Offroad, ofiara losu i spożywczy raj. Przegląd tygodnia 15-21 sierpnia

Hej! Moje miasto wciąż jeszcze rozbrzmiewa świętymi pieśniami i przyjmuje kolejne grupy pielgrzymów, ale ten najgorszy etap mamy już za sobą. Tym sposobem już nie musiałam uciekać na weekend na wieś ;-)

A propos świętych pieśni - jak ci księża ze świętej wieży potwornie śpiewają... Myślałam, że nie da się gorzej niż organista z kościoła, w którym czasem zdarza mi się zameldować na mszy. Ot, starszy pan, który śpiewa takim słabiutkim, starczym głosem i ledwo "wyciąga" - zawsze przy "Alleluja" mam wrażenie, że on zaraz zejdzie. Brzmi, jakby po godzinach dorabiał w kapeli deathmetalowej...

Ten tydzień był całkiem dobry - zwłaszcza, że poniedziałek był we wtorek :-D Co prawda, to, że zaczął się od święta, wybiło mnie kompletnie z rytmu i efekt był taki, że miałam nieplanowany długi weekend - ni cholery nie potrafiłam się zabrać za pracę i tak naprawdę zaczęłam dopiero w ... czwartek. I żeby wyrobić się ze wszystkim, musiałam pracować również wczoraj, i przedwczoraj. No, cóż - freelance, więc sama decyduję kiedy, co i jak. Jednak jakoś specjalnie mnie nie bolała ta praca w weekend, bo poświęcałam na nią może z 2 godziny dziennie. Mogłam w sumie zrobić już wszystko w sobotę, ale starałam się zorganizować tak, żeby mieć na wszystko czas - i na pracę, i na trochę lenistwa z książką, i na dalsze aktywności :-)

W święto zdążyłam dla Was napisać tygodnik, przeczytać fajną książkę (napiszę Wam zbiorczą recenzję, jak uzbieram jeszcze ze dwie-trzy takie powieści), a potem miło spędzić dzień na kolejnej wycieczce po Jurze :-) Tym razem postanowiliśmy odwiedzić zamek w Bobolicach, który całkiem niedawno został odrestaurowany. Pamiętam, że byłam tam na wycieczce w gimnazjum (to było coś w klimacie pleneru malarskiego) i wtedy były to jeszcze ruiny.

Dziś zamek jest wyremontowany, jakkolwiek podobno właściciel odnawiał go bez oryginalnych planów (podobno nie dało się ich odnaleźć) i nieco go poniosła fantazja... Cóż, po zobaczeniu alarmów, kaloryferów, wbudowanych halogenów, plastikowych okien i gniazd RJ-45 (do internetu) stwierdzam, że faktycznie. Z drugiej strony jednak myślę, że w takim przypadku ochronił budowlę przed dalszymi zniszczeniami, bo skoro jest ogrzewana... Zabawnie było zobaczyć te wszystkie nowoczesne elementy w budowli stylizowanej na historyczną, ale klimat i tak spoko :-)

Zanim tam pojechaliśmy, natrafiłam też na informację, że właściciel nie życzy sobie fotografowania. Okazało się jednak, że obsługa wręcz zachęca do robienia w środku zdjęć, także... najwyraźniej zmieniła się polityka ;-)







Swoją drogą, miałam okazję być kierowcą w trakcie tej wyprawy. Pożałowałam tej decyzji w okolicy Niegowej przy sześciu ostrych zakrętach jeden po drugim :-D Lubię szybko jeździć, a tam się normalnie nie dało, bo co chwila trzeba było zwalniać. Jurajskie serpentyny ;-) Tak czy owak, zdobyłam jednak kolejne cenne doświadczenie, zwłaszcza, że była to chyba jedna z moich najdłuższych wypraw w roli kierowcy.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Złoty Potok.



A potem o pobliski sklep, gdzie zaparkowałam jak typowa ofiara losu. Piszę to specjalnie, żeby zapamiętać i być bardziej wyrozumiałą dla innych. Zazwyczaj mocno marudzę, gdy nie mogę gdzieś zaparkować przez to, że ktoś inny postawił auto na skos przez dwa miejsca. Cóż, ja tam zrobiłam to samo. Suma moich obecnych umiejętności plus zbyt małej przestrzeni na ewentualne próby poprawienia. Jak inni ;-)

Przejechaliśmy sobie również przez Olsztyn, ponieważ usłyszałam, że stamtąd do domu możemy dojechać przez las i polne drogi. Perspektywa offroadu tak bardzo mi się spodobała, że już nie szło mnie od tego odwieść :-D Jechało się megafajnie, ale momentami miałam wrażenie, że auto się przechyla za mocno ;-) Zakurzyłam je niesamowicie i potem przez cały tydzień zastanawiałam się, czy czekać na deszcz (samochód stoi na zewnętrznym parkingu), czy jednak jechać na myjnię... :-D Cóż, deszcz spadł wczoraj ;-)

We wtorek zaś wróciliśmy do miasta.

W czwartek zrobiło się aktywnie. Raz, że pojechałam do Lidla po zestaw narzędzi. Ze strachem wybrałam się o jakiejś 10 rano, obawiając się rzeźni i walk emerytów. Na szczęście nie było tak źle :-) Nikt się o nic nie bił. Do tego kupiłam sobie kolorowankę antystresową, o której marzyłam od dłuższego czasu. I muszę przyznać, że taka "analogowa" jest o wiele fajniejsza niż elektroniczna ;-) Potem próbowałam ogarnąć pracę i coś tam nawet mi się udało. A potem natchniło mnie, żeby sobie kupić w końcu tableta (bo ileż można próbować czytać na rozbitym). Niestety, tak długo przeglądałam oferty różnych sklepów, że nie zdążyłam sobie przelać kasy na swoje "użytkowe" konto i musiałam się wstrzymać z zakupem do piątku. Pojechałam jednak obczaić na żywo, co tam ciekawego mają w Media Markt, Auchan i Euro. Ostatecznie napaliłam się na tego, tylko w wersji z Windowsem 10.




Zajrzałam także po raz pierwszy do Almy i przepadłam. Litewskie batoniki twarogowe i włoska mozzarella. Bosko! Szkoda tylko, że ponoć Alma upada, bo dawno nie widziałam sklepu, w którym byłby tak szeroki wybór. Mam ostatnio ochotę poeksperymentować w kuchni i poznać jakieś nowe smaki, a tam znalazłam swój spożywczy raj.

Zaliczyłam również bardzo przyjemną przejażdżkę po mieście i stwierdziłam, że taka wieczorna jazda autem mnie relaksuje. Pewnie dlatego, że jest mniejszy ruch i że miasto po ciemku jest ładniejsze ;-)

Na drugi dzień kupiłam tego wymarzonego tableta, z Windowsem. Czego troszkę żałuję, ale... napiszę Wam za jakiś czas recenzję :-) Potem poświęciłam masę czasu na pracę. A potem pojechałam z moim wspaniałym na basen i tam odpoczywaliśmy po tygodniu pracy (tak, ja jeszcze nie miałam po czym odpoczywać :-D). Naprawdę bardzo się cieszę, że udało nam się znaleźć sport, który oboje lubimy i regularnie poświęcamy czas, żeby popływać. Może raz w tygodniu to mało, ale wciąż to więcej niż nic ;-)

W sobotę zaś, tak, jak wspominałam, pracowałam. A potem czytałam. A potem pojechaliśmy sobie na wycieczkę rowerową w plener.

Posiedzieliśmy trochę nad stawem, po czym wróciliśmy do mieszkania, żeby szybko się ogarnąć i iść do kina na Ben Hura. Recenzja się pisze ;-)

Niedziela zaś, z racji paskudnej pogody, była baaaaaardzo leniwa. Dokończyłam Dziewczynę do wszystkiego (hmmm, takie sobie - może wspomnę w tej zbiorczej recenzji), zaczęłam i skończyłam czytać W co grają ludzie (także tablet jest intensywnie używany) i obejrzeliśmy Lidzbarską Noc Kabaretową. Totalne lenistwo. Jedyna aktywność tego dnia to wyjście do sklepu i zrobienie obiadu :-D A Noc Kabaretową polecam, totalnie nas rozwalił Piotr Bałtroczyk, Grzegorz Halama i Łowcy. B. Dobrzy byli :-)

Dziś zaś... cóż, usiłuję się zabrać za pracę, ale plan jest taki, że zrobię to dopiero po południu. Na razie czytam. A co? Dowiecie się z przyszłego przeglądu tygodnia :-)

Na blogu zaś standardowo - pojawiły się trzy teksty:





A co tam u Was dobrego? :-)

Miłego tygodnia! :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger