wtorek, 30 sierpnia 2016

Podświadomość, rower Ikea i zakonnice. Przegląd tygodnia 22-28 sierpnia

Ten tydzień był spoko. Sporo pracy - doszłam do wniosku, że im bardziej zwlekam, tym mniej potem zrobię, dlatego wystartowałam już w poniedziałek. Z założeniem, że zaczynam niedługo po wstaniu, żeby popołudnie mieć już dla siebie. Prawie się udało ;-)

Pielgrzymi dalej chodzą... W czwartek byłam na wsi i obudzili mnie o 7 rano swoimi śpiewami. Moja pierwsza myśl po wybudzeniu była zaskakująco rozbudowana: Im normalnie brakuje poczucia przyzwoitości!. I dalej tak myślę. Sorry, ale darcie paszcz przez megafony o 7 rano nie jest fajne. To znaczy, dla wydzierających się pewnie jest, ale dla słuchających- oj, nie. Choć to może i nie był najgorszy przypadek, bo kiedyś obudzili mnie przed 6. Cisza nocna pielgrzymów nie obowiązuje? :-P

I okropne jest to, że się potem te ich cudne pieśni człowiekowi nucą w myślach. A swoją drogą, zauważyliście, że te śpiewające przez megafon oazowe laski na pielgrzymkach zawsze brzmią identycznie? Tak samo, jak DJ-e na imprezach :-D

Jedna się wyróżniała, zawzięcie zagrzewając pozostałych do śpiewania - A teraz wy! No, nie słyszę was! Idę o zakład, że obudzeni mieszkańcy mijanych domów pomyśleli nolens volens to, co ja - Ale ja was, k...wa, słyszę...

Od niedzieli czytałam Potęgę podświadomości. Niby tylko 300 stron, a jednak zajęło mi to cały tydzień. Myślę jednak, że to jest taka książka, którą trzeba czytać po kawałku i dać sobie czas na przemyślenie i przyjęcie do wiadomości. I że to był dobry czas na jej przeczytanie - ostatnio ciągle tkwię w temacie spełniania marzeń i różnych sposobów na to, a ona dobrze się w to wpisuje. Jakkolwiek, jest dość specyficzna ;-)

Robiłam ładne zdjęcia.



Było też dużo łapania Pokemonów - po pierwsze, wreszcie aplikacja jest dostępna na mój telefon (bo niestety nie była na początku, ale napisałam maila do twórców). Po drugie, udało mi się poskromić kapryśnego GPS-a w moim smartfonie - nie chciał "załapać" ani przy odpaleniu map, ani przy Pokemon GO. Okazało się, że wystarczy zrobić jedną rzecz i wtedy już wszystko działa jak należy. No, prawie, jak należy. Najbardziej typowa porada informatyczna ever zawsze działa ;-)

W związku z zawziętym polowaniem na Pokemony nastawiłam się na złapanie Pikachu. Jednak nie musiałam - wykluł mi się z jajka :-D

I chyba Wam napiszę, co w ogóle myślę o tej grze, bo ktoś może powiedzieć, że to dziecinne, głupie... Ja tak nie uważam, ale kpię sobie troszkę z tego, jakie to jest popularne. Gdy poszłam do parku, jakieś 90% ludzi łaziło z telefonami i ewidentnie szukało stworków. A jak poznać, że ktoś gra w Pokemon GO? Po telefonie podłączonym do powerbanka ;-)

Ja jestem jedyną osobą, która nie potrzebuje takiej "dopinki" do smartfona :-D Ale tak serio, to gra tak skutecznie wykańcza baterię, że ja ostatnio wyszłam z 50%, a wróciłam z 4% po jakichś dwóch godzinach grania ;-)




Zakochałam się w tej piosence. Niby ją znałam, ale teraz odkryłam ją na nowo, gdy usłyszałam jej cover. Był spoko, ale postanowiłam posłuchać oryginału - milion razy lepszy. A potem postanowiłam się jej nauczyć i uparcie ją śpiewałam ;-) Sąsiedzi mnie muszą błogosławić...

Wiem, że w filmiku tekst jest nie do końca prawidłowy - ale wrzucam ten, bo rozwalił w mnie w 4:12 ;-)

W piątek dostałam bardzo miłego maila - wygrałam konkurs "Nivea z Hebe", gdzie trzeba było kupić dwa produkty z Nivea, a potem zgłosić paragon i napisać odpowiedź na pytanie. Ku mojej wielkiej radości, zdobyłam jedną z nagród głównych czyli rower Nivea. O, taki :-) Ładny, co? :-) Ucieszyłam się tak, że pół bloku mnie słyszało ;-) Dosłownie euforia. Żartuję sobie, że to wynik tego, co sobie pomyślałam. Kosmetyki, które kupiłam, niestety po raz kolejny niezbyt się u mnie sprawdziły (wychodzi na to, że "dogaduję się" jedynie z kremem Nivea :-D) i pomyślałam sobie, że skoro właśnie wydałam kasę na coś, czego nie zużyję, to muszę wygrać ten rower :-D Jakbym wygrała nagrodę pocieszenia, to by była straszna ironia losu, bo w jej ramach były właśnie zestawy kosmetyków :-D

Możecie również uznać, że zastosowałam w życiu to, co wyczytałam w Potędze podświadomości ;-)

Tak czy owak, to mogło być 20 złotych wyrzucone w błoto - a jednak okazało się najlepszą inwestycją ;-) Czasem trzeba zrobić coś "pod prąd", jeśli tylko czujemy, że jakimś sposobem jest to właściwe ;-)

Poza tym, miałam przeczucie, że powinnam koniecznie wziąć udział w tym konkursie i że wygram. Zdążyłam zrobić zakupy w ostatnim dniu :-) Swoją drogą, czuję również, że ten paragon zapewnił mi wygraną w jeszcze jednym konkursie ;-)

Potem pół weekendu spędziłam na obczajaniu w sieci, jak ten rower wygląda. Zawsze tak mam, jak czekam na upragnioną przesyłkę ;-) Znalazłam tym sposobem na OLX kilka zdjęć tych rowerów, które ktoś sprzedawał. W tym jedno, gdzie rower nie był używany w ogóle. Ba, nawet nie był złożony :-D Wcześniej zastanawiałam się, jak mi go przyślą - teraz już wiem, że dostanę karton z rowerem w częściach, z serii "Złóż to sam". Ta wizja niesamowicie mnie bawi (do tej pory zawsze kupowałam rowery w całości, na żywo ;-)) i żartuję sobie, że w takim razie to nie jest rower Nivea, tylko rower Ikea ;-)

Wiem, że dam radę, zawsze lubiłam grzebać przy rowerach i mam jako takie wyczucie, co gdzie się powinno znajdować. Zresztą, nie muszę go składać od A do Z - z tego, co widziałam, do dokręcenia są pedały, siodełko, kierownica, przednie koło, koszyk i dzwonek.

Poza tym w piątek był już standard, czyli wypad na basen. Zasuwałam przez długości jak nakręcona :-D Tylko się woda burzyła :-D

Czekam jeszcze ciągle z niecierpliwością na rozwiązanie innego konkursu, na którym bardzo mi zależy. Wiem, że to formalność, czuję, że wygrałam, ale jednak chciałabym już to zobaczyć na piśmie ;-)

Aktualizacja: wygrałam! ;-)

Weźcie udział w tym wyzwaniu, naprawdę się opłaca :-) Będziecie mieć potem dużo powodów do wdzięczności! ;-)

Z Potęgą podświadomości uporałam się w piątek i zaczęłam kolejną książkę - Zakonnice odchodzą po cichu. Muszę przyznać, że była tak dobrze napisana, że się dosłownie przenosiłam w wyobraźni do opisywanych miejsc. Niestety, jest to zbiór dość smutnych historii. Napiszę Wam więcej o tej książce w recenzji, ale już teraz książkę polecam, bo skłania do refleksji. Czasem i coś takiego trzeba przeczytać :-)

Kolejna zaś na tapecie była słynna Dziewczyna z pociągu.

Na blogu pojawiły się dwa wpisy:


A u Was co tam? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 27 sierpnia 2016

Mój pierwszy rok "kierowcowania" - czy było warto?


Ku mojej wielkiej radości, w lipcu minął pierwszy rok, odkąd mam prawo jazdy. Co ten kawałek plastiku zmienił w moim życiu? Bardzo dużo! :-)

Skoro mam prawko od roku, według kodeksu jestem już kierowcą doświadczonym i przysługuje mi pełny limit punktów. Przez cały ten czas ani razu nie dostałam mandatu, ani fotki z fotoradaru i zamierzam ten stan utrzymać. Mam koleżankę, której się to udaje już od 7 lat ;-)

Zacznijmy od tego, że podpisuję się obiema rękami pod stwierdzeniem, że kobieta powinna mieć prawo jazdy. No, dobra, ono jest nieco zawoalowane w tym wpisie, ale jednak. W to, że są osoby, które nie mają talentu do prowadzenia samochodu - też nie wierzę. Nawet po zaobserwowaniu wielu różnych ciekawostek na drodze w trakcie mojego pierwszego roku "kierowcowania"... Można nie umieć śpiewać czy rysować, ale prowadzenie auta to czysto techniczna umiejętność, coś, jak obsługa urządzenia. Tego można się nauczyć! A my, kobiety, mamy nawet łatwiej, bo zazwyczaj z natury możemy się pochwalić podzielną uwagą, która za kółkiem zdecydowanie się przydaje :-)




Jakim jestem kierowcą po tym roku? O dziwo, z czasem nabrałam pokory. Nie miałam wielu niebezpiecznych sytuacji - ot, jakieś drobiazgi, typu ktoś zajechał mi drogę, nagle zahamował czy wyskoczyła sarna zza domów. Owszem, stresujące, ale ostatecznie nic złego się nie stało i za każdym razem udało mi się wybrnąć, więc nie ma się czym martwić. Zdarzyło mi się "przydzwonić" w słup, czy też auto za mną (nic nikomu nie zepsułam na szczęście) przy zawracaniu lub wyjeżdżaniu z parkingu. Jak na złość, wszystkie tego typu akcje zdarzają mi się przy moim mężczyźnie, którego autem jeżdżę, ale na szczęście jeszcze mi nie zabrał kluczyków ;-)

Druga kwestia jest jednak taka, że jego auto jest niezniszczalne. W przypadku walnięcia w znak ucierpiał jedynie znak :-D

Mój facet od początku mówi, że jestem kierowcą odważnym - i prawda. Większość moich manewrów, zwłaszcza tych parkingowych, to mijanie innych aut na centymetry. Żeby było śmieszniej - nigdy w takim przypadku o nic nie zahaczyłam. To się zdarzało jedynie wtedy, gdy byłam do granic możliwości ostrożna. Ironia losu :-D Poza tym, dość szybko zaczęłam przekraczać dozwolone prędkości. Po tym roku jednak znalazłam swój "limit", w którym czuję się dobrze i raczej rzadko jadę szybciej niż 100 km/h. W zabudowanym może z 80-90 - zdarzyło mi się raz grubo przekroczyć setkę, ale mój wspaniały przypomniał mi wtedy, że w takim przypadku mogę stracić prawko. To był dobry argument :-) Ogółem, lubię prędkości, ale daleko mi do zasuwania 200 przez zabudowany :-) Poza tym, ostatnio jakoś mniej pewnie jeżdżę, gdy prowadzę sama - chyba, że po dobrze znanych mi drogach. Jedyne, co mi zostało z początków, to odważne manewry parkingowe i kombinowanie, jakby tu wyjechać na raz, a nie na pięć. Nawet, jak ktoś mnie uziemi :-)

Ostatnio dopiero nauczyłam się parkować tyłem - ale muszę nieskromnie przyznać, że świetnie mi to wychodzi. Na jazdach nie bardzo była okazja i czas, żeby się uczyć wszystkich rodzajów parkowania, zwłaszcza, że nie są wymagane na egzaminie, stąd takie opóźnienie. No, i bałam się, że to trudne - a wcale nie :-)


Ogółem, potwierdzam jednak to, co się mówi o nauce na kursach: taka prawdziwa jazda po mieście to coś całkiem innego. Wiadomo, trzeba umieć ruszać pod górkę, czy parkować, ale poza tym o wiele więcej nauczyłam się, po prostu jeżdżąc. Sama ta atmosfera nauki, czy egzaminu, kiedy jesteśmy nieustannie oceniani, jest tak ciężko stresująca, że się sama sobie dziwię, jakim cudem ja w ogóle zdałam. Myślę, że o wiele lepszym systemem byłoby jeżdżenie po okiem doświadczonego kierowcy, znajomego lub kogoś z rodziny, przez kilka miesięcy, a potem pójście na egzamin. I mniej sztywne egzekwowanie pewnych rzeczy - to, czy chcę jeździć ekologicznie i hamować silnikiem, bo zużywam w ten sposób mniej paliwa, to moja sprawa. Nie powinnam być za to rozliczana na egzaminie, zwłaszcza, że cała ta zabawa z kursem, badaniami i egzaminami, to naprawdę droga impreza, więc chyba WORD-y stać na mniej ekologiczną jazdę egzaminowanych ;-)

Dalej bardzo lubię jeździć. Nie mogę jeszcze powiedzieć, żeby to była czynność, która mnie uspokaja, bo jest raczej wręcz na odwrót (chyba, że jadę po pustej drodze poza miastem) - w mieście ciężko się zrelaksować za kółkiem ;-) Mój facet twierdzi, że za łatwo się denerwuję na innych kierowców, a ja przyznam, że czasami owszem i nieraz rzucę swojską "k...rwą" lub kogoś otrąbię, gdy przede mną wyczynia jakieś cuda ;-) Staram się zrozumieć jednak, że może miał ostatnią chwilę na zmianę pasa, albo mnie nie zauważył i za chwilę nawet nie pamiętam, że mnie coś wzburzyło. Ot, urok choleryka. Na pewno jednak nie staram się nikogo staranować :-D Powyzywam i przestanę. Albo sobie czasem pomarudzę.

Jeślibyście mnie zapytali, czy warto robić prawko - odpowiem, że ZDECYDOWANIE TAK! To naprawdę bardzo przydatna w życiu umiejętność, i w życiu prywatnym, i w zawodowym. Dzięki niej możemy nawet zarabiać 8 tysięcy miesięcznie, jeśli aż tak bardzo polubimy tę czynność. Muszę przyznać, że chodzi mi to ostatnio po głowie ;-)


Dobrym pomysłem było też na pewno uczenie się w trakcie kursu na własną rękę - a dokładniej, jeżdżenie autem mojego mężczyzny po mało uczęszczanych dróżkach poza miastem. Naprawdę, oswoiłam się dzięki temu z techniką i z prowadzeniem innego samochodu, niż ten z kursu. Czułam się też o wiele swobodniej, niż w trakcie jazd, kiedy mi się zdarzył jakiś błąd, czy samochód zgasł. Tak szczerze, to zdarza mi się to do dziś, tak samo, jak nie zawsze pamiętam o redukcji biegów. Wychodzę jednak z założenia, że dam radę to dopracować i daję sobie na to czas. Nie od razu Kraków zbudowano :-)

Pasażerów na szczęście też mam spoko. Nie musiałam jeszcze nikogo ładować do bagażnika, jakkolwiek niektórym się czasem odgrażam :-D Dla śmiechu przyznam jednak, że miałam okazję jechać kiedyś autem, w którym jeden z pasażerów się nie zmieścił i wylądował przez to (za własną zgodą) w bagażniku. Zabawne, ale chyba jednak nie dla niego ;-)

A Wy jak? Jeździcie, czy się boicie? Mam nadzieję, że choć troszkę Was zainspirowałam :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Offroad, ofiara losu i spożywczy raj. Przegląd tygodnia 15-21 sierpnia

Hej! Moje miasto wciąż jeszcze rozbrzmiewa świętymi pieśniami i przyjmuje kolejne grupy pielgrzymów, ale ten najgorszy etap mamy już za sobą. Tym sposobem już nie musiałam uciekać na weekend na wieś ;-)

A propos świętych pieśni - jak ci księża ze świętej wieży potwornie śpiewają... Myślałam, że nie da się gorzej niż organista z kościoła, w którym czasem zdarza mi się zameldować na mszy. Ot, starszy pan, który śpiewa takim słabiutkim, starczym głosem i ledwo "wyciąga" - zawsze przy "Alleluja" mam wrażenie, że on zaraz zejdzie. Brzmi, jakby po godzinach dorabiał w kapeli deathmetalowej...

Ten tydzień był całkiem dobry - zwłaszcza, że poniedziałek był we wtorek :-D Co prawda, to, że zaczął się od święta, wybiło mnie kompletnie z rytmu i efekt był taki, że miałam nieplanowany długi weekend - ni cholery nie potrafiłam się zabrać za pracę i tak naprawdę zaczęłam dopiero w ... czwartek. I żeby wyrobić się ze wszystkim, musiałam pracować również wczoraj, i przedwczoraj. No, cóż - freelance, więc sama decyduję kiedy, co i jak. Jednak jakoś specjalnie mnie nie bolała ta praca w weekend, bo poświęcałam na nią może z 2 godziny dziennie. Mogłam w sumie zrobić już wszystko w sobotę, ale starałam się zorganizować tak, żeby mieć na wszystko czas - i na pracę, i na trochę lenistwa z książką, i na dalsze aktywności :-)

W święto zdążyłam dla Was napisać tygodnik, przeczytać fajną książkę (napiszę Wam zbiorczą recenzję, jak uzbieram jeszcze ze dwie-trzy takie powieści), a potem miło spędzić dzień na kolejnej wycieczce po Jurze :-) Tym razem postanowiliśmy odwiedzić zamek w Bobolicach, który całkiem niedawno został odrestaurowany. Pamiętam, że byłam tam na wycieczce w gimnazjum (to było coś w klimacie pleneru malarskiego) i wtedy były to jeszcze ruiny.

Dziś zamek jest wyremontowany, jakkolwiek podobno właściciel odnawiał go bez oryginalnych planów (podobno nie dało się ich odnaleźć) i nieco go poniosła fantazja... Cóż, po zobaczeniu alarmów, kaloryferów, wbudowanych halogenów, plastikowych okien i gniazd RJ-45 (do internetu) stwierdzam, że faktycznie. Z drugiej strony jednak myślę, że w takim przypadku ochronił budowlę przed dalszymi zniszczeniami, bo skoro jest ogrzewana... Zabawnie było zobaczyć te wszystkie nowoczesne elementy w budowli stylizowanej na historyczną, ale klimat i tak spoko :-)

Zanim tam pojechaliśmy, natrafiłam też na informację, że właściciel nie życzy sobie fotografowania. Okazało się jednak, że obsługa wręcz zachęca do robienia w środku zdjęć, także... najwyraźniej zmieniła się polityka ;-)







Swoją drogą, miałam okazję być kierowcą w trakcie tej wyprawy. Pożałowałam tej decyzji w okolicy Niegowej przy sześciu ostrych zakrętach jeden po drugim :-D Lubię szybko jeździć, a tam się normalnie nie dało, bo co chwila trzeba było zwalniać. Jurajskie serpentyny ;-) Tak czy owak, zdobyłam jednak kolejne cenne doświadczenie, zwłaszcza, że była to chyba jedna z moich najdłuższych wypraw w roli kierowcy.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Złoty Potok.



A potem o pobliski sklep, gdzie zaparkowałam jak typowa ofiara losu. Piszę to specjalnie, żeby zapamiętać i być bardziej wyrozumiałą dla innych. Zazwyczaj mocno marudzę, gdy nie mogę gdzieś zaparkować przez to, że ktoś inny postawił auto na skos przez dwa miejsca. Cóż, ja tam zrobiłam to samo. Suma moich obecnych umiejętności plus zbyt małej przestrzeni na ewentualne próby poprawienia. Jak inni ;-)

Przejechaliśmy sobie również przez Olsztyn, ponieważ usłyszałam, że stamtąd do domu możemy dojechać przez las i polne drogi. Perspektywa offroadu tak bardzo mi się spodobała, że już nie szło mnie od tego odwieść :-D Jechało się megafajnie, ale momentami miałam wrażenie, że auto się przechyla za mocno ;-) Zakurzyłam je niesamowicie i potem przez cały tydzień zastanawiałam się, czy czekać na deszcz (samochód stoi na zewnętrznym parkingu), czy jednak jechać na myjnię... :-D Cóż, deszcz spadł wczoraj ;-)

We wtorek zaś wróciliśmy do miasta.

W czwartek zrobiło się aktywnie. Raz, że pojechałam do Lidla po zestaw narzędzi. Ze strachem wybrałam się o jakiejś 10 rano, obawiając się rzeźni i walk emerytów. Na szczęście nie było tak źle :-) Nikt się o nic nie bił. Do tego kupiłam sobie kolorowankę antystresową, o której marzyłam od dłuższego czasu. I muszę przyznać, że taka "analogowa" jest o wiele fajniejsza niż elektroniczna ;-) Potem próbowałam ogarnąć pracę i coś tam nawet mi się udało. A potem natchniło mnie, żeby sobie kupić w końcu tableta (bo ileż można próbować czytać na rozbitym). Niestety, tak długo przeglądałam oferty różnych sklepów, że nie zdążyłam sobie przelać kasy na swoje "użytkowe" konto i musiałam się wstrzymać z zakupem do piątku. Pojechałam jednak obczaić na żywo, co tam ciekawego mają w Media Markt, Auchan i Euro. Ostatecznie napaliłam się na tego, tylko w wersji z Windowsem 10.




Zajrzałam także po raz pierwszy do Almy i przepadłam. Litewskie batoniki twarogowe i włoska mozzarella. Bosko! Szkoda tylko, że ponoć Alma upada, bo dawno nie widziałam sklepu, w którym byłby tak szeroki wybór. Mam ostatnio ochotę poeksperymentować w kuchni i poznać jakieś nowe smaki, a tam znalazłam swój spożywczy raj.

Zaliczyłam również bardzo przyjemną przejażdżkę po mieście i stwierdziłam, że taka wieczorna jazda autem mnie relaksuje. Pewnie dlatego, że jest mniejszy ruch i że miasto po ciemku jest ładniejsze ;-)

Na drugi dzień kupiłam tego wymarzonego tableta, z Windowsem. Czego troszkę żałuję, ale... napiszę Wam za jakiś czas recenzję :-) Potem poświęciłam masę czasu na pracę. A potem pojechałam z moim wspaniałym na basen i tam odpoczywaliśmy po tygodniu pracy (tak, ja jeszcze nie miałam po czym odpoczywać :-D). Naprawdę bardzo się cieszę, że udało nam się znaleźć sport, który oboje lubimy i regularnie poświęcamy czas, żeby popływać. Może raz w tygodniu to mało, ale wciąż to więcej niż nic ;-)

W sobotę zaś, tak, jak wspominałam, pracowałam. A potem czytałam. A potem pojechaliśmy sobie na wycieczkę rowerową w plener.

Posiedzieliśmy trochę nad stawem, po czym wróciliśmy do mieszkania, żeby szybko się ogarnąć i iść do kina na Ben Hura. Recenzja się pisze ;-)

Niedziela zaś, z racji paskudnej pogody, była baaaaaardzo leniwa. Dokończyłam Dziewczynę do wszystkiego (hmmm, takie sobie - może wspomnę w tej zbiorczej recenzji), zaczęłam i skończyłam czytać W co grają ludzie (także tablet jest intensywnie używany) i obejrzeliśmy Lidzbarską Noc Kabaretową. Totalne lenistwo. Jedyna aktywność tego dnia to wyjście do sklepu i zrobienie obiadu :-D A Noc Kabaretową polecam, totalnie nas rozwalił Piotr Bałtroczyk, Grzegorz Halama i Łowcy. B. Dobrzy byli :-)

Dziś zaś... cóż, usiłuję się zabrać za pracę, ale plan jest taki, że zrobię to dopiero po południu. Na razie czytam. A co? Dowiecie się z przyszłego przeglądu tygodnia :-)

Na blogu zaś standardowo - pojawiły się trzy teksty:





A co tam u Was dobrego? :-)

Miłego tygodnia! :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 20 sierpnia 2016

Intrygujące bąki w Paryżu i inne ciekawostki wyczytane w "Madame Chic"


Do tej książki podchodziłam, jak pies do jeża. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że francuski szyk mnie urzeknie. W końcu jednak poczułam, że czas na jakąś lżejszą (i cieńszą) lekturę, więc w niedzielne przedpołudnie odpaliłam sobie na tablecie Lekcje madame Chic. Opowieść o tym, jak z szarej myszki stałam się ikoną stylu i.... przepadłam. Wieczorem książka była przeczytana.


Dokładnie czegoś takiego potrzebowałam. Lekkiej i przyjemnej powieści. Dużym plusem jest to, że ma ona na celu nauczenie nas czegoś dobrego (stąd też na końcu każdego rozdziału znajdziemy krótkie, wypunktowane podsumowanie). Co prawda, nie wszystkie lekcje do mnie przemawiają, ale myślę, że można z tej książki wynieść sporo dobrego.

Jest to historia autorki, która wyjechała do Francji na wymianę studencką i trafiła do zamożnej rodziny z arystokratycznymi tradycjami - którą nazywa w książce rodziną Chic (myślę, że mogę to przetłumaczyć jako "rodzina Szykownych"). Przyjechała tam jako prosta nastolatka, śpiąca w starym dresie, ubierająca się w co popadnie i podjadająca nocami, a wyjechała jako...

No, właśnie. Dowiedziałam się na przykład, że Podjadanie to przeciwieństwo szyku. W Paryżu coś takiego po prostu nie uchodzi. Wiecie, oni wolą zjeść trzy porządne posiłki: śniadanie, obiad i kolację, którymi nasycą się na tyle, że już nie mają miejsca na dodatkowe przekąski. Dodatkowo, posiłki zjadają zwykle wspólnie przy stole, nie spiesząc się i rozmawiając ze sobą. Bez telewizora i telefonów. Cóż... tu zazgrzytałam zębami, bo o ile w ogóle taka tradycja jest bardzo fajna, to mnie się przypomniało, że uczestniczyłam w czymś takim w Berlinie. I zaczęłam współczuć autorce, bo żadna to przyjemność, kiedy wymaga się od Was, że spędzicie przymusowo kilkadziesiąt minut przy jednym stole z obcymi ludźmi, z którymi niekoniecznie chcecie ten czas spędzić. No, przynajmniej ja bym nie chciała. Akurat w takim przypadku wolałabym złapać coś szybko, zjeść i pójść do swojego pokoju. Jednak nie skupiajmy się na tej kwestii - generalnie zwyczaj jest bardzo fajny i stosuję się do niego. Wolę poczekać godzinę, aż mój mężczyzna wróci z pracy i zjeść obiad wspólnie, a przy okazji porozmawiać. Cała rzecz w tym, żeby taki czas spędzać z tymi, z którymi chcemy :-)





Kolejną kwestią, o której mowa w książce, jest aktywność fizyczna. Mowa tu jednak bardziej o tym, żeby starać się więcej czasu spędzać w ruchu i włączać elementy gimnastyki do codziennych zajęć: więcej spacerować niż jeździć autem, chodzić po schodach, zamiast używać windy... Krótko mówiąc, niech to będzie styl życia, a nie upierdliwa konieczność. Ja się staram ostatnio regularnie ćwiczyć na stepperze. Mieszkanie sprzątam sama, na zakupy chodzę na nogach... Nie jestem do końca pewna, czy takie domowe obowiązki są w stanie zastąpić treningi, ale na pewno dobrze je uzupełniają. Tyle tylko, że jeśli czuję, że mi się naprawdę nie chce, to nic nie robię. Uważam, że w ten sposób organizm daje mi sygnał, że potrzebuje odpoczynku i tego mu nie odmawiam.

Minimalizm w garderobie... czyli wyzwól siebie dzięki szafie z dziesięcioma rzeczami. To jest coś, czego nigdy nie zrobię. Zgadzam się, że powinniśmy zawsze starać się dobrze wyglądać i wyzwolić z tego dawnego podziału ubrań na "codzienne", "świąteczne" i lumpy "po domu". Każdy dzień jest świętem, a my zasługujemy na to, by wyglądać i czuć się ładnie. Dziurawe, przetarte, sprane ciuchy wyrzucam i koniec, kropka. Żadnego naprawiania, łatania... To jest jedynie usprawiedliwione, gdy naprawdę nie mielibyśmy w czym chodzić. Nie uważam jednak, że wystarczy mi dziesięć ciuchów w danym sezonie, nawet jeśli mam w to nie wliczać okryć wierzchnich, dodatków czy podkoszulek... Ogólnie, do tego nurtu minimalizmu nastawiona jestem raczej średnio entuzjastycznie. Może przez panią, która o minimalizmie napisała cztery grube książki ;-)

Zawsze wyglądaj porządnie. Już o tym wspomniałam. Tyle tylko, że w książce jest to przedstawione, jako łażenie po domu w stroju wizytowym (u panów koszuli i swetrze) przez cały dzień. Ja tam myślę, że w domu wystarczy ubranie, które jest czyste i nie podziurawione. Niech i nawet to będzie dres, ale ładny. Albo koszulka i legginsy. Po prostu chodzi o to, żeby nie wstydzić się pokazać kurierowi, czy wyskoczyć do sklepu pod blokiem, ale czuć się też maksymalnie swobodnie. To, co nam wmawia pani Jennifer w swojej książce, zilustruję krótkim cytatem:
(...) W niedzielne popołudnie postanowiłyśmy wybrać się we dwie [z kuzynką] na zwiedzanie miasta. W domu był tylko monsieur Chic. Palił fajkę i oglądał wiadomości w telewizji. (...) Pożegnałyśmy się z nim i wyszłyśmy. W połowie schodów zorientowałam się, że zapomniałam okularów słonecznych, więc wróciłyśmy po nie. Kiedy weszłyśmy do mieszkania, monsieur Chic siedział tam, gdzie go zostawiłyśmy, ale teraz miał koszulę wyjętą ze spodni, a stopy oparte na podnóżku. Kiedy zobaczył, że wchodzimy, szybko usiadł prosto i włożył koszulę w spodnie, cały czas przepraszając.
Naprawdę, moim zdaniem żadna tragedia się nie stała i z tego fragmentu wyciągam jeden wniosek: Francuzi wszystko wzięli pod uwagę, tylko zapomnieli o luzie. Takim zdrowym luzie, nie niedbałości.

Zawsze używaj swoich najlepszych rzeczy. Dokładnie tak. Po to je kupujesz, żeby ich używać, a nie, żeby kurzyły się w szafie. Niestety, uczy się nas podziału na rzeczy i ubrania codzienne, i odświętne, które należy oszczędzać. Cóż, uczyli nas tego ludzie, którym w ich młodości wszystkiego brakowało. Oni musieli uważać, żeby ubrań nie niszczyć zbyt szybko. My na szczęście już nie musimy, dlatego to podejście jest w tej chwili bez sensu. A mnie ciężko irytuje, bo zawsze, jak coś kupię, to chcę jak najszybciej tego użyć. Na szczęście, mam tak od zawsze ;-)


Bądź tajemnicza. Polub milczenie. Bądź powściągliwa i nigdy nie przesadzaj ze zwierzeniami. Odzywaj się wtedy, kiedy potrzeba. Cóż, brzmi to może średnio, ale tajemniczość mi się podoba. Ja mam raczej "fazy", że czasem jestem małomówna, a czasem gadam bez przerwy. Myślę, że w tej chwili wypełniam dużą część tego założenia, ale chcę jeszcze troszkę nad tym popracować. To po prostu ciekawe :-) Plus punkt: Zabiegi pielęgnacyjne wykonuj za zamkniętymi drzwiami. Wystarczy, że twój ukochany widzi, że świetnie wyglądasz. Nie musi wiedzieć, jak to robisz.

I jeszcze jedna perełka...
Pewnego wieczoru madame Bohemienne zaprosiła nas na serowe przyjęcie do swojej sąsiadki z Jedenastej Dzielnicy. (...) Koncepcja serowego przyjęcia była urocza, ale nie to stanowiło najbardziej intrygujący element wieczoru. Nasza gospodyni, równie ciepła i serdeczna jak pozostałe paryskie panie domu, które zdarzyło mi się poznać, najwyraźniej miała jakiś problem zdrowotny, który był przyczyną tego, że regularnie oddawała gazy. Tak, nasza gospodyni puszczała bąki przez cały wieczór - i to głośno. I nikt nie zwracał na to uwagi, łącznie z nią samą! Zupełnie jakby problem nie istniał.
Cóż, urzeka mnie elegancja, z jaką wszyscy podeszli do sprawy. Opis sytuacji jednak jest taki, że parsknęłam śmiechem. Intrygujące puszczanie bąków... Wiem, że to nie jest główna myśl tej książki, ale na pewno jeden z tych fragmentów, które zapamiętam.

Generalnie jednak ta powieść skłania mnie do większej dbałości o to, by żyło mi się przyjemniej. Wiadomo, to, jak wyglądamy i w jakim otoczeniu przebywamy, ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie. Nie przyjmuję jej bezkrytycznie, bo widzę w niej wiele niedoróbek, oraz wiele zasad, które nie mają sensu. Myślę, że trzeba ją przeczytać z otwartym umysłem i wybrać z niej to, co się nam spodobało. Resztę można olać ;-)

PS. Z czystej ciekawości poszukałam autorki w internecie. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę jest taką ikoną stylu ;-) Znalazłam jej bloga, który jakoś mnie nie wciągnął i trochę zdjęć. Generalnie spoko, ale jedyne, co pomyślałam, to że jest podobna do Krystyny z Rolnik szuka żony ;-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 17 sierpnia 2016

Cytaty z Bloga niecodziennego, które zachęcą każdego (do przeczytania książki)

Alkohol ma dobre, ale też złe strony, śpiewa Andrzej Grabowski. Osobiście też tak uważam. (...)
- Alkohol rozluźnia i dodaje odwagi. Czytałam niedawno o pewnym rowerzyście, który obsesyjnie bał się potrącenia przez samochód. I nie wsiadłby na rower, gdyby dla kurażu nie strzelił sobie paru browarków.
- A gdyby zatrzymała go policja...
- Zatrzymała. Parę razy.
- I co?
- Nie wsiadał już nigdy na rower, póki nie wypił jeszcze więcej. Bo bał się już nie tylko samochodów, ale jeszcze policji. (...)
To jeden z cytatów z Bloga niecodziennego Marii Czubaszek, który niesamowicie mnie rozbawił. Książka to zapiski z bloga pani Marii. Pojawia się w niej wiele mega trafnych obserwacji i bardzo dokładnie zaprezentowane postaci, w tym często pojawiająca się córka sąsiadki (podejrzewam, że została wymyślona na potrzeby bloga). Dialogi prowadzone z niezbyt urodziwą młodą kobietą, która wciąż szuka szczęścia, głównie przy mężczyźnie i w każdy nowy rok wchodzi z nowymi postanowieniami ("schudnąć", "wyjść za mąż", a po jakimś czasie "nie stosować diet", "nie wychodzić za mąż", bo takie postanowienia łatwiej zrealizować) dały mi naprawdę wiele powodów do radości i chichotania nad książką :-)


Te zapiski czyta się bardzo szybko, także nie przerażajcie się grubością książki - ani się obejrzycie, a kolejne sto stron za Wami.

Dla czytelników współczesnych blogów mam tylko jedną uwagę: nie czytajcie tytułów wpisów. Serio, nie róbcie tego.

Na pewno jest to pozycja dla osób, które lubią poczucie humoru Marii Czubaszek. Ja się do niej przekonałam dzięki jej książce Dzień dobry, jestem z kobry. Nie urzekła mnie może tak, jak Blog, ale miała w sobie coś, co pozwoliło mi skojarzyć autorkę z czymś więcej, niż dyskusjami na temat aborcji. Sama wprost mówiła, że dokonała jej dwukrotnie, czego nie popieram, jeśli było to spowodowane jedynie egoistycznymi względami pt. "nie chcę dziecka, bo nie". Jakkolwiek, w Blogu niecodziennym pojawiają się fragmenty na temat posiadania dzieci, które zmusiły mnie do głębszego zastanowienia się nad sprawą. Nadal nie jestem przekonana, ale jednak ostatecznie postanowiłam oceniać panią Marię po tym, co pisała (a robiła to znakomicie), a nie po tym, jak żyła, bo to jednak jej sprawa, a nie moja. Poza tym, i tak nie znam całokształtu sytuacji. Myślę też, że w telewizji była przedstawiana w sposób nie budzący sympatii. Ewentualnie po prostu na żywo sprawiała takie wrażenie. Warto się jednak zagłębić w świat jej przemyśleń.




Dużo też tutaj komentarzy na temat głośnych wydarzeń w polityce i polityków. Nieźle to też pokazuje, to, co zawsze mówię - że w polityce ciągle te same mordy. Wielu polityków, o których wspominała pani Maria dziesięć i mniej lat temu, do dziś wciąż działa. Zazwyczaj z podobnym, jak i wtedy skutkiem. Mimo, że polityki szczerze nie lubię, wręcz mam na nią alergię (która objawia się przełączaniem kanału w tv, gdy na ekranie pojawia się kolejny poseł, spasiony za nasze i oderwany od rzeczywistości), to tutaj ubawiłam się naprawdę niesamowicie. Może dlatego, że pani Maria też sobie głównie z polityków żartuje i wyśmiewa ich różne gafy. Robi to jednak w bardzo stylowy sposób.
Przepraszam, że wracam do wydarzenia sprzed paru dni. Zwłaszcza, że dla mnie nie było to żadne wydarzenie. A jeżeli już, to zupełnie lightowe, a nawet zabawne. Wywołało natomiast prawdziwą burzę. Rozpętaną przez marszałka Dorna, który przyszedł do Sejmu ze sznaucerką Sabą. Nazajutrz paru innych posłów przyprowadziło swoich czworonożnych pupili.
Gdybym nie bała się złośliwej nadinterpretacji, napisałabym, że po raz pierwszy widziałam na Wiejskiej tyle sympatycznych pysków. Ale się bałam, więc nie napisałam. (...)"
I ciąg dalszy, pod którym podpisuję się wszystkimi kończynami. I zgrzytam zębami, że nie ja pierwsza to powiedziałam:

Natomiast inni pisali. Nierzadko z oburzeniem (...)
OK - myślałam - każdy może mieć swoje zdanie, Ale kiedy okazało się, że jeden z czytelników "Super Expressu" jeszcze do wczoraj nie otrząsnął się z szoku i grzmi: "Przecież to jakaś paranoja! Jak można z psami przychodzić do Sejmu?!", nie byłabym sobą, gdybym mu nie pogratulowała. Bo jeśli w naszym Sejmie wkurzają tego pana tylko psy, to naprawdę tylko pozazdrościć.

Jeśli ten cytat Was nie zachęci, to znaczy, że nie jest to książka dla Was. W każdym innym przypadku - lećcie do biblioteki, albo skorzystajcie z Legimi i czytajcie. Nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej, niż zwykłe "naprawdę warto", bo trudno Blog opisać kilkoma słowami. Po prostu warto.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ładne widoki, spełniające się marzenia i książki. Przegląd tygodnia 8-15 sierpnia


Hej! Dzisiaj znowu jestem na wsi, ponieważ każdy rozsądny mieszkaniec mojego miasta 15 sierpnia się z niego zwija. Ilość ludzi (pielgrzymek), jaka się w trakcie wakacji pojawia, jest zatrważająca. A najstraszniejsze są dni właśnie przed 15 sierpnia. W tym roku w sumie gorzej było przez wizytą papieża, o której troszkę napisałam w poprzednim przeglądzie tygodnia i z tego, co widziałam dziś w telewizji, pielgrzymów przybyło mniej. I wiecie, ja generalnie do nich nic nie mam. Lepiej, żeby poszli na pielgrzymkę, niż nudzili się w swoim mieście. Tyle tylko, że dla mieszkańców takiego sanktuarium jest to trochę uciążliwe, jak kilka razy w miesiącu mają w mieście korki i przyblokowane ulice. A, plus to, że pielgrzymi idą i śpiewają. Nawet o 6 rano. Tak, wiem, że wtedy już nie obowiązuje cisza nocna. Ale powinna obowiązywać jeszcze jakaś przyzwoitość, żeby może jednak nie śpiewać przed 8 rano ;-) Zwłaszcza w weekend. Ja rozumiem, że jak wejdą do miasta, to się cieszą, że dotarli do celu i gratuluję, ale byłabym szczęśliwsza, gdyby się ograniczyli do przeżywania wewnętrznej radości ;-)

A mój tydzień to przede wszystkim było dużo codziennej pracy. Nawet jeszcze wczoraj robiłam zlecenia rano. Niekoniecznie chciałam pracować w soboty, ale wychodzę z założenia, że skoro do pracy nie muszę wychodzić z łóżka (wiem, to zły zwyczaj początkującego freelancera), to w sobotę mogę też 2-3 godzinki poświęcić na pisanie. Byle nie w każdą sobotę :-)

Miałam jednak dość luźny czwartek, kiedy pracowałam jedynie wieczorem. Dzień poświęciłam zatem na małą wycieczkę w pewne ładne miejsce...







Uwielbiam Jurę. Te białe skałki, wzniesienia, ruiny zamków. Zawsze marzyłam, żeby je dokładniej pozwiedzać i wiecie co? To się spełnia. Co prawda, to miejsce na zdjęciach (czyli Olsztyn), znam już całkiem nieźle, bo wiele razy tam byłam. Jeździłam głównie rowerem. Swoją drogą, to był niezły wysiłek, przejechać rowerem ok. 35 kilometrów (z mojego rodzinnego miasta), a potem jeszcze włazić na te górki. Lepsze niż siłownia :-)

Teraz jednak skorzystałam z okazji i pojechałam autem. Pierwszy raz było to dla mnie bardzo stresujące przeżycie, choć nigdy się trasy nie bałam. Efekt: wracałam wiejskimi drogami :-D


A marzenie się spełnia, bo wczoraj byliśmy na małej wycieczce w Złotym Potoku. A dziś jedziemy jeszcze dalej, żeby zobaczyć kolejne zamki. Jakie? Dowiecie się z przyszłego przeglądu tygodnia. Albo wieczorem z Instagrama ;-)

Swoją drogą, na kupionym tam Tymbarku miałam pod nakrętką hasło "Marzenia się spełniają" i rozkminiałam potem, jakie marzenia. I dość szybko mi przyszło do głowy, co już się w moim życiu spełniło. Plus to, co pisałam, o zwiedzaniu Jury :-)

Wciąż staram się wprowadzić w życie dobre nawyki i na tym też minął mi ten tydzień. I pod kątem treningów, był to bardzo dobry czas, bo zasadniczo udało mi się zrobić aż cztery, w tym jeden w sobotę, co jest dość nietypowe jak na mnie, bo w weekendy raczej lubię odpoczywać od obowiązków ;-)

W piątek byliśmy na basenie, co już jest naszą tygodniową tradycją. Niestety, na krytym, bo na zewnętrzny trochę już za zimno. Mówią, że lato już odchodzi. A to ono przyszło w ogóle? :-P

W sobotę zaś wybraliśmy się na rowery i pograć w kosza. W końcu trzeba było przetestować nową piłkę :-) Co prawda, koszykówka to nie moja bajka, zwłaszcza z moim wzrostem, ale mój wspaniały uwielbia, więc też z nim czasem porzucam. Generalnie to jest całkiem fajna rozrywka, tyle tylko, że ja rzadko kiedy trafiam, więc faktycznie lepiej on się bawi :-D



Kończę powoli wyzwanie konkursowe. Zostało mi jeszcze chyba z osiem konkursów do ogarnięcia, ale miałam chwilowo już przesyt, więc od kilku dni odpoczywam. Myślę, że po święcie wezmę udział w kolejnych. I planuję kontynuować wyzwanie, i dalej zapisywać, w ilu konkursach wzięłam udział, żeby mieć pojęcie, jaki procent stanowią te wygrane. (OK, miałam brać się za to po weekendzie, a chwilę temu wzięłam udział w dwóch :-D)

W tym tygodniu też bardzo dużo czytam. Dokończyłam Blog niecodzienny Marii Czubaszek oraz wczoraj zaczęłam i skończyłam Lekcje madame Chic. Próbuję też od miesiąca, albo i dłużej przebrnąć przez Pomnik cesarzowej Achai, ale... to chyba się nie uda. Jest w tej książce coś takiego, że niektóre momenty wciągają, a niektóre są wyjątkowo toporne i nudne. Bardzo nierówna powieść i chyba jednak daruję sobie dalsze jej czytanie :-)

Myślę, że dwie pierwsze książki postaram się zrecenzować, bo są zdecydowanie tego warte. A jeszcze bardziej warte przeczytania :-)

Na blogu zaś w tym tygodniu pojawiły się trzy wpisy, jak zawsze:




A co tam nowego u Was? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 12 sierpnia 2016

8 lekcji z życia


Zainspirowało mnie wyzwanie, w którym należało z każdego dnia wyciągnąć jakąś lekcję. I w zeszłą niedzielę, gdy zerkałam jednym okiem na film, Kung Fu Panda 2, usłyszałam słowa, które były skierowane tak całkiem do mnie i wiem, że ten film oglądałam tylko dla tych słów. To mnie skłoniło do rozpoczęcia tygodnia, w trakcie którego będę zapisywać tego typu cytaty, lub własne wnioski, wyciągnięte z różnych sytuacji. Stworzyłam sobie w zeszłym miesiącu taki "Rozwojownik", w którym robię ćwiczenia Ani lub takie, które same mi przyjdą do głowy. Ten zeszyt to zapis mojego rozwoju i zmiany życia na lepsze. W nim też zapisuję codziennie powody do wdzięczności, o czym już Wam pisałam, że bardzo szybko sprawiło, że moje życie jest fajniejsze.




A dziś podzielę się z Wami zapiskami z tego tygodnia,w trakcie którego starałam się wyciągać wnioski z różnych sytuacji. Wierzę, że wśród tych lekcji może być coś, co ktoś z Was też potrzebuje usłyszeć. Miało być jak u Ani, 7 dni, 7 lekcji, ale jakoś tak wyszło, że wczoraj jeszcze dopisałam jedną :-)

Zły początek to tylko początek.
Ważny jest ciąg dalszy, który  sam piszesz.
To właśnie ten tekst z filmu, który mnie urzekł, bo jest niesamowicie trafny. Nieważne, skąd startujesz - ważne, żebyś w końcu rozwinął skrzydła. A ten film pokazuje też, że jak masz marzenie i podejmujesz działania, by je spełniać, spełnisz je.

Uśmiech pomaga zwalczyć gniew
i pozwala przeżyć miłe chwile, zamiast złych.
Spróbujcie. To akurat wniosek z zastosowania zasady, którą sobie narzuciłam w wyzwaniu :-)

Zostawianie pewnych rzeczy na ostatnią chwilę generuje często różne atrakcyjne zwroty akcji.
Wiecie, odkładacie realizację zlecenia na godzinę przed, a tu nagle internet Wam siada, prądu brakuje i wyskakuje jakiś dziwny błąd w Wordzie :-D Co prawda, moja sytuacja, która naprowadziła mnie na ten wniosek, była nieco inna, ale raczej zbyt osobista, żeby się nią dzielić. Poza tym, ten przykład jest lepszy, bardziej wyraźny :-)

Cierpliwość popłaca.
Jeśli potrzebujesz jakiejś rzeczy, a są w mało korzystnych cenach, poczekaj. W pewnym momencie pojawi się świetna okazja, na którą czekałeś.
Myślę, że to dotyczy wielu różnych rzeczy - nie zadowalaj się byle czym, tylko poczekaj, aż trafisz na to, o czym marzysz. Ja tak miałam z krzesłem do biurka - chciałam już od dawna kupić jakieś fajne, obrotowe, ale używane. Miałam konkretną wizję, jak ma wyglądać i chciałam wydać max. 50 zł. Niestety, ilekroć zaglądałam na olx, w moim mieście były co najmniej dwukrotnie droższe. Ostatnio spontanicznie zajrzałam na portal i znalazłam. Dokładnie takie, jak chciałam, za 49 zł. A w portfelu od kilku dni nosiłam 50 zł (choć rzadko noszę gotówkę) i już miałam je wrzucić do skarbonki, żeby nie kusiło. Ba, nawet miałam wtedy u siebie auto, więc mogłam spokojnie sobie przywieźć to krzesło. Widzicie - wszystko ułożyło się tak, żebym miała dokładnie to, co chciałam. Ostatnio coraz częściej widzę w swoim życiu, że jeśli coś mi jest potrzebne, przychodzi do mnie samo, w formie odpowiedniej okazji. Dlaczego? Bo w to po prostu wierzę :-)

Jeśli w to wierzysz, wszystko, czego ci potrzeba, przychodzi do ciebie samo.
Musisz doceniać bardziej swoje talenty
Zwłaszcza, gdy inni je doceniają.
Pisałam Wam już o tym w przeglądzie tygodnia. Pracuję nad tym :-)

Odbiór różnych rzeczy zależy od twojego nastawienia.
Jak nastawisz się, że film na który idziesz, jest OK, będzie OK. Jak nastawisz się, że którejś postaci nie polubisz, to nie polubisz. W życiu też to tak działa.

Nigdy nie jest się za starym na uśmiech i wygłupy. Tak naprawdę to tak długo jesteś młody, jak długo potrafisz się śmiać  i wygłupiać.

Zwłaszcza w towarzystwie najbliższych. To wspólny śmiech powoduje, że czujemy się sobie bliżsi i mamy więcej radości z życia. Sprawdzone i potwierdzam :-)


A może Wy też macie jakieś ciekawe wnioski, które wyciągnęliście z życia? Albo zamierzacie podjąć to samo wyzwanie? Zapraszam i dajcie oczywiście znać :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 10 sierpnia 2016

Czy Warner Bros strzeliło samobója? Recenzja "Legionu samobójców"

No i stało się. Poszłam na Legion samobójców, choć nie spodziewałam się cudów. Ale poszłam, jak zazwyczaj, dla towarzystwa. I stało się coś dziwnego, bo jeśli czegoś się spodziewałam, to raczej obrazu, który mnie nie zachwyci, a może jedynie wkurzy, albo zanudzi. A tymczasem ten jeden film za jednym zamachem mnie wkurzył, nie zachwycił, zanudził, spodobał mi się i poruszył. Jak to możliwe?


Jest to historia o groźnych przestępcach z Gotham, którzy mają na tyle unikalne zdolności, że specsłużby postanawiają wysłać tę ekipę do walki z bardzo groźnym przeciwnikiem - na zasadzie "tylko oni dają radę, a jeśli nie, to zginą i nikt ich nie będzie żałował". Pierwotnie miała być z nimi również doktor Moon/Enchantress, czyli pani naukowiec, która "weszła do niewłaściwej jaskini" i została opętana przez czarownicę. Niestety, wiedźma wymyka się spod kontroli, uwalnia swojego brata i zaczyna realizować swój plan i tak oto staje się przeciwnikiem Legionu. To wszystko komplikuje fakt, że doktor Moon to ukochana pułkownika Ricka Flaga, czyli dowódcy Legionu. Łatwo przewidzieć, że to go zmotywuje do jeszcze bardziej wytężonych działań, bo sprawa ma osobisty charakter.


I teraz w skrócie? Co mnie wkurzyło? Harley Quinn. A raczej wkurzała mnie przez większą część filmu i miałam ochotę jej przyłożyć tym młotem... Podobno taka irytująca miała być. Myślę jednak, że dużym problemem było to, jak ją przedstawili twórcy. Ot co. Plus, grającej ją aktorki jakoś zbytnio też nie lubię, więc pewnie to swoje zrobiło. Zasadniczo, odkąd tylko przeczytałam jakieś zapowiedzi na jej temat, czułam, że z tą panią się nie polubię.

Z drugiej strony, to jej historia mnie najbardziej poruszyła, obok tego, co przeżywał Flag. Scena, kiedy jej ukochany Joker rozbił się samolotem na jej oczach była wręcz rozdzierająca. Scena, gdy oboje po kolei wskakują do chemikaliów "w imię miłości", jest w jakiś dziwny sposób urzekająca. I to, że kiedy Harley zdecydowała poświęcić swoje marzenia o wspólnej przyszłości z Jokerem dla wygranej zespołu i Flaga, było budujące, bo potem została wynagrodzona przez los. Przynajmniej tak to wolę rozumieć ;-)


I tak, porusza mnie historia Flaga. Generalnie, lubię Joela Kinnamana, którego znam z Dochodzenia. Tutaj, mimo, że miał bardzo stereotypową postać, pokazał, że umie grać i zagrał w bardzo poruszający sposób, tak, że nie sposób było się nie wczuć w jego sytuację. Myślę jednak, że w scenariuszu można było dopracować tego bohatera. Zresztą, jak każdego innego, bo jednak wyraźnie czuć braki.

I widać. W którejś recenzji spotkałam się z opinią, że film został beznadziejnie pocięty i można czasem przypuszczać, że bohaterowie się teleportują. Coś w tym jest. Moim zdaniem, początek filmu jest stanowczo zbyt szybki - akcja zapierdziela jak w Kronikach Shannary (kto obejrzał choć jeden odcinek, wie co mam na myśli - a więcej oglądać nie polecam ;-)), do tego dużo muzyki ilustracyjnej... Gdy tylko zapaliły się światła po seansie, oznajmiłam, że moim zdaniem należało wyciąć co najmniej pierwszą godzinę, bo potem już było OK. Przez tę godzinę męczyłam się niemiłosiernie i wkurzałam, że ta szybka akcja w ogóle nie wciąga i jest taka... nieprzekonująca. Teraz stwierdzam, że ją należało wyciąć i zrobić od nowa. Lepiej.

Od godziny zaczęły się konkrety i kołowrót wydarzeń rozpędził się tak, że już mi się zaczęło podobać. Miałam jakieś większe poczucie tego, że to już nie jest zbiór przypadkowych ujęć, tylko coś wynika z czegoś. I gdyby ten film był tak zrobiony od początku, spodobałby mi się bardziej.

Jestem najprawdopodobniej jedyną osobą, która napisze coś pozytywnego o efektach specjalnych, zwłaszcza tych związanych z magią Enchantress. To znaczy, ja też twierdzę, że były tandetne, ale jednak... jakiś urok miały. Patrzyłam z rozdziawioną gębą i myślałam, że świat, w którym istnieje taka magia, byłby całkiem ładny. Tak na granicy kiczu ;-)




Sceny walki też robiły wrażenie i nawet się specjalnie nie czepię, że w większości członkowie Legionu tłukli się z anonimowymi monstrami bez twarzy. Może i faktycznie sprawia to wrażenie niedopracowanych efektów, albo leniwego twórcy, ale... kto by się tam przypatrywał twarzom jakichś tam potworów, które zbierają właśnie łomot i wiadomo, że przegrają?

Tu jest w sumie jednak problem. Twórcy scenariusza nie umieją przedstawić w wiarygodny sposób postaci antagonistów. Nie potrafią ich rozbudować. Tutaj też brat Enchantress został potraktowany po macoszemu, jako klasyczny (zły) chłoptaś do bicia, który zbierze baty i zostanie szybko pokonany. W sumie, jest to jednak typowy problem w przypadku wielu obrazów, zwłaszcza, jeśli na ekran przenosi się komiks. Marvel też sobie z tym nie radzi.


Podobny problem mam z Jokerem. Tyle było bicia piany, jaki to on będzie wspaniale i odkrywczo zagrany, i co? Wskoczył kilka razy koleś z zielonymi włosami i aparatem na zębach (przez co wyglądał jak zbuntowany emo) i nijak mnie nie poruszył, ani nie zaskoczył. I tak, było go mało, choć nie do końca jestem pewna, czy w tym  przypadku to akurat wada.

Czy ten film ma jeszcze jakieś plusy? Zdecydowanie ścieżka dźwiękowa. Na dzień dobry słyszymy House of the rising sun, który zarąbiście pasuje do więziennych scen. I takich klasyków będzie jeszcze więcej.

A ogólne wrażenie? Jak na sezon ogórkowy, całkiem nieźle. Możecie iść. Najprawdopodobniej coś wam się spodoba, a coś nie, a ostatecznie pewnie zapomnicie, o co tam w ogóle biegało. Ja czuję, że akurat tym razem nie zapomnę, ale wszystko przez to, że zdarzyło się tam parę scen, które mnie dotknęły. Nie spodziewałam się niczego super, także nie jestem zbytnio zawiedziona... tylko trochę. Mogło być lepiej, bo ta historia ma potencjał. Nie jest to jednak podobno pierwszy schrzaniony przez Warner Brosa materiał (tak słyszałam, bo akurat starcia Batman vs Superman nie oglądałam, a podobno wieje nudą i egzystencjonalizmem...), także nie było zaskoczenia. Mam z tym filmem taką relację love-hate (jak napisy na pistolecie Harley). Ostatecznie nie jestem w stanie go pochwalić. Był kiepski, z paroma dobrymi elementami, które go trochę wybroniły.

A wy oglądaliście, albo zamierzacie? Dajcie znać :-)

[zdjęcia pochodzą z serwisu filmweb.pl]

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.