środa, 29 czerwca 2016

Główna różnica między Polakiem, a Niemcem


Kojarzycie ten filmik, gdzie dziewczynę koleś zaatakował w metrze, a Polak stanął w jej obronie?

Nawet Was pewnie nie dziwi, że Polak zareagował? Mnie też nie.

A zastanawialiście się, jakby się zachował w takiej sytuacji ktoś z innego kraju? Po części to widać w filmiku, choć może nie jest to wprost oznaczone. Ale jestem prawie pewna, że nie występują tam tylko Szwedzi :-)

Ja Wam mogę powiedzieć, jak zachowałby się w takiej sytuacji Niemiec. Taki statystyczny Heinrich, Friedrich czy inny Wolfgang.

Najprawdopodobniej... w ogóle by się nie zachował. Zero reakcji. Albo ewentualnie odszedł gdzieś dalej, gdzie nie będzie go widać i wtedy zadzwonił po policję, albo zgłosił ochronie. Ewentualnie.




Niemcy pod tym względem bardzo różnią się od Polaków. My mamy coś takiego, że jak na naszych oczach komuś dzieje się krzywda, to od razu zaciskamy pięści i lecimy bronić tę osobę. Niemiec... cóż, Niemiec woli się nie mieszać. Uznaje, że to nie jego sprawa i nie będzie się wtrącał, ani robił sobie problemów. Bo przecież mógłby zarobić przy okazji w ryja, albo potem musieć na przykład być świadkiem na policji czy coś.

Zastanawialiście się, jakim sposobem było możliwe, że jacyś muzułmańscy faceci w tłumie ludzi byli w stanie napastować kobiety? To już teraz wiecie.

Niemcy za to są dobrzy w takiej praktycznej, "uprzejmościowej" pomocy. Wiecie, pomóc w przyniesieniu zakupów, przy zepsutym aucie na środku ulicy, otworzyć drzwi kobiecie... Jak zobaczą, że ktoś źle się czuje, bo blado wygląda, też zazwyczaj się zainteresują i zapytają, czy wszystko OK.

My, Polacy, też tak potrafimy, ale z tym u nas ciężej. Ktoś leży w rowie? Pewnie pijany...

Wiecie, główna różnica tkwi w tym, że my o wiele lepiej się zachowujemy w sytuacjach, które wymagają odwagi. W których nam też coś grozi. W których ewidentnie widać, że komuś dzieje się krzywda. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy ktoś leży w tym rowie, bo zasłabł, czy faktycznie jest pijany, raczej nie zareagujemy. Z uprzejmością też u nas średnio - jasne, można liczyć na pomoc, jak się poprosi. Nieproszeni pomagają ludzie tylko w niektórych miastach (ja się na przykład spotkałam w tym w Krakowie - jak ludzie widzieli, że czegoś nie wiem, albo słyszeli naszą rozmowę, że nie wiemy do końca, jakie bilety MPK kupić, żeby się dostać z dworca na Kazimierz, wtrącali się w rozmowę i nam doradzali - byłam w szoku!).

Niemcy zaś są tchórzami. Albo są wygodni. I wiecie, w sumie trudno się dziwić. Ale jednak przez to kobiety nie mogą się tutaj czuć bezpiecznie. Bo jak idę ulicą i zaczepi mnie jakiś muzułmanin (a to naprawdę często się tutaj przydarza), to nikt nie zareaguje.

Jeśli ktoś mnie zatem zapyta, co dalej z tym krajem... Cóż, szykujcie burki, drogie panie. Przed tym też Was nie obronią.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rok na blogu oraz tydzień do wakacji - podsumowanie


Właśnie zaczyna się mój ostatni tydzień tego pobytu w Monachium. Szczerze, to udało mi się ten wyjazd przetrwać całkiem bezboleśnie i nie czuję się po nim jakoś nadmiernie przepracowana, czy zmęczona psychicznie, jak po poprzednim razie.

To znaczy, czuję wyraźnie, że potrzebuję wakacji i resetu, ale nie jest to takie typowe psychiczne zmęczenie wrednymi (bo tak niestety trafiam) Niemcami ;-) A może po prostu wszyscy Niemcy to wredne zarazy?

Na pewno jednak bardzo mnie cieszy, że zostało mi już tylko 9 dni, a to jest tak mało czasu, że ani się obejrzę, a będę już siedzieć w autokarze, a potem znajdę się we własnym łóżku i będę mogła się trochę polenić :-)

Nie mogę się już doczekać także przez to, że praktycznie zaraz po powrocie wyjeżdżam na wakacje nad morze. Nie zostawiłam sobie wiele czasu na przepakowanie się, ale co tam... Mój wspaniały mi na pewno w tym pomoże :-)

Piszę, bo po pierwsze postanowiłam sobie dziś zrobić taki luźny dzień, kiedy za zlecenia zabiorę się może dopiero gdzieś pod wieczór, albo nawet i jutro, a chciałam się skupić na pisaniu bloga i stworzyć może jeszcze coś na zapas na czas wakacji (kilka gotowych postów już czeka, także ciszy na blogu na pewno nie będzie). Zresztą, jak tak czytam sobie starsze posty u Ani, to nagle sobie uświadamiam, że jest tyyyyle rzeczy, o których mam ochotę napisać... Także korzystam i piszę.

Poza tym, chcę wrócić teraz do podsumowań tygodnia, ponieważ jakoś lepiej pozwalają mi ogarnąć wspomnienia. Co prawda, sprawiają też, że mam wrażenie, że tygodnie mijają szybciej, ale... z drugiej strony jak jestem w Niemczech, to nie dzieje się wiele. Albo przynajmniej jest niewiele takich rzeczy, które chciałabym w ogóle zapamiętać. Za to każda moja chwila spędzona w Polsce jest cenna i chcę te właśnie momenty utrwalać.

Ponadto, odkąd piszę na zlecenie, odkryłam, że szybciej mi idzie formułowanie swoich myśli. Na dodatek, pisząc sporo rzeczy "na życzenie", dobrze jest mieć też odskocznię w postaci bloga, gdzie piszę na luzie i dla przyjemności. I na szczęście, wrócił mi ten etap, kiedy blog daje mi radość.

Już kiedyś wspominałam, że w pewnym momencie czuję się w jakiś sposób blogiem przytłoczona. A czemu? Bo za dużo się naczytałam, że trzeba się poważnie przykładać do jego promocji i:
  • często pisać,
  • zaglądać na inne blogi i zostawiać wartościowe komentarze,
  • odpowiadać na komentarze na swoim blogu,
  • prowadzić fanpage,
  • zaglądać na fanpage'e innych blogów, lajkować i komentować...
  • działać w innych kanałach social media, na przykład na Instagramie...
Zawsze w końcu po chwili otrzeźwienia ("nic na siłę") wpadam znowu w tę pułapkę, że staram się jak najbardziej rozpromować bloga, a potem nagle nie mam już czasu, siły i chęci na pisanie, bo całą swoją energię zużyłam na promocję. I to jest błąd. Blog jest dla mnie, więc będę nim zarządzać tak, jak uważam. Jeśli mam ochotę coś u kogoś skomentować, polajkować - zrobię to. Ale nie na siłę, "bo trzeba", "bo wzajemność", tylko jeśli będę tak czuła. A niestety, jestem tym typem osoby, który nieczęsto to czuje. Będę działać na fanpage'u i Instagramie, ale wtedy, kiedy będę miała tam coś wartościowego do powiedzenia. Te wszystkie miejsca są moje i dla mnie, zatem mam prawo prowadzić je tak, jak ja chcę - a nie tak, jak wypada. Mam prawo nie interesować się wszystkimi blogami i fanpage'ami, które interesują się moim. I nie będę też miała pretensji, jeśli ktoś po tych słowach przestanie mnie obserwować - też macie do tego prawo :-) I mam tylko nadzieję, że znowu za jakiś czas nie wpadnę w ten drugi rów "zawziętej promocji", tylko utrzymam już tę blogową równowagę :-)

Ja naprawdę lubię pisać i potrzebuję takiego miejsca, w którym mam możliwość wypowiedzieć się na różne tematy. W którym mogę utrwalić różne fajne wspomnienia, podróże, oraz własny rozwój. W które mogę zajrzeć co jakiś czas i zobaczyć, że jeszcze rok temu byłam "o tu", a teraz nagle jestem w milion razy lepszym miejscu w swoim życiu. Nie piszę tego bloga dla popularności, dlatego też nie będę się bawić w jego nieustanne promowanie. Na początku, zaczynając pisać, nie wiedziałam jeszcze, czego oczekuję po tym miejscu. Ale po roku to jest już dla mnie jasne.

Zdaję sobie sprawę, że jest to jakiś sposób uzewnętrzniania się, ale robię to tylko do pewnego momentu. Blog jest głównie dla mnie, ale jeśli ktoś go lubi obserwować, to cieszy mnie to, jak najbardziej. Ale nie walczę tu o statystyki. Po prostu zapewniam sobie przyjemne hobby :-)

Cieszę się bardzo, że do tego momentu doszłam po roku prowadzenia bloga. Być może, za rok w tej kwestii znów coś zmienię - ale wydaje mi się, że jestem jednak za wygodna, by odejść od prowadzenia go czysto dla przyjemności, naturalnie, a nie dla wyświetleń. Żaden tam ze mnie Piecyk czy też inna Sangrinita :-D Doceniam i podziwiam, że są w stanie pisać bloga i zarabiają na tym poważne kwoty... ale czy serio są w stanie? Widziałam już jakiś czas temu ogłoszenie chyba właśnie u tej blogerki, że szuka kogoś, kto będzie pisał u niej posty...

Cóż, szykuje mi się teraz dość aktywny tydzień, bo sporo będę musiała zrobić. Zaczynając od pracy, której wciąż mam tyle samo, pakowania się (robię to mega szybko, ale jednak zanim się spakuję, trzeba by zrobić pranie, potem posprzątać po sobie...), a kończąc na milionie kosmetycznych zabiegów, które trzeba zacząć wykonywać (na wyjeździe wyluzowuję, nie maluję się zbyt często, rzadziej myję głowę, reguluję brwi...). Wiecie, nie mam dla kogo tutaj dobrze wyglądać, a na Skypie aż tak bardzo nie widać, że nie jestem umalowana :-D Poza tym... nawet nieumalowana Polka wygląda o milion razy lepiej od niejednej Niemki... 

Znacie ten dowcip, jak się nazywa piękna kobieta w Niemczech?




Turystka.

Albo imigrantka ;-)

No dobra, trochę się wyzłośliwiam wobec tych Niemców, ale wierzcie mi, że to bardzo pomaga przetrwać wyjazdy, kiedy podchodzi się do tego z dystansem i traktuje jako okazję do śmiechu ;-)

Także... czekam z niecierpliwością na mój powrót do Polski. Na tę chwilę, kiedy wysiądę z autokaru i zobaczę mojego wspaniałego. Na tę chwilę, kiedy znajdę się we własnym mieszkaniu i wreszcie będę mogła sobie trochę poleniuchować, wybrać się na basen czy też nad zalew i spędzić miło czas, nigdzie się nie spiesząc i nic nie musząc. A potem szybko odpocząć, przepakować się i wsiąść w pociąg nad morze. Wiecie, marzenia się spełniają. Kiedyś bardzo marzyłam o tym, by spędzić wakacje nad morzem - wreszcie to się dzieje. I sama na to zapracowałam, nie czekałam, aż spadnie mi z nieba. Jestem z siebie dumna :-)


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 26 czerwca 2016

Smile please! Moje pierwsze wyzwanie


Leżę sobie właśnie i relaksuję się, i czytam... no, nie zgadniecie. Bloga Ani :-D Swoją drogą, ciekawie sobie tak czytać wszystkie posty od samego początku i widzieć, jak ten blog się zmieniał przez te wszystkie lata. Bardzo go lubię, przede wszystkim dlatego, że jest tak samo radosnym miszmaszem, jak mój. Anię też kręci wiele rzeczy i potrafi o każdej z nich coś powiedzieć. Ja swojego bloga zakładałam po to, żeby pokazać na nim swoją historię przejścia z etatu na freelance, ale ostatecznie powstał z tego taki zakręcony miks wszystkiego, co lubię, bo po prostu nie umiem skupić się tylko na jednej tematyce.




W przypadku bloga Ani doszłam już do pierwszych rozwojowych wpisów z wyzwaniami i wiecie co? Ja też podejmę wyzwanie. To jest fajny sposób, żeby się nauczyć nowych dobrych nawyków, czy też oduczyć tych niepotrzebnych. Poza tym my, ludzie, tyle rzeczy robimy totalnie bezmyślnie... Często się na tym łapię, że robię coś automatycznie, odpowiadam automatycznie, reaguję automatycznie... I chcę to zmienić, spojrzeć na różne sprawy z troszkę innej perspektywy.


Ogłaszam zatem DWA TYGODNIE REAGOWANIA UŚMIECHEM. I mam tutaj na myśli to, że chcę po prostu nauczyć się reagować pozytywnie na to, na co normalnie odpowiedziałabym nerwami, bo w tym zwykle tkwi mój problem. Wyzwanie tworzę dla siebie samej, ale jeśli ktoś ma ochotę dołączyć, to dajcie znać, bardzo się ucieszę :-)

Jako, że jeszcze jestem w Niemczech przez najbliższe półtora tygodnia, dopuszczam oszukiwanie: fałszywy uśmiech też się liczy. Ale tylko wobec Niemców :-D Nie no, wiecie, ludzie w Monachium są lepsi niż w Berlinie, ale ciągle to są Niemcy, a ja jakoś z tą nacją nie mam po drodze. W moim przypadku fałszywy uśmiech zamiast ochrzanienia kogoś czy focha to i tak będzie postęp. Tak serio to wobec innych narodowości możemy stosować ten nieszczery uśmiech, ale nie stosujemy go absolutnie wobec ludzi, których lubimy. Nie i już. Wobec bliskich ma to być uśmiech w pełni szczery, taki mówiący "Cieszę się, że jesteś w moim życiu" :-) Jakkolwiek, jeśli uda się nam także szczerze uśmiechnąć wobec kogoś, kogo nie lubimy, będzie to również duży progres, bo fajnie by było się przekonać do tych nielubianych osób. Czasami nielubianych bez powodu ;-)

Po tych dwóch tygodniach postaram się podsumować wyzwanie i rozpocząć kolejne. A czemu dwa tygodnie? Bo chcę się z nim załapać również na czas mojego pobytu w Polsce :-)

To co, kto dołącza?

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 24 czerwca 2016

Bądź jak Kuba

bądź jak Kuba

Kuba Błaszczykowski. Ostatnio o nim trochę głośno, co?

A kto z Was natrafił na informacje o jego smutnej przeszłości?

Ja jakiś czas temu. Ostatnio, po meczu Polska-Ukraina, przypomniałam sobie o tym. I po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że to, co on zrobił ze swoim życiem, jest niesamowite. To, ile osiągnął, mimo trudnych przeżyć z dzieciństwa, które zmieniły go na zawsze.

Możecie wyobrazić sobie, co musi czuć człowiek, który będąc 11-letnim dzieckiem, widział na własne oczy, jak jego ojciec zadźgał matkę nożem? Pewnie nie. Tego nie zrozumie nikt, kto tego sam nie przeżył. Sam mówił, że w tamtym momencie stracił oboje rodziców naraz - bo mama umarła, a ojciec poszedł do więzienia. Mało brakowało, a wylądowałby w domu dziecka. Na szczęście jego babcia postanowiła się nim zaopiekować. Ona i wujek dbali o to, żeby sobie poradził z tym trudnym przeżyciem.

Wujek zajmował się piłką nożną i już dużo wcześniej odkrył talent Kuby. Po tamtym tragicznym dniu Kuba porzucił niestety na jakiś czas piłkę, ale wujek wciąż starał się go znowu zachęcić do powrotu. W końcu się udało. Kuba dojeżdżał ze swojej niewielkiej miejscowości na treningi do Częstochowy. Czasem musiał czekać po 2 godziny na jeden z nielicznych autobusów. Ale to była prawdziwa pasja, więc czekał i jeździł, i dawał z siebie wszystko.

Trafił do Górnika Zabrze, ale zrezygnował. Miał dość niepoważnego podejścia kolegów z drużyny, którzy swój czas poświęcali głównie zabawom i piciu. Kuba traktował grę zbyt serio. Mimo protestów wujka, opuścił drużynę. Wujek uważał, że mimo wszystko powinien zostać w tym znanym klubie. Jednak Kuba miał rację. Większość jego kolegów z Górnika skończyła w trzeciej lidze. Kuba osiągnął sukces.




Kiedy zobaczyłam tego gola, którego strzelił ostatnio Ukrainie, pomyślałam po raz kolejny, że to jest niesamowite. Ten człowiek mógł w tej chwili być przestępcą, psychopatą, albo stoczyć się na dno. A on osiąga sukcesy. Jest znanym piłkarzem i każdego swojego gola dedykuje mamie. Bo pamięta, jak ona chciała, żeby grał. Bo to było jego dziecięce marzenie.

Oglądałam ostatnio wywiady z nim. Ten pierwszy, w którym Kuba opowiada swoją prawdziwą historię u Krzysztofa Ziemca, był niesamowicie wzruszający. Ale najbardziej podoba mi się to, co mówi na koniec. Że chce być przykładem, dla tych, którzy przeżyli jakieś tragedie. Że można sobie z tym poradzić. Że jak się upadnie, to trzeba się podnieść i iść dalej, bo po to mamy życie, żeby z niego korzystać.


Być może ta historia porusza mnie tak bardzo, bo to wszystko działo się niedaleko mnie. Jestem z prawie z tych samych okolic, co Kuba. I wierzcie mi, jestem niesamowicie dumna, że właśnie z tych terenów pochodzi ktoś taki.

Wiecie, jak to w małych miejscowościach, wszyscy narzekają, że małe możliwości, mało kasy, mało miejsc pracy... Kuba zaczynał kilkanaście lat temu, kiedy było jeszcze trudniej. W dokładnie tej samej okolicy. Miał pasję. Miał talent. Ktoś powie - było mu łatwiej. Nie, nie było. Ale był uparty i pracowity. I miał przeczucie, w którą stronę iść. Dziś widzimy tego efekty. Talent to nie wszystko. Trzeba jeszcze chcieć i się starać. Mimo wszystko.

Bądź jak Kuba. Miej pasję i realizuj ją, nawet mimo trudności, a kiedyś osiągniesz sukces. Jak upadniesz - powstań i walcz dalej.

Zwycięzcy nigdy nie rezygnują. Rezygnujący nigdy nie zwyciężają.

(zdjęcie tytułowe: tumblr.com)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 21 czerwca 2016

Giełda Tekstów - czy można na niej zarobić? Konkrety!


Gdybyście zapytali mnie o to miesiąc temu, odpowiedziałabym pewnie, że ni cholery. Albo jeszcze mniej ładnie ;-) Wystartowałam na niej dość ostro, konsekwentnie dodawałam teksty... a sprzedały mi się może z 4 sztuki, na których zarobiłam dokładnie 11,50 zł. I czekałam na to dobre kilka miesięcy. Zniechęciłam się do GT i przestałam tam jakoś specjalnie działać. I nastała cisza, a na koncie wisiało sobie jedynie to niecałe 12 złotych.

Nie pamiętam już, co podkusiło mnie, żeby tam ostatnio zajrzeć. I żeby spróbować zabrać się za jakieś zlecenie. Na pierwszym zarobiłam chyba jakieś 10 złotych. I potem dalej już samo poszło. Stwierdziłam, że skoro czekam na odzew z Oferii, to mogę ten czas spożytkować w produktywny sposób i coś zarobić. I tak wyszło, że od dwóch tygodni dzień w dzień robię jakieś zlecenia z Giełdy Tekstów.

Na moje szczęście, ostatnio bardzo regularnie pojawiają się tam takie całkiem dobrze płatne - typu 34 złote za 5 tekstów po 2 300 znaków ze spacjami. Ja wiem, że niejeden copywriter złapie się za głowę, słysząc, że miałby tyle zarabiać za artykuły. Nie jest to może kwota, której w Indiach by się wstydzili, ale jednak stawki za współpracę poza takim serwisami są zazwyczaj wyższe. Dla mnie jednak sprawa jest prosta: albo się męczę, ale zarabiam, albo siedzę i nudzę się za darmo. Jeśli mam taki wybór - wolę dodatkowo popracować. Przynajmniej czas mi mija szybciej, a na wyjeździe to jest na wagę złota ;-)

Ważne jest tylko, żeby nie dać się pokonać tej potwornej nieprzejrzystości serwisu ;-) Ja przez długi czas klikałam w zakładkę "Zlecenia" i ciągle widziałam wiszące tam te same. Stwierdzałam wtedy, że nic się na stronce nie dzieje i w ogóle nie próbowałam się zabierać za ich wykonywanie. Wiecie, w czym tkwił błąd? Zlecenia wyświetlają się w kolejności od najstarszego. To znaczy, że na pierwszej stronie widzimy te, które są stare. Te ostatnio dodane są dopiero na ostatniej stronie listy. Jeśli jednak zlecenia są widoczne, to są na pewno aktywne, nawet te, które widzimy od kilku miesięcy. To druga kwestia. Tak czy owak, kiedy wreszcie postanowiłam poprzeglądać wszystkie strony, okazało się, że ciągle wpada coś nowego.




Mamy tam dwa rodzaje zleceń. Pierwsze to te "na czas", które realizuje pierwsza osoba, która się zgłosi. W przypadku drugich zgłaszamy swoją ofertę, że jesteśmy zainteresowani i zleceniodawca sobie wybiera osobę. Oczywiście, jak to na serwis zarabiający na tym przystało, nie ma opcji, żeby zleceniodawca skontaktował się ze zleceniobiorcą i mógł nawiązać współpracę poza serwisem. Dane są ukryte i absolutnie nie wolno zamieszczać żadnych linków do siebie w publikowanych tekstach. Jeśli się nie zastosujemy, nasze artykuły nie przejdą moderacji, a i jeszcze my możemy zarobić bana.

Ile serwis zarabia na zleceniach? Według FAQ - 8% prowizji, która jest pobierana od zleceniodawców, nie od autorów. Autorom odlicza się jedynie podatek. Obecne FAQ nie jest niestety - a może stety - aktualne. Według niego, odliczyliby mi od kwoty brutto 18,7 % prowizji od osób fizycznych (ponieważ nie zarabiam tam jako firma), a od powstałej kwoty jeszcze jakieś 9% (?) podatku. Tak też to wygląda przy robieniu sobie wypłaty - z kwoty 602,95 zł ostatecznie miałam otrzymać 446 złotych. I się złapałam za głowę. Ale... Poniżej zobaczycie rachunek, na którym pokazuję, co faktycznie zostało odliczone i ostateczna kwota, którą otrzymałam na konto, jest o wiele ładniejsza niż ta powstała według tych brzydkich wyliczeń :-D Ale o tym za chwilę.

A tak wygląda mój "wyciąg" odkąd zaczęłam wykonywać zlecenia:



Wypłatę zlecałam w piątek, 17 czerwca, ale wskoczyła na listę dopiero dziś, bo zwykle trochę im zajmuje przetworzenie żądania. Ponoć do jutra powinnam otrzymać przelew - takiego maila dostałam dziś rano. O, jednak mam kwotę na koncie. I to wiele ciekawszą, niż się spodziewałam. A to rachunek, którego otrzymałam na maila:


Czyli wychodzi na to, że opodatkowują połowę kwoty, a prowizji żadnej dodatkowej (od osób fizycznych) nie pobierają, mimo, że w FAQ Giełdy można było znaleźć takie informacje. Ciekawe, czy to wynik moich maili, w których wyraziłam swoje oburzenie na temat tej prowizji? ;-) Ale teraz rozumiem, dlaczego usłyszałam odpowiedź, że FAQ nie jest zaktualizowane. Najwyraźniej coś się zmieniło w zasadach na korzyść autorów. Miło, naprawdę miło :-)

Zapytacie, ile pracowałam na te prawie 600 złotych? Jest to efekt troszkę ponad tygodnia pracy. Od środy do piątku w kolejnym tygodniu. Każdego dnia poświęcałam od 3 do 6 godzin dziennie. Jedno zlecenie za 34 złote, na 5 tekstów po 2 300 znaków ze spacjami zajmuje zwykle półtorej godziny pisania. Jak się nabierze wprawy, półtorej godziny wystarcza na napisanie, sprawdzenie i wrzucenie artykułów na stronę. Możecie zatem uznać, że stawka godzinowa jest całkiem korzystna, bo zarabiamy prawie 20 zł za godzinę pracy. Można? Można!

Spróbujecie? :-)
Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 18 czerwca 2016

Gorące letnie rytmy. Muzyczne inspiracje #3


Jest taki gatunek muzyki, który kojarzy mi się z latem, słońcem i wakacjami. Z ciepłym piaskiem na plaży, całymi dniami spędzonymi nad wodą, oraz przetańczonymi nocami. Muzyki, przy której nogi same rwą się do tańca. Muzyki, która momentalnie wprawia w radosny nastrój. Chcecie poczuć to samo? To czytajcie dalej :-)

"Bailando"



Piosenka, do której naprawdę genialnie się tańczy. Wiem, bo sprawdziliśmy już na imprezie. Zachwyciłam się tą piosenką, odkąd tylko ją usłyszałam po raz  pierwszy. W ogóle, Enrique był bardzo popularny, gdy byłam małolatą i oczywiście go wtedy zawzięcie słuchałam. Potem mi przeszło na rzecz Metalliki... I tak oto historia zatoczyła koło :-) Myślę jednak, że jego obecna twórczość jest o wiele lepsza od tej z początków kariery. Teledysk jest bardzo typowy dla latynoskich kawałków (choć ten jest w sumie śpiewany po angielsku z hiszpańskimi wstawkami) - masa ludzi, którzy razem tańczą, śmieją się i wyraźnie cieszą się chwilą.







"Duele el corazón"



Kolejny taneczny utwór - ale dziś tylko takie :-) Poznałam go dzięki Ani i temu, że przekonałam się do Snapchata. Świetna piosenka, słoneczna, radosna i wywołująca banan na ryju :-D Wiem, że może to sformułowanie trochę nieładnie brzmi, ale używała go bardzo często moja kumpela i jakoś mi się tak spodobało, że już inaczej nie mówię. Wybaczcie :-) Teledysk jest nawet trochę zabawny. Enrique wyrwał laskę jakiemuś ważnemu panu i musi przed nim uciekać, gdy ten ostrzeliwuje go z helikopteru. Teoretycznie mało śmieszne, ale to trzeba zobaczyć ;-)


"Vivir mi vida"



Mój wspaniały jakiś czas temu miał fazę na podsyłanie mi kawałków Marca Anthony'ego i ten powyższy bardzo mi wpadł w ucho :-) Po raz drugi zachwyciłam się tą piosenką, gdy zobaczyłam teledysk. Jakie to jest piękne - gość wychodzi na ulicę i śpiewa, i nagle wszyscy się do siebie uśmiechają, i razem tańczą. Ten motyw często się powtarza w klipach latino, ale ciągle strasznie mi się podoba - w tych ludziach jest taka autentyczna radość. Zresztą, czy przy takiej piosence można usiedzieć w miejscu? :-)


"La gozadera"



I na koniec mój absolutny hit tych wakacji. Kubańskie rytmy i znowu Marc Anthony - tym razem wspólnie z Gente de Zona. Teledysk? Komuś zepsuło się auto, stoją sobie ludzie w korku, trąbią na siebie i nagle... zaczynają tańczyć. Żadnego wyzywania się nawzajem i denerwowania - wszyscy wyskakują z aut i zaczyna się prawdziwa "la gozadera" czyli wielka impreza. Marzy mi się coś takiego w Polsce - zamiast masowej irytacji, muzyka, taniec i dużo uśmiechu. W takim korku to można by było stać! No, może nie dosłownie, bo ta piosenka naprawdę wyrywa z butów ;-) I zabrzmi to dziwnie, ale jest w niej coś takiego "motoryzacyjnego", bo nawet jak nie znałam teledysku, to świetnie mi się przy niej jeździło samochodem ;-)

Wiem, że opisy tych klipów ("coś tam coś tam i nagle wszyscy tańczą") brzmią trochę jak scenariusz filmu z Bollywood - w którym jak na początku wisi na ścianie strzelba, to wiadomo, że w ostatniej scenie ona też zatańczy i zaśpiewa, ale... taki jest latynoski klimat. I to mnie zachwyca totalnie. Żadna inna muzyka nie jest bardziej wakacyjna i letnia - bo przecież wakacje są po to, żeby się cieszyć, robić, co się chce i przede wszystkim dobrze się bawić. Żadnych tam remontów w urlop! Słońce, plaża, dużo drinków i totalny luz. Ja jestem strasznym leniem z natury i bardzo dbam o to, żeby się czasem nie przepracować, więc coś takiego przychodzi mi z łatwością - ale tak naprawdę odrobina beztroski potrzebna jest każdemu. Dlatego zachęcam - odpalcie latino i zaszalejcie trochę. Kiedy, jak nie teraz? :-)


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 7 czerwca 2016

Namiot-size?


Zajebiste mamy teraz czasy dla kobiet w rozmiarach "nieco większych". I mimo, że ja też w tej chwili wpisuję się w ten cały plus size, czuję się w obowiązku, żeby się wypowiedzieć na ten temat. Nie będzie to jednak pochwała, jakież to super i fajne, promowanie akceptacji i w ogóle, bo nie do końca tak to widzę. Nawet może być ostro - ale uważam, że skoro sama jestem XL, to mam prawo się w tym temacie wypowiedzieć. Jeśli zrobiłaby to szczupła osoba - na 99% zostałaby oskarżona o to, że nie rozumie, że oczernia, że obraża, że promuje niezdrowe ideały... Ach, to korzystajmy z tego mojego prawa ;-)

Ogólnie, moim zdaniem, cała ta idea plus size jest OK. Ale tylko do pewnego momentu. Trzeba siebie lubić i akceptować - inaczej nie da się żyć ani ze sobą, ani z innymi. Nie podobasz się sobie - nie podobasz się innym. Jak traktujesz siebie samą, tak będą traktować cię inni ludzie - bo emanuje z Ciebie to, co sama myślisz o sobie. Widać, czy lubisz siebie i dbasz o to, jak wyglądasz, czy nie podobasz się sobie i łazisz w byle czym, bez makijażu i z nieułożonymi włosami. Albo wersja druga, że malujesz się i stroisz tak mocno, bo masz problem z zaakceptowaniem siebie bez tej otoczki. Nie ma innej opcji. Akceptacja siebie jest też niezbędna, jeśli chcesz schudnąć. Jestem więc sobie taką dziewczyną plus size, jestem zadowolona z tego, jak wyglądam, dbam o siebie i to wszystko widać. Nie uważam jednak tego plus size za stan permanentny - staram się zrobić coś, żeby zmniejszyć nieco swój rozmiar. Oczywiście, nie używam określenia "plus size" w tym znaczeniu, w jakim jest używane w świecie mody - tam jest to totalnie wypaczone i kobietą większą nazywa się naprawdę bardzo szczupłe babki. Najwyraźniej plus size wtedy to jest już wtedy, jak Ci wszystkie gnaty przez skórę nie przebijają... Tak czy owak, jeśli ten etap posiadania większego rozmiaru jest Twoim etapem przejściowym, który prowadzi Cię do ładniejszej, szczuplejszej figury - taka idea plus size jest moim zdaniem OK.

Niestety, promocja tego idzie w jakieś złe strony. Ze skrajności w skrajność - raz promuje się "wieszaki", na których można by się budowy szkieletu uczyć (i mam tu na myśli niezdrowo odchudzające się modelki, a nie osoby, które z natury mają tak szybką przemianę materii, że są chude i nie potrafią przytyć), potem znowu zaczyna się promować, za przeproszeniem, chodzące zwały tłuszczu. Pewnie się teraz dziwicie, jak ja mogę tak powiedzieć, skoro sama nie jestem szczupła? No mogę. Bo to, że szczupła nie jestem, jest dla mnie powodem, aby się odchudzać i za jakiś czas być szczupłą. Bo właśnie dla mnie ten większy rozmiar to jakiś etap, ale nie ostateczność. I niby miło, że nagle zaczyna się doceniać "większe" kobiety, ale tutaj też można przegiąć. I to właśnie się dzieje.

Jeśli masz nadwagę, to w pierwszej kolejności nie jest to dla Ciebie zdrowe. A kobieta mająca na przykład 90 kg wagi przy wzroście 166 cm ma już nie tyle nadwagę, co otyłość. I to już problem. Ja przez chwilę sama tyle ważyłam, przy takim wzroście, ale na szczęście się ogarnęłam i waga poleciała w dół, i do tego momentu już nie dobiła. Ogólnie uważam, że kobieta nie powinna ważyć więcej niż 100 kg - no chyba, że ma 190 cm wzrostu i jest wyczynowym sportowcem, który ma tak potężną masę mięśniową. Ale 100 kg tłuszczu? Albo i więcej? Nikt nie wmówi mi, że to jest piękne, mieć drugi podbródek, który widać na każdym jednym zdjęciu, nieważne, czy z przodu, czy z profilu. Nikt mi nie wmówi, że fajnie mieć brzuch większy niż cycki. Nikt mi nie wmówi, że wałki tłuszczu są fajne i seksowne. I że coś takiego podoba się facetom - oj nie. Jeśli już, to tylko feedersom, a to chorzy ludzi, którzy z kobiet czynią jeszcze większe kaleki.

Bo właśnie, taka otyłość to już jest kalectwo. Męczysz się po paru krokach, nie możesz oddychać, kręgosłup boli. Doprowadzenie się do takiego stanu nie jest dobre, bo jak będziesz chciała z niego wyjść, będzie Ci o wiele trudniej niż osobie z nadwagą. Nie będziesz w stanie uprawiać sportu na tyle efektywnie, żeby szło Ci to szybko i sprawnie. Będziesz potrzebować o wiele więcej czasu, siły i samozaparcia.

I wiecie, kiedyś, na jakimś blogu chyba, spotkałam się z opinią właśnie takiej laski, która przy podobnym wzroście, też jakieś 166 cm, ważyła 120 kg. Wrzucała na tego bloga swoje zdjęcia w różnych obcisłych i wydekoltowanych bluzeczkach, legginsach (mało estetycznie to wyglądało, naprawdę)... I pisała, że lubi siebie. No, spoko, lubienie siebie jest wskazane. I że podoba się facetom, że oni oglądają się za jej tyłkiem i cyckami... Noo... Jeśli jej tyłek i cycki zajmują praktycznie całą szerokość chodnika, to trudno, żeby się nie gapili - skoro już nawet nie ma miejsca, żeby wzrokiem uciec... I o ile część z lubieniem siebie mi się podobała, to to dalsze wmawianie, że się podoba, ma ogromne powodzenie i tak dalej - to moim zdaniem były tylko pobożne życzenia. I usprawiedliwianie własnego lenistwa. Ważę 120 kg, bo wolę jeść, zamiast się postarać i schudnąć. I nie widzę tego, że przecież ubrania kupuję już na stoisku z namiotami. I tego, że całe to moje "dobrze wyglądać" skupia się na ukryciu fałdek, wrzuceniu czegoś, co będzie na brzuchu luźne i w czym będzie mi się zdawało, że wyglądam na szczuplejszą. No, może i o jakieś 5 kilo, ale przy 120 to raczej nie robi wielkiej różnicy. A i tak tu coś odstaje, tu coś wisi... Ludzie z zewnątrz to widzą. Jeśli ty nie widzisz - najwyraźniej masz zaburzone postrzeganie siebie. Mówi się tak o anorektyczkach - ale wydaje mi się, że niektóre otyłe osoby mają coś takiego w drugą stronę. I nie mam też na myśli tego, żeby odchudzać się dla ludzi - odchudzasz się dla siebie. dla swojego zdrowia i komfortu.

I tak, wiem, że są osoby, które są otyłe przez choroby lub lekarstwa. Największą tragedią jest, jeśli takie się stały jeszcze w dzieciństwie - choć tutaj dopatruję się winy rodziców. Każdy porządny rodzic poszedłby z tym dzieckiem do lekarza i się dowiedział, co zrobić, żeby dziecko nie tyło, mimo choroby, mimo leków. A każdy porządny lekarz przyklasnąłby takiemu pomysłowi - bo przecież wie doskonale, jaki wpływ ma to na zdrowie. Tymczasem w naszym kraju brakuje i jednych i drugich. W przypadku osób, które utyły w dorosłym życiu, również przez choroby i leki - no, hello, nie widzieliście, że przybieracie? Przecież to się nie wydarzy w godzinę, że nagle zamiast 60 kg ważycie 100. Czasem to wynik tego, że leki lub choroba wywołują ogromny apetyt, czasem po prostu puchnięcie i zatrzymywanie wody w organizmie, czasem drastyczne spowolnienie przemiany materii - ale to zawsze jest proces, który można zauważyć. I też biec do lekarza, niech ratuje, zanim będzie za późno. Bo naprawdę łatwiej zrzucić 10 kg, niż 30. Przynajmniej spróbuj zareagować od razu.




I tak to wygląda moim zdaniem. W skrócie: nurt plus size jest dla mnie usprawiedliwianiem lenistwa, niedbałości i olewania własnego zdrowia. Promowanie akceptacji siebie - super. Ale nie można oczekiwać, że nagle wszystkim się będą podobać 100-kilowe panie. Myślę, że wszystko w granicach rozsądku. Jeśli masz nadwagę 5-7 kg - spoko. Jeśli czujesz się ze sobą dobrze, to myślę, że taka nadwyżka jakoś specjalnie nie szkodzi Twojemu zdrowiu. Jeśli jednak nawet wtedy nie jesteś zadowolona ze swojego wyglądu - zamiast marudzić, rozplanuj sobie dietę, jedz regularnie, pij dużo wody i zacznij ćwiczyć. Przy większej nadwadze raczej już ciężko dobrze wyglądać, a i zdrowie takie sobie, więc lepiej jednak się trochę ogarnąć. Przy otyłości - bezwzględnie należy postarać się schudnąć, ale tu już najlepiej we współpracy z lekarzem, lub dietetykiem. I nie jest też tak, że ja mam tylko coś przeciwko promowaniu plus size - nie podoba mi się tak samo, jak promowanie chorobliwej chudości, albo tych dziwnych figur dziewczyn po przysiadach - szczupła laska z dupą jak szafa (jak na takie dupsko znaleźć dżinsy? jak się zmieścić na jednym siedzeniu w MPK?). Każda przesada jest zła. Najlepsza jest normalność.

Czemu ja chcę schudnąć? Bo nie umiem sobie wmawiać, że wyglądam dobrze. Tak naprawdę schudłam już w zeszłym roku, prawie 10 kg. I różnica była spora. Bardzo byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Niestety, potem odpuściłam i wszystko wróciło. Teraz na wyjeździe udało mi się wrócić do tej wagi z tego fajnego czasu. To zdecydowanie jeszcze nie jest to, czego chcę, ale jest już o wiele lepiej. Moja twarz nabrała nieco wyraźniejszych rysów, brzuch stał się nieco bardziej płaski, ale jednak BMI ciągle mówi samo za siebie :-) Podobam się sobie, choć o wiele bardziej teraz, kiedy już ważę mniej i ubrania lepiej na mnie leżą. Ale dalej denerwuje mnie, że mam drugi podbródek (choć mniejszy niż wcześniej), że dalej trzeba się odpowiednio ustawić do zdjęcia, żeby wyjść na szczuplejszą niż w rzeczywistości, że dalej noszę rozmiar L albo XL, choć wolałabym M i przy moim wzroście raczej taki rozmiar powinnam. Tak naprawdę ubieram się w to, co mi się podoba, noszę i sukienki, i legginsy - na szczęście nie mam zbyt otłuszczonych nóg, więc nawet w takich ubraniach wyglądam OK. Na szczęście rzadko się zdarza, że czegoś nie mogę kupić, bo nie ma mojego rozmiaru. Na szczęście nie noszę płacht XXXL. Ale nie zmienia to faktu, że o wiele lepiej będę w takich ciuchach wyglądać, gdy będę szczuplejsza. I jestem niesamowicie ciekawa, jaki będzie ogólny efekt, gdy zrzucę jeszcze jakieś 15 kg. Tak naprawdę, nigdy w życiu jeszcze tyle nie ważyłam. Zawsze byłam większa. Ktoś powie, że to pewnie genetyka, bo moja matka też zawsze ważyła za dużo... Hmm, myślę, że to człowiek wynosi z domu. Najprawdopodobniej miałam za słabą przemianę materii, a byłam zawsze za bardzo przekarmiana. Bo przecież dziecko rośnie, to musi jeść... No, ale nie bez końca ;-) Potem nauczona jedzenia kalorycznych rzeczy, białego pieczywa, ziemniaków z tłuszczem, tłustego mięsa, dużych porcji... To stąd się wzięła moja nadwaga - z domu i z wyniesionych stamtąd złych nawyków. I wiecie, jak ciężko się tego oduczyć? Ale da się :-)

I jeszcze jedno. Im wcześniej zabierzesz się za te zmiany, tym lepiej. Im jesteś młodsza, tym lepszy masz metabolizm i tym łatwiej gubisz kilogramy. Masz więcej energii, wolniej się męczysz - dlatego lepiej się odchudzać, jak się ma te 20 lat, a nie 30 :-) To raz. Drugi powód jest o wiele smutniejszy - jeśli nie zrobisz tego prędzej, możesz już nie zdążyć. Taki przykład znam osobiście. Kobieta dobrze po trzydziestce. Od swoich nastoletnich lat walczyła z dodatkowymi kilogramami. W pewnym momencie stała się totalnie otyła. Przeszła operację zmniejszenia żołądka nawet i chyba po tym przez chwilę była chudsza. A potem coś znowu nie wyszło. Poznałam ją, gdy ważyła dobre 300 kg. Przy nieco większym wzroście niż mój. Męczyła się po kilku krokach. Nie była w stanie znaleźć ubrań na siebie. Ledwo była w stanie się wykąpać. Była o dziwo samodzielna - chodziła, nawet buty jakoś dawała radę sobie zawiązać, ale była to niezwykle trudna samodzielność. Jakiś czas temu dostałam informację, że dostała się do znanego programu dietetycznego, gdzie pod kontrolą specjalistów będzie walczyć. Bardzo mocno trzymałam za nią kciuki. Kilka tygodni po rozpoczęciu programu dostałam informację, że nie żyje. Zasłabła i nie odzyskała przytomności. Podobno miała serce stuletniej kobiety - i to serce nie dało rady. To jest najlepsza nauka, jaką można wyciągnąć z jej historii - zrób coś ze sobą jak najszybciej. Nie odkładaj tego na później - bo tego później może już nie być. Bo możesz doprowadzić się do takiego stanu, że Twój organizm nie podoła. Kochasz siebie? To zrób coś dla siebie. Nie pożałujesz.


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.