Butelka na stoliku


Siedzi to we mnie prawie od początku mojego obecnego wyjazdu. Niemieckie standardy to dla mnie jakiś kosmos. Oni za bałagan potrafią uznać butelkę wody i szklankę na stoliku. Nieważne, że stoi jedna butelka i jedna szklanka, bo często pijesz i chcesz ją po prostu mieć pod ręką. Toż to bałagan jest i już. A Niemiec kontra Polak... Pracujesz u Niemca, jesteś Polakiem - jak myślisz, kto ma rację? I to mnie straszliwie mierzi. Siedzą we mnie te wszystkie emocje, kotłują się, przewalają i robią burdel w moim zazwyczaj uporządkowanym wnętrzu...

Nie no, dobra, dobra. Rozpędziłam się. W moim wnętrzu nie ma czegoś takiego, jak porządek. Jest raczej bajzel jak w domu na zakręcie, w który już wjechała kawalkada tirów. I tak, trzeba by to wreszcie ogarnąć i poukładać, ale... Niemcy to nie jest dobre miejsce na robienie porządków w swoim świecie. Do ogarniania przestrzeni na zewnątrz masz ich pełne błogosławieństo. Jakkolwiek, choćbyś zrobił nie wiem co, i tak nie dorównasz ich oczekiwaniom. Za mało, za słabo, za brudno. Już o tym pisałam. Ale jeśli tylko coś złego ci siedzi w głowie, nie daje spokoju i chcesz to najzwyczajniej w świecie wyrzucić na zewnątrz, nawet tak kulturalnie, owinięte w chusteczkę, chcesz wyciągnąć z siebie i donieść po prostu do kosza... 

No way. Nie masz prawa tutaj być sobą. Zwłaszcza, jeśli twoje "sobą" to przemożna chęć wyrzucenia z siebie kotłujących się emocji. Gniewu i żalu, że jesteś tutaj, choć wolałbyś być gdzieś indziej. Ale nie możesz. Jesteś tu i musisz być - to konsekwencje twoich złych wyborów sprzed kilku miesięcy. Teraz je ponosisz. Jeśli twoje "sobą", to cała mieszanina złej energii, niespokojnych myśli, złych przeżyć i słów, których nie powinieneś był nigdy usłyszeć, na emigracji w Niemczech będzie ci dziesięć razy ciężej niż komuś innemu. I jeśli potwornie tęsknisz za kimś bliskim, kto jest w Polsce i kto zazwyczaj pomaga ci poskładać się w całość, gdy się znowu rozlecisz... Jeśli nie potrafisz się powstrzymać i co w sercu, to na języku - nie pasujesz do poukładanych, wiecznie fałszywie uprzejmych Niemców. Jeśli widać po tobie każdą najmniejszą zmianę humoru i nie jesteś w stanie się uśmiechać w trakcie megawkurwu - nie, nie pasujesz tutaj. I oczekiwania co do ciebie wzrosną do kosmicznych rozmiarów. Ja w ogóle tutaj jestem ciągle "za": za niska, za leniwa, za mało towarzyska...




Wiecie, staram się chwilowo dostosować do ich standardów. Szczebiocę radośnie, chociaż w środku mnie roznosi. Próbuję się uśmiechać, nawet jeśli totalnie nie mam ochoty. Robię rzeczy, których wcale jeszcze nie trzeba robić. No, ale skoro kazali... Ja tutaj tylko pracuję. A że chcę pracować, muszę poskromić swój nonkonformizm. Bo nie ma pracy dla buntowników.

Kiedyś większość negatywnych emocji trzymałam w sobie. Nie pamiętam już, co i kiedy we mnie pękło, że przestałam. I kiedy tak trzymałam w środku coś, co należało wypuścić - choć może w bardziej cywilizowanej formie, niż miałam ochotę - czułam się potem taką sierotą-niemotą. Bo ktoś coś zrobił źle i należało grzecznie zwrócić uwagę, a ja zmilczałam. Ktoś zachował się wobec mnie paskudnie, a ja nie zareagowałam. Aż nagle zaczęłam. I wszystko poszło w drugą stronę. Tak całkowicie. 

Cokolwiek się wydarzy, najmniejszy drobiazg, a ja już się nakręcam. Nosi mnie, dopóki tego z siebie nie wyrzucę. Wyrzucam. A potem żałuję przez kilka dni, bo może i należało wyrzucić, ale nieco spokojniej. Nie tak ostro. Ale kiedy czuję, że muszę wyrzucić, przypomina mi się ten czas, kiedy trzymałam w sobie. I to, jak źle się ze sobą czułam. Chciałam być odważna, a byłam tchórzem. Więc teraz nie jestem. Bo nie chcę się tak znowu czuć. A w efekcie czuję się milion razy gorzej, bo ranię na oślep wszystkich wokół.


Pobyt tutaj z tymi wszystkimi fałszywie uprzejmymi ludźmi to nie lada wyczyn dla moich nerwów, które są ciągle napinane. Czasem się zastanawiam, czy oni sprawdzają moje granice wytrzymałości? Nie, nie przekroczę ich tutaj. Dam sobie radę. Ale to pożera tyle mojej energii, że na uśmiech już nie starcza. Nawet na fałszywy. I ciągle czuję się winna. Że robię za słabo, za mało... Potem sobie uświadamiam, że problem tkwi nie w tym, że robię za mało, tylko w różnicy standardów. Dla mnie w sam raz, dla nich za mało. Za mało, bo nie jestem jasnowidzem i pojęcia nie mam, czego mogą jeszcze za chwilę ode mnie chcieć. A ta umiejętność tutaj jest kluczowa. Za mało, bo ja patrzę swoimi oczami, a nie ich. Oni widzą bałagan. A ja butelkę na stoliku.

Bo nie jestem idealna. I nie będę. I pogodziłam się z tym. Ale tutaj znowu nie umiem. Ciągle czuję się niewystarczająca. Tylko że nie umiem spędzać życia w ciągłym ruchu, "żeby tylko było widać, że nie jestem bezczynna"... Tak wygląda praca większości ludzi na świecie. Uparcie starają się być zajęci, ale nie robią nic sensownego. Jestem tutaj sobą. Jestem tutaj dokładnie taka sama, jak w Polsce z bliskimi. Wolę naprawdę żyć, niż zajmować sobie czas kolejnymi niekończącymi się aktywnościami. Jestem tu, żeby pracować, jasne.  staram się. Ale... u siebie w domu też nie sprzątam pod łóżkiem codziennie. Bo nie na sprzątaniu polega życie. I nie, moja praca tutaj też na tym nie polega. Utrzymywanie porządku to po prostu jej element. U siebie w domu nie domyślam się, co kto chce, tylko pytam. A jak nie chcę, żeby ktoś czegoś ode mnie chciał, to na wszelki wypadek nie pytam. Jak mi ktoś nie powie wprost o co biega, nie wiem, o co biega. A jak mi powie po niemiecku - czasem dalej nie wiem, o co chodzi. Przyjechałam tutaj, jako ja, nie jako robot bez emocji. I to, że wydaje wam się, że jestem bezczynna, wcale nie oznacza, że faktycznie jestem. A im więcej będziecie mi to wmawiać, tym bardziej bezczynna się stanę. I butelka na stoliku dalej będzie stać.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger