Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

27 kwietnia

Odrobina zen w smartfonie czyli nowy ASUS Zenfone 4

Odrobina zen w smartfonie czyli nowy ASUS Zenfone 4
Jakiś czas temu zauważyłam, że moje telefony muszą mieć w nazwie cząstkę -phone/-fone: MyPhone, Zenfone... Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy wydawał się następca w postaci iPhone'a... ale not yet.

Wciąż jednak udaje mi się utrzymywać tendencję wzrostową i wymieniać telefony na lepsze, droższe i bardziej wydajne. Być może to wynik mojej błyskawicznie rosnącej w ostatnich latach wiedzy na ich temat, a być może po prostu - coraz większych potrzeb.

Okazało się jednak, że "zen" w nazwie też musi być. Zen + phone... Co otrzymujemy? Zenfone!

ASUS Zenfone 4

Tak oto w moim ręku niedawno znalazł się nowiutki, pachnący ASUS Zenfone 4 (ZE554KL) i czas napisać, jak się sprawdza.


Jest to jeden z ciekawszych smartfonów ze średniej półki, jakie niedawno pojawiły się na rynku. Tutaj wspomnę, że ponoć nie będzie go jednak w ofercie polskich operatorów, więc pewnie nie trafi do wielu rąk. Raczej do tych, którzy świadomie go wybiorą, dysponując budżetem na poziomie 2k.

Moje pierwsze wrażenia to był jeden wielki zachwyt. Nad stylowym opakowaniem (czarne pudełko, napisy w kolorze różowego złota). Nad designem, od którego nie można oderwać wzroku (mam na myśli tylny panel, przód akurat wiele się nie różni od modeli konkurencji). Nad jakością wyświetlacza (co prawda nie AMOLED jak w jego flagowej wersji, ale rozdzielczość wciąż bardzo przyjemna). Nad jakością dźwięku w słuchawkach...

ASUS Zenfone 4

Te niepohamowane zachwyty usprawiedliwia jednak przede wszystkim fakt, że jego poprzednik (mówię o moim Zenfonie Max) był jednak o połowę tańszym i słabszym wydajnościowo smartfonem. Jego główną zaletą była potężna bateria, która wystarczała nawet na 2-3 dni bez ładowania. Niestety, w starciu "wydajność vs. wytrzymała bateria" Max nieco poległ, jak i większość tego typu smartfonów. Coś za coś - pamiętajmy też, że kosztował niespełna 1000 zł. W takiej kwocie nie można oczekiwać zbyt wiele.

Zenfone 4 to starcie wygrywa. W sensie, widzę wyraźnie, że działa na jednym ładowaniu znacznie krócej (a wyobraźcie sobie, jakie muszę mieć złe nawyki po telefonie, którego niemalże nie dawało się rozładować!), ale wciąż jest to przyzwoity wynik. Przy normalnym użytkowaniu cały dzień powinien wytrzymać bez najmniejszego problemu - i u mnie wytrzymuje. Nawet więcej - bo dokładnie to ok. 1,5 dnia.

Zawsze możemy się też posiłkować trybami oszczędzania energii czy też podładowaniem przed wyjściem. Telefon obsługuje technologię szybkiego ładowania ASUS MasterBoost, więc wystarczy pół godziny, żeby doładować go do 50%. No i ponoć to korzystniejsze dla obecnych baterii w smartfonach, więc uznajmy, że robię to głównie dla jego zdrowia, a nie z konieczności ;-)

Po dłuższym czasie użytkowania nie mogę się również uczepić płynności działania - wszystko startuje od razu. Crasha zaliczył tylko raz w aplikacji do łapania stworków ;-) Zawiesiła się wtedy na amen przy łapaniu zwierzaka w trybie AR wraz z aparatem foto. Reszta telefonu działała bez zarzutu, ale akurat był mi potrzebny aparat, więc musiałam zrestartować. To była jedyna taka sytuacja.

Mimo to właśnie wymiana telefonu skłoniła mnie do wielkiego powrotu do gry. Plus chęć robienia 8 tysięcy kroków dziennie ;-) Wbudowany żyroskop umożliwia mi wreszcie granie w trybie AR, które w Zenfonie Max nie było niestety możliwe, właśnie z powodu braku wymienionego sensora.

Za największy plus tego telefonu uznaję jednak przede wszystkim brzmienie. Jest po prostu niezrównane! To telefon idealny dla miłośników muzyki. Nie zdawałam sobie do tej pory sprawy, jak bardzo kiepska jakość odtwarzania w telefonie potrafi zniechęcić do słuchania muzyki. Kiedyś słuchałam jej non stop, gdy tylko wychodziłam z domu - i bez słuchawek bym nie wyszła. Od kilku lat jednak jakoś nie czułam tej potrzeby aż tak bardzo i słuchałam, ale raczej sporadycznie, raczej z laptopa... Teraz widzę, że to była moja podświadoma reakcja na niespecjalną jakość dźwięku, która towarzyszyła mi, odkąd zamieniłam Sony na inne modele. Dopiero Zenfone 4 wszystko zmienił.

ASUS Zenfone 4

Jego wbudowany kreator audio ma w swojej pamięci niezliczoną ilość profili dostosowanych do słuchawek różnych producentów, które pozwalają najlepiej wykorzystać ich możliwości. Bez problemu znalazłam tryby do moich słuchawek Philips SHE3590 oraz do dołączonych do zestawu ASUS ZenEar (swoją drogą, są naprawdę przepiękne). Nie udało mi się tylko w ten sposób podłączyć moich bezprzewodowych Aukey. Bałam się trochę przez to, że brak domyślnego profilu wpłynie na jakość - i tu zostałam mile zaskoczona. Jest naprawdę nieźle :-)

Zenfone 4 jest też bardzo poręczny i wygodny w obsłudze. Na tyle, że mnie, mistrzyni upuszczania telefonu (poprzedni Zenfone wylądował na ziemi niezliczoną ilość razy) nie udało się go jeszcze upuścić - zawsze jakoś udaje mi się go złapać, zanim się spotka z podłożem. Myślę, że to po części także zasługa dołączonego do zestawu silikonowego case'a, który poprawia chwyt. Sam w sobie Zenfone ma przepiękny panel tylny, ale też wyjątkowo śliski, więc nie odważyłam się jeszcze używać go bez case'a. Na szczęście, etui jest przezroczyste, więc wciąż widać te zachwycające refleksy światła na obudowie. Drobnym minusem jest też to, że telefon łapie odciski palców nie tylko na czytniku. Trochę mnie to wkurza, ale nie jest to problem tylko i wyłącznie tego modelu.

Co do czytnika linii papilarnych - brawo za umiejscowienie pod ekranem, a nie z tyłu. To domyślne miejsce, które intuicyjnie naciskamy, gdy chcemy odblokować telefon i ciężko byłoby walczyć z tym przyzwyczajeniem.

Podsumowując: to bardzo dobry smartfon. Piękny wizualnie i wewnątrz. Mile zaskoczył mnie minimalizm producenta i to, że tym razem nie zastałam miliona niepotrzebnych mi aplikacji. Były tylko te, których potrzebowałam. Brakuje mi jedynie jakiegoś odtwarzacza muzycznego - ten, który był w poprzednim Zenfonie, był naprawdę przyzwoity. Poza tym jednak jest naprawdę płynny, wydajny i dobrze zoptymalizowany, więc przeskok z baterii 5000 mAh na 3300 mAh nie był wcale bolesny.

Boli mnie tylko jedno. To, że smartfony z USB typu C jeszcze nie są zbyt popularne... i w efekcie, po przyzwyczajeniu się do tego, że gdzie nie pójdę, zawsze ktoś tam będzie miał pasującą ładowarkę, teraz żyję w strachu. No i sama mam tylko jedną, jedyną ładowarkę, która pasuje do mojego telefonu i milion tych ze złączem micro USB. Nie mogę się też w pełni przestawić na USB typu C... bo pozostałe urządzenia (słuchawki, głośnik, czytnik) mam pod micro. Mam jednak nadzieję, że za kilka lat się to wszystko unormuje ;-)

Na razie mogę się co najwyżej posiłkować odpowiednią przejściówką.

A Wam jak podoba się ten smartfon? Jak myślicie, sprostałby Waszym oczekiwaniom?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

20 kwietnia

Parownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania? Opinia

Parownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania? Opinia
Nie lubię domowych obowiązków. Nie lubię jednak też bałaganu. Staram się to wszystko ogarnąć w stylu "Work smarter not harder". Zgodnie z tą zasadą unikam, jak mogę prasowania... albo przynajmniej żelazka. Tak, jestem żelazkosceptykiem, mam żelazkofobię i jeśli żelazka są u władzy, to ja należę do opozycji.

garderoba

Jestem też zdania, że w większości przypadków ubrań nie trzeba prasować - wystarczy je strzepać po wypraniu i dobrze rozwiesić. Ta taktyka sprawdza się znakomicie. Tak naprawdę prasuję tylko nieliczne koszule i bluzki, którym powyższe zabiegi nie pomagają. Nie jestem jednak jakimś superpedantycznym typem, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Multipotencjał ma w końcu swoje prawa ;-)


W sumie to już od ponad roku nie używam zwykłego żelazka. Nigdy nie lubiłam tego mozolnego prasowania na desce. Kanty na rękawach i niedokładnie rozprasowane marszczenia... a potem zastanawianie się po wyjściu: "Czy ja w ogóle wyłączyłam żelazko?". A, no i właśnie żelazkiem załatwiłam sobie nową sukienkę... Dlatego właśnie przestawiłam się na prasowanie parowe. Mam niewielki turystyczny prasowacz parowy, a od kilku dni także parownicę stojącą Philips.

Urządzenie po wyjęciu z kartonu trzeba sobie oczywiście poskładać - ale jest to na tyle proste, że praktycznie nie zaglądałam do instrukcji.

Parownica stojąca Philips

Konstrukcję prasownicy naprawdę mocno przemyślano. Urządzenie posiada zarówno wbudowany wieszak na ubrania, zamontowany na stabilnym, podwójnym stelażu, jak i miejsce na zwykły wieszak na ubrania. Oprócz tego uwzględniono także zamontowanie deski do prasowania - i to jest fantastyczny pomysł. Czasami brakowało mi właśnie czegoś takiego - płaskiej powierzchni pod materiałem. To zdecydowanie ułatwia cały proces. W zestawie jest także rękawica ochronna oraz nasadka ze szczotką.

Korzystanie z prasownicy Philips jest również bardzo proste. Wystarczy wyciągnąć pojemnik na wodę, napełnić go (można wodą z kranu, chyba że macie bardzo twardą wodę - wtedy jest raczej zalecane korzystanie z wody destylowanej), włożyć na miejsce, włączyć urządzenie i przekręcić gałkę, by ustawić pożądany poziom pary. Teraz wystarczy chwilkę poczekać, aż prasownica nagrzeje wodę (i przygotować sobie w tym czasie ubrania do prasowania wraz z wieszakami).

Parownica stojąca Philips

Czas na prasowanie. Zawieszamy ubranie na wbudowanym wieszaku lub na haczyku na wieszak, blokujemy go i prasujemy. Zablokowany wieszak ułatwia zadanie, bo ubrania się nie przemieszczają. Regulacja wyrzutu pary pozwala dostosować ją do potrzeb i rodzaju tkaniny. Sama używam tej największej, bo jest najskuteczniejsza.

Prasowanie parowe jest nieco szybsze niż tradycyjne: unikamy rozkładania deski i mozolnego jeżdżenia po częściach trudnych do wyprasowania. Prawda jest taka, że wystarczy kilka razy przejechać parą po tkaninie, żeby wyraźnie się rozprostowała. Dlatego właśnie można z prasownicy skorzystać nawet w pośpiechu przed wyjściem. Tylko w przypadku grubszych materiałów może to potrwać nieco dłużej. Zadanie ułatwi nałożenie końcówki ze szczoteczką.

I co, pewnie chcecie zobaczyć efekty? Proszę bardzo. Tak wyglądają ubrania po szybkim odświeżeniu (bo na dłuższe oczywiście nie miałam czasu).

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Generalnie prasownica Philips zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem tylko nieco zawiedziona jej mocą - turystyczne urządzenie parowe ma znacznie silniejszy wyrzut pary. Zapewne o tej sile decyduje przede wszystkim konstrukcja urządzenia - w prasowaczu parowym droga pary od jej wytworzenia do wyjścia jest po prostu krótsza. Na szczęście ostateczny efekt użycia obu urządzeń jest podobny. Drugi, jeszcze mniejszy zawód to deska do prasowania, która wygląda jak biała pielucha nieatrakcyjnie - to jedna z nielicznych rzeczy, które w bieli są takie sobie, szczególnie że jest to biel "wzbogacona" jakimś nieciekawym dla mnie wzorem. Na szczęście, cała reszta prezentuje się dobrze :-)

Poza tym jednak jestem pozytywnie zaskoczona. Gdybym miała osobną garderobę, takie urządzenie na pewno znalazłoby w niej swoje miejsce. Prasowanie parą jest naprawdę szybsze i wygodniejsze, i nic nie przekona mnie już do tradycyjnego żelazka. No i pamiętajmy wciąż, że prasowaczem nie da się spalić ulubionej sukienki, a to jest już naprawdę niezaprzeczalna zaleta.

Słowem: mój entuzjazm jest raczej umiarkowany, ale jestem zdecydowanie po stronie prasownicoentuzjastów.

A jak tam u Was? Prasowanie tradycyjne czy parowe? A może ktoś z Was też się przyznaje do bycia żelazkosceptykiem? ;-)

Post powstał w ramach współpracy

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

06 kwietnia

inkBOOK Classic 2. Czy warto? Recenzja czytnika

inkBOOK Classic 2. Czy warto? Recenzja czytnika
Pytania z serii "czy warto coś kupić" rzadko doczekują się jednoznacznej odpowiedzi. Większość recenzji sprowadza się do dwóch punktów: "jeśli potrzebujesz tego, a tego, wybierz to" oraz "jeśli nie chcesz tego, a tego, nie wybieraj tego". Finito, zdecyduj sobie sam. Moja dzisiejsza recenzja zdecydowanie nie wpisuje się w ten nurt. Ale po kolei.

inkBOOK Classic 2

inkBOOK Classic 2 towarzyszy mi już od ponad roku. W tym czasie zdążyłam mieć kilka bardzo dobrych czytelniczo miesięcy, jak i kilka takich sobie, kiedy tylko leżał i się kurzył. Jeden z tych miesięcy właśnie trwa... gdzieś tak od listopada. Cóż, nie było mi ostatnio po drodze z Legimi.


Właśnie - Legimi to jest tutaj słowo-klucz. Klucz do wyboru modelu. Kiedy kupowałam czytnik, wiedziałam, że jestem skłonna do pewnych kompromisów na rzecz działającej aplikacji. To z góry wykluczyło Kindle'a oraz wszystkie nietypowe modele czytników. W tej chwili nadal wyklucza - wiem, że Legimi w fantastyczny sposób obeszło temat Kindle'i, ale to wciąż nie dla mnie, bo musiałabym zmienić pasujący mi idealnie abonament 1500 na Bez limitu, którego absolutnie nie potrzebuję, bo nie mam aż tyle czasu na czytanie.

Wiedziałam też z góry, że na pewno nie chcę tabletu udającego czytnik. Czasami można znaleźć takie "czytniki z kolorowymi ekranami", które tak naprawdę są bardzo słabej jakości tabletami: z wyjątkowo kiepskimi wyświetlaczami, parametrami i ogólnie - wszystkim. To nie wchodziło w grę, bo czytanie na podświetlanym LED ekranie na dłuższą metę bardzo męczy. Been there, done that.

W grę wchodził zatem albo inkBOOK, albo PocketBook. Z racji, że ten pierwszy łatwiej mi było kupić w korzystnej cenie, zdecydowałam się właśnie na niego. Wybrałam model Classic 2, który był wtedy jeszcze dość nowy, świeży i fajny.

czytnik inkBOOK Classic 2


Zainstalowanie Legimi było rzeczą najprostszą pod słońcem. Ot, włączyłam czytnik, zaktualizował się, po czym w liście proponowanych aplikacji pojawiło się Legimi. Wystarczyło kliknąć, by po chwili aplikacja nadawała się do użytku.

Czytnik robi świetne pierwsze wrażenie. Dobrze wygląda, jest smukły i leciutki. Lżejszy niż mój telefon ;-) Zapowiadał się na bardzo wygodne w obsłudze urządzenie - i po roku użytkowania potwierdzam, że każda sesja z lekturą jest naprawdę przyjemna. Ręce nie bolą, oczy zresztą też.

czytnik e-booków inkBOOK Classic 2


Dotykowy ekran e-ink faktycznie zachowuje się jak kartka w papierowej książce. Jedyne, co mi w nim nieco przeszkadza, to żółtawy kolor. Dotykowość też jest raczej dość umowa - owszem, te większe rzeczy, kiedy np. chcemy zmienić stronę, działają raczej bez zarzutu. Gorzej z zaznaczaniem cytatów, bo tutaj trudno o precyzję. W pozostałych przypadkach sytuację ratują fizyczne przyciski, które są bardzo mądrze rozmieszczone i zaprogramowane. Można też dostosować ich działanie do swoich potrzeb.

Brakuje mi też podświetlenia - no ale to był już mój świadomy wybór, ograniczony budżetem. Widziałam jednak na żywo także inkBOOK-a Prime i jego wyświetlacz podoba mi się bardziej. Przede wszystkim - jest bardziej czytelny (z tego, co pamiętam, kwestia lepszej rozdzielczości) oraz ma ładną, białą barwę. Podświetlenie sprawia, że można go używać nawet w ciemności. Tego mi trochę brakuje, bo czasami chciałoby się poczytać na noc, już bez lampy ;-)

W użytkowaniu jest również całkiem w porządku. Kilka miesięcy temu wyszła aktualizacja, która umożliwia personalizację ekranu głównego oraz wygaszacza. Ot, przyjemne dodatki, które umilają korzystanie z urządzenia.

Moja tapeta to tak naprawdę plakat i znalazłam ją we wpisie Karoliny.

inkBOOK Classic 2


Doczepić bym się mogła jedynie problemów z szybkością działania - która również jest bardzo umowna. Ja wiem, że płynności to sobie mogę oczekiwać od flagowego smartfona z ośmiordzeniowym procesorem, ale... kiedy aplikacja się zawiesza, przerzuca strony za daleko lub nie chce ich zmieniać, to po którymś razie łapię lekkie zniecierpliwienie. Z drugiej strony jednak, takie rzeczy działy się tylko w Legimi, więc dopuszczam myśl, że problem jest po stronie aplikacji.

Urządzenie samo w sobie nie jest jednak szybkie. Jego włączanie chwilę trwa, tak samo jak otwieranie książek. Jestem z tym pogodzona, bo w końcu nie dla szybkości kupuje się czytnik, ale czasami mogłoby to działać nieco sprawniej.

Ogólne wrażenie jest jednak bardzo dobre. Tym bardziej - za taką cenę. W momencie, kiedy go kupowałam, czytnik kosztował ok. 350 zł. W tej chwili znajdziecie go już za jakieś 320 zł, a jak dobrze poszukacie, to może jeszcze taniej. W tej cenie trudno o urządzenie, które jednocześnie będzie sobie dobrze radzić z tym, do czego je stworzono i na dodatek dobrze wyglądać. Zawsze trzeba pójść na jakiś kompromis i jestem tego świadoma. Czy inkBOOK Classic 2 jest wart polecenia? Moim zdaniem jak najbardziej. To dowód na to, że można stworzyć urządzenie, które jednocześnie będzie budżetowe i dobre. Bardziej niż wystarczające.

Do szczęścia przydałyby się tylko jeszcze jakieś dedykowane akcesoria. Ja na razie posiłkuję się usztywnianym etui na tablet (7 cali), które doskonale spełnia swoją funkcję. Poza tym jednak - czytnik ma wszystko to, co powinien mieć, działa i radzi sobie jak należy. A cena zachęca... ;-)

A Wy jak sądzicie? Znacie inkBOOK-a? Lubicie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

25 października

Drugi sezon Watahy. Recenzja odcinek po odcinku

Drugi sezon Watahy. Recenzja odcinek po odcinku
Pierwszy sezon Watahy mnie zadziwił. Polski serial i to dobry? Nie budzący obrzydzenia? Nienudny i niegłupi? To się zdarza wciąż zbyt rzadko. Pozytywne wrażenia po pierwszej serii skłoniły mnie do obejrzenia drugiej, która wystartowała 15 października. Postanowiłam zatem tak, jak w przypadku The Defenders, recenzować Wam na bieżąco kolejne odcinki. Jak mi się podoba drugi sezon Watahy? Zostańcie ze mną :-)

drugi sezon serialu Wataha


Sezon 2

Odcinek 1

55 minut smutku i ciężkiej atmosfery, w której siekierę można zawiesić. Typowe dla tego serialu. W jednym z retortów (pieców do wypalania węgla) znaleziono ponad 20 ciał uchodźców. Najprawdopodobniej zostali zaczadzeni. Sprawa ściąga w Bieszczady naszą upierdliwą prokurator Igę.

Wiktor Rebrow od 3 lat jest zbiegiem. Ukrywa się w jakiejś chatce w lesie, zarośnięty jak - nomen omen - dziad borowy. W międzyczasie pojawiają się u niego niespodziewani goście z Ukrainy - matka z synem. Choroba dziecka jest jedynym powodem, który sprawia, że Rebrow niechętnie pozwala im zostać u siebie. Nawet rusza go sumienie i załatwia przez przyjaciółkę leki dla dziecka. Umawia się z nią, ale Siwa nie dociera na spotkanie.





Odcinek 2

Poszukiwany Rebrow sam wyrusza na poszukiwania Marty. Ma niedobre przeczucia. Poszukiwania pozwalają mu przez przypadek znaleźć wspólny język ze ścigającą go prokurator. Ostatecznie razem będą próbowali znaleźć powiązania między zniknięciem Siwej, a innymi dziwnymi sprawami. Zaczyna się festiwal kłamstw w wykonaniu Igi Dobosz. Nie może powiedzieć, skąd ma te wszystkie informacje...

Fabuła wciąga, ale mam też zastrzeżenia. Ten odcinek był takim typowym dla seriali HBO popisem nagości bez uzasadnienia i kiepskich scen miłosnych, które wyglądały bardziej jak sekcja zwłok. Były wyjątkowo nieapetyczne. Nie w tę stronę to miało pójść. Polacy nie umieją kręcić takich rzeczy i mam nadzieję, że dalszej części sobie odpuszczą. Trochę zwątpiłam, ale i tak będę oglądać dalej.

Odcinek 3


Brutalny i ciężki. Oglądanie go przed snem nie było najlepszym pomysłem. Są trupy, jest też ofiara pobicia. Tropy coraz wyraźniej zaczynają prowadzić do strażników granicznych. Wyraźnie w jednostce jest ktoś, kto współpracuje z przestępcami. Ci przygotowują kolejny przerzut uchodźców i przy okazji próbują przemycić narkotyki. Wieść o tym dociera do jednostki, która organizuje obławę. W jej trakcie dochodzi do strzelaniny. Odcinek kończy się kolejnym trupem i strzałem - tak, dokładnie w tej kolejności. O dziwo, po raz pierwszy w tym sezonie miałam pozytywne wrażenia.


Odcinek 4


No i wszystko jasne - Rebrow jakoś się ogarnął po postrzale, z drobną pomocą Alsu. Z wdzięczności... wyprasza ją z domu (niby subtelnie wspominając, że teraz jest dobry moment na przejście, bo straż graniczna będzie gdzie indziej). Kobieta się obraża, ale w końcu korzysta z okazji. Przy tym odcinku zauważyłam, że postać pani prokurator została jakoś tak "uczłowieczona" i nawet niechcący jej kibicuję. A jest czemu, bo mimo zawirowań w życiu prywatnym, w śledztwie wciąż daje z siebie wszystko i organizuje całkiem dużą akcję. Na końcu Rebrow znajduje się nagle tam, gdzie nigdy nie planował się znaleźć...


Odcinek 5


Właśnie uświadomiłam sobie, że to już końcówka. Jak na przedostatni odcinek przystało, dużo się wydarzyło. Znalazła się Siwa - w taki sposób, jak się spodziewaliśmy, choć nie do końca. Pani prokurator została uczłowieczona jeszcze bardziej. Wiśniak złapany. Koledzy spod celi okazali mu taki szacun, że aż się chłopak z wrażenia przyznał do zabójstwa w retortach. Alsu z synem trafiła do ośrodka dla uchodźców. Pod ochroną policji. Ta jak zawsze okazała się niewystarczająca. Teoretycznie sprawa jest już rozwiązana - a jednak wcale nie. Wciąż nie wiemy wszystkiego, co byśmy chcieli wiedzieć.

Pierwsze dwa odcinki drugiego sezonu Watahy są dostępne na platformie HBO GO za darmo. Dzięki temu zobaczycie, czy serial dalej można uważać za dobry.

Wpis będzie aktualizowany o recenzje kolejnych odcinków.

Oglądacie Watahę? Jak Wam się podoba drugi sezon?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Wyborcza.pl

18 października

Ten polski serial musisz obejrzeć

Ten polski serial musisz obejrzeć
Gdy słyszę "polski serial", odwracam wzrok z niesmakiem. Na fali twórczości takiej, jak Na Wspólnej, M jak miłość, czy mającego spore ambicje Belle Epoque nigdy nie spodziewam się niczego dobrego. Nawet pomimo dobrych recenzji. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że ten serial obejrzałam. Powiedziałam po prostu "Sprawdzam!" i sprawdziłam. I wiecie co? Przestałam mieć złe zdanie o polskich dziełach. To nie zawsze muszą być obyczajowe tasiemce z Bożeną Dykiel.

taśma filmowa

O jakiej produkcji mowa? O serialu Wataha.




Pierwszy sezon składa się z 6 odcinków. Poznajemy w nim bliżej środowisko bieszczadzkiej straży granicznej. W pierwszym odcinku podczas imprezy dochodzi do tragedii. W wyniku wybuchu giną wszyscy pogranicznicy. Przeżyć udaje się tylko jednemu z nich - Wiktorowi Rebrowowi.

Oczywiście, kapitan Rebrow staje się głównym podejrzanym. Dociekliwa i antypatyczna prokurator robi, co może, by znaleźć dowody, które go obciążą. Ten nie zważa na jej wysiłki i szuka winnych na własną rękę. Nie ułatwia mu to oczyszczenia się z zarzutów. Jest zdeterminowany. W zamachu zginęła także jego narzeczona, dlatego mocno zależy mu na odkryciu, kto za tym stoi.

Tymczasem sprawa się komplikuje coraz bardziej. W placówce pojawiają się nowe twarze. Nie wiadomo, komu można zaufać. Dochodzi do kilku morderstw. Ginie także jedna z nowych strażniczek. Dowody wciąż wskazują na jedną osobę - Rebrowa. Czy uda mu się znaleźć prawdziwego winnego?

serial wataha recenzja

Serial jest bardzo starannie przygotowany. Nie licząc udźwiękowienia, względnie - dykcji aktorów. Nie wiem, co zawiniło, ale wielu kwestii nie byłam w stanie zrozumieć. To jedyny minus. Poza tym miałam wyjątkowo pozytywne wrażenia. Pojawiają się tutaj aktorzy znani z wielu polskich produkcji i naprawdę dobrze sobie radzą.

Największym zaskoczeniem okazała się rola Mariana Dziędziela. Jako Szeptun jest nie do poznania.

Wataha ma dość ciężki klimat. Nie brakuje w niej przekleństw ani krwi. Na szczęście, oszczędzono widzom typowo polskich, brzydkich scen miłosnych. Kilka się pojawia, ale nie są odstręczające, jak w większości polskich filmów. Akcja skupia się jednak przede wszystkim na dramacie Rebrowa. Leszek Lichota świetnie pasuje do roli kapitana, który przeżywa wszystko "po męsku", milcząco i z alkoholem. Który jest zdeterminowany, by poznać prawdę.

Zawiodło mnie tylko trochę zakończenie. Miałam wrażenie, że scenarzyści jakoś tak spuścili z tonu. Brakło emocji i nieco szerszej perspektywy. Mimo to byłam bardzo ciekawa kolejnego sezonu Watahy.

drugi sezon serialu wataha hbo

Pierwszy odcinek mam już za sobą i muszę przyznać, że był całkiem obiecujący...

A Wy? Oglądaliście Watahę? Zamierzacie obejrzeć kolejny sezon?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zdjęcia w treści pochodzą z serwisów Onet Film oraz Spider's Web

27 sierpnia

The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku

The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku
Stało się. Zaczęłam oglądać The Defenders. Nie mam odwagi, by ruszyć pozostałe seriale Marvela, bo wątpię, że cokolwiek spodoba mi się bardziej niż Agenci T.A.R.C.Z.Y. (co za upierdliwy tytuł, spróbujcie to sobie napisać na klawiaturze...) i Agent Carter. The Defenders zapowiadało się na całkiem niezły serial. Czy faktycznie jest warte uwagi? Czytajcie dalej.

The Defenders

Sezon 1

Odcinek 1

52 minuty gadania, które ma nam przedstawić bohaterów. Bez sensu - nawet, jeśli się oglądało seriale Marvela, i tak nie pamięta się wszystkich tych postaci, zwłaszcza drugoplanowych. Ciągle się zastanawiałam, kto to i po której stronie jest. Akcja głęboko śpi. Dopiero pod koniec odcinka leniwie otwiera jedno oko. I wtedy na ekranie pojawiają się napisy końcowe. W towarzystwie cliff-hangera. Gdybym miała teraz podjąć decyzję, nie oglądałabym dalej.




Odcinek 2

44 minuty. Całe szczęście, bo nie cierpię długich, godzinnych odcinków. Akcja otworzyła drugie oko i nawet zdążyła się przeciągnąć przed napisami. Na koniec znowu cliff-hanger. Nadal nie jestem pewna, czy chce mi się oglądać dalej.

Odcinek 3

Zaczęły się pierwsze starcia. Krzyżują się drogi głównych bohaterów. Iron Fist psuje wszystko. Na dodatek, ciągle popyla z gołą klatą i tym paskudnym tatuażem na wierzchu. Ja bym coś takiego ukrywała... Teraz już rozumiem, czemu serial z nim okazał się klapą. Luke Cage trochę się wyzłośliwia wobec Fista i chyba dlatego budzi moją sympatię. Panowie nie potrafią się polubić, a ja nie umiem się zaangażować. Pozostałe postaci są jakieś takie... nijakie. Zbyt neutralne. Nie miałam żadnych oczekiwań co do tego serialu, a i tak jestem nim zawiedziona. Coś się jednak rozkręca i rozum mówi mi, żeby oglądać dalej. Serce milczy.

Odcinek 4

Było względnie dobrze. Tytuł największej piz...y odcinka wędruje do... Daredevila. On też jest z jakiejś innej bajki. Chyba tej, w której Czerwony Kapturek nie wchodzi do lasu, bo słyszał na mieście plotki o złym wilku.


Odcinek 5

Twórcy coś tam mówili o tym, że ten serial to będzie podsumowanie wszystkich poprzednich seriali. Taka kropka nad i, albo nawet wykrzyknik. Teraz rozumiem te interpunkcyjne porównania - więcej tutaj kropek, wykrzykników i innych znaków niż akcji. Same dialogi, jak we Wspaniałym stuleciu.


Odcinek 6

Aktorom wyraźnie się już nie chce w tym grać. Niech ktoś tym Defendersom da własnych Defendersów. Ich trzeba bronić przed nimi samymi...

Odcinek 7

Ten serial został napisany tak, byśmy znienawidzili wszystkich bohaterów oprócz Luke'a Cage'a.


Odcinek 8

Ostatni odcinek bezlitośnie obnażył wszystkie dotychczasowe błędy scenarzystów, bo okazał się po prostu dobry. Wyjaśnił, że nie wszystko było takie, jakie zdawało się być. Właściwie nie tyle wyjaśnił, co podsunął, jak mogło być. Moment, w którym po akcji wszyscy Defenders przechodzą przez drzwi i jeden z nich już nie, to pierwsza scena, która mnie naprawdę poruszyła. Końcówka jest pełna niedopowiedzeń i przez to angażuje, skłania do zastanowienia. Przez cały serial podawali nam wszystko na tacy, a w tym odcinku wreszcie nie - i to jest znacznie fajniejsze.

Słowem - warto dla ostatniego odcinka. Trzeba się najpierw przemęczyć z 7 poprzednimi, ale na końcu czeka nagroda. To trochę tak, jak cheat meal po tygodniu wyczerpującej diety.

Oglądacie też The Defenders albo zamierzacie? Podzielcie się swoimi wrażeniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Notey

11 lutego

John Wick 2. Film, po którym zapragniesz zostać płatnym zabójcą

John Wick 2. Film, po którym zapragniesz zostać płatnym zabójcą

- Masz mój samochód - oznajmia John Wick.


I zaczyna się wielka rozwałka. Szybkie samochody, walka wręcz i strzelanina to tylko początek drugiej części Johna Wicka. Potem będzie już tylko ciekawiej.

john wick 2 plakat

Tytułowy bohater po wykończeniu drugiej połowy rosyjskiej mafii (pierwszą wybił w odwecie za swojego psa) przychodzi do ich szefa, nieco wymięty po walce, i proponuje pokój. Czyli w tej części nie będzie zemsty za kradzież i zniszczenie Mustanga. A myślałam, że to wystarczający powód. Jakby tak rozwalili moje auto, to bym na pewno pokoju nie proponowała...




Wick ceni sobie jednak spokój i bardzo chce mieć wreszcie prawdziwą emeryturę. Widzimy przez chwilę, jak żyje. Na zachodzie bez zmian: dalej mieszka sam i wspomina szczęśliwe chwile z żoną. Znowu ma psa - tym razem pitbulla, którego raczej nie będzie łatwo zabić. Szczerze mówiąc, ten pies bardziej wygląda na maszynę śmierci, niż na ewentualną ofiarę. Czyli nie będzie się trzeba za niego mścić.

Nagle w spokojnym życiu Johna pojawia się Santino D'Antonio. Wyobraźcie sobie połączenie cech wszystkich najbardziej irytujących i zbyt gadatliwych osób, jakie spotkaliście w swoim życiu. Oto właśnie Santino.

John to jego kompletne przeciwieństwo. Nie bawi się w psychoanalizy i nie mówi więcej, niż trzeba. Pan Absolutne-Minimum-Słów. Można wręcz uznać, że jest gburem. W większości przypadków sprawia wrażenie jaskiniowca, który nie potrafić mówić, co jest na swój sposób zabawne. 

Na tle Johna Santino wydaje się jeszcze bardziej męczący. Włoski gangster (miałam ochotę napisać: włoska gangrena...) chciałby zostać ważniejszym przestępcą niż jest i próbuje zmusić Wicka do pomocy. Stosuje w tym celu typowo mafijne sposoby motywacji: szantaż, spalenie domu...

Niestety, zasady panujące w ich "królestwie" nie pozwalają Johnowi, aby zabić D'Antonio od razu. Nie ma wyjścia - musi zająć się jego sprawą, niezależnie od swoich chęci i przekonań. Wyrusza do Rzymu, gdzie szybko i niechętnie przechodzi do działania. Możemy się tylko domyślać, że gdy zrobi swoje i przysięga przestanie go wiązać, wyrówna rachunki również z irytującym Włochem. Trudno się dziwić, że jest gotów postawić na szali całe swoje dotychczasowe życie tylko po to, by wreszcie się uwolnić od wkurzającego idioty.

Niestety, ta jedna decyzja sprawia, że na legendarnego zabójcę polują dosłownie wszyscy. John Wick jeszcze długo nie odejdzie na upragnioną spokojną emeryturę...


Co na plus? Co na minus?


W filmie raziło mnie tylko jedno: w Rzymie akcja została wymuszona na siłę. Fakt, w tym filmie chodzi głównie o to, żeby się działo, o nieustanne pościgi, bójki i strzelaniny, ale myślę, że można było do nich doprowadzić nieco subtelniej.

A co mnie urzekło? Przede wszystkim muzyka. Zdecydowanie jeden z najlepszych soundtracków ever. Całkowicie w moim klimacie (no, może oprócz klubowej łupanki, którą przez chwilę słychać).

Niezwykle dobrze rozwinięty został motyw równoległego, mafijnego świata - niczym w filmie fantasy. Hotel Continental, staroświecka ręczna centrala telefoniczna i system obsługi zleceń (!) oraz dżentelmeńskie zasady, do jakich muszą się stosować zabójcy. To czasami wymusza nieco kuriozalne sytuacje (weźcie sobie pijcie drinki z kimś, kogo chwilę temu usiłowaliście zabić), ale... ma masę uroku. Mimowolnie będziecie sobie wyobrażać siebie w tym niemal magicznym i uporządkowanym miejscu - choć to świat przestępców i zawodowych morderców bez litości.



Czy warto iść do kina na John Wick 2?


Zdecydowanie tak. To film akcji jedyny w swoim rodzaju. Dzieje się dużo i szybko, bo chodzi jedynie o rozwałkę, ale w bardzo spójnej i nastrojowej otoczce. Inni twórcy powinni się uczyć od Chada Stahelskiego. Ten człowiek zdecydowanie ma pomysł na to, co robi. Wcześniej wydawało mi się, że w pierwszej części Johna Wicka powiedziano już wszystko i nie ma sensu kręcić kolejnej, ale... John Wick 2 jest najlepszym sequelem, jaki do tej pory widziałam. Jeszcze bardziej wciąga i zachwyca swoim klimatem. Będziecie oglądać z przyjemnością, a z kina wyjdziecie z poczuciem, że to stanowczo za wcześnie.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

(zdjęcie tytułowe: Filmweb.pl)
Copyright © Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger