Co ja zrobiłam z moimi rzęsami? Sposób na piękne i długie rzęsy

Co ja zrobiłam z moimi rzęsami? Sposób na piękne i długie rzęsy


Wy chcieliście, żebym to napisała, ja zaś chciałam to napisać :-)

Mój sposób na piękne rzęsy generalnie jest prosty i w przeliczeniu na miesiące nawet w miarę tani, ale po kolei. Wpadłam na niego przez przypadek, jak na większość moich kosmetycznych hitów.


Oto moje rzęsy kiedyś.

Bez tuszu i z tuszem. Wybaczcie, że pierwsze zdjęcie z maseczką na twarzy, ale innego niestety nie miałam. W zdjęciach był jedynie podkręcony kontrast, bo jakieś te rzęsy takie blade wyszły. Niby mam czarne, ale jednak jakoś słabo je widać na tych zdjęciach. Na żywo też raczej średnio było...


    

I po trzech miesiącach.


Bez tuszu. w sztucznym i naturalnym świetle. Zdjęcie po z tuszem jest w tytule :-)

    

Co ja takiego robiłam?


Praktycznie co wieczór (nie, że tak znowu zawsze, bo aż taka sumienna w tej kwestii to nie jestem) smarowałam rzęsy dwiema odżywkami: Long4Lashes oraz Eveline 5w1 z olejkiem arganowym. Tej drugiej odżywki używałam też na dzień jako bazy pod tusz (świetnie podkręca i optycznie wydłuża rzęsy). Nic ponadto, tylko co wieczór dokładne smarowanie.

Efekt taki, jak widać. Gdy pomaluję rzęsy, to mi się ocierają o szkła w okularach ;-) A i częściej rezygnuję z makijażu, bo nawet jak nie pomaluję, to i tak mam bardziej wyraziste spojrzenie. Z tuszem jest już bosko.


Ceny odżywek widać w linkach, ale podam oficjalnie: 79,99 zł i 16,49 zł, Czasem można też trafić na jakieś fajne promocje. Wiem, że łącznie wychodzi sporo, ale przeliczcie sobie to jeszcze na kilka miesięcy. W tej chwili mija już prawie czwarty miesiąc, a końca nie widać w żadnej z nich :-) Daje mi to w tej chwili miesięczny koszt 24,12 zł. Eveline zresztą używam już gdzieś od początku roku, także muszę przyznać, że jest megawydajne. Co do Long4Lashes to długo odkładałam jej zakup przez jej cenę, ale teraz stwierdzam, że było warto. Naprawdę mi pomogła i też starcza na długo.




Możecie czasem trafić na krytyczne opinie na temat Long4Lashes, dotyczące jej składu. Znajduje się w niej substancja używana w kroplach na jaskrę - bimatoprost, której skutkiem ubocznym jest powodowanie wzrostu rzęs. Są głosy, że na dłuższą metę może on szkodzić. Ja u siebie zauważyłam jedynie, że rano miałam oczy bardziej "zaklejone" niż zwykle, ale poza tym nic się złego nie dzieje. Jeśli macie wątpliwości - nie stosujcie po prostu.

Ja w tej chwili dalej używam obu, ale raz na kilka dni zamieniam je na olejek rycynowy. Jego jednak używam głównie dla przyciemnienia, żeby wydłużenie było jeszcze bardziej widoczne :-)

Swoją drogą, słyszałam jeszcze o ciekawej odżywce z Muse Cosmetics, ale jej cena trochę mnie odstrasza (w tej chwili 210 zł). Myślę jednak, że za jakiś czas spróbuję, bo w niej w składzie nie zauważyłam bimatoprostu, a efekt... Sami zobaczcie, bo robi wrażenie. Widzę codziennie na Snapie ;-)

A może też macie jakieś fajne sposoby na piękne rzęsy? Piszcie! Bardzo chętnie je poznam :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket



Nowe wyzwanie, Pokemony i testowanie. Przegląd tygodnia 18-24 lipca

Nowe wyzwanie, Pokemony i testowanie. Przegląd tygodnia 18-24 lipca


W pierwszej chwili nie wiedziałam za bardzo, co napisać o tym tygodniu, bo raczej mało się działo. Ale... miałam sporo czasu dla siebie, żeby zacząć ogarniać swoje życie i to też zaczęłam robić. Mianowicie, założyłam sobie zeszyt, w którym będę robić zadania z Rozwojownika, dokumentować swoje postępy w różnych dziedzinach, oraz zapisywać co ciekawsze wspomnienia w formie pamiętnika. 

Zaczęłam wyzwanie:



I wiecie, że mało co do tej pory złapałam? Nie wiem, może z myślami jest tak, że biegną swobodnie, dopóki nie próbujesz ich łapać? ;-) Tak czy owak - przedłużam wyzwanie do czasu, aż połapię ich trochę. Kiedyś musi mi się udać :-D

Zaczęłam też pracować nad swoimi nawykami - to znaczy, wyrabiać sobie te dobre. W pierwszej kolejności zabrałam się za nawyk regularnych treningów. Udało mi się zrobić dwa i... skręciłam sobie kostkę w czwartek. Nie załamałam się jednak, tylko stwierdziłam, że w sumie te 2-3 treningi tygodniowo i tak mi starczają. Dziś już znowu ćwiczyłam, bo z kostką już OK :-)

To był tydzień, który zaczął się od lenistwa i przyjemnych śniadań :-)



Było też dużo zdjęć, bo postanowiłam ładnie się ubierać i dokumentować swoje "autfity" :-D I w sumie, to całkiem fajna sprawa, zwłaszcza, że mogłam zobaczyć z innej perspektywy, jak wyglądają te moje stroje. I miewam czasem całkiem fajne pomysły, jeśli chodzi o łączenie kolorów. Jeśli jestem tylko nastawiona na to, żeby ładnie wyglądać, udaje mi się to bez problemu. I czuję się o wiele lepiej :-)

Było też dużo ogarniania zdjęć. Obrabiam ciągle te z Ustki. Mamy ich około 400, a ja ogarnęłam może z 1/4 do tej pory... Dlatego nie niecierpliwcie się - wpis o Ustce będzie. Jak obrobię zdjęcia :-)

Zaczęłam testować serum Eveline do ust. Nie, żebym była niezadowolona ze swoich, bo jak najbardziej jestem zadowolona :-) Po prostu chciałam sprawdzić, czy to serum coś daje i czy będę miała jeszcze fajniejsze. Póki co - jakiejś specjalnej różnicy nie widzę, ale myślę, że swoje wrażenia podsumuję w formie osobnego wpisu, albo chociaż na Facebooku ;-)

Zaczęłam też łapać Pokemony :-D I wiecie co? Spodobało mi się :-D


Wreszcie udało mi się trafić do fryzjera! Wierzcie mi, usiłowałam pójść na farbowanie i cięcie jeszcze przed wyjazdem, ale nagle zmienił mi się jego termin na wcześniejszy i już nie zdążyłam. Chciałam iść po powrocie z Niemiec, przed urlopem, ale wylądowałam na wsi i też już nie dałam rady. Wiele nie zmieniłam. Ot, wciąż mam swoje przypadkowe ombre. Przypadkowe, bo powstało z czasem, gdy zafarbowałam swoje włosy (a miałam wtedy gigantyczny odrost i rozjaśniane, rude końce) na brąz. Ładnie wyglądał, ale było widać różnicę między ciemniejszą górą, a jaśniejszym dołem. Z czasem brąz się wypłukał i został karmel, który bardzo mi się podoba ;-) Jedyna zmiana, to grzywka, która też już od dawna mi się marzyła.

I chyba staję się włosomaniaczką. Do tej pory tylko myłam głowę, używałam odżywek, czesałam włosy Tangle Teezerem i olejowałam. W tym tygodniu do kolekcji zabiegów dołączyło używanie wcierki. Już po pierwszym zastosowaniu byłam zaskoczona, jak fajnie miałam włosy odbite od nasady. I jak do tej pory swędziała mnie skóra (przypuszczam, że po suchym szamponie), tak wcierka ją ukoiła.




W czwartek powróciłam do pracy. Opornie mi to jednak szło. Ostatecznie zrobiłam jakiś kawałeczek jednego zlecenia i wróciłam do tego dopiero w piątek. I wtedy poszło mi już nieco lepiej. W sumie, szukam sobie teraz jakiegoś przyjemnego miejsca i próbuję wyrobić jakieś rytuały pracy, które mi ją ułatwią. Odkryłam jednak, że najlepiej i najprzyjemniej pisze mi się w łóżku :-D Nie chcę jednak, żeby łóżko kojarzyło mi się z pracą, więc chyba będę się zajmować zleceniami w salonie na kanapie.

W sobotę wybraliśmy się na basen. W końcu kiedyś trzeba było się poopalać i pomoczyć. Co prawda, jak to w weekend, były tłumy, ale dało się gdzieś wcisnąć :-) Spędziliśmy mega miłe popołudnie i zrobiliśmy całkiem sporo podwodnych zdjęć. Zakup tego aparatu był naprawdę dobrym pomysłem!


Byliśmy też w kinie na Star Trek: W nieznane. Nie ogarniam filmów z tej serii, ale oglądało mi się bardzo przyjemnie. Zaskakująco dobry film, jak na wakacje i sezon ogórkowy. Jeśli zastanawiacie się, czy warto - zdecydowanie tak. Dobra zabawa, fajny humor i duuuuuużo akcji. Jak dla mnie - idealny na wyluzowanie.

W niedzielę zaś byliśmy na miłym obiadku na mieście. Strasznie to lubię, że często w niedzielę nie gotuję obiadu, tylko idziemy sobie zjeść coś dobrego. Co prawda, tym razem wyszło to przez przypadek, bo po prostu przy składaniu zamówienia na pyszne.pl dostaliśmy taką wiadomość:


Nie znaleźliśmy żadnego ciekawszego lokalu, z którego mieliśmy ochotę coś zamówić, więc poszliśmy do swojego sprawdzonego. Żeby było śmieszniej - w lokalu zepsuł się terminal płatniczy. A my nie mieliśmy gotówki :-D Z bankomatem też były przeboje, ale ostatecznie udało nam się zapłacić za jedzenie i zjeść. Tyle, że ten obiad był raczej dość średni ;-)


Potem pojechaliśmy jeszcze nad zalew, ale ostatecznie nie odważyliśmy się pływać, bo woda w jednym miejscu była wyraźnie brudna i nieziemsko śmierdziała. Okszańska bryza :-D

Na blogu w tym tygodniu pojawiły się trzy wpisy:




A teraz znowu sobie leżę (pisanie bloga uznaję za relaks, więc pozwalam sobie go pisać w łóżku), telewizor mi gra, a za chwilkę chyba przełączę się na "Skrzydełko czy nóżka", które od kilku dni oglądam na raty. I idę użyć wcierki! :-)

A u Was co tam nowego słychać? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Twoje marzenie nie jest zbyt wielkie!

Twoje marzenie nie jest zbyt wielkie!


Odkąd pojawiło się w mojej głowie marzenie, żeby pracować na swoim, zaczęła się w mojej głowie totalna przemiana. Dopiero niedawno jednak zdałam sobie sprawę z tego, że freelance w moim otoczeniu to pójście totalnie pod prąd. Wiele osób nie będzie tego rozumieć i będą na mnie patrzeć, jak na bezrobotną, niezaradną i potrzebującą ich rady. "Czemu nie poszukasz jakiejś pracy?" "Chcesz żyć ze zleceń? To nie takie łatwe". Pewnie nieraz jeszcze usłyszę, że to bez sensu tak się wyrywać, bo trzeba by było znaleźć uczciwą pracę za 1500 od 9 do 17... I pół biedy z młodymi, bo jak zobaczą, że faktycznie siedzę przed tym kompem i pracuję, a potem, że mam za co żyć, to uwierzą. Starsze pokolenie już nie - będą uważać, że ja tylko gram na komputerze i nic ważnego nie robię...

Kiedyś odpuszczałam dla świętego spokoju. Wolałam zrezygnować z marzeń, niż musieć się tłumaczyć, co robię, dlaczego tak chcę i czemu to dla mnie jest lepsze... Teraz zdałam sobie sprawę, że takie gadanie trzeba olewać. Wpuszczać jednym uchem i drugim wypuszczać. A najlepiej w ogóle nie wpuszczać, tylko udawać, że się słucha. Nikt inny nie wie lepiej ode mnie, co dla mnie w życiu jest najlepsze. Czy to, że chcę pracować według własnych zasad jest złe? Czy to, że chcę zarabiać więcej, niż jest mi w stanie zaoferować jakaś firma, jest złe? Czy to, że lubię różnorodność w pracy (różne zadania, różny styl pracy, różne miejsca) jest złe? Żaden pracodawca nie jest w stanie dać mi tak dużej swobody. Poza tym, sama dla siebie jestem najbardziej wymagającym szefem. Moja motywacja do pracy jest największa, kiedy wiem, że zarabiam na siebie (no, dobra, jeszcze na państwo, ale to można przeboleć), a nie w pierwszej kolejności na wczasy prezesa, a dalej na utrzymanie firmy? Dobra, wiem, że to duży skrót myślowy, ale...
„Jeśli nie zbudujesz swojego marzenia, ktoś inny Cię zatrudni, abyś pomógł mu zbudować jego.” – Tony Gaskins
Ja chcę budować swoje marzenie, na swoich zasadach. Bo to moje życie i jeśli ja go nie przeżyję, tak jak chcę, nikt inny tego za mnie nie zrobi. I nie będę miała drugiej szansy na replay, jeśli czegoś nie zrobię. Czuję, że to, że nigdy, w żadnej firmie nie umiałam poczuć się dobrze, oznacza, że po prostu jestem tą osobą, która sama powinna firmę założyć. Nie potrafiłam się nigdy dopasować do cudzych zasad, bo muszę działać według swoich. Mam "to coś", co sprawia, że nadaję się na przedsiębiorcę. Jako szeregowy pracownik, zależny od innych, a nie od siebie samej, nigdy nie będę usatysfakcjonowana. Jeśli założę coś sama, to się uda - bo takie jest moje przeznaczenie. Bo skoro robię coś w zgodzie ze sobą, to musi się udać.

I nie widzę się w roli kogoś, kto będzie pracował po 16 godzin dziennie. Wiecie, zwłaszcza wśród starszych osób jest jakiś kult pracy, że wciąż trzeba zapierdalać. Dosłownie. A jak jesteś kobietą, to już w ogóle. Wstajesz rano, ogarniasz śniadanie i wszystkich, na końcu siebie (albo i nie, bo już czasu nie było), lecisz do pracy, potem w biegu zakupy, obiad, jakieś porządki i tak do wieczora... I czujesz wyrzuty sumienia, jeśli przysiądziesz z książką na dłużej niż godzinę lub częściej, niż raz w tygodniu. Nie można być bezczynnym. Trzeba zasuwać. Bez pracy nie ma kołaczy. A mnie słabo na samą myśl. Bo ja desperacko potrzebuję czasu dla siebie. Czasu, by coś poczytać w internecie, coś obejrzeć, zrobić sobie maseczkę lub pomalować paznokcie... I wcale nie uważam, żeby to było coś złego. W życiu musi być równowaga. Jest czas na pracę i jest czas na kołacze. Nawet samochód nie może jeździć bez przerwy. Musi czasem przejść badania techniczne, naprawy, trzeba uzupełnić poziom oleju i paliwo. Odpoczynek to nie grzech.




Złe jest to, że pracujesz cały czas, a nic z tego nie masz. Work smarter, not harder. Pracuj mądrzej, a nie ciężej. Na to hasło zwykle słyszę "Przecież trzeba pracować, żeby coś mieć". Mówią to ludzie, którzy owszem, coś mają... Ale niewiele, w stosunku do tego, ile pracują. Nie to, co ja bym chciała.

Był taki cytat:
Jeśli chcesz rozśmie­szyć Bo­ga, opo­wiedz mu o twoich pla­nach na przyszłość. 
– Woody Allen
Ja bym to ujęła nieco inaczej. Chcesz rozśmieszyć swoje otoczenie? Opowiedz im o swoich marzeniach. I dodaj, że je spełnisz. Ludzie wolą narzekać i zniechęcać, zamiast klepnąć Cię w plecy i powiedzieć, że "fajnie, trzymam kciuki, dasz radę". Lepiej marudzić, że tu nie ma możliwości, przyszłości i perspektyw. Też tak robiłam. Pochodzę z takiego właśnie niewielkiego miasteczka. Z tych samych okolic pochodzi również Kuba. I co? Nie dał rady? 

Jeśli masz marzenie, zamień je w cel. Zrealizuj je. Jeśli masz pasję, lubisz coś robić i fantastycznie Ci to wychodzi, może to jest to, na czym mógłbyś zarabiać? Spróbuj. Jeśli ktoś to wyśmiewa, albo umniejsza - olej. Jeśli ktoś Ci doradza, albo Cię zniechęca, albo wmawia, że trzeba robić-robić-robić!, żeby coś w życiu osiągnąć - spójrz, co sam osiągnął. I nie słuchaj, absolutnie nie słuchaj tych, którzy są o lata świetlne od tego, o czym mówią. Od miejsca, w którym Ty chcesz się znaleźć. Oni tylko szukają wymówki dla siebie samych, dla swojego braku odwagi. Nie słuchaj ich. Trzymaj za nich kciuki. Niech też sobie uświadomią, że to oni tworzą swoje życie, a ich marzenia wcale nie są zbyt wielkie, by je zrealizować.

Ja tak robię. I dokonam tego. Nie wiem, czy w rok, dwa lata, pięć czy dziesięć. Ale dokonam. Wiem, że to jest moja droga. Przejdę ją i dojdę tam, gdzie chcę. I Ty też możesz zrobić wszystko, co zechcesz. Twoje marzenie nie jest zbyt wielkie!

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Czy da się gniew zastąpić uśmiechem? Podsumowanie mojego pierwszego wyzwania

Czy da się gniew zastąpić uśmiechem? Podsumowanie mojego pierwszego wyzwania


Pamiętacie? Było wyzwanie. Przypomnę Wam, o co chodziło:

DWA TYGODNIE REAGOWANIA UŚMIECHEM. I mam tutaj na myśli to, że chcę po prostu nauczyć się reagować pozytywnie na to, na co normalnie odpowiedziałabym nerwami, bo w tym zwykle tkwi mój problem. Wyzwanie tworzę dla siebie samej, ale jeśli ktoś ma ochotę dołączyć, to dajcie znać, bardzo się ucieszę :-)
Jak mi poszło? Co mi to dało? Swoje wrażenia opiszę w skrócie, bo jeszcze się nie nauczyłam zapisywać swoich przemyśleń na bieżąco w trakcie trwania wyzwania i muszę sięgnąć w głąb pamięci, żeby sobie przypomnieć, jak to było ;-) Ale... coś z tym wkrótce zrobimy ;-)




Po pierwsze, to podejście spodobało mi się tak bardzo, że chcę to zachować w swoim życiu. Do tej pory miałam raczej postawę obronną i jak w tej mantrze dla obrażalskich, musiałam strzec swojego terytorium. A przecież można by czasem wyluzować. Nic nie jest warte zrezygnowania z chwili radości na rzecz pielęgnowania swojej frustracji. Tego czasu nikt mi nie zwróci.

A dlaczego uśmiech zamiast złości? Bo sam fakt uśmiechania się, nawet sztucznego powoduje wydzielanie endorfin w mózgu. To znaczy, że kiedy masz kiepski humor, powinieneś się uśmiechać! Nawet sztucznie i fałszywie - "układając" mięśnie twarzy w ten sposób wysyłasz do mózgu sygnał, że jesteś zadowolony, a mózg daje się "oszukać" i za chwilę faktycznie lepiej się poczujesz i będziesz mieć lepszy nastrój. Była też metoda z włożeniem sobie ołówka do buzi, tak w poprzek, żeby podniosły się nam kąciki ust... Cóż, ja proponuję wtedy po prostu spojrzeć w lustro - człowiek wygląda tak idiotycznie, że uśmiech na twarzy pojawia mu się już sam ;-)



Jak mi poszło? A całkiem nieźle. Zauważyłam, że w wielu sytuacjach reaguję automatycznie gniewem, choć potem mam świadomość, że to było bez sensu, bo nie pamiętałam nawet, o co chodzi. Wkurzałam się więc na coś nieistotnego. Świadomość, że mam zareagować inaczej, sprawiła, że byłam bardziej czujna i nie powiem, zdarzyło mi się czasem "rozpędzić", ale za chwilę sobie przypominałam, że miałam wyluzować i faktycznie się uśmiechałam. I... było mi lepiej!

Fałszywych uśmiechów wobec Niemców chyba nie stosowałam, jakby ktoś pytał ;-) Nawet udawało mi się szczerze się do nich uśmiechać - choć w czasie wyzwania byłam już pod sam koniec wyjazdu, i cieszyło mnie to tak bardzo, że nawet oni nie byli w stanie mnie wkurzyć ;-)

Uśmiechem reagowałam też, gdy w myślach chciałam się na coś wkurzyć. I zdziwiłam się, ile razy w myślach pielęgnuję frustrację, czy obmyślam jakieś niemiłe scenariusze! Co za strata czasu... W trakcie wyzwania starałam się w takim momencie uśmiechnąć się do siebie samej i pomyśleć o czymś miłym. Działa! :-)

Tak czy owak - było warto! Naprawdę, moje życie stało się spokojniejsze i przyjemniejsze, kiedy nie pozwalałam na to, by jakieś drobnostki wytrącały mnie z równowagi. Wiem, że jeszcze w tej kwestii czeka mnie sporo pracy, bo nieraz brakuje mi dystansu, ale to był dobry początek.

A co dalej?

Oprócz zachowania tej postawy w życiu, zamierzam również przejść przez rozwojownik Ani. Idę niedługo na miasto, to sobie wydrukuję arkusze. Nie wiem, czy będę pisać o tym na blogu, ale chciałabym jakoś zrelacjonować swoje postępy... Może po prostu co jakiś czas zrobię jakiś post z wrażeniami, a na bieżąco będę pisać na Facebooku? No, zobaczymy :-)

Póki co, kolejne wyzwanie - również na Facebooku, bo pomysł nie mój, ale wart wykorzystania :-)



Dołączycie? :-)

[zdjęcie tytułowe: tapeciarnia.pl]


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Jednorożec w szlafroku, świątynia ryzyka i dzieci z południa. Przegląd tygodnia 11-17 lipca.

Jednorożec w szlafroku, świątynia ryzyka i dzieci z południa. Przegląd tygodnia 11-17 lipca.


Dzisiejszy przegląd tygodnia piszę do Was niewyspana po nocnej podróży, ale szczęśliwa. Swędzi mnie tylko wszystko strasznie od słońca, a Wy pierwszy raz w życiu możecie mi po opalaniu zaśpiewać:


Przypaliłam się na słońcu jakieś trzy razy w życiu. Teraz jest ten trzeci. To ciekawe, bo były może jakieś 22 stopnie max (i to tylko przez pierwsze trzy dni pogoda dopisała na tyle, żeby plażować), a ja tak się urządziłam, choć jestem bardzo odporna i zwykle od razu opalam się na brąz. I jeszcze przecież filtrów używałam... Nic to nie dało: w efekcie zrzucam skórę jak wąż, względnie - sypię się, jak trzydziestka :-D No, ale cóż, na przykład auto w moim wieku to już zabytek :-D

A teraz dla klimatu puszczę Wam coś typowo nadmorskiego. Włączcie sobie i jedziemy:


Ten tydzień to Ustka. Wyjechaliśmy w poniedziałek rano, o makabrycznej porze czyli 5 rano, po trzech godzinach snu (bo trzeba było finał Euro obejrzeć :-D), a wróciliśmy dziś, o jakiejś 3 rano, autokarem, w którym przestrzeni dla jednej osoby było tyle, co w przenośnej lodówce :-D Ja już jestem przyzwyczajona i potrafię zasnąć w pozycji godnej jogina, ale reszta ekipy mocno narzekała. Cóż zrobić, skoro to było jedyne bezpośrednie połączenie z Ustki do mojego miasta... Pociągi były niestety z przesiadkami, nawet sześcioma (!). I nie było już w nich miejsc. Zaś w autokarze ponoć też nie było - pan w biurze nam tak  nam oznajmił, ale jak weszliśmy potem (w sumie to przypadkiem) na stronę internetową przewoźnika, to się okazało, że zostało jeszcze 6 wolnych miejscówek. Za chwilę ich już nie było - nie mieliśmy czasu do stracenia, więc od razu się zabrałam za rezerwację. W innym razie pozostałoby nam chyba już tylko Bla Bla Car :-D


Tak czy owak - ta sytuacja pokazała mi, że warto się nie poddawać. Mogliśmy zacząć lamentować, że źle, że nie mamy jak wrócić (chociaż utknąć w Ustce to raczej coś wspaniałego, niż strasznego ;-)), ale o wiele lepiej wyszliśmy na sprawdzeniu wszystkich możliwości. I na samodzielnym działaniu, zamiast na poleganiu na kimś obcym ;-)

W trakcie podróży zobaczyliśmy przy okazji wiele fajnych miejsc. I bywało z tym zabawnie, bo ja lubię sprawdzić w google, co właśnie mijamy ;-)

Nocna podróż wywołała głupawę wywołaną przemęczeniem. I doprowadziła do wzdęć... W efekcie tuż po "wysiąściu" z autokaru wyszedł nam epicki dialog z onomatopejami. Nie gorszcie się, w ekipie był mój facet i jego koledzy, a to oznacza ciężki humor i mało savoir vivre'u. Ja się w tym odnajduję, bo moim żartem to można dziurę pod fundamenty zrobić, taki ciężki bywa. Pewnie to dzięki temu tak twardo stąpam po ziemi ;-)

*rozlega się dźwięk prutego materiału i błogie westchnięcie*
- Co to było?
- Siewca wiatru...

Żartów w tym klimacie było więcej, bo w drodze słuchaliśmy radia Polska Stacja Szanty (złapaliśmy klimat w trakcie rejsu statkiem) i trafiliśmy na zespół o malowniczej nazwie: Strefa Mocnych Wiatrów...

PS. Wie ktoś, jaki tytuł ma szanta, w której padają słowa o przepuszczeniu kasy na dziwki i alkohol? Rozbawiła nas, gdy ją puścili na statku, a jakoś nie mogę jej nigdzie znaleźć w internetach...



Ustka nas totalnie zachwyciła. Jeśli miałabym streścić ten pobyt na kilku obrazkach, to wyglądałyby tak:
Dzisiaj nie będę opisywać wszystkich szczegółów, bo planuję osobną relację, ale skupię się na tym, co najbardziej przykuło moją uwagę :-)

Dopiero drugi raz w życiu byłam nad morzem, ale po raz pierwszy miałam okazję spędzić nad nim cały dzień, a nie tylko wpaść tak na chwilę przelotem. W pierwszy dzień poszliśmy na plażę około 19 i ja wbiegłam do wody z takim rozmachem, że aż sobie zamoczyłam spodnie oraz bluzę, którą miałam zawiązaną na biodrach... Dzieci z południa oszalały z radości na widok morza ;-)


A opalanie się na plaży zasadniczo wiele się nie różni od opalania nad jeziorem czy stawem. No, może tylko ilością parawanów :-D Ale jednak, słońce "chwyta" bardziej i się przypaliliśmy jak kurczaki, o czym wspominałam na początku. Poza tym, było głośniej, bo masa ludzi, ale też i bardziej relaksująco, bo szum morza. Cudowny szum, który wręcz hipnotyzuje :-) Byłabym o wiele spokojniejszym człowiekiem, gdybym mieszkała blisko morza ;-)


Parawaning potem też był. A jakże. Odkryłam, że na plaży lepiej parawan mieć, niż nie mieć. Jeśli go nie masz, nie raz i nie dwa dostaniesz piaskiem w oko od przebiegającego ci nad głową dziecka, albo wiatr Cię tym piachem zasypie. A swoją drogą, nie wiem, co gorsze: rodzice, którzy mieli totalnie wyrąbane i nie pilnowali w ogóle dzieci, czy ci w stylu "nie rób tego, tamtego, nie mów nic, nie patrz, nie oddychaj...". Widziałam oba przypadki...

Mieliśmy to szczęście, że prognozy się nie sprawdziły i poniedziałek, wtorek oraz środa były ładne i słoneczne. Dopiero w czwartek zaczęło lać i to był jeden, jedyny dzień, który spędziliśmy w pensjonacie. Aż do wieczora, kiedy to głód nas wygnał na deszcz i wiatr. Wyobrażacie sobie, że próbowaliśmy się dodzwonić do trzech lokali i do żadnego się nie udało? Chcieliśmy zamówić pizzę czy coś, dzwonimy, a tu "abonent niedostępny", albo nikt nie odbiera. Próbowaliśmy tak od godziny 15, w międzyczasie sobie po prostu zjedliśmy kanapki z tego, co mieliśmy w lodówce, ale o 22 znowu nas naszła ochota na gotowca i wyszliśmy. I stanęliśmy twarzą w twarz z morską przygodą: deszczem zacinającym w twarz, kałużami po kostki i silnym wiatrem. Mega! :-D

Okazało się też, że jeden lokal był po prostu zamknięty przez cały dzień (z powodu sztormu??), w drugim zaś natrafiliśmy na właścicielkę. Oznajmiła nam z uśmiechem, że u nich też już nieczynne, a jak zapytałam, czemu nie odbierają telefonu, to stwierdziła, że mają tyle zamówień na miejscu, że im się nie opłaca dostawą zajmować (!). Powodzi się...

Trzeci lokal, do którego już tylko próbowaliśmy się dodzwonić, również nie działał. Poszliśmy spać głodni :-D

A co z moim zdrowym stylem życia? Spoko, miałam urlop. Jutro zaczynam znowu ćwiczyć i uważać na to, co jem :-)
W piątek udało nam się wybrać na spacer, skorzystaliśmy więc z okazji i poleźliśmy do portu, Pogoda była raczej taka sobie, mocno wiało, było pochmurno i nawet czasami kropiło. Chcieliśmy się wybrać na rejs Dragonem, ale niestety, jak już przyszliśmy, okazało się, że był zbyt silny wiatr, "Neptun się gniewał" i tego dnia już rejsów nie będzie. Można było za to sobie pozwiedzać statek. I dobrze wyszło. W trakcie rejsu nie udałoby nam się zrobić sobie zdjęć przy sterze, bo jest wtedy oblegany przez dzieci :-D Tym sposobem odkryłam swoje przeznaczenie i zostałam panią kapitan :-D

Poszliśmy też na falochron, na którym prawie nam głowy zwiało, a mnie tak poplątało włosy, że nawet Tangle Teezer nie dawał rady :-D Na dodatek, momentami fale tak mocno się obijały o falochron, że aż chlapało wodą. Gdy chlapnęło mi w twarz, uznałam, że morze chce nam powiedzieć, niczym Boguś Linda, "Wypierdalać!" i się stamtąd ewakuowaliśmy ;-)


To, że nie było rejsów, pokazało mi, że z każdej sytuacji można wyciągnąć jakiś pozytyw. Bo to, co pisałam - łatwiej o fajniejsze zdjęcia, więcej czasu (za 5 zł można było siedzieć na statku do woli, podczas gdy normalny rejs jest ograniczony czasowo). Ale też inspirujące było, jak załoga do tego podeszła. Mogliby przecież załamać ręce, że wiatr, że fale, że pływać nie można i zarabiać... ale mogli też wpuścić ludzi na zwiedzanie za niższą cenę i dalej zarabiać. Mogli  też sprzedawać jedzenie i napoje w swoim barze na pokładzie - i to też robili. Bardzo przedsiębiorcze podejście. Dragon jest imponujący, więc zwiedzających nie brakowało. Myślę, że mogło być ich nawet więcej niż chętnych na rejs - wiadomo, że niektórzy się boją, albo mają słaby żołądek. Jak to jest ze mną? Dowiecie się z relacji :-)

W trakcie wyjazdu dogłębnie przetestowałam aparat. Jest OK, tylko faktycznie trzeba było ogarnąć jego obsługę. Jeden minus: czasami i tak nie łapie ostrości, zwłaszcza w gorszym świetle. Tym sposobem zdjęcia z Muzeum Figur Woskowych niezbyt nam wyszły. Ale... miejsce było tak schizofreniczne, że nie jestem pewna, czy nawet chcę mieć z niego jakieś zdjęcia ;-)

Tak czy owak, najlepsze fotki wychodziły, gdy było słonecznie. Przy pochmurnej pogodzie kolory robiły się jakieś takie "bezpłciowe" ;-)

Nie wiem, co to było. Jakiś jednorożec w szlafroku :-P Na promenadzie było dużo przebierańców, pingwiny, Kubuś Puchatek, ale... ten przebił wszystko :-)



Na blogu nie zapadła typowa dla mnie wakacyjna cisza, bo mam całkiem sporo weny do pisania. Udało mi się opublikować jeden post "na żywo" i kolejne automatycznie. Mogliście zatem przeczytać:

Tydzień, który zaczął się od środy, pseudobujany fotel i aparat wodoszczelny


Czy da się zarobić na Cupsell?


6 miejsc, które musisz zobaczyć we Wrocławiu. Plus bonus


A reszta relacji z tego tygodnia już wkrótce, także zaglądajcie. Ja zaś się zakopię pod kołdrę i spróbuję odespać nocną podróż. Niby jestem zaprawiona w bojach, ale tym razem muszę przyznać, że w autokarze było mniej miejsca niż w mojej szafce na buty :-D

Dajcie znać, co tam nowego u Was :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket









6 miejsc, które musisz zobaczyć we Wrocławiu. Plus bonus

6 miejsc, które musisz zobaczyć we Wrocławiu. Plus bonus

We Wrocławiu byliśmy po raz pierwszy w październiku zeszłego roku. Niby kiepska pora na wycieczki i zwiedzanie, zwłaszcza że zrobiło się wtedy strasznie zimno. I tak było super. Odwiedziliśmy wszystkie te miejsca, o których piszę poniżej. I tak, wiem, że długo tworzyłam tego posta, ale jakoś tak nie umiałam pozbierać swoich wrażeń w interesującą formę. To co, jesteście ciekawi? Zaczynamy!

1. Fontanna Multimedialna


Zwłaszcza wieczorem - robi wrażenie. Oj, robi. Znajduje się pomiędzy Halą Stulecia a Ogrodem Japońskim. My niestety mieliśmy jakieś dziwne szczęście, że w trakcie ostatniego pokazu po ciemku nie chciała świecić :-)


2. Ogród Japoński


Podobno najpiękniejszy jest wtedy, kiedy wszystko kwitnie. Nie wątpię i na pewno się tam na wiosnę wybierzemy. Po raz pierwszy byliśmy jednak w październiku i też nam szczęki opadły. Przepiękne, klimatyczne miejsce. A do tego bilet za 4 złote! Warto było zmarznąć, żeby to zobaczyć.


3. Rynek


Po prostu centrum życia towarzyskiego. Ogromna liczba lokali, restauracji, barów. W sobotni wieczór - wszystko pełne. I to było powodem, dla którego wybraliśmy...


4. Kombinat


Trafiliśmy tu niechcący. Zmierzaliśmy do Charlotte, ale nawigacja w moim telefonie nie chciała współpracować. Nie pamiętam już, co sprawiło, że weszliśmy sprawdzić, co to za lokal. Najprawdopodobniej głód ;-) Weszliśmy i zostaliśmy.

Lokal specyficzny, pełno hipsterów, wystrój rodem z PRL, do tego jakaś kompletnie niepasująca muzyka w tle... Ale za to jakie jedzenie! Za 8 zł można było zjeść naprawdę niezły żurek czy też porządną porcję kotleta drobiowego, ziemniaków i pysznej sałatki. Albo mega, mega dobrego grillowanego fileta z kurczaka. To tam odkryłam truskawkowy cydr Strongbow, który wyjątkowo mi posmakował. Wciąż lubię go sobie czasem kupić.




5. ZOO we Wrocławiu


W niedzielę były tam oczywiście tłumy. Dla mnie średni klimat, ale warto zobaczyć te zwierzęta, w różnych, niekiedy nietypowych sytuacjach. Nie będę może wrzucać, ale akurat jak nagrywałam filmik z lwami, pana lwa zebrało na amory. Cóż, to tylko mnie mogło się zdarzyć :-)


6. Afrykarium


Po prostu jedno wielkie WOW. Mam masę zdjęć, na których mój wspaniały wpatruje się w to wszystko z otwartą buzią. Gdyby on cykał tak dużo fotek, co ja, mielibyśmy drugie tyle zdjęć, na których ja mam dokładnie tę samą minę. Na szczęście, w naszym związku to ja głównie jestem fotografem :-)



Bonus: Taras Hali Stulecia


Ale robicie to na własną odpowiedzialność ;-) Wtedy w Hali coś się działo i było dużo ludzi, a ochrona nieopatrznie zostawiła otwarty taras. Nikogo nie było, a my nie wiedzieliśmy, że nie wolno tam wychodzić, więc wyszliśmy. Chcieliśmy sobie zobaczyć ten wieczorny pokaz Fontanny z góry. Niestety, niedługo potem pojawił się ochroniarz i kulturalnie nas wyprosił. Jak chcecie, to próbujcie, bo widoki wieczorem są piękne :-)


Gdzie spać we Wrocławiu?


Fajnych miejsc nie brakuje. Wiecie, Booking.com i szukajcie, a znajdziecie :-) Wtedy zrobiłam rezerwację w Best Western Plus Q (teraz Q Hotel Wrocław Plus). Mega przyjemny, czyściutki, nowoczesny. Naprawdę na poziomie. Wyciszony doskonale, mimo, że znajduje się przy dość ruchliwej ulicy. Jedyny minus? Trochę daleko od Rynku, ale mówię to z perspektywy kobiety, która cały dzień chodziła w niewygodnych butach na koturnach (dziwne, bo zwykle z koturnami dobrze się "dogaduję"). Gdybym założyła coś wygodniejszego, ten 20-minutowy spacer byłby spoko.

To kiedy jedziecie do Wrocławia? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Czy da się zarobić na Cupsell?

Czy da się zarobić na Cupsell?


Już od dawna zbieram się, żeby Wam napisać coś ciekawego na temat prowadzenia własnego sklepu z koszulkami. Ciężko mi jednak tutaj wypowiadać się z poziomu eksperta, bo tak szczerze, to czy podejmuję jakieś działania marketingowe, czy nie, to większej różnicy nie widzę i ... no, zaraz zobaczycie, ile ja na tym zarobiłam ;-)

W tej chwili mam dwa sklepy, Made with Love oraz Made For Geek. Nie powiem, że je prowadzę, bo od jakichś dwóch miesięcy nie dodaję do nich nowych wzorów, ani się zbytnio nie udzielam na fanpage'ach (koszulki dla kobiet, koszulki informatyczne). Głównie kwestia braku czasu, ale też i po części po prostu brak chęci na poświęcanie tak dużej ilości czasu na coś, na czym i tak nie zarabiam jakoś specjalnie. Taka ze mnie materialistka! :-P Z drugiej strony, jakoś nie potrafię się po prostu zebrać, siąść raz w miesiącu i zaplanować posty na kilka tygodni z góry. To też na pewno duży błąd.

Przez jakiś czas udzielałam się na jakimś serwisie, bodajże like2like.eu i z niego przybyło mi trochę fanów, ale w ogóle nieaktywnych. Niby prawdziwi ludzie, ale... Z drugiej strony, mnie też średnio jara lajkowanie jakichś stron, które mnie w ogóle nie interesują. Sama też na nich tylko zbierałam punkty, i nie wykazywałam żadnej aktywności poza tym. Także, jeśli chcielibyście rozkręcać fanpage'a w ten sposób, już Wam mówię: to tak nie działa :-) A już nie daj Boże kupowanie fanów na Allegro...

Jeśli chodzi o reklamy na Facebooku, to zbierałam się do ich uruchomienia i czekałam też na promocyjne kupony, które można czasem dopaść na Allegro, ale jak na złość przez długi czas nic nie było. I przez to "jakoś tak wyszło", że nie zrobiłam nic w tej kwestii - ale jak spróbuję w końcu, to na pewno dam znać, jak to idzie;

Oba sklepy prowadzę od około lutego. Ostatnie sprzedaże zaliczyłam w marcu. Potem niezależnie od tego, czy się udzielałam na fanpage i starałam gdzieś rozreklamować, czy też nie, i tak nic się dalej nie działo. Na pewno w dużym stopniu wpływ na to ma mój brak zainteresowania, ale myślę, że nie tylko. Cupsell słabo dba o promocję swoich sklepów. Po pierwsze, w momencie, gdy klient zamawia od nas koszulkę, w zamówieniu dostaje jakieś ulotki samego serwisu, bez info o konkretnym sklepie, w którym znalazł dany T-shirt. Wiem, bo sama sobie testowo zamawiałam. Wszędzie informacje o Cupsell, a zero o faktycznym sprzedawcy. Pytałam ich, czy jest opcja, żeby stworzyli dla mojego sklepu jakieś materiały, nawet za opłatą. Dostałam w odpowiedzi maila, że jak będę miała sporo sprzedaży, to wtedy tak i sami z siebie to zrobią. Ale w momencie, kiedy nie dbają o to, żeby klient mnie zapamiętał i kupował ode mnie dalej, to jak ja mam mieć te sprzedaże? Fajnie by było, gdybym mogła sobie opłacić stworzenie materiałów reklamowych, które trafią do pierwszych klientów i sprawią, że w pamięć zapadnie im mój sklep, a nie pan Prezes Cupsella ;-)




Druga opcja to problem z wyszukiwarką na stronie głównej Cupsella. Nie każdy sklep tam znajdziecie - tylko te, które już "zasłużyły" na reklamę. Czyli... sklepy z błędami ortograficznymi w nazwach produktów, albo jakże oryginalnymi koszulkami z krawatem lub kołami zębatymi ;-) Nie jestem też jedyną osobą, która tak uważa - obserwuję sobie grupę sprzedawców Cupsella na Facebooku i widzę, że wiele osób wypomina to obsłudze. Wiecie, szukacie sobie na głównej koszulek "dla kobiet", a ni cholery nie znajdziecie tam mojego Made with Love. Ilu potencjalnych klientów mi przez to przepadło?

Może jeszcze mi się te sklepy jakoś rozkręcą... Planuję w najbliższym czasie poświęcić trochę czasu na rozbujanie ich fanpage. Jeśli ich nie polubiliście jeszcze, to zapraszam: Made with Love, Made For Geek. Możliwe, że jak dotrę z tymi stronkami do innych ludzi, to sprzedaże ruszą. Na pewno nie jest to takie proste, jak Cupsell opisuje na blogu, ale w ostatnim czasie wielokrotnie się przekonałam, że jeśli czemuś faktycznie poświęcamy czas, powinniśmy w końcu zacząć na tym zarabiać. A jeśli ciągle nie zarabiamy, to znaczy, że coś robimy źle. To raz. Choć w przypadku Cupsella jestem też bardzo świadoma, że i ich podejście do początkujących sprzedawców pozostawia sporo do życzenia i nie są specjalnie chętni do pomocy. Niestety :-) Ale ja jestem tym typem człowieka, który potrafi samodzielnie sobie poradzić, nawet jak ma pod górkę.

A tak wygląda mój obecny stan konta Cupsell:


Coś tam jest, co w sumie jest dobrą wiadomością, ale jak na ilość godzin, które poświęciłam na obsługę, to bardzo słabo :-) Tak to wygląda obecnie, ale myślę, że za jakiś czas wpadnie mi do głowy jakiś superzajebisty pomysł, jak to rozbujać i kolejny wpis o Cupsellu będzie o wiele bardziej optymistyczny, tak, jak mój najnowszy o Giełdzie Tekstów :-) Pamiętacie? Jakiś roku temu tam założyłam konto, najpierw coś tam szło, aż Wam napisałam o GT. I nagle zapadła taka cisza, że usunęłam post o zarabianiu przez Giełdę, bo zwyczajnie nie był on aktualny. Po roku jednak wróciłam i... sami zobaczcie :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger