Elvis żyje i kupuje bułgarską Viagrę. Wakacje z Itaką w Złotych Piaskach

Od mojego urlopu minęły już prawie dwa miesiące, ale wrażenia są jeszcze całkiem świeże, a wspomnienia - żywe. Jak ten Elvis ;-) Myślę więc, że to dobry moment, żeby ubrać je w słowa i podzielić się z Wami. No i prawda też jest taka, że kiedy nie zrobię tego odpowiednio szybko... to najprawdopodobniej nie zrobię w ogóle. No co Was będę czarować ;-)

piękna plaża w Złotych Piaskach

Te wakacje to był czas pierwszych razów. Po raz pierwszy za granicą, pierwszy lot samolotem, pierwsze all inclusive, pierwsze wczasy z biurem podróży.  No i po raz pierwszy znalazłam się w Bułgarii, kraju, który do tej pory kojarzył mi się, jak wszystkim - z bułgarskimi paniami do towarzystwa ;-) Czy te wakacje coś zmieniły w moim myśleniu? Czy było warto?


Zacznijmy od początku.

Biuro podróży

Na wakacje poleciałam z biurem podróży Itaka. Zdecydowałam się na nich ze względu na dwie rzeczy: dobre opinie wśród znajomych i korzystne ceny.

Pierwsze wakacje, więc spodziewałam się, że skoro organizuje wszystko ktoś, zamiast mnie, to będzie idealnie. No cóż... Aż tak pięknie to nie było.

Kiepska organizacja

Zaczęło się od odkrycia, że chociaż przy rezerwacji online jest napisane na stronie "Zapłać stacjonarnie", to nie ma takiej możliwości - ponieważ stacjonarne punkty wcale nie stanowią wraz z centralą jednego organizmu. Stacjonarnie zapłaciłabym jedynie w... Opolu, gdzie mieści się centrala. Bardzo dziwny sposób zorganizowania biura. W sumie ja to w miarę jeszcze rozumiem, jak to działa, ale uważam, że działa kiepsko i czas się jakoś zgrać, bo nie każdy klient musi rozumieć, że każdy punkt stacjonarny Itaki to jakaś odrębna jednostka organizacyjna. Ale to jeszcze nic takiego.

Atrakcje z czarterem Small Planet

W sumie nie wiem, czy to bardziej wina biura podróży, czy linii lotniczych, ale swoją przygodę zaczęłam od kilkukrotnej zmiany godzin lotu - i to nie o godzinę czy dwie, ale od razu o 20 godzin wstecz, po czym powrócono do pierwotnego terminu. W efekcie musiałam dobierać dodatkowe dni urlopu i kombinować, kto inny podrzuci mnie na lotnisko, bo już umówiony znajomy odpadł przez zmiany w ostatniej chwili.

Na lotnisku na te same problemy skarżyli się również klienci Tui oraz Sun and Fun, więc wnioskuję, że problem leży po stronie linii czarterowych... ale jako klientowi mi to zwisa i myślę, że tutaj jest spore pole do popisu dla biura ;-)

Sam przelot okazał się znacznie mniej straszny, niż się spodziewałam. Jedynie przy lądowaniu przekonałam się, że ten mityczny ból uszu istnieje naprawdę - i musiałam się ratować stoperami. Na szczęście, byłam przygotowana na taką ewentualność.

O liniach nie ma co mówić - wcześniej czytałam o nich kiepskie, polaczkowate opinie, a okazało się, że były w porządku. Bardziej doskwierało mi to, że na lotnisku i w samolocie był hałas, którego źródłem były wszechobecne dzieci. To jest coś, do czego chyba nigdy się nie przyzwyczaję - ale to nie jest raczej wina linii. Wydaje mi się, że rodzice mogliby się lepiej zastanowić, zanim wybiorą się na wakacje samolotem z dwulatkiem - dla nich jego nieustający płacz to norma, a dla ludzi wokół - trauma.

Transfer między lotniskiem a hotelem odbywał się już autokarami. Właściwie, to niewiele poszło tam tak, jak należy, więc nie wspominam tej części najlepiej. Głośno, ciasno, długo i chaotycznie. Plus jeszcze nasi nieogarnięci rodacy, którzy się spóźniali albo wsiadali omyłkowo w busy innych biur podróży, i trzeba ich było szukać.

Hotel

Spałam w hotelu Briz, który mieści się dość wysoko nad poziomem morza. To hotel trzygwiazdkowy, zatem nie ma co wymagać nie wiadomo jakich standardów. I tak też było - przyzwoicie. Przyzwoite pokoje, przyzwoite jedzenie...

Z większą częścią obsługi można było się spokojnie porozumieć: po angielsku, rosyjsku i niemiecku, a często rozumieli też po polsku. Panie sprzątające mówiły i rozumiały tylko po bułgarsku, co nie jest w sumie niczym dziwnym, i mimo tego, że zawsze kiwałam głową "po polsku" (a wiecie, że u Bułgarów przeczące kręcenie głową znaczy "tak"?), to jakoś się z nimi dogadywałam. Pewnym minusem było to, że wchodziły do pokoju nawet gdy wywieszona była karteczka "Do not disturb". Obsługa była też dość miła.  Pierwsze zgrzyty pojawiły się dopiero w ostatnim dniu pobytu.

Największym zgrzytem w hotelu był jednak kompletny brak wyciszenia, a z racji tego, że koło mojego pokoju spała banda rozwydrzonych nastolatków z polskiej zielonej szkoły (gdzieś ze Śląska - nie pozdrawiam), nie byłam w stanie wyspać się tak dobrze, jak bym chciała. Pierwszego dnia do hotelu dojechałam po 4 rano i zasnęłam dopiero o 6... Po dwóch godzinach zaczęło mi się śnić, że podwieszany sufit na mnie spada, bo nastolaty zaczęły biegać po pokojach i trzaskać drzwiami. W efekcie w ogóle nie odespałam męczącej podróży i chyba tylko świeże morskie powietrze pomogło mi czuć się dobrze.

Co robić w Złotych Piaskach?

Z drugiej strony jednak, w hotelu nie spędzałam zbyt wiele czasu. Jedynie do południa siedziałam sobie nad basenem - a ten naprawdę był bardzo przyjemny! Po południu szłam na plażę albo na spacer. Droga do plaży oraz do głównej promenady prowadziła przez około 200 schodów w dół, co naprawdę dawało w kość, ale było warto. Bywały dni, że pokonywałam te schody w obie strony trzykrotnie - słowem: 1200 schodów dziennie. Teraz wejście na piętro nie robi na mnie wrażenia...

Morze Czarne z bliska to coś fantastycznego. Przede wszystkim zachwyciło mnie pięknym kolorem i było naprawdę cieplutkie. Jedyny minus: dość silne i duże fale, ale ja w morzu nie pływam, więc nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Tylko jednego dnia był całkowity zakaz pływania i czerwona flaga, w pozostałe - albo zielona, albo żółta.

molo w Złotych Piaskach

Pogoda w Bułgarii też była bardzo przyzwoita. W pierwszy dzień trochę pochmurno, ale bardzo ciepło. Przez resztę tygodnia - bezchmurnie i gorąco, po 27 stopni, a w nocy jakieś 20. Cieplutko i przyjemnie.

Co można było jeszcze tam robić, oprócz plażowania?

Jakieś 3 km od hotelu znajdował się wykuty w skale monastyr Aładża.

Można było przejechać się do Warny - kosztowało to ok. 5 lewów. Oczywiście, już po negocjacjach z taksówkarzem. Ogólnie, z tymi taksówkami w Bułgarii jest cały ceremoniał, jak je złapać i jak nie dać się złapać jednocześnie. Myślałam, że to tylko rezydent sprzedaje nam takie oklepane historyjki, a potem się okazało, że dokładnie tak to wyglądało.


Można było przejść się do centrum - pełnego różnych knajp, stoisk i pamiątek. Nie brakowało tam również przerażających barów z niemiecką muzyką rozrywkową, która idealnie nadawała się do puszczania więźniom w Guantanamo ;-) Wystrój przed nimi również był koszmarny...

niemieckie bary w Złotych Piaskach

Im dalej w las... to znaczy, w centrum, tym więcej reklam z wyginającymi się paniami i podpisów typu "strip club", "erotic club", oraz banerów kierujących do stoisk, oferujących - a jakże by inaczej - na przykład Viagrę. Bez zażenowania. Podobno zdarzało się też, że sprzedawcy nagabywali młodych ludzi na plaży i proponowali im narkotyki...

Oczywiście, zwykłych klubów i takich, gdzie można było się bawić na plaży, też nie brakowało. Bardzo ciekawym miejscem był Aloha Bar, gdzie zapraszano na dwa drinki w cenie jednego plus shot gratis, leciała muzyka latino i imprezę rozkręcała taneczna ekipa. Jeśli ktoś chciałby się pobawić, na pewno tam by się odnalazł.

Ja uciekłam, podobnie jak para z Finlandii (na początku obsługa pytała, skąd jesteśmy i przynosiła na stolik flagę naszego kraju w butelce) do nieco spokojniejszego baru Sirena z muzyką na żywo. Wysłuchałam tam bardzo przyjemnego koncertu coverów i... Elvisa, który też był na żywo, więc o jego śmierci to chyba jakieś plotki. Elvis żyje, ma się dobrze i śpiewa sobie w Złotych Piaskach ;-)

drink mojito w Złotych Piaskach

Można było się też wybrać na jedną z fakultatywnych wycieczek, ale z racji tego, że to dłuższy temat, opisałam go w kolejnym poście. Tutaj też wynikł po drodze pewien problem i po raz kolejny podzielenie Itaki na osobne jednostki organizacyjne mocno utrudniło jego rozwiązanie.

Wpis znajdziesz tutaj:

Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką


No to jak było? Moje wrażenia

Podsumowując... nie wiem, czy jestem zadowolona. Chyba tak w 60%.  Było OK, Złote Piaski są zachwycająco piękne i z racji tego, że sezon się jeszcze nie rozpoczął, w mieście było w miarę spokojnie. Hotel też w porządku, jakkolwiek kolejnym razem wybrałabym raczej inny, znajdujący się bliżej morza i z większą liczbą gwiazdek. 

Nieco rozbiły mnie tylko problemy organizacyjne i tutaj uważam, że Itaka powinna mocno popracować nad tym, co i w jaki sposób oferuje klientom. Nie można dawać byle czego, jeśli ludzie płacą za to w tysiącach złotych.

Ja wiem, że zawsze znajdzie się jakiś Janusz, który będzie ich potem w internecie obsmarowywał, ale moje podejście jest trochę inne: jestem w miarę zadowolona, ale przeszkadzała mi pewna niedbałość o szczegóły, więc wprost o niej piszę. Richard Branson twierdził, że pracodawca powinien w pierwszej kolejności dbać o swoich pracowników, a wtedy oni zadbają o klientów - wnioskuję więc, że ta niedbałość wynika z braku wystarczającej troski o załogę. Może czas nad tym popracować?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger