czwartek, 12 listopada 2015

Nie lubię ludzi


Tak, wiem, że jako osoba pisząca bloga chyba właśnie sobie strzelam w kolano. Ale co ja poradzę? Inni ludzie mnie irytują. Wolę wieczór we dwoje niż z dziewięcioma kolejnymi osobami. Zwykle wolę posiedzieć w domu, niż wysłuchiwać czyichś głośnych rozmów w kawiarni. Wolę udawać, że nie słyszę telefonu, niż go odebrać. Wolałabym mieszkać w lesie, niż w bloku, gdzie co i rusz słyszysz, że nad tobą ktoś mieszka, żyje, biega i przesuwa meble. Wolałabym być niewidzialna w autobusie, kiedy jakaś widziana sto lat temu koleżanka ze szkoły mnie zauważa i się dosiada. Jestem niewidoczna na Facebooku, bo nie chce mi się gadać z każdym, kto tylko zauważy, że jestem i czuje się w obowiązku pożalić mi się na swoje życie, pracę i drugą połówkę. Albo oczekuje, że ja też się pożalę. Moje życie jest bardzo spoko, druga połówka super, a w pracy ciężko, ale za trzy tygodnie już mam urlop, tak więc niekoniecznie mam się na co żalić. I niekoniecznie chcę. Was chyba tylko nigdy nie będę miała dość, bo zawsze miło, kiedy ktoś zareaguje na moje pisanie. Wiecie, stałam się po prostu mało towarzyska w realu.

Kiedyś myślałam, że jestem ekstrawertykiem. Najpierw byłam nieśmiała, ale potem, w liceum, jakoś to pokonałam. Żeby nie powiedzieć, że stałam się do bólu pewna siebie, bo momentami to naprawdę... Do tej pory kumpele (i chyba nie tylko one) wspominają, jak postawiłam się najwredniejszej i najbardziej mściwej profesorce... Szczęście, że z jej przedmiotem radziłam sobie bardzo dobrze, to nie miała opcji, by mnie udupić. W tamtym czasie też bardzo lubiłam poznawać nowych ludzi i spędzać z nimi czas. Wtedy poznałam moje obecne przyjaciółki. Wiecie, lata mijają, my się wiążemy, przeprowadzamy, zakładamy rodziny, ale kontakt nadal jest. I babskie spotkania oczywiście.




W pewnym momencie przerwałam swój imprezowy tryb życia, wpadając w organizację, która niekoniecznie go pochwalała. Dalej było towarzysko, poznawałam masę osób i prężnie działałam: poświęcałam masę czasu tej organizacji, ludziom w niej poznanym, do tego jeszcze pracowałam i uczyłam się zaocznie. Nie miałam czasu na jakiekolwiek życie towarzyskie poza organizacją. Nie powiem, jaka to organizacja, bo to nie jest ważne, a na pewno nie byli to Świadkowie Jehowy, jak pewnie pomyśleli co niektórzy z was. Ale była to organizacja o podobnie szczytnych założeniach i celach... Problem z towarzystwem z tej organizacji był taki, że nie do końca było to towarzystwo, z którym chciałam się zadawać. Tu ktoś sztywny, jakby się urodził z kijem w dupie, tu ktoś wiecznie mądry, co chciał zajmować się absolutnie wszystkim, choć robił to chujowo, bo czasu już nie starczało na dobrze, tu ktoś "z problemami", z którymi to problemami nie chciałam absolutnie mieć nic wspólnego, tu swat stulecia, tu królowa świata, która zawsze wszystko wie najlepiej i nie wolno się jej sprzeciwić... I w dobrym tonie było udawanie, że wszyscy bardzo się lubimy, i nikt do nikogo nic nie ma. A potem się wzajemnie obgadywał jeden z drugim, jak to w życiu - ale udawaliśmy, że u nas plotek nie ma.

A czemu o tym piszę? Bo myślę, że po pobycie w tej organizacji moja towarzyskość poszła w pizdu. Myślałam, że jestem ekstrawertyczką i lubię ludzi, a teraz unikam ich jak mogę. Jeśli mam się z kimś spotkać, najlepiej żebym miała kilka dni na nastawienie się, że mnie to czeka. I wtedy bawię się dobrze. Niektórych ludzi za cholerę nie potrafię polubić, ba, czasem nawet tylko tolerować. Nijak nie potrafię już udawać sympatii do nich, choć czasem by pewnie nie zaszkodziło. Po co robić sobie wrogów... Jedyna energia dla innych osób, jaką mam, wystarcza mi na mojego wspaniałego i czasem na rozmowę z przyjaciółkami. To znaczy, z nimi zawsze chętnie pogadam, gdy się odezwą, ale sama jakoś o wiele rzadziej pierwsza się odzywam. Normalnie zaczęłam myśleć, że stałam się nagle introwertyczką. Kumpela mnie uświadomiła, że jeśli już, to prędzej ekstrawertyczką-neurotyczką. No, to ładnie... Ale dziś za to dowiedziałam się o istnieniu ambiwertyków. I chyba ambiwertyczką czuję się najbardziej.

I piszę o tym jeszcze z jednego powodu. Po prostu, trzeba naprawdę uważać na towarzystwo, z jakim się zadaje. Uważajcie na wampiry energetyczne. Na tych, co sami nie idą do przodu, ciągle narzekają, nic nie robią, co im radzicie i wam też nie dadzą się rozwijać, bo chcą tylko waszego czasu i współczucia. Na tych, którzy uparcie pokazują wam, że macie gorsze miejsce w szeregu. Guzik prawda. Nie macie. Na tych, z którymi po prostu zwyczajnie nie macie ochoty przebywać. Jasne, kiedy jest to szef i pół firmy, może być problem, bo o pracę niełatwo. Ale może niech to będzie dodatkowa motywacja, by pracę spróbować chociaż zmienić? Nie, nie, że zmień pracę i weź kredyt. Nie jestem oderwanym od rzeczywistości prezydentem, żeby tak mówić. Po prostu uważajcie, komu poświęcacie swój czas i uwagę, bo może być tak, że jej wam potem nie starcza dla tych najważniejszych. Mi starcza. Ale na styk. Kosztem innych osób. I oby to był tylko chwilowy stan...



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

UDOSTĘPNIJ TEN POST

13 komentarzy :

  1. Mam tak samo jak ty, niewidoczny czat na FB, bo nie chcę słuchać o problemach innych. Sama mam ich sporo, więc zamiast narzekać szukam rozwiązania na nie :) Wolę też skupiać swoją uwagę na czymś innym i kimś innym: na moich dzieciach, mężu, blogu, zadaniach około blogowych, sklepie i tworzeniu :) Zawsze twierdzę, ze jak ktoś mocno narzeka na wszystko to niech znajdzie sobie hobby, w ten sposób będzie mógł skupić się na nim, a nie na problemach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ja mam czasami momenty, że też marudzę, zamiast działać, ale kiedy nie zadaję się ludźmi, którzy robią w taki sam sposób, takich momentów mam o wiele mniej :-)

      Usuń
  2. Mogę przybić Ci piątkę? Ja chyba w liceum dopiero zaczęłam zwracać uwagę na jakość a nie ilość relacji z innymi. Potem przyszły studia, poznałam masę ludzi i o dziwo było mi z tym dobrze. Teraz utrzymuję kontakt z garstką tamtych ludzi z resztą nie mam już wspólnych tematów, a rozmowy o tym, że w życiu ciężko i pada deszcz przestały mnie obchodzić :)
    I też tak mam, że potrzebuję kilka dni na oswojenie się z myślą o spotkaniu z kimś spoza mojego malutkiego grona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to piątka :) Jeśli mogę mówić, że chodzi mi o jakość relacji, a nie ich ilość i dlatego tak podchodzę do ludzi, to... No cóż, to po prostu brzmi o wiele lepiej niż "Nie lubię ludzi" :) A fakt, że nie lubię płytkich znajomości, gdzie przy każdym spotkaniu muszę się spowiadać, co u mnie słychać i na tym polega cała rozmowa :)

      Usuń
  3. Uff...., ale mi ulżyło jak to przeczytałam. Czuję się jakbym właśnie powiedziała to, co myślę :)Nie jesteś sama. U mnie zaczęło się wtedy, gdy wyjechałam do Niemiec i każdy poznany rodak okazywał się wrogiem, a nie przyjacielem. Nie lubię takich relacji, więc teraz nawet ich nie zawieram. Staram się ostrożnie podchodzić do nowych znajomości i trzymam dystans, ale niektórzy tego nie rozumieją i mają mnie za dziwną, mało towarzyską i w ogóle może za dzikuskę. Te osoby nie wiedzą, że mam sprawdzonych przyjaciół i nie jestem desperatką, żeby na siłę się z kimś przyjaźnić. Teraz po prostu powiem, że jestem ambiwertykiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to traf... Nie wiem, jak tutaj z Polakami, bo nie mam z nimi kontaktu, ale z Niemcami to jest masakra i się chyba wcale nie dziwię, że po wizycie w tym kraju przestałaś mieć ochotę na zawieranie kolejnych znajomości ;) Ja mam tak samo. Mam kilka sprawdzonych osób w towarzystwie, moim najlepszym przyjacielem jest mój facet i naprawdę nie mam już siły na kolejne znajomości :) Zresztą, podobno człowiek jest tak skonstruowany, że jest w stanie tak naprawdę przyjaźnić się z ograniczoną ilością osób :) I tak się możemy pocieszać :D

      Usuń
    2. PS. To, co napisałaś na temat tego mojego wpisu, to największy komplement, jaki mogłam usłyszeć na temat mojego pisania. Dziękuję :)

      Usuń
  4. Świetny tekst. Sama ostatnio poruszałam temat introwertyczności, bo podobnie przez długi czas oszukiwałam sie, że jestem ekstrawertyczką. Tymczasem bardzo uważam komu oddaję swoją energię, bo jako introwertyk mam jej bardzo niewiele dla innych, ale sporo dla siebie. Te small talki są dla mnie największym dramatem. Już wolę pomilczeć lub udawać, że kogoś nie widzę niż silić się na gadki uprzejmościowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak mam. Nie znoszę tych uprzejmościowcyh gadek :) Wolę "porządniejsze" rozmowy, mające jakieś znaczenie, z osobami, z którymi mam ochotę rozmawiać :)

      Usuń
  5. No to ja chyba też jestem ambiwertykiem. Lubie ludzi-ale bardzo wybiórczo, wole wieczór spędzić po swojemu a już ostatnią rzecza jest spotkanie z zadufanym wampirem energetycznym albo domówka z przypadkowymi osobami! Kiedyś owszem,teraz- no way! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejne dobre określenie - "lubię ludzi, ale bardzo wybiórczo" :) Będę używać zamiennnie :D A może jak człowiek się starzeje, to odkrywa, że nie z każdym ma o czym gadać i takim osobom nie chce poświęcać czasu? :)

      Usuń
  6. Myślałam, że tylko ja jestem taka "dziwna"...Aż mi wstyd czasem jest jak bardzo uciekam od ludzi. A może właśnie to My jesteśmy normalni, bo nie bawimy się w te przedstawienia pełne hipokryzji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To by była całkiem pocieszająca wersja ;-) Ale faktycznie, ja mam niesamowity problem z udawaniem, że kogoś lubię, gdy nie lubię, albo że mam ochotę z daną osobą gadać, choć wcale nie mam. Ale tak ogólnie to myślę, że ta nieumiejętność zachowywania się z konwenansami generuje mi więcej problemów, niż gdybym umiała udawać. Źle jest być szczerym człowiekiem :-P

      Usuń

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.