Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką

Kiedy już naprawdę serio znudziło się nam leżenie na plaży i opalanie (czytaj: kiedy spaliłam sobie plecy), postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę. Do wyboru mieliśmy bardzo wiele różnych ofert i ostatecznie padło na zwiedzanie starożytnego Nessebaru.

widok na Morze Czarne z ogrodu botanicznego  w Bałcziku

Wycieczkę zarezerwowaliśmy na stronce. Owszem, można ją było też wykupić u rezydenta, ale ceny były ciągle podawane w euro, których nie mieliśmy przy sobie, więc sobie nawet nie zawracałam głowy przeliczaniem i rezerwacją osobistą.


Niemiłe dobrego początki...

Nadeszła środa. Wstaliśmy o 7 rano, co na wakacjach jest strasznym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli poszło się spać o 1 w nocy. Szybko zjedliśmy, wypiliśmy kawę i wyszliśmy przed hotel. Towarzyszyło mi jakieś nieokreślone przeczucie, że coś nie wyjdzie.

Po 15 minutach czekania autokar nie przyjechał. Zadzwoniliśmy więc do lokalnego organizatora, który... przeprosił i oznajmił, że wycieczka jest przełożona na niedzielę z powodu braku wystarczającej liczby chętnych. No spoko, tylko że w niedzielę to my będziemy już w Polsce.

Trzeba było to jakoś odkręcić. A proces odkręcania okazał się szaleńczo zakręcony.

Najpierw zadzwoniliśmy do rezydenta. Najwyraźniej go obudziliśmy, bo nie do końca kminił, o co chodzi. Postanowiliśmy więc zadzwonić na numer infolinii Itaki obsługujący wycieczki fakultatywne - ale najpierw musieliśmy poczekać, aż infolinia zacznie pracę, bo było jeszcze rano, a my w innej strefie czasowej.

Po kilku rozmowach, w których trudno było ustalić te same szczegóły (pamiętaj, osobne jednostki organizacyjne everywhere), i bezpośrednim kontakcie z rezydentem, udało się wreszcie załatwić satysfakcjonujące rozwiązanie. Organizator pieniądze przeniesie sobie sam na poczet innej wycieczki, na którą jedziemy po południu.

Totalnie niewyspani (jak ten rezydent) spędziliśmy zatem miłe przedpołudnie na basenie, zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy na miejsce zbiórki. Z niego mieliśmy jechać do Bałcziku, na przylądek Kaliakra oraz na bułgarską biesiadę. Na zdjęciu: przylądek Kaliakra.

widok z przylądka Kaliakra w Bułgarii

Jedziemy na wycieczkę

Na miejscu zbiórki trochę się wystraszyliśmy, widząc, że otaczają nas ludzie o średniej wieku 60+. W autokarze tym bardziej: to był dosłownie oddział geriatryczny. Ci wszyscy ludzie razem mieli z kilka tysięcy lat... 

Naszym przewodnikiem był Bułgar Vasco, który wyglądał wypisz wymaluj jak Albert Einstein w hawajskiej koszuli, względnie Ernest Hemingway. Bardzo dobrze mówił po polsku. Sprzedał nam w czasie drogi i oprowadzania dużo ciekawostek o mijanych miejscach, i właściwie to gadał bez ustanku.

Bałczik

Podobno to Białe Miasto, ale jakoś nie zauważyłam ;-)  Odwiedziliśmy letnią rezydencję rumuńskiej królowej - Ciche Gniazdo - oraz okalający ją przepiękny ogród botaniczny. Znajdowały się w nim także niewielkie winiarnie. Do jednej z nich zawitaliśmy na degustację win: śniegowego, figowego i malinowego. Mieliśmy także okazję spróbować migdałowego likieru amaretto i 18-letniej rakiji.

ogród botaniczny w Bałcziku w Bułgarii

Po tej ostatniej to aż oczy łzawiły i to mimo picia we właściwy sposób ;-) Nie jest tajemnicą, że Polacy rakiji pić nie potrafią. Traktują ją jak wódkę albo bimber i wychylają na hejnał, zapijając sokiem lub gazowanym napojem. Tymczasem rakija uchodzi za bułgarską brandy i należy ją pić powoli, sączyć i delektować się. W innym przypadku bardzo szybko uderza do głowy. Cóż, ja wyznaję zasadę, że delektujemy się tym, co nam smakuje, a ten alkohol smakował mi wyłącznie w drinkach z colą. Sam wypalał wnętrzności ;-)

Za to bułgarskie wina są przecudowne. Śniegowe było winem wytrawnym, z winogron zbieranych po pierwszym śniegu... a smakowało jak półsłodkie, albo słodkie, niezwykle łagodnie i orzeźwiająco. Coś wspaniałego.

W winiarni otaczały nas też półki z coraz to starszymi winami. Kusiło mnie strasznie jedno z mojego rocznika, bo ponoć choć raz w życiu powinno się wypić wino w swoim wieku ;-)

Przylądek Kaliakra

To taki bułgarski Hel, ale bez fok, tylko z delfinami. Weszliśmy na klif znajdujący się ok. 100 metrów  nad poziomem morza i zachwycaliśmy się otaczającą nas z trzech stron wodą.

Po drodze minęliśmy restaurację z przecudownym widokiem na morze, jedną z najpiękniejszych, jaką w życiu widziałam. Nie sprawdzałam, jakie tam mieli ceny, bałam się ;-)

bułgarska restauracja z widokiem na morze na przylądku Kaliakra

Na przylądku jest wyłożona śliskimi kamieniami droga, dlatego trzeba włożyć wygodne buty, z nieślizgającą się podeszwą. Po deszczu raczej bym tam nie łaziła.

Ze szczytu cypla mogliśmy obserwować przez barierki wspomniane delfiny, które walczyły z mewami o swój posiłek. Co prawda, nie znajdowały się zbyt blisko nas, ale i tak było je całkiem nieźle widać. Wspaniała sprawa.

Kawarna - restauracja Piknik Bivaka

O tej wycieczce napiszę osobny post.

Podsumowując, dobrze wyszło, że nie pojechaliśmy do Nessebaru, tylko do Bałcziku, na Kaliakrę i bułgarską biesiadę. Podobno to znacznie ciekawsza wycieczka ;-) Nie stałoby się tak jednak, gdyby nie pomoc rezydenta, który z całej firmy najbardziej przyłożył się do tego, by nam pomóc.

Jeśli kiedykolwiek będziesz w Złotych Piaskach, wybierz się na taką wycieczkę. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawić, szczególnie że bardzo dobrze wypośrodkowano zwiedzanie i imprezowanie. Bardzo, ale to bardzo warto! :-)

Zobacz także:

Elvis żyje i kupuje bułgarską Viagrę


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger