Intrygujące bąki w Paryżu i inne ciekawostki wyczytane w "Madame Chic"


Do tej książki podchodziłam, jak pies do jeża. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że francuski szyk mnie urzeknie. W końcu jednak poczułam, że czas na jakąś lżejszą (i cieńszą) lekturę, więc w niedzielne przedpołudnie odpaliłam sobie na tablecie Lekcje madame Chic. Opowieść o tym, jak z szarej myszki stałam się ikoną stylu i.... przepadłam. Wieczorem książka była przeczytana.


Dokładnie czegoś takiego potrzebowałam. Lekkiej i przyjemnej powieści. Dużym plusem jest to, że ma ona na celu nauczenie nas czegoś dobrego (stąd też na końcu każdego rozdziału znajdziemy krótkie, wypunktowane podsumowanie). Co prawda, nie wszystkie lekcje do mnie przemawiają, ale myślę, że można z tej książki wynieść sporo dobrego.

Jest to historia autorki, która wyjechała do Francji na wymianę studencką i trafiła do zamożnej rodziny z arystokratycznymi tradycjami - którą nazywa w książce rodziną Chic (myślę, że mogę to przetłumaczyć jako "rodzina Szykownych"). Przyjechała tam jako prosta nastolatka, śpiąca w starym dresie, ubierająca się w co popadnie i podjadająca nocami, a wyjechała jako...

No, właśnie. Dowiedziałam się na przykład, że Podjadanie to przeciwieństwo szyku. W Paryżu coś takiego po prostu nie uchodzi. Wiecie, oni wolą zjeść trzy porządne posiłki: śniadanie, obiad i kolację, którymi nasycą się na tyle, że już nie mają miejsca na dodatkowe przekąski. Dodatkowo, posiłki zjadają zwykle wspólnie przy stole, nie spiesząc się i rozmawiając ze sobą. Bez telewizora i telefonów. Cóż... tu zazgrzytałam zębami, bo o ile w ogóle taka tradycja jest bardzo fajna, to mnie się przypomniało, że uczestniczyłam w czymś takim w Berlinie. I zaczęłam współczuć autorce, bo żadna to przyjemność, kiedy wymaga się od Was, że spędzicie przymusowo kilkadziesiąt minut przy jednym stole z obcymi ludźmi, z którymi niekoniecznie chcecie ten czas spędzić. No, przynajmniej ja bym nie chciała. Akurat w takim przypadku wolałabym złapać coś szybko, zjeść i pójść do swojego pokoju. Jednak nie skupiajmy się na tej kwestii - generalnie zwyczaj jest bardzo fajny i stosuję się do niego. Wolę poczekać godzinę, aż mój mężczyzna wróci z pracy i zjeść obiad wspólnie, a przy okazji porozmawiać. Cała rzecz w tym, żeby taki czas spędzać z tymi, z którymi chcemy :-)





Kolejną kwestią, o której mowa w książce, jest aktywność fizyczna. Mowa tu jednak bardziej o tym, żeby starać się więcej czasu spędzać w ruchu i włączać elementy gimnastyki do codziennych zajęć: więcej spacerować niż jeździć autem, chodzić po schodach, zamiast używać windy... Krótko mówiąc, niech to będzie styl życia, a nie upierdliwa konieczność. Ja się staram ostatnio regularnie ćwiczyć na stepperze. Mieszkanie sprzątam sama, na zakupy chodzę na nogach... Nie jestem do końca pewna, czy takie domowe obowiązki są w stanie zastąpić treningi, ale na pewno dobrze je uzupełniają. Tyle tylko, że jeśli czuję, że mi się naprawdę nie chce, to nic nie robię. Uważam, że w ten sposób organizm daje mi sygnał, że potrzebuje odpoczynku i tego mu nie odmawiam.

Minimalizm w garderobie... czyli wyzwól siebie dzięki szafie z dziesięcioma rzeczami. To jest coś, czego nigdy nie zrobię. Zgadzam się, że powinniśmy zawsze starać się dobrze wyglądać i wyzwolić z tego dawnego podziału ubrań na "codzienne", "świąteczne" i lumpy "po domu". Każdy dzień jest świętem, a my zasługujemy na to, by wyglądać i czuć się ładnie. Dziurawe, przetarte, sprane ciuchy wyrzucam i koniec, kropka. Żadnego naprawiania, łatania... To jest jedynie usprawiedliwione, gdy naprawdę nie mielibyśmy w czym chodzić. Nie uważam jednak, że wystarczy mi dziesięć ciuchów w danym sezonie, nawet jeśli mam w to nie wliczać okryć wierzchnich, dodatków czy podkoszulek... Ogólnie, do tego nurtu minimalizmu nastawiona jestem raczej średnio entuzjastycznie. Może przez panią, która o minimalizmie napisała cztery grube książki ;-)

Zawsze wyglądaj porządnie. Już o tym wspomniałam. Tyle tylko, że w książce jest to przedstawione, jako łażenie po domu w stroju wizytowym (u panów koszuli i swetrze) przez cały dzień. Ja tam myślę, że w domu wystarczy ubranie, które jest czyste i nie podziurawione. Niech i nawet to będzie dres, ale ładny. Albo koszulka i legginsy. Po prostu chodzi o to, żeby nie wstydzić się pokazać kurierowi, czy wyskoczyć do sklepu pod blokiem, ale czuć się też maksymalnie swobodnie. To, co nam wmawia pani Jennifer w swojej książce, zilustruję krótkim cytatem:
(...) W niedzielne popołudnie postanowiłyśmy wybrać się we dwie [z kuzynką] na zwiedzanie miasta. W domu był tylko monsieur Chic. Palił fajkę i oglądał wiadomości w telewizji. (...) Pożegnałyśmy się z nim i wyszłyśmy. W połowie schodów zorientowałam się, że zapomniałam okularów słonecznych, więc wróciłyśmy po nie. Kiedy weszłyśmy do mieszkania, monsieur Chic siedział tam, gdzie go zostawiłyśmy, ale teraz miał koszulę wyjętą ze spodni, a stopy oparte na podnóżku. Kiedy zobaczył, że wchodzimy, szybko usiadł prosto i włożył koszulę w spodnie, cały czas przepraszając.
Naprawdę, moim zdaniem żadna tragedia się nie stała i z tego fragmentu wyciągam jeden wniosek: Francuzi wszystko wzięli pod uwagę, tylko zapomnieli o luzie. Takim zdrowym luzie, nie niedbałości.

Zawsze używaj swoich najlepszych rzeczy. Dokładnie tak. Po to je kupujesz, żeby ich używać, a nie, żeby kurzyły się w szafie. Niestety, uczy się nas podziału na rzeczy i ubrania codzienne, i odświętne, które należy oszczędzać. Cóż, uczyli nas tego ludzie, którym w ich młodości wszystkiego brakowało. Oni musieli uważać, żeby ubrań nie niszczyć zbyt szybko. My na szczęście już nie musimy, dlatego to podejście jest w tej chwili bez sensu. A mnie ciężko irytuje, bo zawsze, jak coś kupię, to chcę jak najszybciej tego użyć. Na szczęście, mam tak od zawsze ;-)


Bądź tajemnicza. Polub milczenie. Bądź powściągliwa i nigdy nie przesadzaj ze zwierzeniami. Odzywaj się wtedy, kiedy potrzeba. Cóż, brzmi to może średnio, ale tajemniczość mi się podoba. Ja mam raczej "fazy", że czasem jestem małomówna, a czasem gadam bez przerwy. Myślę, że w tej chwili wypełniam dużą część tego założenia, ale chcę jeszcze troszkę nad tym popracować. To po prostu ciekawe :-) Plus punkt: Zabiegi pielęgnacyjne wykonuj za zamkniętymi drzwiami. Wystarczy, że twój ukochany widzi, że świetnie wyglądasz. Nie musi wiedzieć, jak to robisz.

I jeszcze jedna perełka...
Pewnego wieczoru madame Bohemienne zaprosiła nas na serowe przyjęcie do swojej sąsiadki z Jedenastej Dzielnicy. (...) Koncepcja serowego przyjęcia była urocza, ale nie to stanowiło najbardziej intrygujący element wieczoru. Nasza gospodyni, równie ciepła i serdeczna jak pozostałe paryskie panie domu, które zdarzyło mi się poznać, najwyraźniej miała jakiś problem zdrowotny, który był przyczyną tego, że regularnie oddawała gazy. Tak, nasza gospodyni puszczała bąki przez cały wieczór - i to głośno. I nikt nie zwracał na to uwagi, łącznie z nią samą! Zupełnie jakby problem nie istniał.
Cóż, urzeka mnie elegancja, z jaką wszyscy podeszli do sprawy. Opis sytuacji jednak jest taki, że parsknęłam śmiechem. Intrygujące puszczanie bąków... Wiem, że to nie jest główna myśl tej książki, ale na pewno jeden z tych fragmentów, które zapamiętam.

Generalnie jednak ta powieść skłania mnie do większej dbałości o to, by żyło mi się przyjemniej. Wiadomo, to, jak wyglądamy i w jakim otoczeniu przebywamy, ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie. Nie przyjmuję jej bezkrytycznie, bo widzę w niej wiele niedoróbek, oraz wiele zasad, które nie mają sensu. Myślę, że trzeba ją przeczytać z otwartym umysłem i wybrać z niej to, co się nam spodobało. Resztę można olać ;-)

PS. Z czystej ciekawości poszukałam autorki w internecie. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę jest taką ikoną stylu ;-) Znalazłam jej bloga, który jakoś mnie nie wciągnął i trochę zdjęć. Generalnie spoko, ale jedyne, co pomyślałam, to że jest podobna do Krystyny z Rolnik szuka żony ;-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger