym jeszcze i z pięć razy, patrząc, jak je podnoszą (żeby wleźć pod podwozie) i jak przy nim majstrują. Nawet kierownicę odkręcali. Miałam wybór - albo zbieżne koła, albo prosta kierownica. A ja uparłam się, że I want it all. I mam it all.

Trzymałam się dzielnie. Wciąż była przede mną perspektywa powrotu...

I oczywiście zjechania z kanału.

Zjechałam w całości. Dojechałam również w całości. Tylko kierownica przestała skręcać w prawo. Nie trzeba jej trzymać tak mocno, jak wcześniej i mam wciąż wrażenie, że jest za luźna. A ona chyba po prostu wreszcie działa jak należy.

Wieczorem zaś zawitał znowu sąsiad w celu dogadania się. Nie omieszkał również wpleść zgrabnie w rozmowę informacji o tym, iż jest przyszłym prawnikiem (Ciągle siedzę teraz w domu, bo uczę się do egzaminu adwokackiego). Stereotyp o studentach prawa, którzy zawsze i wszędzie muszą się pochwalić, że są studentami prawa, potwierdzony. I jak to z prawnikiem, nic szczególnego nie ustaliliśmy oprócz tego, że będziemy ustalać wkrótce. Ja nie wiem, może powinnam zapłacić mu za konsultację?

Reszta tygodnia to błogie dążenie do końca Q1.

W piątek znowu praca z domu. Przyszła kolej na wymianę prysznica. Już wiem, że źle to rozegrałam. I mam traumę, bo spodziewałam się, że będzie to wyglądać lepiej niż faktycznie wyglądało. Jakimś dziwnym sposobem proces rozciągnął się na całe mieszkanie - kuchnię, pokój. Ostatecznie wyszedł nawet na klatkę, a następnie w ogóle poza blok (szczątki starego prysznica wylądowały tymczasowo na trawniku, a potem dopiero wynieśliśmy je do śmietnika). Rozszerzanie materii? Widziałam na własne oczy i to nie pierwszy raz.

Jak jeszcze inaczej opisać składanie kabiny prysznicowej? To takie wielkie puzzle 3D dla bardzo zaawansowanych. Poziom trudności? Coś pomiędzy fizyką jądrową, a kwantową. Media Markt kiedyś się reklamowało hasłem Nie dla idiotów!, ale to Obi spełnia jego warunki, bo posiada w ofercie kabiny nie dla idiotów. Obawiam się, że nawet nie dla profesjonalistów. I myślę, że powinni te kabiny sprzedawać w całości, już złożone. Albo z fachowcem w gratisie.

Tak mnie to osłabiło, że pojechałam na wieś. I w akcie desperacji postanowiłam zagrać w Heroes of Might and Magic. Niebywałe - zazwyczaj trudno mnie namówić na choćby jedną turę, bo średnio rozumiem mechanikę tej gry. A w piątek zrozumiałam i nawet mi się spodobało. Musiałam chyba do tego dojrzeć.

Weekend spędziliśmy bez większych włóczęg. Zwłaszcza, że się rozchorowałam. Tak, w przeciągu dwóch tygodni znowu jestem przeziębiona. I przypuszczam, że "w przeciągu" to słowo-klucz.

Cóż, życzcie mi zdrowia :-)

Na blogu w tym tygodniu działo się dużo, bo robiłam pewien eksperyment, o którego efektach być może wkrótce napiszę Wam coś więcej :-)


Nie uwierzycie, co się działo


Internauci ich nienawidzą


Strumień świadomości


Uniwersum Marvela. Recenzje wszystkich filmów


Copywriter w akcji


W internetach również działo się dużo. Na przykład... życie przerosło kabaret. Bardzo lubię ten serial, a wspomniany odcinek naprawdę mi się podobał. Pewnie właśnie dlatego, że pokazał tę panią dokładnie w takim świetle, w jakim widzą ją ludzie.

Czy muszę dodawać, że kabaret jest jak lustro? Bo krzywe zwierciadło to wciąż lustro. Jeśli spojrzy w nie małpa, nie zobaczy apostoła.

Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki ;-)

Czytam sporo, ale głównie w internecie. Książka o Stevie Jobsie wciąż czeka na swoją kolej. Podrzucę Wam jednak kilka ciekawostek o Apple. 11. mnie urzekła :-D

A u Was co dobrego? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 18 marca 2017

Copywriter w akcji

kreatywnosc

Zanim przeczytacie, obejrzyjcie poniższy skecz i zwróćcie szczególną uwagę na dialog (6:17):
- Doskonale władam nożem!
- Łyżką i widelcem!
Zapamiętajcie go :-)


* * *

Gramy w Czółko. Takie kalambury na telefon. Zamiast kartki z hasłem, do głowy przykładasz smartfona. Przykładasz. Przyklejać nie radzę. Wymagałoby mocnego kleju i odklejałoby się już ze skórą i grzywką. Albo Twój nowy iPhone czy inny Zenfone by spadł i potłukł się, ewentualnie wgniótł podłogę, jeśli to Zenfone Max.




Na ekranie wyświetla się hasło, które pozostali muszą Ci wyjaśnić, a Ty zgadujesz.

Nie wspomnę, ile razy w kategorii Polskie trafiłam na hasło korposzczur. I nie wiem, czemu bawiło wszystkich, oprócz mnie. Przecież ja nie pracuję w korpo ;-)

Potem wybraliśmy kategorię, w której hasłami były głównie tytuły filmów. Sędzia Dredd, Matrix... I nagle pojawiają się... Troskliwe misie.

Wszyscy gorączkowo myślą. Tłumaczą, że to taka bajka i w ogóle... Z uszu leci para, a w eter - kolejne podpowiedzi. Copywriter w takiej sytuacji musi się wyróżnić, wymyślić coś ekstra. Wysilam mózg i nagle wypalam:
- Opiekuńcze niedźwiedzie!
Towarzystwo wybucha śmiechem. I po chwili słyszę... prawidłową odpowiedź.

Bo... doskonale władam synonimem. Metaforą i epitetem.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 17 marca 2017

Uniwersum Marvela. Recenzje wszystkich filmów

Na wolne wieczory w trakcie jednego ze swoich wyjazdów zaplanowałam sobie nadrabianie zaległości z filmami Marvela. Bardzo ochoczo zabrałam się za realizację i pierwsze filmy obejrzałam już na kilka dni przed podróżą oraz w jej trakcie.

recenzje filmów z uniwersum marvela

Co mnie do tego w ogóle skłoniło? Najnowszy film Marvela, który się wtedy pojawił czyli Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.

To jeden z lepszych tytułów. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowałam się superbohaterami czy komiksami, a na filmy o nich po prostu grzecznie chodziłam, wyciągana przez mojego wspaniałego. Nie powiem, że mi się nie podobały, ale nigdy jakoś nie wpadłam na pomysł, żeby nadrobić zaległości.




Jeśli miałabym podsumować wszystkie produkcje po kolei, to najlepiej oglądało mi się wszystkie, w których pojawiał się albo Iron Man, albo Kapitan. Człowiek z żelaza ;-) ma zarąbiste poczucie humoru, a Kapitan jest po prostu ciekawą postacią. Jak się im każe współpracować, lecą iskry i panowie niekoniecznie potrafią się ze sobą dogadać. W przypadku spornych kwestii zawsze jeden stanie po jednej stronie, a drugi po przeciwnej. Skądś w końcu musiała ta wojna wyniknąć ;-) W skrócie postaram się Wam teraz napisać, jakie wrażenie zrobił na mnie każdy z filmów.  Przy każdym tytule zamieszczam także jego zwiastun, żebyście mogli poczuć klimat :-)

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie



Mega. Bardzo mi się podobał. Połączenie filmu szpiegowskiego z kinem lat 40. jest po prostu zarąbiste. Poza tym historia Steve'a Rogersa: od etapu niepozornego chłopaczka, który chciał iść do wojska, aż po superżołnierza. Bardzo fajnie pokazano, że każdy superbohater od czegoś musi zacząć. Niekoniecznie od razu się zapowiada na kogoś, kto tak bardzo zmieni świat.

Iron Man



Czyli od bawidamka sprzedającego broń i dorabiającego się na cudzej tragedii do superbohatera. Początek filmu niezbyt mi się podobał, bo był strasznie stereotypowy: ot, jest sobie bogacz Tony Stark, człowiek troszczący się głównie o siebie samego, który wkrótce przeżyje przemianę. Dalej jednak historia rozwinęła się w fajny sposób. Oczywiście, nie brakuje tutaj elementów humorystycznych, od zabawnych ripost Tony'ego po jego pierwsze próby zbudowania pancerza. Można było się uśmiać z wypadków, jakie przy tym mu się przydarzały. Ot, ciężki los wynalazcy :-D

Incredible Hulk



Podobał mi się najmniej ze wszystkich. Może w tym tkwi urok, że nie była to typowa opowieść o superbohaterze, a bardziej emocjonalna historia gościa, który niechcący stał się kimś, kim nie chciał. Dla mnie jednak tych emocji było tutaj stanowczo za dużo, a ponoć Edward Norton, który grał tytułowego Hulka, chciał, żeby to było jeszcze bardziej emocjonalne... Cóż, do mnie to nie przemawia, raczej oczekiwałam konkretnej łupanki i dynamicznej opowieści, a nie melodramatu.


Iron Man 2


Tutaj Tony Stark wciąż udoskonala swój pancerz oraz poznaje swojego nowego wroga, Whiplasha. Często zarzuca się filmom Marvela, że traktują po macoszemu postaci negatywne i robią z nich chłopców do bicia. Przy tej części trudno by mi było przyznać rację tym zarzutom. Myślę, że tutaj akurat antybohater również został pokazany odpowiednio i wcale nie było aż tak łatwo go pokonać. Poza tym, oczywiście nie brakowało humoru typowego dla Iron Mana, a to zawsze na plus.

Thor



Nie spodobał mi się za bardzo, dopóki nie rozwinęła się postać Lokiego. Te wszystkie huknięcia Thora były lekko irytujące ;-) Trzeba przyznać jednak, że bóg kłamstwa naprawdę skradł bratu show. No, może oprócz perypetii Thora na ziemi, jego dworskiej mowy i dworskich zachowań. Ten kontrast akurat okazał się megazabawny i od tego momentu film oglądało mi się już całkiem nieźle :-)

Avengers



Jeśli ktoś mówi, że warto obejrzeć, żeby zobaczyć komiczną relację Thora z Hulkiem - potwierdzam. To tylko kilka scen, ale świetny humor sytuacyjny. Poza tym tu już mamy "nowego" Hulka, który nie jest wiecznie płaczącą mameją, a gościem, który stara się zrobić coś dobrego dla świata. Better. A jak do ekipy dorzucimy jeszcze Iron Mana i jego niezdrowe zaciekawienie zdolnościami Bruce'a Bannera, to już możemy być pewni, że się uśmiejemy. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów z serii.

Iron Man 3



Zawirowania związane z postacią Mandaryna sprawiły mi zawód dopiero po czasie. Generalnie ta część była najsmutniejszym i najbardziej mrocznym filmem o Iron Manie, i naprawdę było mi go szkoda. Z drugiej strony, film kończy się jednak pozytywnie. Tony odbudowuje swój świat, który mu zburzono. Pokazuje, że można i nawet trzeba.

Thor: Mroczny świat



Eeee, o czym to było? Jak dla mnie, za dużo Asgaardu, a za mało ziemi. Poza tym, postać Jane jest totalnie nieprzekonująca (nie, żeby była w poprzednich częściach...). Show znowu kradnie Loki i warto obejrzeć dla tylko dla niego.

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz



Hmmm, film szpiegowski. Spoko, choć zbytnio w pamięć mi nie zapadł. Generalnie widzimy ciąg dalszy historii Kapitana Ameryki, który musiał się odnaleźć w kompletnie nowym świecie, oraz odkryć, że jego najlepszy kumpel żyje. I że wcale nie jest to powód do radości.

Strażnicy Galaktyki



Bardzo fajny rozrywkowy film. Jak dla mnie, idealny na wakacje. Nagle pojawiają się kompletnie inne postaci, z totalnie nie-bohaterskimi motywacjami (a bohaterami zostają przez przypadek). Plus ciekawa muzyka. No i to genialne I am Groot :-D

Avengers: Czas Ultrona



Hmmm... Znowu hmmm. Tutaj się zgodzę, że postać negatywna została sprowadzona do roli chłopca do bicia. Generalnie w porządku i bardzo fajnie się w kinie oglądało. Jednak dużo tu takich dziur fabularnych, albo motywów, które niespecjalnie miały sens. Myślę, że można było to zrobić lepiej. Plus trochę drażniło mnie robienie negatywnej postaci z Tony'ego Starka. Nie pokazano zbyt wyraźnie, że chłop chciał zrobić coś dobrego, tylko... no, wyszło tak, jak zawsze.

Ant-Man



Chyba nawet o nim już pisałam. Po jego obejrzeniu stwierdziłam, że nie ma szans, że zapadnie mi w pamięć, i faktycznie tak się stało. Jak się pojawił w najnowszym Kapitanie Ameryka, to na początku nawet gościa nie poznałam. Ale muszę przyznać, że jak na kino rozrywkowe to daje radę. Idzie się pośmiać, i wzruszyć, i zachwycić. I znowu mamy superbohatera, który stał się bohaterem niekoniecznie z własnej chęci, tym razem jednak cała historia jest bardzo oryginalna i zabawna ;-)

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów



Historia bardzo wzruszająca - zgrany team został poważnie skłócony. Smutno się na to patrzy. Trzeba przyznać jednak, że ta opowieść ma kopa. I na szczęście dobrze się kończy. Po raz kolejny widzimy, że superbohaterowie to zwykli ludzie z niezwykłymi zdolnościami. Nieraz chcą dobrze, ale im nie wychodzi. Każdy z nich ma jakieś swoje własne motywacje i czasami właśnie przez to nie mogą się ze sobą pogodzić. Mimo, że nie było to zbyt wesołe, fajnie było zobaczyć, że superbohaterowie są tylko ludźmi i nie zawsze sobie ze wszystkim radzą. Ale wciąż próbują.

Doktor Strange



To dopiero było coś. Oglądałam z zachwytem. Opowieść zaczyna się od słów Był sobie lekarz. Doskonały w swoim fachu chirurg, bardzo pewny siebie egoista. Niestety, nieszczęśliwy wypadek przekreśla jego karierę. Doktor po chwilowym załamaniu poznaje człowieka, który odzyskał sprawność w dość tajemniczy sposób. Tak oto postanawia wyjechać na Wschód i poznaje świat, w który kiedyś by nie uwierzył. Benedict Cumberbatch do roli niepokornego lekarza pasuje idealnie, jak gdyby napisano tę postać specjalnie dla niego.

Strażnicy Galaktyki vol. 2



Najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera 2017. Pierwsza część Strażników była tak fajna, że obejrzałam ją do tej pory już ze trzy razy i ciągle mi było mało. Dostałam dokładnie to, co chciałam - niczym niepowstrzymany upust fantazji filmowców. Strażnicy Galaktyki vol. 2 to niepohamowana i wyjątkowo barwna (także wizualnie) historia, którą wywołuje jedno pytanie: Co oni ćpali przy kręceniu tego? Dzieje się dużo, szybko i dziwnie. Nieoczekiwana rodzinna sielanka równie nieoczekiwanie zmienia się w wojnę - brzmi ciężko, ale wierzcie mi, że wcale tak nie jest. Najcięższe działa twórcy wytoczyli dopiero na końcu filmu, w niesamowity sposób odczarowując postać Yondu, który do tej pory raczej nie był wzorowym opiekunem dla Petera. Strasznie podstępny film - niby superkomedia, ale... Końcówka jest bardzo wzruszająca. A potem znowu zabawna. Groot w roli zbuntowanego małolata i Star Lord, który mu "ojcuje"? To trzeba zobaczyć ;-) Plus przekomiczna relacja Draxa i Mantis.

Na ten moment to wszystkie filmy należące do uniwersum. Wpis będzie aktualizowany co jakiś czas, po premierach kolejnych produkcji :-)
Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 15 marca 2017

Strumień świadomości

A uwierzycie, że w korpo nic się nie dzieje? Ot, standardowy zasuw, by podopinać wszystkie ASAP-y przed deadlinem czyli końcem kwartału (który istnieje w naszej świadomości jako magiczny Q).

spokój w korpo

W tej chwili Q1 dokładnie. I należy zawsze pamiętać, że Q1 cechuje się o wiele bardziej łagodnym usposobieniem niż Q4, od którego zaczęłam swoją przygodę. Pod koniec Q1 stwierdzam, że Q1 kontra Q4 to jak papier miękki jak aksamit kontra pumeks. Zakładając, że chcesz ich użyć w tym samym celu...

Nikt nie wkurza, nikt nie prowokuje Gremlina do pisania maili. Jak żyć? O czym pisać?



Tak swoją drogą, to sobie wymarzyłam ostatnio pieseła. Tak, takiego Shibu-Inu, czy jak mu tam ;-) I nazwę go Deadline.

Deadline, chodź! Deadline, do nogi! Deadline, leżeć!

Deadline, bierz dresa!

Trzeba się oswajać z tym, co nieprzyjemne.

Ale pieseła chcę takiego. Dokładnie takiego.

Nauczę go takiej reakcji na słowo "ASAP".


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 14 marca 2017

Internauci ich nienawidzą. Sprawdź, dlaczego

Pierwotnie ten post miał mieć tytuł Nie uwierzycie o czym piszę... czyli o clickbaitach słów kilka. Wystrzelałam się niestety z pomysłu przez poprzednią notkę.

co to jest clickbait

Brzmi, jak reklama? Skłania, by jednak kliknąć i sprawdzić, kogo nienawidzą internauci i z jakiego powodu?



Na tym właśnie polega clickbait. Kusi sensacją, czymś niezwykłym i w bezczelny sposób wykorzystuje ludzką ciekawość - tzw. curiosity gap. Dosłownie na niej żeruje.

Kiedyś takie "chwytliwe" tytuły można było spotkać jedynie w kiepskich reklamach internetowych. Wszystkie te Lekarze jej nienawidzą i link do stronki z jakimś badziewnym i drogim środkiem na odchudzanie, gdzie wykorzystano nielegalnie zdjęcia ludzi, którzy schudli, ale dzięki własnej wytrwałości, a nie jakimś cudownym pigułkom.

Mój absolutny mistrz to ta reklama. Kliknęłam. Żeby zapisać screena, bo jest boska.

co to clickbait

W Częstochowie raczej nie ma milionerek. Ja będę pierwszą.

I te kiepskie reklamy wciąż są genialnym źródłem rozrywki dla miłośników napompowanych sensacją tytułów. Lubię je czytać, analizować... i nie klikać w nie. To znaczy, Gremlin lubi nie klikać ;-)

Clickbaity przeniosły się również na duże portale. Wszystkie te nagłówki typu Nie uwierzycie, co na siebie założyła! Czy nie przesadziła? - one są tylko po to, by klikały w nie tysiące ludzi.

Klikasz i ... okazuje się, że nic ciekawego tam nie ma. Treść okazuje się o wiele mniej sensacyjna niż tytuł. Emocje jak na rybach.

Twoja reakcja wygląda mniej więcej tak:

reakcja na clickbait

Jak żyć, panie premierze?

Ostatnio jednak internauci wszystko nazywają clickbaitem. I to już wcale nie jest fajne, bo tytuł musi spełniać pewne wymagania, żeby można się było doszukiwać w nim podstępu. Jeśli ich nie spełnia - sorry, ale clickbaitem nie jest.

Spidersweb był bardziej subtelny. Ja nie muszę. Jak ktoś pisze Pan, który stworzył Wiedźmina, jest teraz biznesmenem innego sortu, to może mieć na myśli twórcę gry, niekoniecznie książki. Fakt, że ja w pierwszej chwili pomyślałam o Sapkowskim, a dopiero potem o Kicińskim, ale... jakoś nie mam pretensji. Brak cudzysłowu? W tytułach raczej się ich nie używa, bo jak ktoś potem chce zacytować Twój tytuł i ogradza cudzysłowem Twój cudzysłów...

Z drugiej strony, dobry artykuł powinien być dobrze zatytułowany. By wygenerować taką liczbę odsłon, na jaką zasługuje. Trudno się o to burzyć. Ten argument zrozumieją jednak tylko ci, którzy piszą. Każdy tekst sprzedaje się w tych kilkudziesięciu znakach na górze. Albo zaciekawią odbiorcę, albo nie. Zawsze najpierw patrzysz na okładkę i nie mów mi, że jest inaczej :-)

Jeśli jednak w swoich komentarzach szarżujesz słowem clickbait niczym pijany szlachcic szabelką... Twórcy to nie rusza. On wie, że używasz tego określenia tylko dlatego, że jest ostatnio chodliwe i dużo osób kliknie Ci plusa/łapkę w górę. Brzmi znajomo?

clickbait mem

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 13 marca 2017

Nie uwierzycie, co się działo. Przegląd tygodnia 6-12 marca

Wreszcie będzie normalny przegląd tygodnia (a nie dwóch, czy trzech), choć znowu nie do końca mam ochotę go pisać. Wszystko przez to, że tydzień zaczął się bardzo niefajnie, a ja lubię pisać tylko o fajnych przeżyciach.


No bo... jechaliście kiedyś autem, w którym nagle złamało się koło?



Tak bardziej poprawnie to pękł wózek, czyli część łącząca koła.

Jechaliście?

A ja tak.

Standardowo, jak to w poniedziałek rano do pracy, zasuwałam momentami ponad 100 km/h. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że wspomniany wózek podzielił się na części dopiero na mieście przy jakichś 40-50 km/h. Poczułam jakiś dziwny luz w kierownicy (jakby ślisko było i tak myślałam - w sumie padał deszcz, choć jazda po mokrym, a po śliskim to całkowicie inne wrażenia), a gdy kierownica zaczęła już naprawdę żyć swoim życiem, zatrzymałam samochód, żeby sprawdzić, co jest grane. I już nie ruszyłam, bo koło się zablokowało w błotniku.

Okazało się na dodatek, że zamiast wahacza miałam piankę montażową. To nie jest najtrwalszy i najlepszy sposób do zastosowania w rowerze, a co dopiero w samochodzie, który waży dobre 1,5 tony i rozwija dość spore prędkości... Niestety, mechanicy lubią sobie pójść na skróty. Nikt później tego nie widział (a przecież auto przechodziło przeglądy). I tylko się trochę dziwiłam, czemu kierownica sama lekko skręca w prawo. Zwalałam na nierówne ciśnienie w oponach, a tymczasem po takiej "naprawie" o prawidłowej zbieżności kół nie mogło być mowy.

Sama się śmieję, że ten samochód można nawet taśmą klejącą naprawić, ale ktoś jednak potraktował moje słowa nazbyt serio. Wniosek? Trzeba brać każdy paragon i fakturę, za absolutnie każdą usługę. W razie czego ma się podkładkę, że ktoś zrobił na odwal i można go za to ścigać. I ścigałabym, gdybym jakiś paragon miała, bo wiem, kto potraktował moje auto jak parapet.

Szczęście w nieszczęściu. Przetrawiałam tę informację przez dobre kilka dni, odrzucałam myśli, co by się mogło stać... bo się przecież nie stało. To po co drążyć? Ale umysł wciąż uparcie podsuwał mi mało radosne wizje. Potrzeba było kilku dni, by zblakły i straciły znaczenie. Uznałam, że trzeba się cieszyć, bo mam doskonały dowód na swoje szczęście w życiu. Wierzę, że je mam, a teraz to znowu zobaczyłam.

I nie mam pojęcia, jak udało mi się pracować w poniedziałek. Tak czy owak, dzień zaczął się od pewnej podwórkowej partykuły wzmacniającej przekaz. Powtarzanej wielokrotnie.

Oczywiście, taka "atrakcja" sprawiła, że dość mocno spóźniłam się do pracy. Miałam do odrobienia dobre 2 godziny. Wtorek wyglądał zatem tak: 10 godzin pracy i 10 godzin snu. Położyłam się o 18, o 20 już spałam. Na nic więcej nie miałam siły.

Reszta tygodnia to praca i odpoczywanie po pracy. Plus Dzień Kobiet, na który dostałam storczyka (bo bardziej trwały niż bukiety). Mój pierwszy kwiateł doniczkowy od dobrych paru lat :-D

Nigdy nie lubiłam kwiatów doniczkowych, bo mi się kojarzyły z wiecznym sprzątaniem opadających liści oraz zajmowaniem miejsca. Jedyny, jaki mogłam mieć to właśnie storczyk - bo ładny, stylowy, mało wymagający. No i mam :-)

storczyk falenopsis

W piątek było bardzo fajnie - kino. Poszliśmy na Logana. I napisałam recenzję filmu :-)

W sobotę byliśmy na bardzo fajnej imprezie. Graliśmy w Czółko Tangled Up. To taki Twister z Tigera z niemiłosiernie śliską matą. Nie trzeba być człowiekiem-gumą, żeby na niej zrobić szpagat... Były też Wyzwania. Skończyło się to tym, że zostałam mumią, robiłam koledze makijaż (tak wylosował, biedny), a potem dzwoniłam do znajomego z pytaniem i radą (Masz ciepłą wodę w domu? To się umyj). Do tego Forza (wyścigi samochodowe) i Soulcalibur, w którym zawzięcie walczyłam Yodą. Machał mieczem i skakał jak małpka, ale nie był w stanie pokonać Kilika... który miał znacznie dłuższy miecz :-P

I na miły koniec tygodnia niedziela, dzień lenia. Wyszliśmy na spacer i szybkie zakupy a potem obejrzeliśmy Gigantów ze stali. Wow, co za film. Jeśli mam być gamerem, to tylko takim ;-) Chętnie bym jeszcze odświeżyła Deadpoola, bo miałam ochotę na coś zabawnego, ale to już może za kilka dni :-)

PS. Chwilowo nie czytam. Znaczy czytam, ale... tak bez szaleństwa. W tej chwili biografię Steve'a Jobsa, która jest genialna, ale mam świadomość, że jak się za nią zabieram, to już potem nie można mnie oderwać. A jest jeszcze tyle innych rzeczy do roboty :-)

Na blogu pojawiły się aż cztery wpisy:

Dość kompromisów


Wiosna przyszła


A czy Ty czytasz swojego bloga?


Superbohater na emeryturze


A co tam u Was? :-)

I ogłaszam: ten tydzień będzie megadobry. Zacznie się bardzo miłym poniedziałkiem i cały będzie bardzo fajny. Jak w to wierzę, to tak musi być ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 12 marca 2017

Superbohater na emeryturze. Recenzja filmu Logan

Właściwie to nie wiem, od czego zacząć tę recenzję. Chyba od tego, że w drodze do kina usłyszałam: Wołałbym dziś pójść na coś lżejszego.

Lżejszego? Eee, przecież to tylko kolejny film o superbohaterach. To tylko Logan. Wolverine na emeryturze.

logan wolverine plakat

Dopiero, gdy seans się zaczął, zrozumiałam.

Wszechobecna atmosfera śmierci, świadomość przemijania i przeczucie, że tu raczej nie będzie happy endu... choć chciałoby się.



Mamy tytułowego Logana, czyli Wolverine'a, który już nie chce być Wolverinem. Zdrowie już nie to. Patrzenie na profesora X, który coraz bardziej zapomina, kim jest, boli. Coraz częściej się pije, by też zapomnieć. I nieuchronnie powraca myśl o tej kuli, która mogłaby wszystko zakończyć.

I nagle pojawia się kobieta, która błaga o pomoc. Tylko Ty możesz pomóc, Logan!

A Logan ma to wszystko głęboko gdzieś. W weekendy pracuje, wożąc pijanych idiotów swoją limuzyną. Próbuje żyć normalnie. Sam sobie ze sobą nie radzi. Jak ma pomóc komuś innemu? Niech to zrobi ktoś inny.

Wciąż jednak powraca ta sprawa. Tylko on może pomóc. Wydarzenia układają się tak, że Logan jeszcze raz musi się stać Wolverinem i zrobić porządek. Bardzo tego nie chce, bardzo mu to nie pasuje, ale w końcu bierze się do roboty.

W miarę rozwoju sytuacji pod jego opiekę trafia Laura, dziewczynka, którą również wyposażono w pazury z adamantium. Profesor X wiedział, że się pojawi. Logan jest mocno zaskoczony. Tym bardziej, że dziecko jest do niego niesamowicie podobne, także z charakteru: bardzo niepokorne. I oszczędne w słowach. Tak bardzo, że wszyscy uznają je za nieme.

Dopiero pod koniec filmu okazuje się, że Laura jednak mówi. Gdy wreszcie przemawia, strzela hiszpańskimi słowami niczym serią z karabinu. Nie da się jej przegadać. Nie da się opanować. Wciąż nie mogą się ze sobą pogodzić, choć walczą po tej samej stronie.

Ale niech Was nie zmyli ten egzystencjonalny opis fabuły. Ponure wstawki są przeplatane zwierzęco brutalnymi scenami walki. Błyskają pazury, krew się leje, głowy latają... Reżyser w 100% wykorzystał kategorię wiekową (R, czyli dla widzów powyżej 18. roku życia). Hugh Jackman ponoć zgodził się w tym celu na obniżenie wynagrodzenia (bo film z wyższą kategorią zarobi mniej).

Już byłam gotowa wyjść, bo to dla mnie za dużo, ale zostałam. I nie żałuję.

Najbardziej dziwi mnie jednak moja reakcja na brak happy endu. Jest oczekiwany, wiadomo, na co się zanosi, ale amerykańskie kino najwyraźniej przyzwyczaiło nas do szczęśliwych, wręcz idyllicznych zakończeń. Tutaj tego brakuje. I jakimś cudem nie stwierdzasz "O, fajnie, nieszablonowo", tylko... czujesz pustkę.

To trudna historia. Być może dla mnie trudniejsza - bo to moje pierwsze spotkanie z uniwersum X-Men. Powiedziałam sobie, że jeśli mi się spodoba, nadrobię przynajmniej filmy o Wolverinie. Teraz wiem, że obejrzę wszystko. Mam tylko nadzieję, że w poprzednich produkcjach nie jest już aż tak krwawo, bo Logana oglądałam jak horror, przez palce i z żołądkiem podchodzącym do gardła. Mimo wszystko - było warto. Nie jest to jednak film dla każdego. Nie dla wrażliwych - bo drastyczne obrazy przytłoczą całą resztę. I nie dla obojętnych - bo trzeba się wczuć. Wtedy zrozumiecie wszystko. Nie pogodzicie się z tym, co się stało, ale będziecie rozumieć.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
(Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Movies Room)

czwartek, 9 marca 2017

A czy Ty czytasz swojego bloga?

blog lifestylowy

No i stało się. Przyłapałam się właśnie na tym, że leżę i przekopuję się przez swoje najnowsze teksty na blogu. Zamiast iść spać.

Niby, że przypominam sobie, co ostatnio się działo... No, to też.

Przede wszystkim jednak wpadam w zachwyt. Co i rusz. Że ja, ja tak genialnie piszę? Tak żywo i z żartem ostrym, niczym te noże nie do stępienia, które dziś widziałam w Testerach Extra? Gremlin radzi sobie świetnie. Kwitniesz i promieniejesz, Gremlinku!




Gdzie był ten blog, gdy go zakładałam? O ile dalej jest teraz? Kto by pomyślał?

Patrzcie i podziwiajcie. Oto efekty pisania ekspresywnego. I codziennego pisania czegoś - dla zarobku i dla przyjemności. O tym, co mnie rusza i o tym, co muszę. Warsztat zrobił się sam. Nie pytajcie już więcej wyszukiwarki, jak pisać, jak ciekawie pisaćjak nauczyć się pisać. Po prostu zacznijcie. Zacznijcie pisać. Reszta przyjdzie sama.

I czytajcie chociaż czasem to, co piszecie. Bo jak Wy nie chcecie czytać swojej twórczości, to czemu ktoś inny miałby chcieć?

No i tak, przyłapaliście mnie. Czytam swojego bloga i uważam, że jest zajebisty.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 7 marca 2017

Wiosna przyszła. Przegląd tygodnia 20 lutego - 5 marca

Hej! Po kolejnych nudnych tygodniach, które nie zapadły mi zbytnio w pamięć uznałam, że czas napisać Wam coś więcej o uroczej okolicy, w której mieszkam. Ale zanim do tego dojdziemy, dowiecie się, co takiego nudnego się działo ;-)

wiosenne zdjęcie

Mój tydzień to praca, treningi i próba odpoczynku po pracy. Dni mijały mi w tak zatrważającym tempie, że w piątek znowu postanowiłam popracować z domu. Chociaż to wciąż praca na 200%, to jednak jest luźniej (no make up, tryb dres), mogę zacząć dzień od treningu, zjeść dobre śniadanie, przeglądając maile i zrobić sobie coś ciepłego na obiad, czy na przekąskę. W trakcie pracy słucham tego, na co mam ochotę, czyli np. gra sobie cichutko telewizor, a ja się czuję jednocześnie zapracowana i wyluzowana. Bardzo fajny stan ;-)




Po zdalnym piątku pojechaliśmy na wieś, kurować przeziębienie (nie moje). Było bardzo leniwie - telewizja, Internet, książki i pełen relaks.

I kontakt z 4 chorymi osobami. Efekt? Też się pochorowałam i dowiedziałam, że to jednak nie przeziębienie, tylko grypa.

To oznacza, że kolejny tydzień spędziłam w domu na L4, nie trenując i nie wychodząc. I tak naprawdę to dopiero dzisiaj czuję się lepiej.

Zanim się pochorowałam, odzyskałam wreszcie mój rower. Rower Ikea :-D Do tej pory stał u znajomych, ale gdy tylko śnieg stopniał, zatęskniłam za dwoma kółkami i od wczoraj jest już u mnie w bloku. Zrobiłam już nawet małą inaugurację sezonu ;-)

A teraz słówko o mojej okolicy. Jest to istna dresolandia. Okolica, o której inni słuchają z drżeniem. Okolica, której sława dotarła już do wszystkich krańców miasta. Alkohol, meliny, żule i dresy, które ochoczo oferują staropolski wpie...dol. A do tego wszystkiego ja - jedyna kobieta, która zaatakowana równie ochoczo zaproponuje wp...dol i równie chętnie spełni obietnicę. Na szczęście, do tej pory spotykam jedynie orków. Nazywam tak żuli, bo te rejony to istny Mordor, a wspomniane żule wyglądają niczym najpaskudniejsze orki, zwłaszcza te obdrapane, zabliźnione i śmierdzące tak, że bezdomni się krzywią. Dresiarze - do tej pory widzieliśmy ich trochę, a raz zostaliśmy zaczepieni. Co zrobiłam? Odgryzłam się, patrząc z pogardą. Na słowne zaczepki reaguję jedynie słowem - ale reaguję. #ŻycieNaKrawędzi

Ktokolwiek słyszy, gdzie mieszkam, wpada w przerażenie. Ja... cóż, do tej pory zdążyłam zauważyć, że całkiem sporo policji i straży miejskiej się tu kręci, zwłaszcza wieczorami (niby spoko, ale trzeba uważać z przechodzeniem w niedozwolonych miejscach ;-)) i że czasem jest specyficznie. Menel ryczący Jak anioła głos przez całą ulicę? Był tak mało utalentowany, że utwór rozpoznałam jedynie po tekście. Dziwna baba, która idzie chodnikiem i śpiewa coś niezidentyfikowanego o 7:50 rano? (Musiało być chyba po koptyjsku, bo nie poznałam, co to). Takie rzeczy tylko w Erze ;-)

Jaka jest recepta na mieszkanie w tej okolicy? Żyć normalnie. W miarę możliwości nie łazić po ciemku po najgorszych rejonach (bramach) i tyle. Nie szukać zaczepki. Mi to wychodzi naturalnie, bo domatorzy raczej rzadko wychodzą z domu ;-) Jako copywriter władam również potężną bronią - językiem polskim. Jak wiadomo, co bardziej skomplikowane komunikaty skierowane do dresa potrafią zawiesić mu system na dobre (i kupić Ci czas na ucieczkę). Jestem w stanie sformułować zarówno prostą, organiczną wypowiedź ("Sp...alaj ch...ju niemyty"), jak i taką dla zaawansowanych ("Bądź łaskaw oddalić się w tempie natychmiastowym, męski organie rozrodczy rzadko poddawany ablucjom"). Jestem też gotowa bronić się zębami i pazurami (kluczami, parasolami i wszystkim co tylko mam pod ręką) w razie konieczności. Myślę, że to widać w mojej postawie i dlatego mam spokój. Jeśli ktoś go naruszy, szybko się przekona, że nie było warto, a wstawianie kompletu zębów jest drogie.

Jak w każdym mieszkaniu, jest wiele plusów i minusów. Teraz nawet mi tak przyszło do głowy, że warto byłoby je podsumować - może to będzie pomocne dla kogoś, kto zamierza się przeprowadzić i wynajmować mieszkanie, albo myśli nad zmianą i nie wie, czy jego zastrzeżenia mają jakiekolwiek uzasadnienie. Takie podsumowanie i mnie się przyda - poukładam sobie w głowie wszystkie za i przeciw, i pewnie dojdę do wniosku, że teraz jest lepiej :-)

Jeśli chodzi o ciekawe linki, to cóż... dowiedziałam się, jak jednym zdaniem wkurzyć cały naród.

Strasznie zirytowałam się na autorki pewnego filmiku, ale napiszę Wam o tym całą notkę.

Urzekła mnie ta historia. Sprawdźcie koniecznie tę nową stronkę, bo jest naprawdę przezabawna.

I zdążyłam zauważyć, że wiosna przyszła, a to dodało mi wreszcie trochę energii pod koniec tego tygodnia. Mam wrażenie, że naprawdę z grudnia wmaszerowaliśmy w marzec. Tak z marszu ;-)

wmaszerowaliśmy w wiosnę 9gag

W tym tygodniu doświadczyłam też magii magicznego zeszytu, ponieważ spełnił się kolejny z podpunktów ;-)

Na blogu pojawiły się ostatnio 3 wpisy:

Nowe mieszkanie... i nowe mieszkanie


Czy warto oglądać Belle Epoque?


Introwertyczka w korpo


A co u Was ciekawego się działo? Dajcie znać :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 5 marca 2017

Dość kompromisów?

Słyszałam ostatnio o tym filmiku, że nie da się go obejrzeć do końca. No to obejrzałam. Do końca, do samych napisów. I pojęcia nie mam, jak do nich dotrwałam. Twórczyniom udało się wywołać rewolucję - w moim żołądku.

kobieta i zachód słońca

Wstawiłabym okno z tym materiałem, ale nie, nie chcę. Jest obrzydliwy i prostacki.

Czy mówi prawdę? Cóż, może i obraz kobiet w mediach jest nieco przekłamany, ale to, co pokazano w tym wideo to nie są prawdziwe kobiety. To są nieatrakcyjne, owłosione, zaniedbane feministki, którym się we łbach poprzestawiało do reszty.

Feministki. Mizoginistki. Kiedy to się stało?




Czy kobieta jest prawdziwa tylko wtedy, gdy siedzi na kiblu? Dlaczego w takim razie nie siedzi na nim w trakcie pracy, spotkań z klientami czy też w kawiarni?

Czy kobieta prawdziwa jest tylko wtedy, gdy się drapie? Gdy wyrywa owłosienie lub podciąga rajstopy?

Popełniono tutaj błąd logiczny: owszem, kobiety robią takie rzeczy. Ale nie publicznie. I z większą gracją.

Fizjologia nie jest niczym złym. Nie bez powodu jednak są czynności, które wykonuje się bez widowni. Czy miło jest jeść, gdy ktoś obok mlaszcze i beka? Czy byłoby fajnie, gdyby w restauracji przy stoliku obok matka przewijała dziecko? Smacznego.

Jestem kobietą i nic co ludzkie, nie jest mi obce, ale prawie zwymiotowałam przy tym dziwacznym spocie. Szczerze współczuję facetom, którzy go zobaczyli. Są rzeczy, których nie powinni widzieć.

Ktoś skomentował, że bycie feministką to podczłowieczeństwo. Chcę mu przybić za to piątkę.

Nie pytam, o co te panie walczą. Już inni zapytali.

Uważam, że to wideo mnie obraża. Obraża wszystkie kobiety, sprowadzając je do roli obrzydliwych, drapiących się i mlaskających małp. Sugeruje, że to jest celem ich życia.

W świecie krąży stereotyp, że tylko ładne kobiety są puste. Oj nie. Paskudne, zaniedbane feministki też potrafią być głupie. Dość kompromisów. Od dzisiaj używam określenia feministka jako inwektywy.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.