Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biuro podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biuro podróży. Pokaż wszystkie posty
06 października
Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada
Bułgarska biesiada - brzmi dobrze, czy nie bardzo? A jeśli dodam jeszcze, że w samym środku lasu? Czy coś takiego może wygrać z nieprzerwanym plażowaniem? Czy warto wybrać się na wycieczkę zakończoną wielką imprezą dla turystów? Przeczytaj.
Na fotografii tytułowej znajduje się restauracja na przylądku Kaliakra, ale to dlatego, że nie mam żadnego ładnego zdjęcia z lasu ;-)
Zobacz część pierwszą tej historii:
Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką
Zobacz także:
Kawarna - restauracja Piknik Bivaka
Wyobraź sobie, że w Polsce ktoś buduje restaurację w środku lasu. Wszyscy wokół pukają się w czoło. Kto to widział, restauracja w lesie? W lesie to dziki i sarny, a nie... No debil, po prostu debil. Widzisz to? No właśnie. A tymczasem w Bułgarii ktoś wpadł na równie głupi pomysł... i zaczął organizować duże imprezy dla turystów i wesela.
Mam wrażenie, że Bułgarzy nie boją się myśleć nieszablonowo i dzięki temu tak rozbudowali sobie turystyczne miejscowości. To szczególnie fajne, zważywszy na to, że nie żyje się im lekko. Najniższa pensja odpowiada naszym 1020 zł, natomiast takie przyzwoite średnie wynagrodzenie to tyle, co u nas najniższe - w przedziale 1500-2000 zł. Bezrobocie sięga natomiast do 20%, a to naprawdę dużo. Bułgaria przeżyła podobną przemianę ustrojową jak i Polska - nagle z komunizmu i własności państwowej musiała przestawić się na kapitalizm i własność prywatną, a potem weszła jeszcze do Unii Europejskiej. Efekty są bardzo podobne jak w Polsce...
Wróćmy jednak do tej pomysłowej restauracji. Zostaliśmy przywitani chlebem, solą i kieliszkiem rakiji. Następnie zasiedliśmy przy dużych, wieloosobowych stołach. Wokół nas siedzieli uczestnicy innych wycieczek: drugiej polskiej z Itaki, a także rosyjskiej i... irańskiej. O tej ostatniej jeszcze dziś przeczytasz ;-)
Na stołach znajdowały się już lokalne przysmaki: sałatka szopska oraz banica. Jedno i drugie przepyszne. Do picia mieliśmy wodę w dzbankach, colę, cholernie słodką lemoniadę, a także... czerwone i białe wino oraz rakiję, które nalewaliśmy sobie do dzbanków z beczek. Bez ograniczeń!
Sałatka szopska: ser szopski (sirene, taka bułgarska feta), pomidor i ogórek. Siła tkwi w prostocie.
Na stołach znajdowały się już lokalne przysmaki: sałatka szopska oraz banica. Jedno i drugie przepyszne. Do picia mieliśmy wodę w dzbankach, colę, cholernie słodką lemoniadę, a także... czerwone i białe wino oraz rakiję, które nalewaliśmy sobie do dzbanków z beczek. Bez ograniczeń!
Sałatka szopska: ser szopski (sirene, taka bułgarska feta), pomidor i ogórek. Siła tkwi w prostocie.
Zawijaniec z bułgarskim serem, czyli banica.
Danie główne czyli kurczak. Góra jedzenia, jak dla ciężko pracującego chłopa.
W międzyczasie rozpoczął się występ zespołu, który zaprezentował nam lokalne tańce w wykonaniu pań i panów.
Potem na stołach wylądowało danie główne: połowa tuszki pieczonego kurczaka z pieczonymi ziemniakami. Niby całkiem normalna potrawa, ale dobrze doprawiona i bardzo sycąca.
Występy trwały podczas posiłku i co jakiś czas zapraszano uczestników, aby również nauczyli się lokalnych tańców.
Tutaj chciałam wrzucić zdjęcie, ale tańce były dynamiczne, a zdjęcia - rozmazane.
Wśród stołów krążyła też dwójka fotografów, dziewczyna i facet. Pan wyglądał jak Janosik. Miał długie włosy, paradował w skórzanej, góralskiej kamizelce i z gołą klatą. Wyglądał na lokalnego bułgarskiego amanta, a zważywszy na to, że wiele Bułgarek miało identyczny, wieeeeelki nos jak on, podejrzewałam, że naprawdę był amantem i płacił alimenty połowie kraju ;-)
Gotowe zdjęcia nasi fotografowie wywiesili na tablicy. Można było kupić te, na których się było, za jakieś 5 czy 10 lewów. Skusiłam się, bo to fajna pamiątka do ramki.
Potem na stołach wylądowało danie główne: połowa tuszki pieczonego kurczaka z pieczonymi ziemniakami. Niby całkiem normalna potrawa, ale dobrze doprawiona i bardzo sycąca.
Występy trwały podczas posiłku i co jakiś czas zapraszano uczestników, aby również nauczyli się lokalnych tańców.
Tutaj chciałam wrzucić zdjęcie, ale tańce były dynamiczne, a zdjęcia - rozmazane.
Wśród stołów krążyła też dwójka fotografów, dziewczyna i facet. Pan wyglądał jak Janosik. Miał długie włosy, paradował w skórzanej, góralskiej kamizelce i z gołą klatą. Wyglądał na lokalnego bułgarskiego amanta, a zważywszy na to, że wiele Bułgarek miało identyczny, wieeeeelki nos jak on, podejrzewałam, że naprawdę był amantem i płacił alimenty połowie kraju ;-)
Gotowe zdjęcia nasi fotografowie wywiesili na tablicy. Można było kupić te, na których się było, za jakieś 5 czy 10 lewów. Skusiłam się, bo to fajna pamiątka do ramki.
Później zaczęła się dyskoteka dla turystów. Parkiet momentalnie się zapełnił... tak, także tymi dziadkami, z którymi jechaliśmy na wycieczkę. Zszokowało mnie to, z jaką energią wywijali. I tylko DJ puszczał jakieś przedziwne miksy, w których słychać było rosyjskie przeboje, Arasha (to pewnie dla Irańczyków) i... Zenka Martyniuka czy też Weekend. Impreza rozkręciła się bardzo szybko i nie wiem, czy przez ograniczony czas (mieliśmy wyjeżdżać o 23, więc na dyskotekę zostały niespełna 2 godziny), czy przez nieograniczoną ilość alkoholu.
W pewnym momencie tańce zostały przerwane. Przyszła kolej na pokaz chodzenia po rozżarzonych (tak, w tym miejscu zrobiłam właśnie pierwszy błąd ortograficzny od lat) węglach.
Pierwotnie to chyba miał być taniec. Ostatecznie pani przebiegła kilka razy po węglach, nieco poirytowana przez polaczków, którzy, mimo zwracania uwagi, żeby nie włączać flesza, uparcie cykali zdjęcia z lampą. Pokaz się skończył, na stołach wylądowały owoce na deser i można było dalej tańczyć. Na parkiecie, nie na węglach.
Pierwotnie to chyba miał być taniec. Ostatecznie pani przebiegła kilka razy po węglach, nieco poirytowana przez polaczków, którzy, mimo zwracania uwagi, żeby nie włączać flesza, uparcie cykali zdjęcia z lampą. Pokaz się skończył, na stołach wylądowały owoce na deser i można było dalej tańczyć. Na parkiecie, nie na węglach.
Ciekawą grupą byli Irańczycy. Ewidentnie muzułmanie, bo kobiety siedziały tam w luźnych strojach i z chustami na głowach. Zajęci panowie dotrzymywali towarzystwa żonom. Ci wolni bardzo szybko wyskoczyli na parkiet... i zaczęli napastować wolne panie. Zresztą, te "niewolne" też.
A gdy się ściemniło... irańskie żony zrzuciły chusty i też zaczęły tańczyć. Z mężami, jak coś ;-) Podobno muzułmanie uważają, że po zmroku Allah nie widzi, więc robią wtedy to, co normalnie jest im zakazane - tańczą, piją alkohol... Najwyraźniej to prawda, a nie legenda.
A gdy się ściemniło... irańskie żony zrzuciły chusty i też zaczęły tańczyć. Z mężami, jak coś ;-) Podobno muzułmanie uważają, że po zmroku Allah nie widzi, więc robią wtedy to, co normalnie jest im zakazane - tańczą, piją alkohol... Najwyraźniej to prawda, a nie legenda.
Tymczasem impreza trwała - ale nie dla Itaki. Nam kazali się zbierać. Wesoły autobus został zapakowany i wrócił do hotelu, choć wszyscy chcieli jeszcze się bawić. Nic dziwnego, impreza rozkręciła się nader szybko i była naprawdę fajna. Pewnie jednak nie chcieli wieźć "trupów", dlatego zarezerwowano na zabawę tak mało czasu ;-)
Powiedziałabym nawet, że za mało. Ale może dlatego bardziej doceniam? Ogólnie fajnie wyszło. Myślę, że przy zwiedzaniu Nessebaru tak dobrze bym się nie bawiła. Jeśli mnie zapytasz, czy było warto - wielkie, zdecydowane "TAK!"
A teraz ja zapytam: wybrałbyś się też na taką wycieczkę czy wolisz tylko zwiedzać? A może jednak na własną rękę?
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
24 sierpnia
Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką
Kiedy już naprawdę serio znudziło się nam leżenie na plaży i opalanie (czytaj: kiedy spaliłam sobie plecy), postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę. Do wyboru mieliśmy bardzo wiele różnych ofert i ostatecznie padło na zwiedzanie starożytnego Nessebaru.
Wycieczkę zarezerwowaliśmy na stronce. Owszem, można ją było też wykupić u rezydenta, ale ceny były ciągle podawane w euro, których nie mieliśmy przy sobie, więc sobie nawet nie zawracałam głowy przeliczaniem i rezerwacją osobistą.
Niemiłe dobrego początki...
Nadeszła środa. Wstaliśmy o 7 rano, co na wakacjach jest strasznym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli poszło się spać o 1 w nocy. Szybko zjedliśmy, wypiliśmy kawę i wyszliśmy przed hotel. Towarzyszyło mi jakieś nieokreślone przeczucie, że coś nie wyjdzie.
Po 15 minutach czekania autokar nie przyjechał. Zadzwoniliśmy więc do lokalnego organizatora, który... przeprosił i oznajmił, że wycieczka jest przełożona na niedzielę z powodu braku wystarczającej liczby chętnych. No spoko, tylko że w niedzielę to my będziemy już w Polsce.
Trzeba było to jakoś odkręcić. A proces odkręcania okazał się szaleńczo zakręcony.
Najpierw zadzwoniliśmy do rezydenta. Najwyraźniej go obudziliśmy, bo nie do końca kminił, o co chodzi. Postanowiliśmy więc zadzwonić na numer infolinii Itaki obsługujący wycieczki fakultatywne - ale najpierw musieliśmy poczekać, aż infolinia zacznie pracę, bo było jeszcze rano, a my w innej strefie czasowej.
Po kilku rozmowach, w których trudno było ustalić te same szczegóły (pamiętaj, osobne jednostki organizacyjne everywhere), i bezpośrednim kontakcie z rezydentem, udało się wreszcie załatwić satysfakcjonujące rozwiązanie. Organizator pieniądze przeniesie sobie sam na poczet innej wycieczki, na którą jedziemy po południu.
Totalnie niewyspani (jak ten rezydent) spędziliśmy zatem miłe przedpołudnie na basenie, zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy na miejsce zbiórki. Z niego mieliśmy jechać do Bałcziku, na przylądek Kaliakra oraz na bułgarską biesiadę. Na zdjęciu: przylądek Kaliakra.
Jedziemy na wycieczkę
Na miejscu zbiórki trochę się wystraszyliśmy, widząc, że otaczają nas ludzie o średniej wieku 60+. W autokarze tym bardziej: to był dosłownie oddział geriatryczny. Ci wszyscy ludzie razem mieli z kilka tysięcy lat...
Naszym przewodnikiem był Bułgar Vasco, który wyglądał wypisz wymaluj jak Albert Einstein w hawajskiej koszuli, względnie Ernest Hemingway. Bardzo dobrze mówił po polsku. Sprzedał nam w czasie drogi i oprowadzania dużo ciekawostek o mijanych miejscach, i właściwie to gadał bez ustanku.
Bałczik
Podobno to Białe Miasto, ale jakoś nie zauważyłam ;-) Odwiedziliśmy letnią rezydencję rumuńskiej królowej - Ciche Gniazdo - oraz okalający ją przepiękny ogród botaniczny. Znajdowały się w nim także niewielkie winiarnie. Do jednej z nich zawitaliśmy na degustację win: śniegowego, figowego i malinowego. Mieliśmy także okazję spróbować migdałowego likieru amaretto i 18-letniej rakiji.
Po tej ostatniej to aż oczy łzawiły i to mimo picia we właściwy sposób ;-) Nie jest tajemnicą, że Polacy rakiji pić nie potrafią. Traktują ją jak wódkę albo bimber i wychylają na hejnał, zapijając sokiem lub gazowanym napojem. Tymczasem rakija uchodzi za bułgarską brandy i należy ją pić powoli, sączyć i delektować się. W innym przypadku bardzo szybko uderza do głowy. Cóż, ja wyznaję zasadę, że delektujemy się tym, co nam smakuje, a ten alkohol smakował mi wyłącznie w drinkach z colą. Sam wypalał wnętrzności ;-)
Za to bułgarskie wina są przecudowne. Śniegowe było winem wytrawnym, z winogron zbieranych po pierwszym śniegu... a smakowało jak półsłodkie, albo słodkie, niezwykle łagodnie i orzeźwiająco. Coś wspaniałego.
W winiarni otaczały nas też półki z coraz to starszymi winami. Kusiło mnie strasznie jedno z mojego rocznika, bo ponoć choć raz w życiu powinno się wypić wino w swoim wieku ;-)
Po tej ostatniej to aż oczy łzawiły i to mimo picia we właściwy sposób ;-) Nie jest tajemnicą, że Polacy rakiji pić nie potrafią. Traktują ją jak wódkę albo bimber i wychylają na hejnał, zapijając sokiem lub gazowanym napojem. Tymczasem rakija uchodzi za bułgarską brandy i należy ją pić powoli, sączyć i delektować się. W innym przypadku bardzo szybko uderza do głowy. Cóż, ja wyznaję zasadę, że delektujemy się tym, co nam smakuje, a ten alkohol smakował mi wyłącznie w drinkach z colą. Sam wypalał wnętrzności ;-)
Za to bułgarskie wina są przecudowne. Śniegowe było winem wytrawnym, z winogron zbieranych po pierwszym śniegu... a smakowało jak półsłodkie, albo słodkie, niezwykle łagodnie i orzeźwiająco. Coś wspaniałego.
W winiarni otaczały nas też półki z coraz to starszymi winami. Kusiło mnie strasznie jedno z mojego rocznika, bo ponoć choć raz w życiu powinno się wypić wino w swoim wieku ;-)
Przylądek Kaliakra
To taki bułgarski Hel, ale bez fok, tylko z delfinami. Weszliśmy na klif znajdujący się ok. 100 metrów nad poziomem morza i zachwycaliśmy się otaczającą nas z trzech stron wodą.
Po drodze minęliśmy restaurację z przecudownym widokiem na morze, jedną z najpiękniejszych, jaką w życiu widziałam. Nie sprawdzałam, jakie tam mieli ceny, bałam się ;-)
Na przylądku jest wyłożona śliskimi kamieniami droga, dlatego trzeba włożyć wygodne buty, z nieślizgającą się podeszwą. Po deszczu raczej bym tam nie łaziła.
Ze szczytu cypla mogliśmy obserwować przez barierki wspomniane delfiny, które walczyły z mewami o swój posiłek. Co prawda, nie znajdowały się zbyt blisko nas, ale i tak było je całkiem nieźle widać. Wspaniała sprawa.
Po drodze minęliśmy restaurację z przecudownym widokiem na morze, jedną z najpiękniejszych, jaką w życiu widziałam. Nie sprawdzałam, jakie tam mieli ceny, bałam się ;-)
Na przylądku jest wyłożona śliskimi kamieniami droga, dlatego trzeba włożyć wygodne buty, z nieślizgającą się podeszwą. Po deszczu raczej bym tam nie łaziła.
Ze szczytu cypla mogliśmy obserwować przez barierki wspomniane delfiny, które walczyły z mewami o swój posiłek. Co prawda, nie znajdowały się zbyt blisko nas, ale i tak było je całkiem nieźle widać. Wspaniała sprawa.
Kawarna - restauracja Piknik Bivaka
O tej wycieczce napiszę osobny post.
Podsumowując, dobrze wyszło, że nie pojechaliśmy do Nessebaru, tylko do Bałcziku, na Kaliakrę i bułgarską biesiadę. Podobno to znacznie ciekawsza wycieczka ;-) Nie stałoby się tak jednak, gdyby nie pomoc rezydenta, który z całej firmy najbardziej przyłożył się do tego, by nam pomóc.
Jeśli kiedykolwiek będziesz w Złotych Piaskach, wybierz się na taką wycieczkę. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawić, szczególnie że bardzo dobrze wypośrodkowano zwiedzanie i imprezowanie. Bardzo, ale to bardzo warto! :-)
Zobacz także:
Jeśli kiedykolwiek będziesz w Złotych Piaskach, wybierz się na taką wycieczkę. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawić, szczególnie że bardzo dobrze wypośrodkowano zwiedzanie i imprezowanie. Bardzo, ale to bardzo warto! :-)
Zobacz także:
Elvis żyje i kupuje bułgarską Viagrę
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
18 sierpnia
Elvis żyje i kupuje bułgarską Viagrę. Wakacje z Itaką w Złotych Piaskach
Od mojego urlopu minęły już prawie dwa miesiące, ale wrażenia są jeszcze całkiem świeże, a wspomnienia - żywe. Jak ten Elvis ;-) Myślę więc, że to dobry moment, żeby ubrać je w słowa i podzielić się z Wami. No i prawda też jest taka, że kiedy nie zrobię tego odpowiednio szybko... to najprawdopodobniej nie zrobię w ogóle. No co Was będę czarować ;-)
Te wakacje to był czas pierwszych razów. Po raz pierwszy za granicą, pierwszy lot samolotem, pierwsze all inclusive, pierwsze wczasy z biurem podróży. No i po raz pierwszy znalazłam się w Bułgarii, kraju, który do tej pory kojarzył mi się, jak wszystkim - z bułgarskimi paniami do towarzystwa ;-) Czy te wakacje coś zmieniły w moim myśleniu? Czy było warto?
Zacznijmy od początku.
Biuro podróży
Na wakacje poleciałam z biurem podróży Itaka. Zdecydowałam się na nich ze względu na dwie rzeczy: dobre opinie wśród znajomych i korzystne ceny.
Pierwsze wakacje, więc spodziewałam się, że skoro organizuje wszystko ktoś, zamiast mnie, to będzie idealnie. No cóż... Aż tak pięknie to nie było.
Kiepska organizacja
Zaczęło się od odkrycia, że chociaż przy rezerwacji online jest napisane na stronie "Zapłać stacjonarnie", to nie ma takiej możliwości - ponieważ stacjonarne punkty wcale nie stanowią wraz z centralą jednego organizmu. Stacjonarnie zapłaciłabym jedynie w... Opolu, gdzie mieści się centrala. Bardzo dziwny sposób zorganizowania biura. W sumie ja to w miarę jeszcze rozumiem, jak to działa, ale uważam, że działa kiepsko i czas się jakoś zgrać, bo nie każdy klient musi rozumieć, że każdy punkt stacjonarny Itaki to jakaś odrębna jednostka organizacyjna. Ale to jeszcze nic takiego.Atrakcje z czarterem Small Planet
W sumie nie wiem, czy to bardziej wina biura podróży, czy linii lotniczych, ale swoją przygodę zaczęłam od kilkukrotnej zmiany godzin lotu - i to nie o godzinę czy dwie, ale od razu o 20 godzin wstecz, po czym powrócono do pierwotnego terminu. W efekcie musiałam dobierać dodatkowe dni urlopu i kombinować, kto inny podrzuci mnie na lotnisko, bo już umówiony znajomy odpadł przez zmiany w ostatniej chwili.Na lotnisku na te same problemy skarżyli się również klienci Tui oraz Sun and Fun, więc wnioskuję, że problem leży po stronie linii czarterowych... ale jako klientowi mi to zwisa i myślę, że tutaj jest spore pole do popisu dla biura ;-)
Sam przelot okazał się znacznie mniej straszny, niż się spodziewałam. Jedynie przy lądowaniu przekonałam się, że ten mityczny ból uszu istnieje naprawdę - i musiałam się ratować stoperami. Na szczęście, byłam przygotowana na taką ewentualność.
O liniach nie ma co mówić - wcześniej czytałam o nich kiepskie, polaczkowate opinie, a okazało się, że były w porządku. Bardziej doskwierało mi to, że na lotnisku i w samolocie był hałas, którego źródłem były wszechobecne dzieci. To jest coś, do czego chyba nigdy się nie przyzwyczaję - ale to nie jest raczej wina linii. Wydaje mi się, że rodzice mogliby się lepiej zastanowić, zanim wybiorą się na wakacje samolotem z dwulatkiem - dla nich jego nieustający płacz to norma, a dla ludzi wokół - trauma.
O liniach nie ma co mówić - wcześniej czytałam o nich kiepskie, polaczkowate opinie, a okazało się, że były w porządku. Bardziej doskwierało mi to, że na lotnisku i w samolocie był hałas, którego źródłem były wszechobecne dzieci. To jest coś, do czego chyba nigdy się nie przyzwyczaję - ale to nie jest raczej wina linii. Wydaje mi się, że rodzice mogliby się lepiej zastanowić, zanim wybiorą się na wakacje samolotem z dwulatkiem - dla nich jego nieustający płacz to norma, a dla ludzi wokół - trauma.
Transfer między lotniskiem a hotelem odbywał się już autokarami. Właściwie, to niewiele poszło tam tak, jak należy, więc nie wspominam tej części najlepiej. Głośno, ciasno, długo i chaotycznie. Plus jeszcze nasi nieogarnięci rodacy, którzy się spóźniali albo wsiadali omyłkowo w busy innych biur podróży, i trzeba ich było szukać.
Hotel
Spałam w hotelu Briz, który mieści się dość wysoko nad poziomem morza. To hotel trzygwiazdkowy, zatem nie ma co wymagać nie wiadomo jakich standardów. I tak też było - przyzwoicie. Przyzwoite pokoje, przyzwoite jedzenie...Z większą częścią obsługi można było się spokojnie porozumieć: po angielsku, rosyjsku i niemiecku, a często rozumieli też po polsku. Panie sprzątające mówiły i rozumiały tylko po bułgarsku, co nie jest w sumie niczym dziwnym, i mimo tego, że zawsze kiwałam głową "po polsku" (a wiecie, że u Bułgarów przeczące kręcenie głową znaczy "tak"?), to jakoś się z nimi dogadywałam. Pewnym minusem było to, że wchodziły do pokoju nawet gdy wywieszona była karteczka "Do not disturb". Obsługa była też dość miła. Pierwsze zgrzyty pojawiły się dopiero w ostatnim dniu pobytu.
Największym zgrzytem w hotelu był jednak kompletny brak wyciszenia, a z racji tego, że koło mojego pokoju spała banda rozwydrzonych nastolatków z polskiej zielonej szkoły (gdzieś ze Śląska - nie pozdrawiam), nie byłam w stanie wyspać się tak dobrze, jak bym chciała. Pierwszego dnia do hotelu dojechałam po 4 rano i zasnęłam dopiero o 6... Po dwóch godzinach zaczęło mi się śnić, że podwieszany sufit na mnie spada, bo nastolaty zaczęły biegać po pokojach i trzaskać drzwiami. W efekcie w ogóle nie odespałam męczącej podróży i chyba tylko świeże morskie powietrze pomogło mi czuć się dobrze.
Co robić w Złotych Piaskach?
Z drugiej strony jednak, w hotelu nie spędzałam zbyt wiele czasu. Jedynie do południa siedziałam sobie nad basenem - a ten naprawdę był bardzo przyjemny! Po południu szłam na plażę albo na spacer. Droga do plaży oraz do głównej promenady prowadziła przez około 200 schodów w dół, co naprawdę dawało w kość, ale było warto. Bywały dni, że pokonywałam te schody w obie strony trzykrotnie - słowem: 1200 schodów dziennie. Teraz wejście na piętro nie robi na mnie wrażenia...
Morze Czarne z bliska to coś fantastycznego. Przede wszystkim zachwyciło mnie pięknym kolorem i było naprawdę cieplutkie. Jedyny minus: dość silne i duże fale, ale ja w morzu nie pływam, więc nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Tylko jednego dnia był całkowity zakaz pływania i czerwona flaga, w pozostałe - albo zielona, albo żółta.
Pogoda w Bułgarii też była bardzo przyzwoita. W pierwszy dzień trochę pochmurno, ale bardzo ciepło. Przez resztę tygodnia - bezchmurnie i gorąco, po 27 stopni, a w nocy jakieś 20. Cieplutko i przyjemnie.
Co można było jeszcze tam robić, oprócz plażowania?
Jakieś 3 km od hotelu znajdował się wykuty w skale monastyr Aładża.
Można było przejechać się do Warny - kosztowało to ok. 5 lewów. Oczywiście, już po negocjacjach z taksówkarzem. Ogólnie, z tymi taksówkami w Bułgarii jest cały ceremoniał, jak je złapać i jak nie dać się złapać jednocześnie. Myślałam, że to tylko rezydent sprzedaje nam takie oklepane historyjki, a potem się okazało, że dokładnie tak to wyglądało.
Można było przejść się do centrum - pełnego różnych knajp, stoisk i pamiątek. Nie brakowało tam również przerażających barów z niemiecką muzyką rozrywkową, która idealnie nadawała się do puszczania więźniom w Guantanamo ;-) Wystrój przed nimi również był koszmarny...
Im dalej w las... to znaczy, w centrum, tym więcej reklam z wyginającymi się paniami i podpisów typu "strip club", "erotic club", oraz banerów kierujących do stoisk, oferujących - a jakże by inaczej - na przykład Viagrę. Bez zażenowania. Podobno zdarzało się też, że sprzedawcy nagabywali młodych ludzi na plaży i proponowali im narkotyki...
Oczywiście, zwykłych klubów i takich, gdzie można było się bawić na plaży, też nie brakowało. Bardzo ciekawym miejscem był Aloha Bar, gdzie zapraszano na dwa drinki w cenie jednego plus shot gratis, leciała muzyka latino i imprezę rozkręcała taneczna ekipa. Jeśli ktoś chciałby się pobawić, na pewno tam by się odnalazł.
Ja uciekłam, podobnie jak para z Finlandii (na początku obsługa pytała, skąd jesteśmy i przynosiła na stolik flagę naszego kraju w butelce) do nieco spokojniejszego baru Sirena z muzyką na żywo. Wysłuchałam tam bardzo przyjemnego koncertu coverów i... Elvisa, który też był na żywo, więc o jego śmierci to chyba jakieś plotki. Elvis żyje, ma się dobrze i śpiewa sobie w Złotych Piaskach ;-)
Ja uciekłam, podobnie jak para z Finlandii (na początku obsługa pytała, skąd jesteśmy i przynosiła na stolik flagę naszego kraju w butelce) do nieco spokojniejszego baru Sirena z muzyką na żywo. Wysłuchałam tam bardzo przyjemnego koncertu coverów i... Elvisa, który też był na żywo, więc o jego śmierci to chyba jakieś plotki. Elvis żyje, ma się dobrze i śpiewa sobie w Złotych Piaskach ;-)
Można było się też wybrać na jedną z fakultatywnych wycieczek, ale z racji tego, że to dłuższy temat, opisałam go w kolejnym poście. Tutaj też wynikł po drodze pewien problem i po raz kolejny podzielenie Itaki na osobne jednostki organizacyjne mocno utrudniło jego rozwiązanie.
Wpis znajdziesz tutaj:
Wpis znajdziesz tutaj:
Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką
No to jak było? Moje wrażenia
Podsumowując... nie wiem, czy jestem zadowolona. Chyba tak w 60%. Było OK, Złote Piaski są zachwycająco piękne i z racji tego, że sezon się jeszcze nie rozpoczął, w mieście było w miarę spokojnie. Hotel też w porządku, jakkolwiek kolejnym razem wybrałabym raczej inny, znajdujący się bliżej morza i z większą liczbą gwiazdek.
Nieco rozbiły mnie tylko problemy organizacyjne i tutaj uważam, że Itaka powinna mocno popracować nad tym, co i w jaki sposób oferuje klientom. Nie można dawać byle czego, jeśli ludzie płacą za to w tysiącach złotych.
Ja wiem, że zawsze znajdzie się jakiś Janusz, który będzie ich potem w internecie obsmarowywał, ale moje podejście jest trochę inne: jestem w miarę zadowolona, ale przeszkadzała mi pewna niedbałość o szczegóły, więc wprost o niej piszę. Richard Branson twierdził, że pracodawca powinien w pierwszej kolejności dbać o swoich pracowników, a wtedy oni zadbają o klientów - wnioskuję więc, że ta niedbałość wynika z braku wystarczającej troski o załogę. Może czas nad tym popracować?
Ja wiem, że zawsze znajdzie się jakiś Janusz, który będzie ich potem w internecie obsmarowywał, ale moje podejście jest trochę inne: jestem w miarę zadowolona, ale przeszkadzała mi pewna niedbałość o szczegóły, więc wprost o niej piszę. Richard Branson twierdził, że pracodawca powinien w pierwszej kolejności dbać o swoich pracowników, a wtedy oni zadbają o klientów - wnioskuję więc, że ta niedbałość wynika z braku wystarczającej troski o załogę. Może czas nad tym popracować?
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
11 czerwca
Urlop time cz.1. 4-10 czerwca.
Absolutnie nie - mamy prawie wakacje, piękną pogodę... Szkoda spędzać całe dnie w pracy. Nadrobimy to jesienią, gdy będzie ciemno, zimno i ponuro ;-)
I kiedy Wy to właśnie czytacie, ja się właśnie lenię na plaży. Urlop time!
Przegląd tygodnia
Ten tydzień składał się ze znacznie spokojniejszych, niż do tej pory, dni. Starałam się pracować mniej - bo stwierdziłam, że nie można tak nagle zaczynać urlopu. Nie powinno się najpierw przepracowywać, a potem bez ostrzeżenia przestać robić cokolwiek. Postanowiłam zatem stopniowo wejść w nastrój lenistwa i powoli ograniczać nadmiar pracy.
Inna rzecz, że musiałam znaleźć też czas na przygotowania - pakowanie, zakupy, różne formalności...
Moje biuro podróży też nie próżnowało. W ciągu tygodnia zmieniło mi godziny wylotu 2 razy. Wkurzyłam się trochę, bo jednak trudno jest dogadać się z kimś, żeby Was podrzucił na lotnisko, kiedy za każdym razem proponujecie mu inny termin, i to nie taki o godzinę czy dwie wstecz/do przodu, tylko od razu o 20 godzin.
Wyszło jednak tak, że wrócili po prostu do pierwotnego terminu, który w mojej opinii był całkiem przyzwoity. Fakt, jestem stratna o prawie całą dobę hotelową. Teraz, kiedy to piszę, mogłabym się już opalać nad basenem. Z drugiej strony jednak pewnie właśnie marzyłabym o położeniu się do łóżka po dobie spędzonej bez snu. A tymczasem na zameldowanie w pokoju musiałabym sobie jeszcze poczekać...
Czuję się kompletnie niegotowa. Niby mam spakowany bagaż, odhaczone punkty na liście, ale nie w całości, bo przecież to, czego używam na co dzień, jeszcze czeka. Muszę zrobić zakupy, odebrać przesyłkę i przygotować coś do jedzenia na drogę. I obiad jakiś też by jeszcze wypadało zrobić...
Lubię podróżować, ale chyba nie byłabym w stanie udźwignąć częstszych wyjazdów niż raz na kilka miesięcy :-)
Najnowsze wpisy
Na blogu w miarę spokojnie, bo starałam się wyprodukować kilka wpisów na zapas na przyszły tydzień:
Po co, po RODO i po zbóju
Co powinien bloger (mieć)?
Przegląd internetów
Jestem człowiek-przypał.
Miałam też wrażenie, że w weekend za bardzo nie wypoczęłam.
Zachwycił mnie tytuł Dziennika Zachodniego: Strzeż się tych miejsc. Tutaj stoją tirówki. Jest niebezpiecznie ZDJĘCIA.
Tytuł został już zmieniony, więc podrzucam screen ;-)
Brzmi, jakby te panie stały tam z karabinami, nie?
Jeśli miałabym nagrodzić kogoś za najbardziej buraczane clickbaity, to wahałabym się między Faktem, Super Expressem, a Dziennikiem Zachodnim właśnie. I chyba trochę szkoda, bo w treści artykułu to się nawet jakoś obroniło...
Przy okazji zaniemówiłam, gdy przez przypadek trafiłam na ten artykuł: Na Jurze spalono tirówkę. Reszty tytułu nie zacytuję w trosce o frazy, z jakich kierowany jest ruch na mojego bloga ;-)
I tak bardzo, ale to bardzo szczerze zachwyciła mnie okładka TIME, wykonana z użyciem ... dronów.
Co u Was nowego? :-)
Obserwuj mój blog lifestylowy na:












