poniedziałek, 16 listopada 2015

Przegląd tygodnia 9-15 listopada

Wiecie co... Mój poprzedni wyjazd do Niemiec nie był wcale lekki. Ale jednak o niebo lepszy niż obecny. Słowo daję, że nawet, odkąd mam spokój z paskudnymi Niemrami, z którymi kontakt na szczęście miałam tylko chwilowo, i tak nie jest mi lżej. Liczę tylko dni do powrotu. I nigdy więcej takich wyjazdów, jak ten... Moje wymagania co do kolejnego zlecenia klarują się coraz bardziej. Jak to dobrze, że to już drugi przegląd tygodnia... Jeszcze dwa i wracam do Polski. A tam czeka mnie cały grudzień, pełen relaksu, świętego spokoju i wspólnych wieczorów z moim wspaniałym :-)

I tak właśnie myślałam do piątku. W piątek okazało się, że w Berlinie zostaję do połowy przyszłego tygodnia. A potem albo wracam do Polski, albo jadę w okolice Monachium na miesiąc. I... szczerze, to jestem tak zmęczona tym, co tu się działo, że mam ochotę wracać i darować sobie już jakiekolwiek wyjazdy. Postanowiłam jednak zebrać się w sobie i jednak wybrać jeszcze na ten miesiąc. Trudno, że w Święta nie będę w Polsce. Szkoda, ale nic nie jestem w stanie z tym zrobić, bo nie ode mnie zależy data zakończenia zlecenia. Chcę spełniać marzenia, a do tego jest mi potrzebna kasa i głupio by było nie skorzystać z takiej okazji, kiedy nagle wpada lepsza fucha. Najważniejsze dla mnie to być w Polsce na Sylwestra i spędzić go miło z moim wspaniałym. I to akurat jest możliwe. W chwili, kiedy piszę te słowa, nie mam jeszcze całkowitej pewności, czy uda się wyjazd na to drugie zlecenie. Będę wiedzieć dopiero w tygodniu. Tak czy owak, cieszę się, że opuszczam Berlin. Ludzie, z jakimi przyszło mi tu pracować i atmosfera tu panująca są nie do zniesienia. Już o tym pisałam. Mam serdecznie dość pracy z kimś, kto nie ma nawet na tyle kultury, żeby wyjść, kiedy chce mnie poobgadywać. Przestałam udawać, że nie rozumiem, powiedziałam wprost, że słyszę i rozumiem wszelkie uwagi i komentarze na mój temat, i co? I tak dalej ich wysłuchuję, i tak. Dzień w dzień chodzę przez to podminowana i naprawdę, ale to naprawdę nie mam już siły się do tych niemieckich mend uśmiechać i szczebiotać. Niech robi to ktoś inny.

W życiu też nie spotkałam się z takim wymaganiem perfekcjonizmu ode mnie, jak tutaj. A ja nie jestem idealna. I nie będę. I dobrze mi z tym. I nie to, że się nie staram. Tylko jakbym się nie starała, to ciągle jest za mało. I ja potem się martwię i wyrzucam sobie, że robię za mało, za słabo. A potem usiłuję robić więcej i lepiej. A opieprz zgarniam w obu przypadkach. Za wszystko. Absolutnie wszystko. Za każdy najmniejszy drobiazg. I za moje oczekiwania. I wtedy się budzę, i zdaję sobie sprawę, że choćbym stawała na rzęsach, tym niemieckim wymaganiom doskonałości nie sprostam. Więc po co? Wtedy odpuszczam i robię to, co muszę, i co sama widzę, że jest potrzebne. I znowu jestem ochrzaniana. I próbuję od nowa bardziej i lepiej. Błędne koło... Wiecie, już teraz, w trakcie tego wyjazdu stwierdzam, że Niemcy się nie zmienili od czasów wojny. Polska dalej jest dla nich krajem, który należałoby zająć. Polacy są dla nich kimś gorszym. I tutaj w Berlinie jest mi to okazywane prawie non stop. Dlatego, jeśli ktoś mnie zapyta, czy lubię Niemców, już nie potwierdzę. I o ile nie rozumiem, czemu Niemców nienawidzą ludzie, którzy w życiu nie byli za granicą i żadnego nie poznali, o tyle rozumiem, czemu napotkani w pracy tutaj Polacy również nie darzą Niemców zbytnią sympatią. Teraz to rozumiem... Ale oby to był tylko lokalny problem, że takie niemieckie buce mieszkają tylko w Berlinie. Bo w Brunszwiku tak nie byłam traktowana.




Poza tym... Po zamachach w Paryżu (i zapowiedziach kolejnych, np. w Londynie), stwierdziłam, że może i dobrze wyszło, że moje obecne zlecenie kończy się wcześniej. Zauważcie, że terroryści atakują zwykle stolice. Dlatego myślę, że lepiej ze stolicy się wynieść do nieco mniejszej miejscowości. Tutaj imigrantów jest masa. Ilu wśród nich jest terrorystów? Pewnie jacyś są. Albo wkrótce się pojawią. I ja nie chcę tutaj wtedy być. Wystarczy mi myśl, że miałam być teraz w Paryżu. Kilka miesięcy temu, kiedy szukałam pracy za granicą, pojawiła mi się opcja wyjazdu do Paryża właśnie. Ale do Polaków, więc oczywiście ostatecznie nie wyszło. A ja potem popełniłam błąd i pojechałam do innych Polaków, w Anglii. Też nie wyszło. Udało się dopiero z pracą w Niemczech. I dobrze, bo blisko, a i przy okazji zostałam zmuszona do nauki języka. Już kiedyś jednak pisałam Wam o tym, że widzę w moim życiu pewną celowość. Czasem to wygląda tak, że dzieje się coś, co wydaje mi się złe, albo coś się nie udaje - a potem okazuje się, że dzięki temu uniknęłam czegoś gorszego. Tak, jak z tym Paryżem... Może w momencie zamachów byłabym bezpieczna w domu? A może akurat bym była na Placu Rewolucji, gdzie terroryści ostrzelali ludzi? Mimo wszystko, nawet mimo tego, że na tym wyjeździe mi jest cholernie ciężko, cieszę się, że nie jestem teraz we Francji, albo też w Anglii. Z UK miałabym teraz pewnie niezłe kłopoty z powrotem, skoro granice Francji są zamknięte...

Dobra, koniec zrzędzenia, bo ileż można :-) Musiałam się wygadać, ale teraz już mi troszkę lepiej, więc skupmy się na pozytywach. A mimo wszystko próbuję jakieś znaleźć. Ogółem, staram się codziennie wypisać sobie co najmniej trzy powody do wdzięczności. To, co sprawiło mi radość w danym dniu. Wygrywają oczywiście Facebookowe randki z moim wspaniałym (już nie Skype'owe, bo rozmowy video na FB jakoś lepiej działają przy tym dość kiepskim internecie, jaki tutaj mam). Największa przyjemność, jaką mogę tutaj mieć. Jaka to jest radość, zobaczyć po całym ciężkim dniu ukochaną twarz, spojrzeć mu w oczy i choć na chwilę przenieść się myślami do Polski. I jak dobrze, że już niedługo będę tam z powrotem :-)

Inną rzeczą, która bardzo mnie cieszy, jest to, że wracam do mieszkania, które wynajmowałam przed wyjazdem. Jakoś tak wyszło :-) Ale dobrze wyszło :-) Bardzo je lubiłam, bo jest ładne, wyremontowane i w dobrym miejscu. I te widoki z okna czy balkonu... Teraz w każdej wolnej chwili odpalam zdjęcia i planuję, co zmienię w jego wystroju. Możliwe, że stworzę niedługo jakiś wpis na ten temat, taką moją małą wishlistę, co chcę kupić, żeby to mieszkanie wyglądało tak, jak sobie wyobrażam :-)

Już myślałam, że w tym tygodniu nie będzie żadnych aktualnych zdjęć. No, słowo, że nie miałam kiedy zrobić. Może powinnam po blogersku zacząć sobie walić selfie, ale... Boże, za dużo już takich blogów. Poza tym tutaj znowu się nie maluję :-) Ale... w piątek byłam na pływalni. Gdy ją zobaczyłam, stwierdziłam, że chcę taką kiedyś mieć w domu w piwnicy. No, może tylko bez starych gołych Niemców... Właśnie, bo Niemcy mają dziwne zwyczaje. Na pływalni kąpią się nago. Zostało mi to zapowiedziane już przed moim przyjazdem. No, dobra, ta pływalnia to cały kompleks, z termami i sauną (z których już na pewno korzystają oni nago), a na samym basenie jest gorąco tak, że można się zagotować. Nie zmienia to jednak faktu, że nie rozumiem, jak można przyjść w takie publiczne miejsce, jak basen, bez kostiumu. Nie stać ich czy co? Niby, że to po prostu taki zwyczaj, kiedyś chodzili pływać nago, to i teraz chodzą... Tu bym przyznała rację, bo zauważyłam, że na golasa paradują jedynie starzy Niemcy i Niemki, ludzie młodsi przychodzą na basen normalnie, w kostiumach. Podobno w klubach sportowych też mają oni koedukacyjne prysznice, gdzie też kąpią się nago. I się dziwić, że potem o Niemcach krąży opinia, że małżeństwa zdradzają się na prawo i lewo... Ale a propos zdjęć: spokojnie, na nich nie ma gołych starych Niemców... Na szczęście, wielu ich tam nie było tego wieczoru, a fotki pstrykałam w momencie, gdy byłam sama.





Swoją drogą, ten basen zburzył mi też mit poukładanych i porządnickich Niemców. Wyobraźcie sobie, że tam aż do samego basenu można wleźć w butach i ubraniach. Widziałam. I dopiero tam kładziesz sobie ubrania na ławeczkę, i jeśli jesteś starym Niemcem, to się tam rozbierasz. Tego nie rozumiem również - jak można łazić w butach w miejscu, w którym inni łażą na boso? Jakież to higieniczne...

I tym dzisiaj zakończę. Mam nadzieję, że kolejny przegląd tygodnia będzie o wiele bardziej optymistyczny. I higieniczny ;-) Trzymajcie za mnie kciuki, żeby mi się udało z tym drugim wyjazdem i żeby było tam po prostu lepiej. Miłego tygodnia życzę Wam i sobie :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

10 komentarzy :

  1. Odpowiedzi
    1. No może do samego basenu to nie, ale jakoś nie rozumiem tego, żeby łazić w butach po płytkach, po których inni chodzą boso. Średnio :-P

      Usuń
  2. Teraz widze, ze bedziesz w moich okolicach ;) Moze jakas kawka dla rozladowania emocji? Jak cos to pisz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plan się niestety zmienił i jednak nie jadę w tamte okolice. Może podłapię jeszcze inne zlecenie, ale nie wiem, co z tego wyniknie.

      Usuń
  3. Marzę o weekendzie w SPA, a przez te zdjęcia narobiłaś mi jeszcze większej ochoty :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powklejam gołych Niemców i ochota Ci przejdzie :-D

      Usuń
  4. życzę optymistycznego kolejnego tygodnia! dużo uśmiechu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że taki będzie :-) Dziękuję :-)

      Usuń
  5. Heh, rozumiem, że tych nagich Niemców nie wpisałaś na listę wdzięczności ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee... Ale teraz będę wpisywać każdą okazję, kiedy ich NIE widzę :-D

      Usuń

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.