piątek, 27 listopada 2015

Nie oglądaj tych seriali czyli Serialowe Inspiracje #3


Do tej pory poznaliście już sześć seriali kryminalnych, które do tej pory obejrzałam lub oglądam (znajdziecie je tutaj i tutaj), ale to ciągle nie jest wszystko :-) Te, które zaprezentuję Wam dzisiaj, ciężko mi było zakwalifikować do jakiejkolwiek jednolitej grupy, dlatego trafiły do tego wpisu :-) Tytuł postu jest przekorny - podobały mi się wszystkie te seriale, które do tej pory tak rzetelnie obejrzałam. Jeśli miałabym Wam kazać nie oglądać tych wymienionych  przeze mnie dzisiaj, to tylko dlatego, że za bardzo się w nie wkręcicie :-)

"Constantine"



Serial, którego już nie ma. Wyszedł jedynie pierwszy sezon i niestety, nikt nie kontynuował. Tytułowy bohater to znana nam już z filmu postać zmanierowanego egzorcysty. Jednak serialowy Constantine jest o wiele ciekawszy niż ten filmowy. Pewnie głównie dzięki poczuciu humoru. Poza tym można od pierwszego odcinka bacznie obserwować, jak twórcy obchodzą to, że w serialu puszczanym w telewizji ogólnodostępnej nałogowy palacz, Constantine nie mógł być pokazany, jak pali... Prywatna ciekawostka: jeśli pobieracie napisy z Napiprojekt, to możecie przy kilku ostatnich odcinkach natrafić na te zrobione przeze mnie :-)


"Nie z tego świata" ("Supernatural")



Dla mnie ten serial istnieje jedynie pod angielskim tytułem - siła przyzwyczajenia :-) Pamiętam go troszkę z tv, ale dopiero ok. 1,5 roku temu zaczęłam go oglądać od początku. Tutaj mamy historię dwóch braci, którzy we wczesnym wieku za sprawą demona tracą matkę, a potem zostają przez ojca wciągnięci w walkę z siłami nieczystymi. Nie widzą już dla siebie innej drogi, jak polowanie na demony, duchy, złośliwe bożki i inne niematerialne byty, które szkodzą ludziom. W serialu nie brakuje humoru, oraz dobrego, starego rocka. Gorąco polecam, chociaż ja utknęłam póki co w połowie drugiego sezonu. Przeraża mnie ilość odcinków, które jeszcze mi zostały i chyba przez to nie potrafię się zebrać. A ponoć warto oglądać maksymalnie do ósmego. Dziewiąty i dziesiąty podobno słabe.... Na szczęście odcinki krótkie :-)

"Gra o tron" ("Game of Thrones")



To akurat bardzo znany i ceniony przez widzów serial. Chociaż ja akurat mam wrażenie, że pogarsza się, bo ledwo pamiętam, co się działo w ostatnim sezonie. O dziwo, pierwszy o wiele lepiej utkwił mi w pamięci i uważam go za najlepszy. Owszem, ten serial też wciąga, mimo, że przeszkadza mi w nim wiele rzeczy, a najbardziej długość odcinków (chociaż godzina to jednak nie jest tak źle - ale dla mnie idealny odcinek trwa 45 minut) oraz zbytnie epatowanie nagością i przemocą. Im dalej oglądamy, tym więcej tego jest. Ja dalej oglądałam dla postaci Tyriona - jego perypetie oraz cięty język są warte cierpień wynikających z oglądania innych postaci, jak np. nudnego wątku Daenerys... Ewentualnie w trakcie oglądania można robić zakłady, kto zginie w danym odcinku ;-)

"Agenci T.A.R.C.Z.Y." ("Marvel's agents of S.H.I.E.L.D.")



Ta seria na początku kompletnie mi nie podeszła. Irytowała mnie niesamowicie postać Skye, której jedyną reakcją na większość rzeczy było otwarcie paszczy... To się nie zmieniło, ale teraz już toleruję ją, choć teraz znowu twórcy prowadzą tę bohaterkę w jakimś dziwnym kierunku. Poza tym jednak mamy masę innych ciekawych bohaterów, następują nagłe zwroty akcji, przyjaciele stają się wrogami, ekipa staje przed coraz trudniejszymi wyzwaniami i poznajemy coraz to ciekawsze przypadki "nieludzi" z niesamowitymi mocami typu wywoływanie wstrząsów czy impulsów elektrycznych. Niejeden chce wykorzystać ich zdolności do złych celów... Fajny, fantastyczny serial, w którym trzeba przebrnąć przez pierwsze kilkanaście odcinków pierwszego sezonu. Potem akcja się rozkręca i nie zwalnia już ani na chwilę :-)

Póki co, to wszystkie seriale, jakie oglądam, lub już obejrzałam, ale wiecie, pewnie wkrótce zacznę coś nowego, toteż możecie liczyć, że się z Wami podzielę kolejnymi tytułami :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

(Zdj. z http://naekranie.pl/)



niedziela, 22 listopada 2015

Przegląd tygodnia 16-22 listopada


Po wielu dniach, kiedy wydawało mi się, że już nigdy nie będzie dobrze, paraliżu decyzyjnym i kilkukrotnej zmianie planów mogę napisać z ulgą: oto ostatni niemiecki przegląd tygodnia. W tym roku. No, chyba, że mnie natchni jeszcze na jakieś szybkie zlecenie, ale raczej śmiem w to wątpić ;-) Wymęczyłam się nieziemsko i teraz jedyne, o czym marzę, to odpoczynek. I chociaż nie mam nic przeciwko podróżom, to jednak najbardziej lubię moje miasto i mieszkanie, do którego wracam :-)

Chcę opisać ten tydzień, wyciągając z tego wyjazdu to, co dobre, bo w ostatnich przeglądach trochę za bardzo marudziłam. Wiecie już doskonale, co mi się nie podobało, ale jednak jest też parę rzeczy, które będę dobrze wspominać ;-)


Przede wszystkim, Skype'owe randki z moim wspaniałym :-) No, właściwie to Facebookowe, bo miałam tu dość słaby internet (mobilny, a  nie stacjonarny, jak w Brunszwiku) i się okazało, że Skype nie do końca daje radę. Ale już wideorozmowy na FB tak. Wiadomo, najlepiej by było, gdyby to były randki tak naprawdę face to face, ale takie rozmowy na odległość też mają swój pewien urok :-) To jest dla mnie zawsze najlepsza i najbardziej wyczekiwana część dnia :-) No i mam kolejny powód do wdzięczności: cieszę się, że żyję w czasach transmisji online, a nie listów i gołębi pocztowych ;-)


Po drugie, jako, że jestem babą, która lubi siedzieć za kółkiem, oczywiście dobrze będę wspominać Golfa VI, którym tutaj sobie jeździłam. Tak, wolę auta mniej skomputeryzowane, z mniejszą ilością elektroniki, ale nie mogę powiedzieć, że ten samochód był zły. Jeździło się nim megawygodnie, nawet jeśli musiałam wykonywać manewry podobne, jak ten na zdjęciu poniżej ;-) Tutaj oczywiście już nie ja się staram nie poobrywać lusterek. Ja stoję, robię zdjęcie i czuję dumę, bo dosłownie kilka minut wcześniej byłam na miejscu tego kierowcy pośrodku i nic nie oberwałam ;-)


Po trzecie, Berlin jest całkiem ładnym miastem. Mogłam sobie zobaczyć miejsca, które do tej pory widziałam jedynie w telewizji, jak np. Brama Brandeburska. Czegoś się też dowiedziałam o jego historii - na tyle, na ile zrozumiałam po niemiecku ;-) I jestem całkiem zadowolona ze zdjęć - zwłaszcza z tej części, która powstała, gdy siedziałam za kółkiem. I stałam na światłach lub parkingu ;-) Może nie do końca wpisują się one w taką stuprocentowo poprawną fotografię, ale na pewno przedstawiają znane miejsca w ciekawszy sposób :-)


Po czwarte, czekanie na wyjazd, a jakże. Te dwa ostatnie dni zawsze są niezwykle radosne, bo wiem, że szybko miną i już niedługo będę znów w Polsce :-)





Po piąte, w trakcie wyjazdu dowiedziałam się, że wszystko tak fajnie się ułożyło, że mogę wrócić do mieszkania, które wcześniej zajmowałam. Bardzo mnie to cieszy, bo strasznie lubiłam to miejsce, dobrze mi się kojarzy. I jest po prostu ładne :-)


Fot z tego tygodnia nie posiadam - nie miałam już za bardzo okazji, żeby sfotografować coś nowego. Zresztą, nie do końca też chciałam utrwalać na zdjęciach wyjazd, który kojarzy mi się tak negatywnie. Jednak zauważyłam właśnie, że jak spisałam te pozytywy, to jakoś tak moje nastawienie się poprawiło. Ćwiczenie wdzięczności - to działa ;-) Poza tym, w tym tygodniu miałam mało wyjść i tak naprawdę byłam tylko na basenie, który już widzieliście. I tym razem ciągle byli tam goli Niemcy, a takich rzeczy nie powinno się dokumentować. No, chyba, że chce się stworzyć horror-blog...

Tymczasem kończę na dzisiaj. Życzcie mi dobrej podróży, a ja Wam - oczywiście dużo relaksu dzisiaj i miłego tygodnia :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 21 listopada 2015

Nastrojowe piosenki na wieczór. Muzyczne Inspiracje #2


W poprzedniej części Muzycznych Inspiracji mogliście dowiedzieć się, co dodaje mi pozytywnej energii. Tym razem podzielę się z Wami muzyką, która pomaga mi tę energię odzyskać. Będą moje ulubione spokojne i nastrojowe utwory, idealne na jesienny wieczór przy świecach, najlepiej z drugą połówką :-) Już się nie mogę doczekać tych wieczorów po moim powrocie, ze świecami, kocem, dobrym winem i oczywiście przede wszystkim - moim wspaniałym :-)

"Give me love"
Wygrywa Ed Sheeran - koleś, który robi najlepsze nastrojowe utwory, jakie znam. Ten, który wrzucam poniżej, zachwycił mnie absolutnie. I zachwyt trwa do tej pory :-)



"Love me like you do"
Kolejny utwór też na pewno znacie. Nie, żebym była fanką "Pięćdziesięciu twarzy Greya", bo zdecydowanie nie jestem. Jedynie fanką soundtracku, bo jest świetny :-)



"Say you love me"
Tak samo zachwyca mnie ta piosenka. Gdy usłyszałam ją pierwszy raz, od razu wyobraziłam sobie właśnie taki przyjemny wieczór z dobrą muzyką, świecami i winem :-)




"L'amore esiste"
Włoski brzmi tak pięknie i romantycznie, dlatego nie mogło w mojej dzisiejszej playliście zabraknąć utworu w  tym języku miłości :-) Tę cudowną piosenkę odkryłam dzięki Head Divided :-)



"Pomimo burz"
I wreszcie coś z naszego podwórka :-) Ten utwór bardzo mi się spodobał w oryginale, ale myślę, że na taki spokojny wieczorny chillout o wiele lepiej pasuje w wersji akustycznej :-)



A Wy czego słuchacie w takie nastrojowe wieczory, kiedy chcecie się zrelaksować? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 20 listopada 2015

Co warto obejrzeć? Serialowe Inspiracje #2

Pisałam Wam ostatnio, jakie seriale oglądałam i polecam. Dziś nadszedł czas na drugą część tej listy. Dalej skupiam się na serialach kryminalnych, jakkolwiek oglądam też nieco inne rodzaje i tymi też się będę z Wami dzielić. No to startujemy! :-)

"Sherlock"



Uwspółcześniona wersja historii niezwykle inteligentnego, przenikliwego i nieco neurotycznego detektywa. Oczywiście, ma on do pomocy doktora Watsona, oraz... wszelkie wynalazki XXI wieku. Serial niezwykle żywy i błyskotliwy. A już 1 stycznia 2016 nastąpi premiera odcinka specjalnego czwartego sezonu. Bardzo, ale to bardzo warto :-)


"Gotham"



Oglądałam uparcie, chociaż mój wspaniały zrezygnował po kilku pierwszych odcinkach. Jednak pierwszy sezon nie był aż tak dobry, jak drugi. I mój mężczyzna teraz też ze mną ogląda kolejne odcinki :-) Serial opowiada nam o młodym detektywie, Jamesie Gordonie, który postanawia na przekór wszystkiemu i wszystkim zaprowadzić porządek w zdeprawowanym mieście, w którym za kilkanaście lat pojawi się Batman. Widzimy wszystkie wydarzenia, które nieuchronnie prowadzą młodego Bruce'a Wayne'a do zostania Człowiekiem-Nietoperzem, oraz dzieciaki, które kiedyś zostaną Trującym Bluszczem lub też Kobietą-Kot. Postać Jima Gordona bawi niesamowicie - przyjrzyjcie się jego minom :-) Serial jest nieco przerysowany, prawie komiksowy, ale jak się już do tego przyzwyczai, ogląda się naprawdę przyjemnie :-)

"Limitless"



Serial nowiutki, z tego roku. Świetnie nakręcony. To już nie jest taki typowy kryminał. Ale zobaczycie, jak wciąga... Tutaj mamy młodego chłopaka, który nie zrobił w swoim życiu jeszcze nic sensownego. Pracuje na zleceniach, próbuje grać w zespole... Przez jedną pracę na zlecenie dostaje możliwość skorzystania ze specjalnej pigułki, która kompletnie odmieni jego życie i sprawi, że nagle ten oto "twenty-eight screw up", jak sam siebie określa, stanie się pracownikiem FBI. Jego życie zmienia się całkowicie. Nie zawsze są to dobre zmiany... Serial ogląda się naprawdę niesamowicie przyjemnie. Powiedziałabym, że niesie całkiem pozytywne przesłanie, bo jednak główny bohater ma dobre serce i nierzadko ryzykuje własnym szczęściem tylko po to, by komuś pomóc. Do tego dużo humoru. Zdecydowanie i z pełną premedytacją polecam :-)

Seriali  które oglądam i które obejrzałam jest jeszcze trochę, tak więc możecie się spodziewać wkrótce kolejnych wpisów :-) Zatem: obserwujcie mnie! :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 18 listopada 2015

O złym posuwaniu czyli czy "Kwiat sukcesu" okazał się sukcesem?

Pozwólcie najpierw, że zacytuję Wam kilka fragmentów:

"Pracowali intensywnie bez przerwy, odżywiając się przy stanowiskach, nie odrywając się od pracy. Po jakimś czasie zmęczenie zaczęło im doskwierać, ale uzbroili się w cierpliwość i wytrwałość. Bardzo zależało im na konkretnych, mocnych dowodach, żeby przekonać profesora Gibsona.
Byli pewni, że wszystko, co robią, robią dla dobra sprawy.
W końcu, po długich zmaganiach z obiektem biologicznym, badania zakończono. Cały zespół, który spisał się na medal, udał się na już długo oczekiwany odpoczynek.
Oczywiście badania zakończyły się sukcesem, ale i wielkim znakiem zapytania, ponieważ nie udało się biologom wyjaśnić pewnych tez."


"Gdy podeszli do lśniącej piękności, która stała sobie spokojnie na wzgórku, jakby patrzyła na nich, Edward nachylił się, żeby zacząć wykopywanie, a tu niespodziewanie nad nim nachylił się kwiat i wbił w jego głowę spiczaste liście, wstrzykując niezbadaną jeszcze ciecz. Liście zachowywały się jak zęby jadowe, a długie wąsy oplotły jego ciało, mocno ściskając. Wszyscy chcieli mu pomóc i uwolnić go z uścisku rośliny, ale nie można jej było przeciąć. Roślina posiadała bardzo twardy pancerz."


"Powstała panika. Nic już nie można było zrobić. Rośliny rozmnażały się w zaskakująco szybkim tempie. Ludzie próbowali uciekać, ale nie mogli wydostać się z budynku. Został zamknięty, ponieważ ogłosili kwarantannę. Pracownicy musieli radzić sobie sami, gdyż nie mogli otrzymać pomocy z zewnątrz. Najpierw musieli zlikwidować zagrożenie, ale nie wiedzieli, jak."




"Po ścianach spływała śmiercionośna substancja, a na podłodze powstawały bąble, z których wyrastały nowe, żądne krwi rośliny.
- W szybkim tempie to się rozprzestrzenia - zauważył profesor Bob.
- Tak. Musimy coś zrobić, profesorze - stanowczo powiedziała Elizabeth."


I mój ulubiony:

"Obejrzała się, żeby zobaczyć co się stało, gdy usłyszała przerażający krzyk:
- Uciekajcie! - wołał profesor Bob, próbując uwolnić się. Lecz roślina trzymała go tak mocno, że z braku sił zatapiał się w gęstej substancji, nie mając już możliwości wydania jakiegolwiek głosu.
- Poczekaj tu! - powiedziała Elizabeth do Lian i razem z Georgem wrócili, żeby pomóc profesorowi. Wyjęli scyzoryk, który mieli ze sobą i przecinali liście, które okręcone były na nim, ale roślina nie dawała się. Walczyła z nimi. Jednak za chwilę udało się przeciąć dwa liście i od razu w tunelu pojawił się kwiat, który groźnie stanął na środku, a potem zaczął obracać się, rozrzucając wszędzie swój żrący jad. Roślina tak bardzo się rozwścieczyła, że nie było możliwości, aby sytuację uspokoić. Ona chciała po prostu ich zabić, bo wtargnęli na jej terytorium. Mimo oporów ze strony botanicznej, udało im się uwolnić profesora Boba i musieli utrzymać tempo, żeby nie paść ofiarą tej niebezpiecznej bestii."


I jak?

Opowiem Wam historię. Grupa angielskich naukowców odkrywa istnienie tajemniczej rośliny. Substancje w niej zawarte powodują błyskawiczne gojenie się ran. Dzięki temu można by było stworzyć lek na przykład dla ludzi chorych na pęcherzycę. Obiecujące. Naukowcy wyjeżdżają do Australii, by znaleźć tę roślinę i dokładniej ją zbadać. Niestety, wyprawa kończy się śmiercią całej ekipy - roślina strzyka w nich jadem, dusi wąsami i wykańcza wszystkich. Oprócz jednej pani naukowiec, która trafia pod opiekę wydziału ambulatoryjnego astronautyki w Irlandii. Oni też wyhodowali tę roślinę. Okazuje się również, że pani naukowiec została zmutowana i teraz może nawiązywać porozumienie z kosmicznym badylem. Do tego poznaje miłego George'a, który ją pociesza, przytula i głaszcze po głowie, a potem prosi o rękę... OK, mam pisać dalej? Tak też myślałam. Zresztą, sami widzicie. Próbowałam Wam tę historię opowiedzieć na poważnie, ale już w połowie zaczęłam sobie kpić...

Na powieść Marii Jędral natrafiłam przypadkiem. Mam od miesiąca abonament w czytelni Legimi.com, i szukałam sobie tam jakiejś przyjemnej fantastyki. Zapowiadało się obiecująco: literatura fantastyczna, drugie, filozoficzne dno. I co z tego wyszło? Dokładnie coś takiego, jak zacytowałam powyżej. Dzieło, które mogłoby służyć jako kompendium wiedzy pod tytułem "Jak nie spieprzyć opisu sytuacji?".

A drugie, filozoficzne dno? Już cytuję:

"Niejedna osoba, mając takie przeżycia, niezdolna byłaby do normalnego funkcjonowanie, ale Elizabeth była silną osobą. Radziła sobie ze wszystkimi trudnościami, które napotykała na swojej drodze, choć czasami miewała niewielkie stany załamania, które były tylko powierzchowne. To nie znaczy oczywiście, że była osobą zimną, bez uczuć. Wręcz odwrotnie. W jakiś sposób potrafiła oddzielić jedną rzecz od drugiej i jeszcze do tego myślała o innych. Była gotowa zmieniać świat, nawet na siłę, ale po takich próbach stwierdzała, że tego zrobić nie można.. Elizabeth zauważała, zresztą jak każdy z nas, ile jest chorób na świecie, na których nie ma jeszcze lekarstwa. Ile przemocy, biedy i dużo innych spraw, które należałoby poprawić. Chciałaby, żeby na świecie, który jest przecież taki piękny, istniało też piękne życie, bez trudności, jakie ludzie sami sobie stwarzają. Dotarło do niej, że nic nie można zrobić na siłę, bo to może skończyć się złym posunięciem, czego zresztą sama doświadczyła, kierując się śladem pięknej lecz zabójczej rośliny."

I odrobina logiki pani Jędral:

"Zaczęli [Elizabeth i George] ostrożnie zsuwać się w dół po dobrze umocowanej linie, którą przywiązali do olbrzymiego głazu. Z ledwością wcisnęli się w niewielki, ciasny otwór z myślą, że chyba już ostatni raz znajdują się w tak niekomfortowym miejscu."
A kto im kazał się przeciskać we dwoje i jednocześnie? Było po kolei złazić...

"Pułkownik rozkazał swoim żołnierzom, żeby byli gotowi na wszystko. Ze względu na bezpieczeństwo kazał strzelać im do wszystkiego, co się rusza, jeśli uznają to za konieczne."
I strzelali do wszystkiego, co się rusza. A że najwięcej ruszali się oni sami przy strzelaniu, to strzelali do siebie nawzajem, bo uznawali to za konieczne. I bardzo dobrze wpłynęło to na bezpieczeństwo, bo wystrzelali się wszyscy w cholerę jeszcze zanim akcja na dobre się rozpoczęła.

I takich fragmentów mogłabym Wam przytoczyć jeszcze z pięć razy tyle. Pisownia cytatów jak najbardziej oryginalna. Jeśli zauważyliście jakieś błędy interpunkcyjne, językowe lub gramatyczne - tak, dobrze widzicie. I nie ja je zrobiłam. Mam wrażenie, że "Kwiat sukcesu" w ogóle nie został poddany jakiejkolwiek korekcie. Choćby autokorekcie w Wordzie... A szkoda. Nie dość, że podła literatura, to jeszcze wydana z błędami.

Żałuję, że najpierw zabrałam się za książkę, zamiast za jakąś jej recenzję. Czas bym tylko oszczędziła. Emocji przy niej miałam tyle, co przy obieraniu ziemniaków. No, sami widzicie, opis dramatycznej sytuacji brzmi równie interesująco jak etykieta szamponu. Cała powieść jest napisana w czasie przeszłym, co kompletnie, ale to kompletnie pozbawia ją pazura i zanudza czytelnika niczym orędzie prezydenckie (choć może jakieś tegoroczne będą ciekawe, jak Jarek będzie pod stołem siedział i kopał prezydenta w kostkę...). To wszystko brzmi, jakby rzecz stworzyła jakaś gimnazjalistka, która bardzo chce pisać, ale jeszcze nie umie. I wydaje się jej, że jak czegoś nie dopowie, to się głupi czytelnik nie domyśli. Naczytałam się trochę gimnazjalnych opek dzięki Niezatapialnej Armadzie Kolonasa Waazona i słowo, że różnicy nie widzę. Oto nadzieja dla małolat - i Wasze dzieła mogą zostać wydane. Może też przez Psychoskok... Swoją drogą, co za nazwa. Już ona powinna mnie zaniepokoić.

Wiecie, piszę to wszystko, bo po prostu nie chcę, żebyście poświęcali swoją uwagę czemuś tak beznadziejnemu. Jak traficie na "Kwiat sukcesu", to zwyczajnie dajcie sobie spokój. Odwróćcie wzrok, idźcie zrobić sobie herbatę, wyjdźcie na spacer. Cokolwiek. Na dzieło pani Jędral szkoda czasu i oczu. Te kilka cytatów powyżej wystarczą Wam za całość. Dalej jest ciągle tak samo. Niejeden Harlequin był lepszy. Niby się dużo dzieje, ale brak w tym sensu, logiki i ognia. Książka nadaje się jedynie na podkładkę. Lub do ognia. Do celów rozrywkowych nie polecam, bo umrzecie z nudów i nie będzie mnie miał kto czytać, a tego bym nie chciała ;-) Gdyby "Kwiat sukcesu" wpadł mi w ręce przed "Thornem", wierzcie mi, że kilka tygodni temu bym się rozpływała w zachwytach nad najnowszym dziełem boga blogosfery. Tfu, tfu, co ja piszę... Tyle, że na tle powieści pani Jędral wszystko, ale to absolutnie wszystko wypada doskonale. Właśnie to mnie przeraża, że przez coś takiego jakość czytanych książek spadnie jeszcze niżej. A już jest kiepsko ("Pięćdziesiąt twarzy Greya" i tym podobne...) I myślałam, że nie może być gorzej. Jakże się myliłam... Myliłam się również, twierdząc, że nie czytam złych książek. Trafiło i na mnie. Tylko kto mi teraz wypłaci za to odszkodowanie?

A Wam jakie złe książki wpadły w ręce tak podstępnie jak mnie?



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

(Zdj. https://www.legimi.com/pl/ebook-kwiat-sukcesu-maria-jedral,b117515.html)

poniedziałek, 16 listopada 2015

Przegląd tygodnia 9-15 listopada

Wiecie co... Mój poprzedni wyjazd do Niemiec nie był wcale lekki. Ale jednak o niebo lepszy niż obecny. Słowo daję, że nawet, odkąd mam spokój z paskudnymi Niemrami, z którymi kontakt na szczęście miałam tylko chwilowo, i tak nie jest mi lżej. Liczę tylko dni do powrotu. I nigdy więcej takich wyjazdów, jak ten... Moje wymagania co do kolejnego zlecenia klarują się coraz bardziej. Jak to dobrze, że to już drugi przegląd tygodnia... Jeszcze dwa i wracam do Polski. A tam czeka mnie cały grudzień, pełen relaksu, świętego spokoju i wspólnych wieczorów z moim wspaniałym :-)

I tak właśnie myślałam do piątku. W piątek okazało się, że w Berlinie zostaję do połowy przyszłego tygodnia. A potem albo wracam do Polski, albo jadę w okolice Monachium na miesiąc. I... szczerze, to jestem tak zmęczona tym, co tu się działo, że mam ochotę wracać i darować sobie już jakiekolwiek wyjazdy. Postanowiłam jednak zebrać się w sobie i jednak wybrać jeszcze na ten miesiąc. Trudno, że w Święta nie będę w Polsce. Szkoda, ale nic nie jestem w stanie z tym zrobić, bo nie ode mnie zależy data zakończenia zlecenia. Chcę spełniać marzenia, a do tego jest mi potrzebna kasa i głupio by było nie skorzystać z takiej okazji, kiedy nagle wpada lepsza fucha. Najważniejsze dla mnie to być w Polsce na Sylwestra i spędzić go miło z moim wspaniałym. I to akurat jest możliwe. W chwili, kiedy piszę te słowa, nie mam jeszcze całkowitej pewności, czy uda się wyjazd na to drugie zlecenie. Będę wiedzieć dopiero w tygodniu. Tak czy owak, cieszę się, że opuszczam Berlin. Ludzie, z jakimi przyszło mi tu pracować i atmosfera tu panująca są nie do zniesienia. Już o tym pisałam. Mam serdecznie dość pracy z kimś, kto nie ma nawet na tyle kultury, żeby wyjść, kiedy chce mnie poobgadywać. Przestałam udawać, że nie rozumiem, powiedziałam wprost, że słyszę i rozumiem wszelkie uwagi i komentarze na mój temat, i co? I tak dalej ich wysłuchuję, i tak. Dzień w dzień chodzę przez to podminowana i naprawdę, ale to naprawdę nie mam już siły się do tych niemieckich mend uśmiechać i szczebiotać. Niech robi to ktoś inny.

W życiu też nie spotkałam się z takim wymaganiem perfekcjonizmu ode mnie, jak tutaj. A ja nie jestem idealna. I nie będę. I dobrze mi z tym. I nie to, że się nie staram. Tylko jakbym się nie starała, to ciągle jest za mało. I ja potem się martwię i wyrzucam sobie, że robię za mało, za słabo. A potem usiłuję robić więcej i lepiej. A opieprz zgarniam w obu przypadkach. Za wszystko. Absolutnie wszystko. Za każdy najmniejszy drobiazg. I za moje oczekiwania. I wtedy się budzę, i zdaję sobie sprawę, że choćbym stawała na rzęsach, tym niemieckim wymaganiom doskonałości nie sprostam. Więc po co? Wtedy odpuszczam i robię to, co muszę, i co sama widzę, że jest potrzebne. I znowu jestem ochrzaniana. I próbuję od nowa bardziej i lepiej. Błędne koło... Wiecie, już teraz, w trakcie tego wyjazdu stwierdzam, że Niemcy się nie zmienili od czasów wojny. Polska dalej jest dla nich krajem, który należałoby zająć. Polacy są dla nich kimś gorszym. I tutaj w Berlinie jest mi to okazywane prawie non stop. Dlatego, jeśli ktoś mnie zapyta, czy lubię Niemców, już nie potwierdzę. I o ile nie rozumiem, czemu Niemców nienawidzą ludzie, którzy w życiu nie byli za granicą i żadnego nie poznali, o tyle rozumiem, czemu napotkani w pracy tutaj Polacy również nie darzą Niemców zbytnią sympatią. Teraz to rozumiem... Ale oby to był tylko lokalny problem, że takie niemieckie buce mieszkają tylko w Berlinie. Bo w Brunszwiku tak nie byłam traktowana.




Poza tym... Po zamachach w Paryżu (i zapowiedziach kolejnych, np. w Londynie), stwierdziłam, że może i dobrze wyszło, że moje obecne zlecenie kończy się wcześniej. Zauważcie, że terroryści atakują zwykle stolice. Dlatego myślę, że lepiej ze stolicy się wynieść do nieco mniejszej miejscowości. Tutaj imigrantów jest masa. Ilu wśród nich jest terrorystów? Pewnie jacyś są. Albo wkrótce się pojawią. I ja nie chcę tutaj wtedy być. Wystarczy mi myśl, że miałam być teraz w Paryżu. Kilka miesięcy temu, kiedy szukałam pracy za granicą, pojawiła mi się opcja wyjazdu do Paryża właśnie. Ale do Polaków, więc oczywiście ostatecznie nie wyszło. A ja potem popełniłam błąd i pojechałam do innych Polaków, w Anglii. Też nie wyszło. Udało się dopiero z pracą w Niemczech. I dobrze, bo blisko, a i przy okazji zostałam zmuszona do nauki języka. Już kiedyś jednak pisałam Wam o tym, że widzę w moim życiu pewną celowość. Czasem to wygląda tak, że dzieje się coś, co wydaje mi się złe, albo coś się nie udaje - a potem okazuje się, że dzięki temu uniknęłam czegoś gorszego. Tak, jak z tym Paryżem... Może w momencie zamachów byłabym bezpieczna w domu? A może akurat bym była na Placu Rewolucji, gdzie terroryści ostrzelali ludzi? Mimo wszystko, nawet mimo tego, że na tym wyjeździe mi jest cholernie ciężko, cieszę się, że nie jestem teraz we Francji, albo też w Anglii. Z UK miałabym teraz pewnie niezłe kłopoty z powrotem, skoro granice Francji są zamknięte...

Dobra, koniec zrzędzenia, bo ileż można :-) Musiałam się wygadać, ale teraz już mi troszkę lepiej, więc skupmy się na pozytywach. A mimo wszystko próbuję jakieś znaleźć. Ogółem, staram się codziennie wypisać sobie co najmniej trzy powody do wdzięczności. To, co sprawiło mi radość w danym dniu. Wygrywają oczywiście Facebookowe randki z moim wspaniałym (już nie Skype'owe, bo rozmowy video na FB jakoś lepiej działają przy tym dość kiepskim internecie, jaki tutaj mam). Największa przyjemność, jaką mogę tutaj mieć. Jaka to jest radość, zobaczyć po całym ciężkim dniu ukochaną twarz, spojrzeć mu w oczy i choć na chwilę przenieść się myślami do Polski. I jak dobrze, że już niedługo będę tam z powrotem :-)

Inną rzeczą, która bardzo mnie cieszy, jest to, że wracam do mieszkania, które wynajmowałam przed wyjazdem. Jakoś tak wyszło :-) Ale dobrze wyszło :-) Bardzo je lubiłam, bo jest ładne, wyremontowane i w dobrym miejscu. I te widoki z okna czy balkonu... Teraz w każdej wolnej chwili odpalam zdjęcia i planuję, co zmienię w jego wystroju. Możliwe, że stworzę niedługo jakiś wpis na ten temat, taką moją małą wishlistę, co chcę kupić, żeby to mieszkanie wyglądało tak, jak sobie wyobrażam :-)

Już myślałam, że w tym tygodniu nie będzie żadnych aktualnych zdjęć. No, słowo, że nie miałam kiedy zrobić. Może powinnam po blogersku zacząć sobie walić selfie, ale... Boże, za dużo już takich blogów. Poza tym tutaj znowu się nie maluję :-) Ale... w piątek byłam na pływalni. Gdy ją zobaczyłam, stwierdziłam, że chcę taką kiedyś mieć w domu w piwnicy. No, może tylko bez starych gołych Niemców... Właśnie, bo Niemcy mają dziwne zwyczaje. Na pływalni kąpią się nago. Zostało mi to zapowiedziane już przed moim przyjazdem. No, dobra, ta pływalnia to cały kompleks, z termami i sauną (z których już na pewno korzystają oni nago), a na samym basenie jest gorąco tak, że można się zagotować. Nie zmienia to jednak faktu, że nie rozumiem, jak można przyjść w takie publiczne miejsce, jak basen, bez kostiumu. Nie stać ich czy co? Niby, że to po prostu taki zwyczaj, kiedyś chodzili pływać nago, to i teraz chodzą... Tu bym przyznała rację, bo zauważyłam, że na golasa paradują jedynie starzy Niemcy i Niemki, ludzie młodsi przychodzą na basen normalnie, w kostiumach. Podobno w klubach sportowych też mają oni koedukacyjne prysznice, gdzie też kąpią się nago. I się dziwić, że potem o Niemcach krąży opinia, że małżeństwa zdradzają się na prawo i lewo... Ale a propos zdjęć: spokojnie, na nich nie ma gołych starych Niemców... Na szczęście, wielu ich tam nie było tego wieczoru, a fotki pstrykałam w momencie, gdy byłam sama.





Swoją drogą, ten basen zburzył mi też mit poukładanych i porządnickich Niemców. Wyobraźcie sobie, że tam aż do samego basenu można wleźć w butach i ubraniach. Widziałam. I dopiero tam kładziesz sobie ubrania na ławeczkę, i jeśli jesteś starym Niemcem, to się tam rozbierasz. Tego nie rozumiem również - jak można łazić w butach w miejscu, w którym inni łażą na boso? Jakież to higieniczne...

I tym dzisiaj zakończę. Mam nadzieję, że kolejny przegląd tygodnia będzie o wiele bardziej optymistyczny. I higieniczny ;-) Trzymajcie za mnie kciuki, żeby mi się udało z tym drugim wyjazdem i żeby było tam po prostu lepiej. Miłego tygodnia życzę Wam i sobie :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 13 listopada 2015

Co warto obejrzeć? Serialowe Inspiracje #1

Przez mojego wspaniałego stałam się fanką seriali. Wiecie, wcześniej na hasło "serial" przychodziły mi do głowy "Klan" oraz "Moda na sukces". Potem już gdzieś obiły mi się o uszy już inne tytuły jak np. "Supernatural", ale dalej uważałam oglądanie seriali za rozrywkę dla nerdów, którzy nie mają żadnego życia. W międzyczasie w moim życiu pojawił się właśnie mój wspaniały i okazało się, że on właśnie  - o zgrozo - ogląda seriale. A mimo to ma życie i nawet czas dla mnie. I powiedział kiedyś, że właśnie ogląda pewien nowy, świetny serial kryminalny, który mnie się też może spodobać. I tak oto zaczęłam...

Ale zaraz, zaraz. Wszystko po kolei. Oglądam sporo - kto czyta przeglądy tygodnia, ten widzi. A i tak te wymienione tam, to jeszcze nie wszystko. Chcę Wam tak co jakiś czas podrzucać listę "co warto obejrzeć". I to, co teraz napiszę, będzie pewnie bardzo blogerskie - bo na paru blogach już to samo przeczytałam. Wiem, że taki spis na pewno się Wam przyda na jesień. No nic, nieważne, że po blogersku, ale to akurat sama prawda :-) Bo czy jest lepszy sposób na spędzenie wieczoru, niż we dwoje z winem i dobrym serialem? :-)

W serialach widzę też teraz tę ogromną zaletę: można sobie je dawkować. Obejrzenie 45-minutowego czy nawet godzinnego odcinka to fajny sposób na relaks i chwilowe odmóżdżenie, nawet jeśli nie ma się zbyt wiele czasu. Kiedyś oglądałam bardzo dużo filmów, ale jednak oglądanie na raty troszkę mnie irytuje :-) Oglądasz superfilm i na nic wmawianie sobie "obejrzę tylko połowę i idę spać". Wciągnie Cię i siedzisz do północy, a rano chodzisz jak zombie... I tak oto wkręciłam się totalnie w seriale i będę czynić starania, żeby i Was wkręcić :-)



Detektyw ("True detective")



Oto pierwszy serial, jakim zainteresował mnie mój wspaniały. Pierwszy sezon obejrzałam z zapartym tchem. Opowiadał on w formie retrospekcji o dwóch detektywach z Luizjany, pracujących nad sprawą nietypowych zabójstw. Po kilkunastu latach od zakończenia sprawy, dowiadują się, że doszło do kolejnej zbrodni... Sezon bardzo ponury i złowrogi. Dosłownie, nie spodziewasz się nic dobrego, żadnego happy endu. I do tego smutne, wręcz mroczne ballady w tle. O wiele bardziej przemyślany wydaje mi się jednak drugi sezon, choć w nim dziwne morderstwo, które splata losy trójki policjantów i gangstera, tak naprawdę nie jest najważniejsze. Serial skupia się bardziej na prywatnym życiu detektywów i ich problemach, które zdają się nieuchronnie prowadzić do katastrofy. Muzyka - znowu jak najbardziej na poziomie.

"Dochodzenie" ("The killing")



Kolejny ponury i mroczny serial o tajemniczym zabójstwie młodej dziewczyny. Tytułowe dochodzenie prowadzą detektywi z licznymi osobistymi problemami. Tutaj przez dwa sezony jesteśmy prowadzeni do rozwiązania zagadki, krok po kroku. Co odcinek wydaje się, że już wiadomo kto zabił. A zaraz potem następuje zwrot akcji. Kolejne sezony - trzeci i czwarty - to już nowe sprawy, ale są w dużym stopniu powiązane ze sobą, oraz z początkami. Serial wciąga niesamowicie - kończysz odcinek i chcesz już wiedzieć, co się wydarzy w następnym. Najlepszy sezon - jak dla mnie trzeci. Bardzo sprawna żonglerka charakterami postaci - najpierw je lubimy, potem nagle tracimy do nich sympatię, by ją znowu odzyskać. Ach, i te sweterki pani detektyw... :-)

"Luther"



Bohaterem jest detektyw John Luther, który usiłuje jednocześnie walczyć ze swoimi demonami, oraz przestępcami. Egzekwuje prawo w bardzo skuteczny, choć nierzadko budzący wątpliwości sposób. W walce pomaga mu również zabójczyni Alice, która uparła się, że się z detektywem zaprzyjaźni. Ta dwójka bohaterów budzi wielką sympatię. Tak, obraz psychopatycznej morderczyni został wykreowany tak, że w pewnym momencie zaczynamy jej kibicować - bo naprawdę stara się pomóc Johnowi. Serial niestety bardzo szybko przekształcił się w miniserię, gdzie mamy po cztery półtoragodzinne odcinki, co, jak dla mnie, troszkę utrudnia oglądanie - bo wolę odcinki krótsze. Ale skoro już zaczęłam oglądać, to byłam niesamowicie ciekawa, co dalej - i oglądałam mimo wszystko :-)

W zanadrzu mam jeszcze kilka innych seriali kryminalnych, które Wam przybliżę, zatem zapraszam do obserwowania mnie. Już wkrótce pojawi się część druga tego wpisu :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

(Zdj. z http://naekranie.pl/ oraz http://www.filmweb.pl/)



czwartek, 12 listopada 2015

Nie lubię ludzi


Tak, wiem, że jako osoba pisząca bloga chyba właśnie sobie strzelam w kolano. Ale co ja poradzę? Inni ludzie mnie irytują. Wolę wieczór we dwoje niż z dziewięcioma kolejnymi osobami. Zwykle wolę posiedzieć w domu, niż wysłuchiwać czyichś głośnych rozmów w kawiarni. Wolę udawać, że nie słyszę telefonu, niż go odebrać. Wolałabym mieszkać w lesie, niż w bloku, gdzie co i rusz słyszysz, że nad tobą ktoś mieszka, żyje, biega i przesuwa meble. Wolałabym być niewidzialna w autobusie, kiedy jakaś widziana sto lat temu koleżanka ze szkoły mnie zauważa i się dosiada. Jestem niewidoczna na Facebooku, bo nie chce mi się gadać z każdym, kto tylko zauważy, że jestem i czuje się w obowiązku pożalić mi się na swoje życie, pracę i drugą połówkę. Albo oczekuje, że ja też się pożalę. Moje życie jest bardzo spoko, druga połówka super, a w pracy ciężko, ale za trzy tygodnie już mam urlop, tak więc niekoniecznie mam się na co żalić. I niekoniecznie chcę. Was chyba tylko nigdy nie będę miała dość, bo zawsze miło, kiedy ktoś zareaguje na moje pisanie. Wiecie, stałam się po prostu mało towarzyska w realu.

Kiedyś myślałam, że jestem ekstrawertykiem. Najpierw byłam nieśmiała, ale potem, w liceum, jakoś to pokonałam. Żeby nie powiedzieć, że stałam się do bólu pewna siebie, bo momentami to naprawdę... Do tej pory kumpele (i chyba nie tylko one) wspominają, jak postawiłam się najwredniejszej i najbardziej mściwej profesorce... Szczęście, że z jej przedmiotem radziłam sobie bardzo dobrze, to nie miała opcji, by mnie udupić. W tamtym czasie też bardzo lubiłam poznawać nowych ludzi i spędzać z nimi czas. Wtedy poznałam moje obecne przyjaciółki. Wiecie, lata mijają, my się wiążemy, przeprowadzamy, zakładamy rodziny, ale kontakt nadal jest. I babskie spotkania oczywiście.




W pewnym momencie przerwałam swój imprezowy tryb życia, wpadając w organizację, która niekoniecznie go pochwalała. Dalej było towarzysko, poznawałam masę osób i prężnie działałam: poświęcałam masę czasu tej organizacji, ludziom w niej poznanym, do tego jeszcze pracowałam i uczyłam się zaocznie. Nie miałam czasu na jakiekolwiek życie towarzyskie poza organizacją. Nie powiem, jaka to organizacja, bo to nie jest ważne, a na pewno nie byli to Świadkowie Jehowy, jak pewnie pomyśleli co niektórzy z was. Ale była to organizacja o podobnie szczytnych założeniach i celach... Problem z towarzystwem z tej organizacji był taki, że nie do końca było to towarzystwo, z którym chciałam się zadawać. Tu ktoś sztywny, jakby się urodził z kijem w dupie, tu ktoś wiecznie mądry, co chciał zajmować się absolutnie wszystkim, choć robił to chujowo, bo czasu już nie starczało na dobrze, tu ktoś "z problemami", z którymi to problemami nie chciałam absolutnie mieć nic wspólnego, tu swat stulecia, tu królowa świata, która zawsze wszystko wie najlepiej i nie wolno się jej sprzeciwić... I w dobrym tonie było udawanie, że wszyscy bardzo się lubimy, i nikt do nikogo nic nie ma. A potem się wzajemnie obgadywał jeden z drugim, jak to w życiu - ale udawaliśmy, że u nas plotek nie ma.

A czemu o tym piszę? Bo myślę, że po pobycie w tej organizacji moja towarzyskość poszła w pizdu. Myślałam, że jestem ekstrawertyczką i lubię ludzi, a teraz unikam ich jak mogę. Jeśli mam się z kimś spotkać, najlepiej żebym miała kilka dni na nastawienie się, że mnie to czeka. I wtedy bawię się dobrze. Niektórych ludzi za cholerę nie potrafię polubić, ba, czasem nawet tylko tolerować. Nijak nie potrafię już udawać sympatii do nich, choć czasem by pewnie nie zaszkodziło. Po co robić sobie wrogów... Jedyna energia dla innych osób, jaką mam, wystarcza mi na mojego wspaniałego i czasem na rozmowę z przyjaciółkami. To znaczy, z nimi zawsze chętnie pogadam, gdy się odezwą, ale sama jakoś o wiele rzadziej pierwsza się odzywam. Normalnie zaczęłam myśleć, że stałam się nagle introwertyczką. Kumpela mnie uświadomiła, że jeśli już, to prędzej ekstrawertyczką-neurotyczką. No, to ładnie... Ale dziś za to dowiedziałam się o istnieniu ambiwertyków. I chyba ambiwertyczką czuję się najbardziej.

I piszę o tym jeszcze z jednego powodu. Po prostu, trzeba naprawdę uważać na towarzystwo, z jakim się zadaje. Uważajcie na wampiry energetyczne. Na tych, co sami nie idą do przodu, ciągle narzekają, nic nie robią, co im radzicie i wam też nie dadzą się rozwijać, bo chcą tylko waszego czasu i współczucia. Na tych, którzy uparcie pokazują wam, że macie gorsze miejsce w szeregu. Guzik prawda. Nie macie. Na tych, z którymi po prostu zwyczajnie nie macie ochoty przebywać. Jasne, kiedy jest to szef i pół firmy, może być problem, bo o pracę niełatwo. Ale może niech to będzie dodatkowa motywacja, by pracę spróbować chociaż zmienić? Nie, nie, że zmień pracę i weź kredyt. Nie jestem oderwanym od rzeczywistości prezydentem, żeby tak mówić. Po prostu uważajcie, komu poświęcacie swój czas i uwagę, bo może być tak, że jej wam potem nie starcza dla tych najważniejszych. Mi starcza. Ale na styk. Kosztem innych osób. I oby to był tylko chwilowy stan...



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.