Dlaczego wolę Monachium od Berlina? Krótkie podsumowanie mojego pobytu w Bawarii

Dlaczego wolę Monachium od Berlina? Krótkie podsumowanie mojego pobytu w Bawarii


Od kilku tygodni jestem w Monachium. To trzecie miasto, które odwiedzam. Brunszwik podobał mi się niesamowicie, Berlin... jakby nieco mniej, a jak z tym Monachium? No, jestem tak zachwycona, że aż chcę się z Wami podzielić tym zachwytem. Mam nadzieję, że Wam też się udzieli :-)


1. Tu jest naprawdę pięknie



Musicie koniecznie zobaczyć nowy ratusz. I cały ten kontrast między historią, a nowoczesnością, jaki w centrum miasta dosłownie bije po oczach. Po prostu idziesz, człowieku, z rozdziawioną paszczą i podziwiasz. Ewentualnie aparat smartfon przyrasta ci do ręki i nie jesteś w stanie go odłożyć, dopóki nie zawalisz karty pamięci zdjęciami :-)


2. Ludzie są milsi niż w Berlinie


O wiele, wiele milsi. Mnie też o wiele milszy jest przeciętny Monachijczyk niż Berlińczyk. Ale ogólnie, to milszy mi jest pierwotniak pantofelek, niż przeciętny Berlińczyk. Może to też swoje zrobiło ;-)




3. Blisko granicy

Co prawda, jeśli już mowa o granicach, wolałabym bliżej tej polskiej. A najlepiej w ogóle jej nie przekraczać. No, ale jak się nie ma, co się lubi... to się jeździ do Niemiec, żeby na to zarobić ;-) Tak czy owak, prosto z Monachium można sobie zrobić małą wycieczkę do Innsbrucku na przykład. Dwa w jednym - jedziesz do Niemiec, a przy okazji i Austrię zobaczysz.




4. Duże miasto, dużo się dzieje


Masz duże szanse, by również zobaczyć na żywo jakąś gwiazdę. O ile masz też wystarczająco dużo kasy w portfelu, żeby znieść cenę biletu w euro. No, ja nie jestem blogerką modową (właściwie to w ogóle nie jestem blogerką), więc oczywiście nie mam ;-) Pozostaje sama świadomość, że można tu spotkać kogoś znanego. I radość z czytania plakatów ;-)




5. Targi


Ogrodnicze, rzemieślnicze, elektroniczne... W Monachium jest zarąbiste centrum wystawowe. Tam co i rusz coś się odbywa. Ja miałam okazję być na Międzynarodowych Targach Rzemieślniczych. Może to jeszcze nie brzmi zachęcająco, ale ile pięknych rzeczy tam można było zobaczyć, i kupić... I poczuć się jak na tureckim bazarze ;-) Więcej zdjęć tutaj.




6. To miejsce to kwintesencja Niemiec


Wszystko to, co wyobrażamy sobie, słysząc "Niemcy", tutaj dzieje się naprawdę. Jodłowanie, bawarskie kapelusiki i  skórzane gatki na szelkach - to właśnie tu zobaczysz (a jodłowanie usłyszysz) na żywo.  I możesz się spokojnie utwierdzić w stereotypach ;-)



No, to kiedy jedziecie do Monachium? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Jak nie szukać miłości?

Jak nie szukać miłości?


Temat szukania tego jedynego mnie już nie dotyczy, bo ten jedyny sam mnie znalazł ;-) Ale pisałam tutaj już kiedyś o metodach poszukiwania drugiej połówki. Innych, niż pójście do monopolowego ;-) Dokładniej, miałam na myśli program "Rolnik szuka żony". Mimo tego, że druga edycja skończyła się całkiem szczęśliwie dla kilku uczestników, dalej nie do końca jestem pewna, czy aby na pewno wszyscy z nich szukali tam miłości, a nie na przykład popularności. Z drugiej strony, mogli tam przecież znaleźć miłość przypadkiem...

Dziś przyszło mi do głowy kilka refleksji na temat tego, jak mężczyźni starają się o tę jedyną. Temat rzeka, bo potrafią to robić tak nieumiejętnie, że samo patrzenie boli. A co dopiero uczestniczenie w całej akcji jako obiekt zainteresowania... Bardzo możliwe, że niejedna kobieta przez to została zakonnicą... Na szczęście, jeszcze nie wszyscy robią to tak źle, jak opisuję ;-)

"Aha", "No" i "Fajnie masz", czyli te rozmowne typy



Jeśli już piszesz tego SMS-a czy wiadomość na FB i pytasz o coś, na przykład Co słychać?, dziewczyna odpowie ci przynajmniej jednym zdaniem. I jeśli chcesz dalej rozmawiać, ale odpowiadasz jej na to Aha, No lub No to fajnie masz, to ona, jeśli jest na poziomie (wyższym niż twój), już nie będzie chciała rozmawiać. Stwierdzi, że tobie się nie chce. Ale to jeszcze nie jest dno. Pogrążysz się do reszty, zarzucając ją później kolejnymi wiadomościami w stylu No to cio mi jeszcze powiesz? Ani to dialog, ani monolog. Nie dość, że sam nic konkretnego nie piszesz, to jeszcze sprawiasz wrażenie, jakbyś jej w ogóle nie słuchał nie czytał. Taki sposób (nie)prowadzenia konwersacji odstrasza. Szukaj dziewczyny, która "rozmawia" w ten sam sposób (tak, są takie!). Z nią się dogadasz. Na migi.


Przeciwieństwa się przyciągają



Nie wiedzieć czemu, drobni faceci pałają zwykle straszliwą namiętnością do kobiet większych od nich samych. Czasem tylko wyższych, czasem też i lepiej zbudowanych. Wiadomo, to ładne, co się komu podoba. Ale jak widzę takiego pana o wzroście siedzącego psa, który to pan zarywa do sporo większej pani, to nasuwa mi się jedno pytanie... Czy on szuka dziewczyny, czy bodyguarda?

Bo ja jestem sam i tak mi z tym źle



Mężczyzna ma być męski, a nie godny współczucia. Smutne spojrzenie spaniela i tekst Bo ja szukam dziewczyny i znaleźć nie mogę raczej żadnej kobiety nie przekonają. Prędzej nasuną jej obawy, że skoro inne cię nie chcą, to z tobą musi być coś nie tak. A gdy będziesz w kółko powtarzał, jak to szukasz dziewczyny, każda będzie już nawet wiedziała, co dokładnie. Twoje słowa sugerują, że szukasz jakiejkolwiek i weźmiesz, co się natrafi. Nawet starą kulawą bułgarską prostytutkę z jednym okiem. Cała rzecz w tym, że kobieta chce być tą jedyną... ale nie tą-jedyną-która-cię-zechciała.

I może być już tylko gorzej: gdy usilnie szukasz dziewczyny... wśród tych zajętych. Raz, że niepotrzebnie zawracasz im głowę i tylko je irytujesz, zmuszając do uprzejmego spławiania (zwłaszcza, że co to za radość, jak cię podrywa jakaś ofiara losu), a dwa, że w końcu stracisz zęby, jak się okaże, że któraś ma zazdrosnego chłopaka. Bo zasada jest jedna: żeby startować do zajętych, trzeba mieć wygląd. I gadane. A i to nie wystarczy, jak dziewczyna jest szczęśliwa w związku :-)


To takie trzy najczęściej spotykane i najbardziej irytujące typy, które przyszły mi na myśl, jako pierwsze. Dodajcie coś od siebie!

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket



Komuno, wróć

Komuno, wróć


...wołali niektórzy. I patrzcie, jak marzenia się spełniają. Wróciła. I potraktujmy to jedynie jako pocieszenie, że marzenia się spełniają. Chociaż znowu - nie bez wysiłku. W końcu trzeba było ruszyć tyłek i iść zagłosować.

I to, że dziś piszę o polityce, nie znaczy, że będę zawsze. Nie znoszę polityki. Uważam, że dopóki  z władzą wiąże się mało wysiłku i ogromne korzyści finansowe, nie będzie ona dobrze sprawowana. Wątpię, że jakikolwiek polityk stara się dojść do władzy, bo chce sprawić, żeby obywatelom żyło się lepiej. On chce, żeby jemu żyło się lepiej. I wszystko inne traci znaczenie, kiedy mu się to udaje. Taki mam pogląd. Polityka powinna być działalnością charytatywną. Bo koleś, który żyje za kilkanaście tysięcy miesięcznie, nie zrozumie kogoś, kto żyje za 1500.  I dlatego nie cierpię polityki. Ale dziś ten jeden, jedyny raz o niej piszę, bo mnie boli, co się dzieje z tym krajem w tej chwili.



Tyle nam naobiecywali... 500 zł na dziecko? Jest. Co prawda tylko na drugie, no, ale skądś jeszcze trzeba wziąć kasę dla emerytów, co by im też rzucić. W końcu to najwierniejszy elektorat obecnej władzy. Powiecie, że młodzi też na PiS głosowali? No, ja wiem. Ale pojęcia nie mam, co mieli w głowie. Nie pamiętają, co się działo, jak się już kiedyś do władzy owa partia dorwała? Cóż, to chyba pokolenie '95 i młodsze. Ale nie mówcie, że to nie tylko emerytów wina. To znaczy, sprecyzujmy: moherów. Ja myślę, że to głównie ich wina. Ile mamy takich dziadków w Polsce? 

Dokładnie tak myślę. W Polsce w tej chwili wśród osób, które w ogóle jeszcze głosują (bo frekwencja jest podła, bardzo, bardzo podła), przeważają właśnie staruszki. I to takie moherowe staruszki. Wiecie, o mentalności tych walczących o krzyż lub szarpiących Bogu ducha winnego dziennikarza z TVN-u. Bo on z TVN-u jest. Nie z TV Trwam. Swoją drogą, takich fanatyków to należałoby pozamykać w szpitalach. Takie zachowanie nie jest normalne. Wstyd mi za Polskę, gdy widzę coś takiego.

I kto inny ma jeszcze czas i chęci, żeby iść głosować? Bo jak kojarzę, spora część młodych woli olać sprawę. Bo kogo byśmy nie wybrali, będzie katastrofa. I ja też tak uważam. Ale ta katastrofa może być mniejsza lub większa. Zawsze mogliśmy wybrać mniejsze zło. Młodych jest też mniej, bo powyjeżdżali za granicę. Tam, gdzie jako imigranci mogą liczyć na lepszy socjal, niż we własnym kraju, jako jego obywatele. I lepsze zarobki. Reszta ma już dosyć wybierania mniejszego zła. I tym sposobem z młodych, którzy poszli do głosowania, została garstka. A z tej garstki najwyraźniej jeszcze spora część wybrała najgorszą władzę, jaką tylko mogli. Bo nie pamiętali.

Ale ja pamiętam. Słyszę: "PiS", myślę: "Smoleńsk". Tak, to była straszna tragedia. Ale to, co ta partia z niej zrobiła... Oni się na tym promowali. Jawnie się promowali. I dziwię się, że w tej chwili mało słyszę to hasło. Byłam przekonana, że jeszcze nie skończyli i jak tylko się dobiorą znów do władzy, to będzie jedyny temat.

I patrzcie. Mamy program 500+. Spoko, ale kosztem przedsiębiorców, czyli tych, którzy ten kraj jeszcze jakoś ciągną w górę. Emeryci dostaną swoją "nagrodę" za zagłosowanie na "jedyną słuszną opcję". I pewnie tylko zwiększy to notowania PiS w tej grupie społecznej. Czemu? Bo większość głosujących na PiS to ludzie, jakich znam z sąsiedztwa - żyją za głodowe emerytury i ciągle liczą, że "władza im da". Żadna nie dawała. PiS dał? Będziemy na niego głosować, to da więcej. Nieważne, że kosztem tych, którzy nie czekają, aż im ktoś da. Nieważne, że dał jednorazową jałmużnę. Nie zwiększyli im emerytur do poziomu pozwalającego godnie żyć. Ot tak, raz dali, bo obiecali. I wątpię, że dają znowu. Musieliby sięgnąć do własnych kieszeni, a coś takiego się nie stanie.

A co jeszcze mamy? Ustawę inwigilacyjną. I najbardziej mnie rozwala, że wszędzie teraz słyszę, jak to się uchronić przed inwigilacją. A jakoś nikt nie mówi, jak zaprotestować przeciwko tak jawnemu łamaniu naszego konstytucyjnego prawa do prywatności. Do tej pory słyszałam raz "Zażądajmy wcześniejszych wyborów". Raz. A ja nie chcę kombinować, jakby tu zachować prywatność. Ja chcę tę prywatność mieć zapewnioną, bo skoro nie jestem przestępcą, to czemu ktoś ma mnie bezprawnie śledzić? Ale o coś takiego możemy się oburzyć tylko my, młodzi. Bo przeważająca część elektoratu w postaci emerytów nijak się tym nie przejmie. Ilu znacie dziadków, którzy korzystają z internetu? A ilu z nich w ogóle rozumie coś z tego?

Jestem młoda. Program 500+ też mi nic nie daje, bo dzieci jeszcze nie mam. I bardzo możliwe, że będzie jeszcze zabierał, bo chcę otworzyć własną DG. Na emeryturę też jestem za młoda, więc też nie korzystam z tej ich jednorazowej jałmużny. Ustawa inwigilacyjna? Tak, to mnie rusza. Bo korzystam z internetu. Nie robię w nim nic złego. No, oprócz prowadzenia bloga ;-) Ale co, jeśli ktoś uzna, że mam niewygodne poglądy?

O, i będziemy mieć telewizję narodową zamiast TVP. I w tym momencie przestaję wierzyć, że będzie w tym kraju coś takiego, jak wolność słowa. Już była akcja, że ponoć skecz kabaretu Ani Mru Mru został ocenzurowany. Znowu wygląda na to, że wrócimy do czasów, kiedy kabarety będą musiały być bardzo ostrożne w tym, co mówią, zwłaszcza, jeśli mówią o władzy. Inwigilowanie będzie prostsze niż w PRL-u - dzięki stosownej ustawie. Niby mamy prezydenta i premiera, ale przecież i tak każdy wie, kto wszystkim steruje...

Mam naprawdę czarne wizje, jeśli chodzi o najbliższe lata dla Polski. Bardzo mnie to martwi, bo może i chwilowo jestem emigrantką, ale naprawdę bardzo bym chciała już wkrótce wrócić na stałe do kraju. I spokojnie w nim mieszkać. Bez strachu, że mnie ktoś śledzi, bez strachu, że obecna władza przez nieznajomość elementarnych zasad dyplomacji wywoła wojnę z którymś z sąsiadujących państw. Bez strachu, że ta władza będzie rządzić przez najbliższe kilka lat i obróci w ruinę wolność, którą odzyskaliśmy. Bez strachu, że nawet jeśli będę w stanie prowadzić swoją firmę, to państwo mi zabierze większość pieniędzy, które uczciwie zarabiam. Bo przecież ma być równo. Idziemy w stronę PRL. Epoki, o której opowiada się z rozbawieniem i sentymentem. Ale ona wcale zabawna nie była. Ludzie się z niej śmiali, bo tylko tak sobie byli w stanie poradzić z jej absurdami. I jak tak dalej pójdzie, to się wszyscy o tym boleśnie przekonamy. Na własnej skórze.

A było wybrać jakieś mniejsze zło...



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Mam ci do powiedzenia trzy słowa

Mam ci do powiedzenia trzy słowa

Bardzo lubisz prowadzić. Samochód, motor, może jedno i drugie. Może traktor, może walec drogowy. Cokolwiek. Ale lubisz.

I wiesz, że umiesz zajebiście dobrze jeździć. Prawko masz nie od dziś. Może nawet zarabiasz na życie jako kierowca. A może po prostu jest to jeden z elementów twojej pracy. A może po prostu jeździsz często, bo tak najwygodniej.

I lubisz sobie czasami wypić piwko, albo dwa. Albo może obalić flaszkę z kilkoma kumplami w weekend. Jak każdy. Nie pijesz codziennie, tylko tak sobie tam czasami, dla relaksu.

Tak bardzo lubisz prowadzić i tak bardzo jesteś pewien swoich umiejętności, że nawet to piwko, czy dwa nie powstrzymują cię przed wsiadaniem za kółko. Nawet ta flaszka cię nie powstrzyma.

Przecież wiesz, co robisz. Robisz to nie pierwszy raz. Przecież dużo nie wypiłeś. I już wywietrzało. Przecież jesteś wyborowym kierowcą. Wyborowym, jak ta wódka, którą piłeś przez cały wieczór. Przecież to niedaleko. Przecież będziesz jechał powoli.

Przecież masz milion innych równie kretyńskich wymówek.

I może nawet jesteś tak pewien swoich umiejętności, że bierzesz ze sobą pasażerów. Bo przecież dasz radę. To niedaleko. Będziesz jechał powoli...

A co mi powiesz, jeśli nagle na twojej drodze pojawi się drzewo? Albo inne auto? Ktoś, kto miał pecha pojawić się w tym samym momencie na tej samej drodze, co ty? Co mi powiesz, jeśli mimo tej twojej "ostrożnej jazdy", coś się stanie?

Nie. Jeśli jedziesz po pijaku, to nie jedziesz ostrożnie.

Jeśli wsiadasz pijany za kierownicę, ryzykujesz nie tylko swoim życiem i zdrowiem. Wsiadając za kółko, bierzesz odpowiedzialność za siebie i za ludzi, których na tej drodze napotkasz. Jeśli zabierasz pasażerów - bierzesz odpowiedzialność za nich.

I najlepsze, co ci się wtedy może przytrafić, to złapanie przez policję. I odebranie ci prawka. Tego ci życzę.

Jeśli jesteś taką osobą, mam ci coś do powiedzenia:



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Polajkuję, bo...?

Polajkuję, bo...?


A jakby tak pizgnąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Kurczę, jeszcze nigdy nie byłam w Bieszczadach. I mam poczucie, że gdybym wyjechała tam na zawsze, zanudziłabym się na śmierć. Ewentualnie miałabym rozrywki w postaci uciekania przed niedźwiedziami... Taka polska wersja "Zjawy", bez Leo czekającego na Oscara, morderczych Indian i mało koleżeńskich kolegów... Nie, to nie mój klimat. Ale za każdym razem, kiedy zabieram się za jakieś nowe przedsięwzięcie, mam wobec niego oczekiwania. Czasem pewnie trochę nierealne. Pewnie jestem zbyt mało cierpliwa...

Zakładałam bloga, bo chciałam pisać, co mi w duszy gra. I porywać tym tłumy. Jak głosi jego hasło - co w sercu, to na klawiaturze. Pisałam o obejrzanych filmach, swoich ulubionych serialach, muzyce, której słucham, o moich wyjazdach, dzieliłam się swoimi zdjęciami... Potem miałam czas, kiedy bałam się cokolwiek napisać. Bo chciałam to, co wtedy czułam, ale... z założenia to miał być pozytywny blog, dokumentowanie tylko dobrych chwil. I co tu napisać pozytywnego, skoro akurat w duszy grają smętne hity? To nie pisałam. A teraz wracam i znowu mam ochotę wrzucić tu coś tak 100% od serca. Co czuję, co myślę... A pomysłów mi nie brakuje. Wręcz przeciwnie - mam ich tyle, że nie wiem, od czego zacząć, próbuję, mieszam, gubię się w tym chaosie i odpuszczam. Bo nie chcę wrzucać byle czego. Nie chcę dzielić się postami, które są jak polskie ustawy - na kolanie napisane. Tyle, że pisanie o uczuciach, które same w sobie potrafią być chaosem, raczej nigdy nie będzie uporządkowane i wygładzone. Ale będę próbować.




Kiedy tworzyłam to miejsce, miałam wizję, że "chcę, by było jak..." i tutaj przychodziło mi na myśl kilka blogów, które lubię czytać. Chciałam widzieć, jak liczba czytelników rośnie, jak inni wspominają o nim. Chciałam pisać i cieszyć się tym, że to się podoba. I zasadniczo mogę powiedzieć, że tak się dzieje. Czuję jednak niedosyt, ponieważ dzieje się to o wiele wolniej, niż bym chciała. Po tych wszystkich zapowiedziach, jak to bardzo ważne jest  posiadanie blogowego fanpage'a i ogólnie prowadzenie szeroko pojętej kampanii w social media, spodziewałam się lepszych efektów. Jest Instagram, jest Facebook, i owszem, efekty też są. Ale albo zbyt małe i wolno następujące, albo ja jestem zbyt niecierpliwa i ambitna. Pewnie raczej to drugie... A ja mam niestety tę paskudną cechę, że jak nie widzę efektów, to tracę zapał i olewam sprawę.

Najbardziej widzę ten problem braku rozwoju, odkąd zaczęłam prowadzić sklep z koszulkami informatycznymi. No, przybywają kolejni obserwatorzy, lajki dla nowych produktów, widzę coraz więcej wejść na stronę sklepu (Google Analytics patrzy ;-)), ale... wciąż czekam z niecierpliwością na sprzedaże. Bo nie było jeszcze ani jednej. I w sumie, skoro sklep prowadzę od jakichś dwóch tygodni, to chyba wszystko OK, nie ma się czym martwić. Jednak poświęcam naprawdę sporo czasu na tworzenie grafik i nowych produktów, a także na reklamę i pozycjonowanie sklepu, i chciałabym widzieć tego efekty. Jak najszybciej. W tej chwili mam poczucie, że reklamuję dla samego reklamowania, a przecież nie o to chodzi, tylko o to, żeby ta reklama przynosiła efekty. I znowu mnie frustruje ten Facebook z tym brakiem odzewu, gdy usiłuję wywołać interakcję, pytam o coś, a dostaję tylko lajki, żadnej odpowiedzi. Bo lajk w odpowiedzi na konkretne pytanie jest dla mnie równoznaczny z powiedzeniem "Polajkuję, bo wypada, ale w sumie mam w dupie, co piszesz". Ale to nie jest problem tylko po stronie odbiorców. Bardziej tego, że ludziom się już trochę te social media znudziły. I tak, na pewno jest to też problem, że wciąż jestem mało doświadczona w kwestii prowadzenia fanpage'ów, i pewnie po prostu znam za mało trików, które skłaniają ludzi do reakcji. No i tego, że Facebook nie promuje stron, na których odzew jest mały, jak u mnie. Mało lajków i komentarzy - małe zasięgi. I trochę się z tego robi zamknięte koło - bo jak ma ich być więcej w takiej sytuacji? Cóż... Jeśli chcesz mnie wspomóc i zmotywować - polajkuj, skomentuj, albo podaj dalej stronkę mojego sklepu. Albo mojego blogowego fanpage'a. Co ci lepiej pasuje :-)

A ja plan mam teraz taki, że w trakcie mojego obecnego wyjazdu, oprócz nauczenia się htmla, chcę też poduczyć się też nieco w kwestii prowadzenia fanpage'a. Już obserwuję różne takie, które mi polecano, jako przykłady wartościowych, dobrze prowadzonych stron. Trochę inspiracji i samokrytyki, i myślę, że będzie dobrze. I trochę opanowania swojej niecierpliwości,a nie będę musiała wszystkiego rzucać i wyjeżdżać w Bieszczady :-) Ale myślę, że tak czy owak bym tego nie zrobiła - bo dawno żadna pasja nie dawała mi tak wielkiej satysfakcji, jak to tworzenie nadruków :-)



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Książkowe inspiracje czyli co ostatnio przeczytałam? #1

Książkowe inspiracje czyli co ostatnio przeczytałam? #1


Często na Instagramie widzę hashtag #52ksiazkiw52tygodnie. Ja ostatnio już chyba przekroczyłam tę liczbę, bo w tygodniu potrafię przeczytać dwie-trzy książki. Wiadomo, miałam niedawno urlop, a więc wystarczająco dużo czasu, by móc zatopić się w lekturze i codziennie poświęcałam na to przynajmniej z pół godziny. Albo i ze cztery ;-) Co tam ostatnio czytałam? Co polecam?




Aneta Jadowska
"Ropuszki"


Przeczytałam już całą serię o Dorze Wilk. Tuż przed Świętami mój wspaniały zaczął podpytywać, jaką mam ostatnią książkę Jadowskiej. Miałam ostatnią część heksalogii i szczerze mówiąc, nie byłam na tyle na bieżąco, by wiedzieć, że autorka wydała właśnie zbiór opowiadań na temat tej samej bohaterki. I tak oto pod moją choinką wylądowały "Ropuszki", które przeczytałam dosłownie w pięć dni. To chyba o czymś świadczy, bo zbiór ma dobre 500 stron ;-) To była jedyna taka "prawdziwa", papierowa książka, którą przeczytałam ostatnio, bo tak to zwykle korzystam z ebooków. Bardzo lubię tę autorkę i wymyślone przez nią Uniwersum Thorn. Fajna, lekka, kobieca fantastyka, pełna humoru i niesamowitych postaci.  Na jednym terenie muszą jakoś ze sobą współistnieć uczłowieczone anioły, piekielnicy, wilki, wampiry i magiczni. Oczywiście, rodzi to niejednokrotnie konflikty, często też prowadzi do zbrodni i tutaj wkracza do akcji była pani policjant, wiedźma Dora. Prowadzi śledztwa, często się bije, a jeszcze częściej wpada w tarapaty, z jakich nie wyszedłby nikt, oprócz niej. Opowiadania będą łakomym kąskiem dla tych, którzy tak, jak ja, pochłonęli całą heksalogię - na początku Jadowska nakreśla nam oś czasu i tym sposobem wiemy, które opowiadania są sprzed heksalogii, które historie działy się w trakcie danych tomów, a które już po zakończeniu serii. Mogę też jednak śmiało polecić ten zbiór opowiadań tym, którzy jeszcze nie znają Dory Wilk - myślę, że "Ropuszki" skłonią Was do szybkiego nadrobienia całej serii :-)

Maja Lidia Kossakowska
"Siewca wiatru"


Nieco podobny w klimacie do powieści Jadowskiej, tyle że tutaj mowa jedynie o aniołach. Tych, które ciągle zostają po stronie Jasności i tych, które jednak postanowiły się zbuntować. Zostają one nagle postawione przed faktem, że ich Pan zniknął. Opuszczone, muszą wspólnie stawić czoła tytułowemu Siewcy Wiatru, który chce obrócić ich świat w niebyt. Nie przerażajcie się - te anioły są przedstawione w niesamowicie ludzki sposób. Piją, palą, klną, mają wątpliwości... Powieść wydaje mi się jednak nieco przekombinowana, bardzo w niej dużo tytułów i anielskich imion wywodzących się z tradycji chrześcijańskiej, judaistycznej oraz muzułmańskiej, co w tej ilości, jaka jest nam zaserwowana, jest co najmniej nieco niestrawne. Nawet dla kogoś, kto Biblię całkiem nieźle zna... Czytałam i miałam ciągle wrażenie, że wielu szczegółów nie zapamiętam. Jednak ta historia sama w sobie naprawdę wciąga i nie byłam w stanie porzucić tej książki, dopóki nie skończyłam jej czytać.

Andrzej Pilipiuk
"Reputacja"



Wypatrzyłam przed Świętami w Biedronce i poczułam, że muszę ją mieć. Ucieszyłam się bardzo, gdy okazało się, że książka jest dostępna na Legimi.com, pobrałam ją sobie na półkę i dość szybko zaczęłam czytać. To nie Wędrowycz, jednak opowiadania o Robercie Stormie, nietypowym detektywie, który na zlecenie wyszukuje antyki, których znalezienie wydaje się niemożliwe, były tak dobrze napisane, że nie mogłam się od nich oderwać. Młody detektyw poszukiwał między innymi sposobu na zniszczenie magicznej szklanej kuli z uwięzionym w niej hitlerowcem, oraz starego cygańskiego kociołka, w którym gotowane jedzenie nigdy się nie kończy... Została nam też przytoczona historia doktora Pawła Skórzewskiego, który zajmuje się leczeniem trądu. Nie można jej nic zarzucić, jakkolwiek mnie zbytnio nie urzekła. Wątek lekarza został również sprytnie wpleciony w jedno z opowiadań o Stormie. Generalnie - kto lubi Pilipiuka, na pewno doceni ten zbiór opowiadań. Kto nie lubi - może akurat się przekona :-)



Myślicie, że to wszystko, co ostatnio przeczytałam? To jedynie jakieś 3 tygodnie mojego czytania, zatem spokojnie: ciąg dalszy nastąpi... :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Nie jestem blogerką

Nie jestem blogerką


Po wielu męczarniach i perypetiach powracam powoli na bloga. Głupio by mi było pisać w każdym poście "Sorry, że mnie tu chwilowo nie było", bo ta chwila troszkę trwała. Dało mi to jednak do myślenia. Wiecie, naczytałam się, że bloga trzeba traktować poważnie, podchodzić do niego superprofesjonalnie i pisać regularnie kilka razy w tygodniu, na dodatek zajmować się jego promocją w social media, no i oczywiście śledzić inne blogi, żeby być na bieżąco... I przerosło mnie to nieco. Nie wiem, po co aż tak się szarpać. Nie jestem w stanie pogodzić pracy, realizowania sobie postawionych celów (jak np. teraz nauka html) i życia towarzyskiego z praktycznie codziennym dłubaniem nad blogiem. Nie umiem stworzyć pełnego posta w ciągu pół godziny. Mogłabym, ale nie chcę serwować Wam czegoś, z czego nie byłabym zadowolona. I postanowiłam: blog ma być dla mnie przyjemnością, nie koniecznością. To oznacza, że dalej będę pisać, ale w swoim tempie. Będę regularnie się pokazywać na Facebooku, być może z powrotem zadbam też o mojego Instagrama. Ale... bez szaleństwa.




Zrobiłam sobie przerwę od tych wszystkich mediów, bo najzwyczajniej w świecie była mi potrzebna. Może jestem za stara na internety i nie ogarniam tej konieczności bycia ciągle online, i chwalenia się każdą sekundą swojego życia. Słowo, że ja tak nie umiem. Przeraża mnie myśl, że każdą kawę i potrawę najpierw miałabym obfotografować ze wszystkich stron, a dopiero potem jeść zimną. Przeraża mnie, że zamiast cieszyć się chwilą, winem wypitym we dwoje czy dobrym filmem w kinie, skupiałabym się jedynie na udokumentowaniu tego momentu. Ja chcę przede wszystkim żyć, a nie oglądać swoje życie na ekranie smartfona. I tak teraz będzie teraz prowadzony ten blog. Ja nie jestem blogerką. Mogłabym nią być, gdybym na tym zarabiała. Ktoś powie, że mam materialistyczne podejście - może. Ale serio, nie umiem w 100% poświęcać całego swojego czasu czemuś, co zasadniczo nie daje mi kasy. Jasne, prowadzenie bloga daje mi satysfakcję - ale jej nie potrzebuję aż tyle :-)

Poza tym, kto bywa na moim Facebooku, pewnie już widział, że pochłania mnie ostatnio nowy projekt. Planuję Wam o nim napisać nieco więcej, ale póki co pochłania mnie pozycjonowanie i promocja. No i oczywiście projektowanie :-) Pomysłów mam masę, dosłownie nie nadążam z ich realizacją. Mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się doprowadzić sklep do miejsca, w którym będzie dobrze rozreklamowany i będę mogła troszkę wyluzować z tym reklamowym szaleństwem :-)

Jakby ktoś mi powiedział kilka lat temu, że w tej chwili będę prowadzić bloga, sklep internetowy i tworzyć nadruki, to w życiu bym nie uwierzyła. Życie potrafi zaskoczyć. A najbardziej to chyba i tak ja samą siebie :-) Trzymajcie się ciepło i zaglądajcie, bo ja ciągle tu jestem :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger