Główna różnica między Polakiem, a Niemcem

Główna różnica między Polakiem, a Niemcem


Kojarzycie ten filmik, gdzie dziewczynę koleś zaatakował w metrze, a Polak stanął w jej obronie (od 2:47)?

Nawet Was pewnie nie dziwi, że Polak zareagował? Mnie też nie.

A zastanawialiście się, jakby się zachował w takiej sytuacji ktoś z innego kraju? Po części to widać w filmiku, choć może nie jest to wprost oznaczone. Ale jestem prawie pewna, że nie występują tam tylko Szwedzi :-)

Ja Wam mogę powiedzieć, jak zachowałby się w takiej sytuacji Niemiec. Taki statystyczny Heinrich, Friedrich czy inny Wolfgang.

Najprawdopodobniej... w ogóle by się nie zachował. Zero reakcji. Albo ewentualnie odszedł gdzieś dalej, gdzie nie będzie go widać i wtedy zadzwonił po policję, albo zgłosił ochronie. Ewentualnie.




Niemcy pod tym względem bardzo różnią się od Polaków. My mamy coś takiego, że jak na naszych oczach komuś dzieje się krzywda, to od razu zaciskamy pięści i lecimy bronić tę osobę. Niemiec... cóż, Niemiec woli się nie mieszać. Uznaje, że to nie jego sprawa i nie będzie się wtrącał, ani robił sobie problemów. Bo przecież mógłby zarobić przy okazji w ryja, albo potem musieć na przykład być świadkiem na policji czy coś.

Zastanawialiście się, jakim sposobem było możliwe, że jacyś muzułmańscy faceci w tłumie ludzi byli w stanie napastować kobiety? To już teraz wiecie.

Niemcy za to są dobrzy w takiej praktycznej, "uprzejmościowej" pomocy. Wiecie, pomóc w przyniesieniu zakupów, przy zepsutym aucie na środku ulicy, otworzyć drzwi kobiecie... Jak zobaczą, że ktoś źle się czuje, bo blado wygląda, też zazwyczaj się zainteresują i zapytają, czy wszystko OK.

My, Polacy, też tak potrafimy, ale z tym u nas ciężej. Ktoś leży w rowie? Pewnie pijany...

Wiecie, główna różnica tkwi w tym, że my o wiele lepiej się zachowujemy w sytuacjach, które wymagają odwagi. W których nam też coś grozi. W których ewidentnie widać, że komuś dzieje się krzywda. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy ktoś leży w tym rowie, bo zasłabł, czy faktycznie jest pijany, raczej nie zareagujemy. Z uprzejmością też u nas średnio - jasne, można liczyć na pomoc, jak się poprosi. Nieproszeni pomagają ludzie tylko w niektórych miastach (ja się na przykład spotkałam w tym w Krakowie - jak ludzie widzieli, że czegoś nie wiem, albo słyszeli naszą rozmowę, że nie wiemy do końca, jakie bilety MPK kupić, żeby się dostać z dworca na Kazimierz, wtrącali się w rozmowę i nam doradzali - byłam w szoku!).

Niemcy zaś są tchórzami. Albo są wygodni. I wiecie, w sumie trudno się dziwić. Ale jednak przez to kobiety nie mogą się tutaj czuć bezpiecznie. Bo jak idę ulicą i zaczepi mnie jakiś muzułmanin (a to naprawdę często się tutaj przydarza), to nikt nie zareaguje.

Jeśli ktoś mnie zatem zapyta, co dalej z tym krajem... Cóż, szykujcie burki, drogie panie. Przed tym też Was nie obronią.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Rok na blogu oraz tydzień do wakacji - podsumowanie

Rok na blogu oraz tydzień do wakacji - podsumowanie


Właśnie zaczyna się mój ostatni tydzień tego pobytu w Monachium. Szczerze, to udało mi się ten wyjazd przetrwać całkiem bezboleśnie i nie czuję się po nim jakoś nadmiernie przepracowana, czy zmęczona psychicznie, jak po poprzednim razie.

To znaczy, czuję wyraźnie, że potrzebuję wakacji i resetu, ale nie jest to takie typowe psychiczne zmęczenie wrednymi (bo tak niestety trafiam) Niemcami ;-) A może po prostu wszyscy Niemcy to wredne zarazy?

Na pewno jednak bardzo mnie cieszy, że zostało mi już tylko 9 dni, a to jest tak mało czasu, że ani się obejrzę, a będę już siedzieć w autokarze, a potem znajdę się we własnym łóżku i będę mogła się trochę polenić :-)

Nie mogę się już doczekać także przez to, że praktycznie zaraz po powrocie wyjeżdżam na wakacje nad morze. Nie zostawiłam sobie wiele czasu na przepakowanie się, ale co tam... Mój wspaniały mi na pewno w tym pomoże :-)

Piszę, bo po pierwsze postanowiłam sobie dziś zrobić taki luźny dzień, kiedy za zlecenia zabiorę się może dopiero gdzieś pod wieczór, albo nawet i jutro, a chciałam się skupić na pisaniu bloga i stworzyć może jeszcze coś na zapas na czas wakacji (kilka gotowych postów już czeka, także ciszy na blogu na pewno nie będzie). Zresztą, jak tak czytam sobie starsze posty u Ani, to nagle sobie uświadamiam, że jest tyyyyle rzeczy, o których mam ochotę napisać... Także korzystam i piszę.

Poza tym, chcę wrócić teraz do podsumowań tygodnia, ponieważ jakoś lepiej pozwalają mi ogarnąć wspomnienia. Co prawda, sprawiają też, że mam wrażenie, że tygodnie mijają szybciej, ale... z drugiej strony jak jestem w Niemczech, to nie dzieje się wiele. Albo przynajmniej jest niewiele takich rzeczy, które chciałabym w ogóle zapamiętać. Za to każda moja chwila spędzona w Polsce jest cenna i chcę te właśnie momenty utrwalać.

Ponadto, odkąd piszę na zlecenie, odkryłam, że szybciej mi idzie formułowanie swoich myśli. Na dodatek, pisząc sporo rzeczy "na życzenie", dobrze jest mieć też odskocznię w postaci bloga, gdzie piszę na luzie i dla przyjemności. I na szczęście, wrócił mi ten etap, kiedy blog daje mi radość.

Już kiedyś wspominałam, że w pewnym momencie czuję się w jakiś sposób blogiem przytłoczona. A czemu? Bo za dużo się naczytałam, że trzeba się poważnie przykładać do jego promocji i:
  • często pisać,
  • zaglądać na inne blogi i zostawiać wartościowe komentarze,
  • odpowiadać na komentarze na swoim blogu,
  • prowadzić fanpage,
  • zaglądać na fanpage'e innych blogów, lajkować i komentować...
  • działać w innych kanałach social media, na przykład na Instagramie...
Zawsze w końcu po chwili otrzeźwienia ("nic na siłę") wpadam znowu w tę pułapkę, że staram się jak najbardziej rozpromować bloga, a potem nagle nie mam już czasu, siły i chęci na pisanie, bo całą swoją energię zużyłam na promocję. I to jest błąd. Blog jest dla mnie, więc będę nim zarządzać tak, jak uważam. Jeśli mam ochotę coś u kogoś skomentować, polajkować - zrobię to. Ale nie na siłę, "bo trzeba", "bo wzajemność", tylko jeśli będę tak czuła. A niestety, jestem tym typem osoby, który nieczęsto to czuje. Będę działać na fanpage'u i Instagramie, ale wtedy, kiedy będę miała tam coś wartościowego do powiedzenia. Te wszystkie miejsca są moje i dla mnie, zatem mam prawo prowadzić je tak, jak ja chcę - a nie tak, jak wypada. Mam prawo nie interesować się wszystkimi blogami i fanpage'ami, które interesują się moim. I nie będę też miała pretensji, jeśli ktoś po tych słowach przestanie mnie obserwować - też macie do tego prawo :-) I mam tylko nadzieję, że znowu za jakiś czas nie wpadnę w ten drugi rów "zawziętej promocji", tylko utrzymam już tę blogową równowagę :-)

Ja naprawdę lubię pisać i potrzebuję takiego miejsca, w którym mam możliwość wypowiedzieć się na różne tematy. W którym mogę utrwalić różne fajne wspomnienia, podróże, oraz własny rozwój. W które mogę zajrzeć co jakiś czas i zobaczyć, że jeszcze rok temu byłam "o tu", a teraz nagle jestem w milion razy lepszym miejscu w swoim życiu. Nie piszę tego bloga dla popularności, dlatego też nie będę się bawić w jego nieustanne promowanie. Na początku, zaczynając pisać, nie wiedziałam jeszcze, czego oczekuję po tym miejscu. Ale po roku to jest już dla mnie jasne.

Zdaję sobie sprawę, że jest to jakiś sposób uzewnętrzniania się, ale robię to tylko do pewnego momentu. Blog jest głównie dla mnie, ale jeśli ktoś go lubi obserwować, to cieszy mnie to, jak najbardziej. Ale nie walczę tu o statystyki. Po prostu zapewniam sobie przyjemne hobby :-)

Cieszę się bardzo, że do tego momentu doszłam po roku prowadzenia bloga. Być może, za rok w tej kwestii znów coś zmienię - ale wydaje mi się, że jestem jednak za wygodna, by odejść od prowadzenia go czysto dla przyjemności, naturalnie, a nie dla wyświetleń. Żaden tam ze mnie Piecyk czy też inna Sangrinita :-D Doceniam i podziwiam, że są w stanie pisać bloga i zarabiają na tym poważne kwoty... ale czy serio są w stanie? Widziałam już jakiś czas temu ogłoszenie chyba właśnie u tej blogerki, że szuka kogoś, kto będzie pisał u niej posty...

Cóż, szykuje mi się teraz dość aktywny tydzień, bo sporo będę musiała zrobić. Zaczynając od pracy, której wciąż mam tyle samo, pakowania się (robię to mega szybko, ale jednak zanim się spakuję, trzeba by zrobić pranie, potem posprzątać po sobie...), a kończąc na milionie kosmetycznych zabiegów, które trzeba zacząć wykonywać (na wyjeździe wyluzowuję, nie maluję się zbyt często, rzadziej myję głowę, reguluję brwi...). Wiecie, nie mam dla kogo tutaj dobrze wyglądać, a na Skypie aż tak bardzo nie widać, że nie jestem umalowana :-D Poza tym... nawet nieumalowana Polka wygląda o milion razy lepiej od niejednej Niemki... 

Znacie ten dowcip, jak się nazywa piękna kobieta w Niemczech?




Turystka.

Albo imigrantka ;-)

No dobra, trochę się wyzłośliwiam wobec tych Niemców, ale wierzcie mi, że to bardzo pomaga przetrwać wyjazdy, kiedy podchodzi się do tego z dystansem i traktuje jako okazję do śmiechu ;-)

Także... czekam z niecierpliwością na mój powrót do Polski. Na tę chwilę, kiedy wysiądę z autokaru i zobaczę mojego wspaniałego. Na tę chwilę, kiedy znajdę się we własnym mieszkaniu i wreszcie będę mogła sobie trochę poleniuchować, wybrać się na basen czy też nad zalew i spędzić miło czas, nigdzie się nie spiesząc i nic nie musząc. A potem szybko odpocząć, przepakować się i wsiąść w pociąg nad morze. Wiecie, marzenia się spełniają. Kiedyś bardzo marzyłam o tym, by spędzić wakacje nad morzem - wreszcie to się dzieje. I sama na to zapracowałam, nie czekałam, aż spadnie mi z nieba. Jestem z siebie dumna :-)


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

Smile please! Moje pierwsze wyzwanie

Smile please! Moje pierwsze wyzwanie


Leżę sobie właśnie i relaksuję się, i czytam... no, nie zgadniecie. Bloga Ani :-D Swoją drogą, ciekawie sobie tak czytać wszystkie posty od samego początku i widzieć, jak ten blog się zmieniał przez te wszystkie lata. Bardzo go lubię, przede wszystkim dlatego, że jest tak samo radosnym miszmaszem, jak mój. Anię też kręci wiele rzeczy i potrafi o każdej z nich coś powiedzieć. Ja swojego bloga zakładałam po to, żeby pokazać na nim swoją historię przejścia z etatu na freelance, ale ostatecznie powstał z tego taki zakręcony miks wszystkiego, co lubię, bo po prostu nie umiem skupić się tylko na jednej tematyce.




W przypadku bloga Ani doszłam już do pierwszych rozwojowych wpisów z wyzwaniami i wiecie co? Ja też podejmę wyzwanie. To jest fajny sposób, żeby się nauczyć nowych dobrych nawyków, czy też oduczyć tych niepotrzebnych. Poza tym my, ludzie, tyle rzeczy robimy totalnie bezmyślnie... Często się na tym łapię, że robię coś automatycznie, odpowiadam automatycznie, reaguję automatycznie... I chcę to zmienić, spojrzeć na różne sprawy z troszkę innej perspektywy.


Ogłaszam zatem DWA TYGODNIE REAGOWANIA UŚMIECHEM. I mam tutaj na myśli to, że chcę po prostu nauczyć się reagować pozytywnie na to, na co normalnie odpowiedziałabym nerwami, bo w tym zwykle tkwi mój problem. Wyzwanie tworzę dla siebie samej, ale jeśli ktoś ma ochotę dołączyć, to dajcie znać, bardzo się ucieszę :-)

Jako, że jeszcze jestem w Niemczech przez najbliższe półtora tygodnia, dopuszczam oszukiwanie: fałszywy uśmiech też się liczy. Ale tylko wobec Niemców :-D Nie no, wiecie, ludzie w Monachium są lepsi niż w Berlinie, ale ciągle to są Niemcy, a ja jakoś z tą nacją nie mam po drodze. W moim przypadku fałszywy uśmiech zamiast ochrzanienia kogoś czy focha to i tak będzie postęp. Tak serio to wobec innych narodowości możemy stosować ten nieszczery uśmiech, ale nie stosujemy go absolutnie wobec ludzi, których lubimy. Nie i już. Wobec bliskich ma to być uśmiech w pełni szczery, taki mówiący "Cieszę się, że jesteś w moim życiu" :-) Jakkolwiek, jeśli uda się nam także szczerze uśmiechnąć wobec kogoś, kogo nie lubimy, będzie to również duży progres, bo fajnie by było się przekonać do tych nielubianych osób. Czasami nielubianych bez powodu ;-)

Po tych dwóch tygodniach postaram się podsumować wyzwanie i rozpocząć kolejne. A czemu dwa tygodnie? Bo chcę się z nim załapać również na czas mojego pobytu w Polsce :-)

To co, kto dołącza?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Bądź jak Kuba

Bądź jak Kuba

bądź jak Kuba

Kuba Błaszczykowski. Ostatnio o nim trochę głośno, co?

A kto z Was natrafił na informacje o jego smutnej przeszłości?

Ja jakiś czas temu. Ostatnio, po meczu Polska-Ukraina, przypomniałam sobie o tym. I po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że to, co on zrobił ze swoim życiem, jest niesamowite. To, ile osiągnął, mimo trudnych przeżyć z dzieciństwa, które zmieniły go na zawsze.

Możecie wyobrazić sobie, co musi czuć człowiek, który będąc 11-letnim dzieckiem, widział na własne oczy, jak jego ojciec zadźgał matkę nożem? Pewnie nie. Tego nie zrozumie nikt, kto tego sam nie przeżył. Sam mówił, że w tamtym momencie stracił oboje rodziców naraz - bo mama umarła, a ojciec poszedł do więzienia. Mało brakowało, a wylądowałby w domu dziecka. Na szczęście jego babcia postanowiła się nim zaopiekować. Ona i wujek dbali o to, żeby sobie poradził z tym trudnym przeżyciem.

Wujek zajmował się piłką nożną i już dużo wcześniej odkrył talent Kuby. Po tamtym tragicznym dniu Kuba porzucił niestety na jakiś czas piłkę, ale wujek wciąż starał się go znowu zachęcić do powrotu. W końcu się udało. Kuba dojeżdżał ze swojej niewielkiej miejscowości na treningi do Częstochowy. Czasem musiał czekać po 2 godziny na jeden z nielicznych autobusów. Ale to była prawdziwa pasja, więc czekał i jeździł, i dawał z siebie wszystko.

Trafił do Górnika Zabrze, ale zrezygnował. Miał dość niepoważnego podejścia kolegów z drużyny, którzy swój czas poświęcali głównie zabawom i piciu. Kuba traktował grę zbyt serio. Mimo protestów wujka, opuścił drużynę. Wujek uważał, że mimo wszystko powinien zostać w tym znanym klubie. Jednak Kuba miał rację. Większość jego kolegów z Górnika skończyła w trzeciej lidze. Kuba osiągnął sukces.




Kiedy zobaczyłam tego gola, którego strzelił ostatnio Ukrainie, pomyślałam po raz kolejny, że to jest niesamowite. Ten człowiek mógł w tej chwili być przestępcą, psychopatą, albo stoczyć się na dno. A on osiąga sukcesy. Jest znanym piłkarzem i każdego swojego gola dedykuje mamie. Bo pamięta, jak ona chciała, żeby grał. Bo to było jego dziecięce marzenie.

Oglądałam ostatnio wywiady z nim. Ten pierwszy, w którym Kuba opowiada swoją prawdziwą historię u Krzysztofa Ziemca, był niesamowicie wzruszający. Ale najbardziej podoba mi się to, co mówi na koniec. Że chce być przykładem, dla tych, którzy przeżyli jakieś tragedie. Że można sobie z tym poradzić. Że jak się upadnie, to trzeba się podnieść i iść dalej, bo po to mamy życie, żeby z niego korzystać.


Być może ta historia porusza mnie tak bardzo, bo to wszystko działo się niedaleko mnie. Jestem z prawie z tych samych okolic, co Kuba. I wierzcie mi, jestem niesamowicie dumna, że właśnie z tych terenów pochodzi ktoś taki.

Wiecie, jak to w małych miejscowościach, wszyscy narzekają, że małe możliwości, mało kasy, mało miejsc pracy... Kuba zaczynał kilkanaście lat temu, kiedy było jeszcze trudniej. W dokładnie tej samej okolicy. Miał pasję. Miał talent. Ktoś powie - było mu łatwiej. Nie, nie było. Ale był uparty i pracowity. I miał przeczucie, w którą stronę iść. Dziś widzimy tego efekty. Talent to nie wszystko. Trzeba jeszcze chcieć i się starać. Mimo wszystko.

Bądź jak Kuba. Miej pasję i realizuj ją, nawet mimo trudności, a kiedyś osiągniesz sukces. Jak upadniesz - powstań i walcz dalej.

Zwycięzcy nigdy nie rezygnują. Rezygnujący nigdy nie zwyciężają.

(zdjęcie tytułowe: tumblr.com)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Giełda Tekstów - czy można na niej zarobić? Konkrety!

Giełda Tekstów - czy można na niej zarobić? Konkrety!


Gdybyście zapytali mnie o to miesiąc temu, odpowiedziałabym pewnie, że ni cholery. Albo jeszcze mniej ładnie ;-) Wystartowałam na niej dość ostro, konsekwentnie dodawałam teksty... a sprzedały mi się może z 4 sztuki, na których zarobiłam dokładnie 11,50 zł. I czekałam na to dobre kilka miesięcy. Zniechęciłam się do GT i przestałam tam jakoś specjalnie działać. I nastała cisza, a na koncie wisiało sobie jedynie to niecałe 12 złotych.

Nie pamiętam już, co podkusiło mnie, żeby tam ostatnio zajrzeć. I żeby spróbować zabrać się za jakieś zlecenie. Na pierwszym zarobiłam chyba jakieś 10 złotych. I potem dalej już samo poszło. Stwierdziłam, że skoro czekam na odzew z Oferii, to mogę ten czas spożytkować w produktywny sposób i coś zarobić. I tak wyszło, że od dwóch tygodni dzień w dzień robię jakieś zlecenia z Giełdy Tekstów.

Ile płacą na Giełdzie Tekstów?

Na moje szczęście, ostatnio bardzo regularnie pojawiają się tam takie całkiem dobrze płatne - typu 34 złote za 5 tekstów po 2 300 znaków ze spacjami. Ja wiem, że niejeden copywriter złapie się za głowę, słysząc, że miałby tyle zarabiać za artykuły. Nie jest to może kwota, której w Indiach by się wstydzili, ale jednak stawki za współpracę poza takim serwisami są zazwyczaj wyższe. Dla mnie jednak sprawa jest prosta: albo się męczę, ale zarabiam, albo siedzę i nudzę się za darmo. Jeśli mam taki wybór - wolę dodatkowo popracować. Przynajmniej czas mi mija szybciej, a na wyjeździe to jest na wagę złota ;-)

Ważne jest tylko, żeby nie dać się pokonać tej potwornej nieprzejrzystości serwisu ;-) Ja przez długi czas klikałam w zakładkę "Zlecenia" i ciągle widziałam wiszące tam te same. Stwierdzałam wtedy, że nic się na stronce nie dzieje i w ogóle nie próbowałam się zabierać za ich wykonywanie. Wiecie, w czym tkwił błąd? Zlecenia wyświetlają się w kolejności od najstarszego. To znaczy, że na pierwszej stronie widzimy te, które są stare. Te ostatnio dodane są dopiero na ostatniej stronie listy. Jeśli jednak zlecenia są widoczne, to są na pewno aktywne, nawet te, które widzimy od kilku miesięcy. To druga kwestia. Tak czy owak, kiedy wreszcie postanowiłam poprzeglądać wszystkie strony, okazało się, że ciągle wpada coś nowego.




Zlecenia na Giełdzie Tekstów

Mamy tam dwa rodzaje zleceń. Pierwsze to te "na czas", które realizuje pierwsza osoba, która się zgłosi. W przypadku drugich zgłaszamy swoją ofertę, że jesteśmy zainteresowani i zleceniodawca sobie wybiera osobę. Oczywiście, jak to na serwis zarabiający na tym przystało, nie ma opcji, żeby zleceniodawca skontaktował się ze zleceniobiorcą i mógł nawiązać współpracę poza serwisem. Dane są ukryte i absolutnie nie wolno zamieszczać żadnych linków do siebie w publikowanych tekstach. Jeśli się nie zastosujemy, nasze artykuły nie przejdą moderacji, a i jeszcze my możemy zarobić bana.

Ile serwis zarabia na zleceniach? Według FAQ - 8% prowizji, która jest pobierana od zleceniodawców, nie od autorów. Autorom odlicza się jedynie podatek. Obecne FAQ nie jest niestety - a może stety - aktualne. Według niego, odliczyliby mi od kwoty brutto 18,7 % prowizji od osób fizycznych (ponieważ nie zarabiam tam jako firma), a od powstałej kwoty jeszcze jakieś 9% (?) podatku. Tak też to wygląda przy robieniu sobie wypłaty - z kwoty 602,95 zł ostatecznie miałam otrzymać 446 złotych. I się złapałam za głowę. Ale... Poniżej zobaczycie rachunek, na którym pokazuję, co faktycznie zostało odliczone i ostateczna kwota, którą otrzymałam na konto, jest o wiele ładniejsza niż ta powstała według tych brzydkich wyliczeń :-D Ale o tym za chwilę.

Ile zarobiłam na Giełdzie Tekstów?

A tak wygląda mój "wyciąg" odkąd zaczęłam wykonywać zlecenia:



Wypłatę zlecałam w piątek, 17 czerwca, ale wskoczyła na listę dopiero dziś, bo zwykle trochę im zajmuje przetworzenie żądania. Ponoć do jutra powinnam otrzymać przelew - takiego maila dostałam dziś rano. O, jednak mam kwotę na koncie. I to wiele ciekawszą, niż się spodziewałam. A to rachunek, którego otrzymałam na maila:


Czyli wychodzi na to, że opodatkowują połowę kwoty, a prowizji żadnej dodatkowej (od osób fizycznych) nie pobierają, mimo, że w FAQ Giełdy można było znaleźć takie informacje. Ciekawe, czy to wynik moich maili, w których wyraziłam swoje oburzenie na temat tej prowizji? ;-) Ale teraz rozumiem, dlaczego usłyszałam odpowiedź, że FAQ nie jest zaktualizowane. Najwyraźniej coś się zmieniło w zasadach na korzyść autorów. Miło, naprawdę miło :-)

Zapytacie, ile pracowałam na te prawie 600 złotych? Jest to efekt troszkę ponad tygodnia pracy. Od środy do piątku w kolejnym tygodniu. Każdego dnia poświęcałam od 3 do 6 godzin dziennie. Jedno zlecenie za 34 złote, na 5 tekstów po 2 300 znaków ze spacjami zajmuje zwykle półtorej godziny pisania. Jak się nabierze wprawy, półtorej godziny wystarcza na napisanie, sprawdzenie i wrzucenie artykułów na stronę. Możecie zatem uznać, że stawka godzinowa jest całkiem korzystna, bo zarabiamy prawie 20 zł za godzinę pracy. Można? Można!

Spróbujecie? :-)
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Gorące letnie rytmy. Muzyczne inspiracje #3

Gorące letnie rytmy. Muzyczne inspiracje #3


Jest taki gatunek muzyki, który kojarzy mi się z latem, słońcem i wakacjami. Z ciepłym piaskiem na plaży, całymi dniami spędzonymi nad wodą, oraz przetańczonymi nocami. Muzyki, przy której nogi same rwą się do tańca. Muzyki, która momentalnie wprawia w radosny nastrój. Chcecie poczuć to samo? To czytajcie dalej :-)

"Bailando"



Piosenka, do której naprawdę genialnie się tańczy. Wiem, bo sprawdziliśmy już na imprezie. Zachwyciłam się tą piosenką, odkąd tylko ją usłyszałam po raz  pierwszy. W ogóle, Enrique był bardzo popularny, gdy byłam małolatą i oczywiście go wtedy zawzięcie słuchałam. Potem mi przeszło na rzecz Metalliki... I tak oto historia zatoczyła koło :-) Myślę jednak, że jego obecna twórczość jest o wiele lepsza od tej z początków kariery. Teledysk jest bardzo typowy dla latynoskich kawałków (choć ten jest w sumie śpiewany po angielsku z hiszpańskimi wstawkami) - masa ludzi, którzy razem tańczą, śmieją się i wyraźnie cieszą się chwilą.







"Duele el corazón"



Kolejny taneczny utwór - ale dziś tylko takie :-) Poznałam go dzięki Ani i temu, że przekonałam się do Snapchata. Świetna piosenka, słoneczna, radosna i wywołująca banan na ryju :-D Wiem, że może to sformułowanie trochę nieładnie brzmi, ale używała go bardzo często moja kumpela i jakoś mi się tak spodobało, że już inaczej nie mówię. Wybaczcie :-) Teledysk jest nawet trochę zabawny. Enrique wyrwał laskę jakiemuś ważnemu panu i musi przed nim uciekać, gdy ten ostrzeliwuje go z helikopteru. Teoretycznie mało śmieszne, ale to trzeba zobaczyć ;-)


"Vivir mi vida"



Mój wspaniały jakiś czas temu miał fazę na podsyłanie mi kawałków Marca Anthony'ego i ten powyższy bardzo mi wpadł w ucho :-) Po raz drugi zachwyciłam się tą piosenką, gdy zobaczyłam teledysk. Jakie to jest piękne - gość wychodzi na ulicę i śpiewa, i nagle wszyscy się do siebie uśmiechają, i razem tańczą. Ten motyw często się powtarza w klipach latino, ale ciągle strasznie mi się podoba - w tych ludziach jest taka autentyczna radość. Zresztą, czy przy takiej piosence można usiedzieć w miejscu? :-)


"La gozadera"



I na koniec mój absolutny hit tych wakacji. Kubańskie rytmy i znowu Marc Anthony - tym razem wspólnie z Gente de Zona. Teledysk? Komuś zepsuło się auto, stoją sobie ludzie w korku, trąbią na siebie i nagle... zaczynają tańczyć. Żadnego wyzywania się nawzajem i denerwowania - wszyscy wyskakują z aut i zaczyna się prawdziwa "la gozadera" czyli wielka impreza. Marzy mi się coś takiego w Polsce - zamiast masowej irytacji, muzyka, taniec i dużo uśmiechu. W takim korku to można by było stać! No, może nie dosłownie, bo ta piosenka naprawdę wyrywa z butów ;-) I zabrzmi to dziwnie, ale jest w niej coś takiego "motoryzacyjnego", bo nawet jak nie znałam teledysku, to świetnie mi się przy niej jeździło samochodem ;-)

Wiem, że opisy tych klipów ("coś tam coś tam i nagle wszyscy tańczą") brzmią trochę jak scenariusz filmu z Bollywood - w którym jak na początku wisi na ścianie strzelba, to wiadomo, że w ostatniej scenie ona też zatańczy i zaśpiewa, ale... taki jest latynoski klimat. I to mnie zachwyca totalnie. Żadna inna muzyka nie jest bardziej wakacyjna i letnia - bo przecież wakacje są po to, żeby się cieszyć, robić, co się chce i przede wszystkim dobrze się bawić. Żadnych tam remontów w urlop! Słońce, plaża, dużo drinków i totalny luz. Ja jestem strasznym leniem z natury i bardzo dbam o to, żeby się czasem nie przepracować, więc coś takiego przychodzi mi z łatwością - ale tak naprawdę odrobina beztroski potrzebna jest każdemu. Dlatego zachęcam - odpalcie latino i zaszalejcie trochę. Kiedy, jak nie teraz? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger