wtorek, 21 marca 2017

Nowy Ben Hur. Czy warto go obejrzeć?

Tak szczerze, to chciałam tę recenzję napisać zaraz po powrocie z kina - miałam bardzo dużo do powiedzenia na temat najnowszego Ben Hura. Pokonało mnie jedynie weekendowe lenistwo i późna pora - ostatecznie, zamiast pisać, wolałam poleżeć w łóżku i poczytać książkę. Slow blogging rządzi się swoimi prawami :-) Wpis powstał na drugi dzień, a potem... leżakował. Jak dobre wino ;-)

plakat filmu Ben Hur

Zazwyczaj twierdzę, że w wakacje w kinie raczej nie zobaczymy nic ambitnego - i najczęściej okazuje się, że mam to, czego się spodziewałam. Nie wiem jednak, czy jest to wina mojego nastawienia (bardzo możliwe), czy też tego, że faktycznie dane filmy są takie sobie. W przypadku Ben Hura nie oczekiwałam nic specjalnego. Miał kiepskie recenzje. Tylko trailery były obiecujące. Skusiłam się, bo lubię produkcje, których akcja rozgrywa się w starożytnych czasach.




Ben Hur to opowieść o żyjącej w czasach biblijnych rodzinie Hur. Juda Ben Hur jest żydowskim księciem. Cieszy się dużym poważaniem wśród swojego ludu. Wychowywał się z przygarniętym przez jego rodzinę Rzymianinem Messalą. Traktował go jak brata i nie zwracał uwagi na to, że pochodzi on z coraz bardziej wrogiego Żydom ludu. Za Messalą ciągnęła się również zła sława jego dziadka - słynnego Brutusa, który zdradził Cezara. To nieważne. Bracia żyli w zgodzie. Nawet na początku filmu widzimy wzruszające sceny, kiedy Messala ratuje rannego Judę.

Niestety, matka Judy mimo to nie akceptuje Messali. W pewnym momencie młody chłopak nie wytrzymuje. Odchodzi do Rzymu, chcąc się zaciągnąć do wojska. Wraca po kilku latach, gotów stanąć na czele rzymskich legionów. Na początku relacja braci wydaje się równie dobra, jak wcześniej. Szybko jednak okazuje się, że bracia nie zgadzają się w ważnych kwestiach politycznych. Messala zamierza się rozprawić z zelotami - buntownikami, którzy sprzeciwiają się temu, aby Rzym zawładnął Jerozolimą. Juda nie chce mu ich wydać. Dochodzi do przykrego incydentu, o który zostaje niesłusznie oskarżony. Zostaje skazany na lata niewolniczych robót. Jego matce i siostrze zostaje wymierzona kara śmierci. Udaje się uciec jedynie jego żonie.

Myśl o powrocie do niej trzyma Judę przy życiu, gdy ciężko pracuje na galerze. Szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala mu się z niej wydostać. Następnie spotyka Afrykańczyka Ilderima, człowieka, który w pewnym momencie stawia wszystko na Judę, byle tylko zagrać na nosie Rzymowi. Tym sposobem dochodzimy do finału, w którym w rzymskim cyrku przeciwko sobie staną dwaj bracia, ścigając się na rydwanach. Ścigali się zawsze. Teraz jednak to już nie jest niewinna zabawa, tylko walka na śmierć i życie... Juda, niewolnik Rzymian, staje przeciw ulubieńcowi Rzymu. Wygrać może tylko jeden z nich...

Film na początku jest zbyt mocno przegadany. Widzieliście kiedyś choćby jeden odcinek Wspaniałego stulecia? No właśnie. Wstęp Ben Hura jest do niego łudząco podobny. Telenowela. Motywy tego typu pojawiają się i później, ale są mniej widoczne na tle wartkiej akcji. Jak przebrniemy pierwsze 40 minut, to już potem ogląda się całkiem przyjemnie.

Świetnie zrealizowano sceny na galerze, gdzie Juda był niewolnikiem. Złowroga muzyka w tle, ciemność i ludzie, których zdegradowano do roli napędu statku... Dzięki temu, że w Ustce miałam okazję przepłynąć się statkiem (na szczęście jako pasażer, a nie niewolnik ;-)), byłam w stanie bardzo plastycznie sobie wyobrazić ich sytuację. Siedzieli pod pokładem, w ciemności i smrodzie spoconych ciał, na bujającym się okręcie. Musieli ciężko pracować bez wytchnienia. Tego, kto nie dawał rady, czekał jeszcze gorszy los...

Gdy Juda już się uwolnił ze statku i Ilderim zdecydował się wystawić go do wyścigu rydwanów, mamy sceny typowe dla dramatów sportowych. Wiecie, epicka muzyka w tle i mistrz trenuje ucznia. Skojarzyło mi się z Creedem.

W filmie nie rozumiem jedynie strojów i charakteryzacji. To znaczy, przez większość czasu nie ma zgrzytów. Dopiero, gdy na ekranie pojawia się Morgan Freeman... z dredami na głowie. Niczym Bob Marley. Gdy tylko go widziałam, od razu przed oczami robiło mi się żółto-zielono-czerwono i zaczynałam nucić No women no cry. Mogę się założyć, że sam aktor też miał niezły ubaw, jak się zobaczył w lustrze.

Morgan Freeman z dredami w filmie Ben Hur

Podobno były głosy jakiejś organizacji, że zrezygnowano z wątku homoseksualnego uczucia między braćmi. Ja się z tego bardzo cieszę. Szczerze nie rozumiem, czemu teraz w każdym filmie koniecznie muszą być geje i czarnoskórzy. A jak się nie pojawią, to od razu - przejaw homofobii i rasizmu. Głupie podejście. Co prawda, wątek taki był w poprzedniej ekranizacji, ale skoro ktoś jeszcze raz bierze na tapetę dany scenariusz, to czy nie ma prawa zrobić go po swojemu? Czy musi od razu robić z tego dokładną kopię, tylko z innymi aktorami?

A propos tej starszej wersji... odpaliliśmy ją sobie później w internecie. Przebrnęliśmy przez jakieś pół godziny i nam wystarczyło. Ot, stary film, już w kolorze (mało nasyconym, w żółtawym odcieniu), ze staroświeckim lektorem. I te miłosne spojrzenia, jakie sobie puszczali bracia... Ewidentne do bólu. Tego się nie dało oglądać :-D

W nowej wersji aktorzy świetnie pasują do ról. Są wręcz oczywiście dobrani. Juda wygląda jak typowy Żyd - lekko długie włosy, zarost, odpowiedni ubiór. Messala - tak właśnie wyobrażałam sobie Rzymianina. Czarne, lekko kręcone włosy, mocna szczęka, potężny nos. W poprzednim Ben Hurze brakowało moim zdaniem tak charakterystycznych twarzy - ot, typowi amerykańscy aktorzy.

W jakiejś recenzji ponoć padło stwierdzenie, że w dobie Szybkich i wściekłych wyścigi rydwanów w kółko nie są specjalnie emocjonujące... Oj, nie zgodzę się. Myślę, że każda rywalizacja robi wrażenie. No, przynajmniej każda, w której ktoś się ściga. Oglądałam ostatnio w nocy transmisję z olimpiady, gdzie panowie walczyli w zapasach i to akurat nie było dla mnie zbyt porywające. Nie czaję tego sportu ;-) Ale wyścigi rydwanów - spoko. Kurz, iskry spod kół, przewracające się rydwany, rozwścieczone konie, które wpadają na widownię - te fragmenty dosłownie wciskały w fotel. I ogromna prędkość - aż czułam pęd powietrza na twarzy. Nawet jeśli ten film byłby kompletnie beznadziejny, dla tych kilku scen i tak warto go obejrzeć.

Pojawia się też oczywiście sporo odniesień do Biblii - postaci Jezusa i pierwszych chrześcijan, potem ukrzyżowanie... W sumie, ciekawe było to, że po raz pierwszy widziałam film, w którym wątek religijny stanowił tylko tło dla czyjejś historii. Wplata się nawet w losy Ben Hura, gdy okazuje się, że jego żona stała się uczennicą Jezusa. Nie jest to jednak jakieś szczególnie nachalne. Może tylko nie do końca przemawia do mnie postępowanie Esther wobec męża. Idealistka. Jest o wiele zbyt radykalna i nie potrafi zrozumieć, że mężczyzna czuje potrzebę pomszczenia rodziny. O ile na początku nie zwraca ona zbytnio na siebie uwagi, to pod koniec filmu staje się nieco irytująca i zbyt zamknięta na jego argumenty.

Chciałabym Wam napisać, jak się ten film kończy, ale nie będę spoilerować. Najlepiej sprawdźcie sami. Z niektórych scen na samym końcu troszkę sobie kpiłam, bo były znowu jak wyjęte z telenoweli, jednak mimo wszystko, zakończenie ma swój urok. Generalnie, cały obraz ma coś w sobie, choć nie mogę powiedzieć, że jest super wybitny. Ot, taki do obejrzenia, żeby się nie nudzić. Myślę, że obsypanie Oscarami mu nie grozi, jak poprzedniemu (choć nie bardzo wiem, za co starsza wersja te Oscary otrzymała). Jeśli chcecie jednak zobaczyć ciekawą historię niezwykle wytrwałego człowieka, który tak bardzo wiedział, czego chce, że w końcu musiał to dostać - zobaczcie. Mnie Ben Hur wprawił w dobry nastrój i zostawił z bardzo pozytywnymi przemyśleniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.