Dziś prawdziwych blogerów już nie ma...

Dziś prawdziwych blogerów już nie ma...


Smutne słowa mi się cisną na klawiaturę po całej tej akcji z "Thornem" i blogerskimi zachwytami nad nim, o których już wspominałam. A dziś jeszcze wpadłam na tekst Blog czy słup reklamowy? i stwierdziłam, że sama też muszę wyrazić to, co we mnie siedzi.

Wiecie, dlaczego prawdziwych blogerów już nie ma? Bo z założenia, bloger to ktoś, kto wyraża swoją opinię. Dziennikarza powinna cechować obiektywność - bloger jednak jak najbardziej może być subiektywny, i o to w gruncie rzeczy chodzi. Tyle tylko, że obecnie blogerzy często udają subiektywnych. Piszą pełne słodyczy, achów i ochów recenzje. Wszystko, czego tkną, tak im się bezgranicznie podoba. I niestety, ale zbyt rzadko wspominają, że to wpis sponsorowany. To nie jest uczciwe wobec czytelników. Tak samo, jak wobec blogera nie jest fair wymaganie, żeby w ogóle nie nawiązywał współpracy reklamowych. Tu chodzi o równowagę - jeśli ktoś chce zarabiać na blogu, ma do tego pełne prawo. W końcu blog pochłania czas i pieniądze. Nic odkrywczego. Jednak, jeśli już piszesz post sponsorowany, powiedz o tym wprost. To nie wstyd. Nie bój się, że czytelnicy uciekną. Uciekną dopiero, kiedy zauważą, że nie jesteś z nimi szczery.

Wspomniałam na początku o "Thornie" i blogerskich recenzjach tej powieści. To chyba mnie najbardziej ostatnio przeraziło. Skala tych zachwytów. Moja opinia o tej książce - jaka jest, każdy widzi. I kompletnie, ale to kompletnie nie rozumiem porównań do "Buszującego w zbożu" i innych klasyków. "Thorn" jest taki sobie. Zapowiadano, że będzie sam siebie definiował i że czegoś takiego jeszcze nie było. No i nie dorównał swoim zapowiedziom. OK, bywa. Ale czemu blogerzy wmawiają czytelnikom, że jest taki super i wspaniały? Czemu twierdzą, że niczego lepszego jeszcze nie czytali? Po przeczytaniu powieści Jasona Hunta, a potem tych nieopanowanych zachwytów nad nią, czuję rozdźwięk - ktoś zachwyca się do granic możliwości czymś całkiem zwyczajnym. Ktoś mi usiłuje wmówić, że bardzo przeciętna powieść jest tak niesamowita, że zmieni moje życie. Tak bardzo, że widać, że to nie jest szczere. Że to nie jest tylko kwestia naszych rozbieżnych gustów. To nie fair. Ale to wszystko chyba dość dobrze pokazuje rzecz, którą się ostatnio zarzuca blogerom: poklepywanie się wzajemnie po pleckach. Brak obiektywności. I to jest powód, dla którego zaczynam czuć wstyd, gdy słyszę określenie "bloger". I nie jestem pewna, czy chcę być tak nazywana. A może też i nie powinnam - bo jeśli ktoś z blogerów, do których lubię zajrzeć, napisze coś kiepskiego, ja tak kompletnie i nie po blogersku, ale nie będę się bała mu o tym powiedzieć. I to nie będzie z mojej strony atak, czy też odwrócenie się od tej osoby. To tylko wyrażenie mojej opinii. A ty możesz ją olać. Albo przyjąć jako konstruktywną krytykę. Jakkolwiek. Tylko się nie obrażaj :)

Drodzy blogerzy. Super jest zarabiać na swojej pasji i tego wam i sobie życzę. Bądźcie w tym jednak uczciwi wobec swoich czytelników. Bądźcie też szczerzy w swoich opiniach. Nie wszystko, co dostajecie do testów, musi się wam podobać. Nie wszystko, co stworzy wasz idol, musi was zachwycać. Jeśli nie wyrwało was z kapci - napiszcie to wprost. Korzystajcie ze swojego prawa do bycia subiektywnym. To się wam bardziej opłaci :)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Orły, kury, kotki i pijane mądrości, czyli czy Thorn mnie urzekł? Moje wrażenia na temat książki Jasona Hunta.

Orły, kury, kotki i pijane mądrości, czyli czy Thorn mnie urzekł? Moje wrażenia na temat książki Jasona Hunta.

Wszyscy ostatnio piszą o "Thornie". Co blog, to recenzja powieści Jasona Hunta. Blogerzy zwykle się zachłystują swoim zachwytem nad wspomnianą książką, trafiłam też jednak na kilka negatywnych opinii. Plus miliony przedpremierowych zachwytów blogosfery, jakież to cudo zostaje właśnie wydane. Jakie nowatorskie i definiujące samo siebie... A ja się zastanawiam, czy te bardziej krytyczne artykuły to też jakiś element marketingowy, czy coś? Jakby nie patrzeć, to właśnie te niepochlebne komentarze zachęciły mnie do przeczytania "Thorna" i wyrobienia sobie własnego zdania. Wyjątkowo często w tych recenzjach padały stwierdzenia typu: "grafomaństwo", "brak umiejętności pisania", "brak poprawności językowej". Stwierdziłam też zatem, że ta książka będzie świetnym podręcznikiem pt.: "Jak NIE pisać?". Te oto motywacje skłoniły mnie do spędzenia nad nim dwóch wieczorów. I bardzo szybko stwierdziłam, że wolę ten Thorn, o którym pisze Aneta Jadowska.

O dziwo, dopiero po przeczytaniu książki znalazłam w internecie kolejne liczne achy i ochy blogerów nad "Thornem". I z perspektywy osoby, która już wie, o co biega, te wręcz nierealistycznie pozytywne i kompletnie bezkrytyczne wypowiedzi traktuję jako przejaw współpracy międzyblogowej. Jako poklepywanie się po pleckach, które ostatnio coraz częściej się wymienia jako jeden z grzechów głównych blogosfery. I nie mówię, że źle, że bloger chwali produkt innego blogera, jeśli ów produkt jest faktycznie dobry. Ale "Thorn" nie jest. Te przepełnione zachwytami recenzje nie są ani trochę rzetelne i uczciwe.

Ale wiecie co? Z "Thornem" mam jeszcze inny problem. Spodziewałam się, że przeczytam i stwierdzę: "Co za masakra. Ludzie, nie czytajcie tego! Szkoda czasu. Książki blogerów, hłe, hłe, hłe...". Ale nie. Ponoć to powieść motywacyjna. Mnie do niczego nie zmotywowała. Nawet do napisania straszliwie krytycznej recenzji. Zero emocji. Przez większość czasu czytałam i nie czułam nic. Jedynie znudzenie, że wszystko, co tam jest, już gdzieś słyszałam.

Ze trzy razy sobie pomyślałam w trakcie: "O, spoko, podoba mi się to stwierdzenie". Z milion razy zastanawiałam się, o co biega z tymi wytłuszczonymi słowami. To tytuły rozdziałów czy co? I czemu narrator urywa myśl w połowie i przeskakuje do całkowicie innej, niczym Ilona Felicjańska we "Wszystkich odcieniach czerni"? To było akurat bardzo irytujące. Książki w ten sposób pisane, jak opowieść biegnąca od dygresji do dygresji, bez żadnego konkretnego tematu, określam jako zwykłe pieprzenie - bo ni cholery nie wiadomo, o czym właściwie autor do człowieka nadaje. I mam wrażenie, że on sam do końca nie wie. I to właśnie po części myślałam, czytając "Thorna". Denerwowały mnie również całe akapity pisane wielkimi literami. Jakby autor uważał czytelników za debili, do których trzeba gadać Caps Lockiem, bo inaczej "przecie nie zrozumiejo".

Spotkałam się też z zarzutem, że "Thorn" jest napisany niepoprawną polszczyzną. Bardzo mnie zaciekawiła ta część - toteż czytałam bardzo uważnie. Nie uważam się za profesora Bralczyka i moja tolerancja wobec błędów jest naprawdę wielka. Tekst dyskwalifikują dla mnie jedynie błędy ortograficzne i interpunkcyjne, oraz rażący brak poprawności językowej. W innych przypadkach, jeśli tylko wypowiedź jest zrozumiała, nie wkurzam się, Uznaję to za efekt celowy, zwracanie się do czytelnika w sposób bardziej przystępny. Gryzł mnie tylko trochę w oczy zwrot "w te i wewte", na który trafiłam. Zmusił mnie on do poszukiwań, w trakcie których odkryłam, że w języku potocznym jest on tolerowany - a że autor "Thorna" raczej stara się pisać kolokwialnie niż literacko, jestem w stanie nie czepiać się o ten zapis. Jakkolwiek i tak mi się trochę źle na to patrzy. O wiele lepiej wyglądałoby "w tę i we w tę" i raczej tak należało zapisać to wyrażenie.




Inną rzeczą jest to, że przekazywanie złotych myśli w języku potocznym brzmi dla mnie  trochę jak mądrości pijanego wujka na weselu (to porównanie pojawia się również w książce - jeśli je znajdziecie, będziecie mieli obrazowo przedstawione, jak ja odbieram sentencje zawarte w "Thornie"...). Wiecie, te górnolotne, filozoficzne wywody ("Możesz do końca życia pozostać kurą w zagrodzie, ale nie ma ani jednego powodu, żebyś nie próbował uwierzyć, że urodziłeś się orłem.") i do bólu prosta forma wypowiedzi... Znowu się gryzie, Ostatecznie większość Thornowych mądrości do mnie nie przemówiła. Może to też dlatego, że były również do bólu banalne.

Oto te, które przykuły moją największą uwagę:

"Wyobrażanie sobie przyszłości to jak pamiętanie o tym, co się jeszcze nie wydarzyło. Jedni nazywają to marzeniami, inni - przeznaczeniem, wiarą, ambicjami. Jakkolwiek byś tego nie nazwał, jest to coś, co nadaje sens twojemu życiu i wyznacza kierunek, w którym podążasz."


Przeczytałam i ziewnęłam. Aha...


"WIĘKSZOŚĆ LUDZI, KTÓRYCH SPOTYKAMY NA CO DZIEŃ, WIDZIMY TYLKO RAZ W ŻYCIU. ZAPOMINAMY O NICH."


Trudno, żeby ktoś, kto mieszka w wielkim mieście, pracuje w wielkiej firmie i korzysta z komunikacji miejskiej pamiętał absolutnie każdego napotkanego człowieka. Chyba, że ma ambicję, żeby zarabiać na nagrodach oferowanych przy poszukiwaniach zaginionych osób lub przestępców.


"W biografiach omijam pierwsze pięćdziesiąt stron, bo co jak co, ale kompletnie nie interesuje mnie, kim byli rodzice bohatera książki i jak często zmieniali mu pieluchę."


Przeczytałbyś, drogi autorze, kilka biografii, to byś się przekonał, że rzadko kiedy pierwsze pięćdziesiąt stron traktuje o rodzicach bohatera i częstotliwości wykonywanych przy nim zabiegów higienicznych...


"MUSISZ PAMIĘTAĆ O JEDNEJ BARDZO WAŻNEJ MĄDROŚCI, SPRZEDANEJ MI PRZEZ PIJANEGO KOLEGĘ. NIE MA PIĘKNYCH I SAMOTNYCH."


Jedyna pijacka mądrość w całej książce, która przynajmniej została nazwana po imieniu. Szkoda, że pozostałe już nie.


"TAM, GDZIE WCZEŚNIEJ ODNOSILIŚMY PORAŻKĘ, SPODZIEWAMY SIĘ ODNIEŚĆ KOLEJNĄ."


Mądra myśl, ale znowu do bólu oczywista.


"Najmądrzejsi są zawsze ci, którzy kochali już wiele razy. Oni najlepiej wiedzą, czym jest miłość. Powiedzą ci, kiedy się zaczyna, a kiedy kończy. Według mnie, tacy ludzie o miłości wiedzą najmniej, właśnie dlatego, że wielokrotnie doświadczali jej końca."


I to są jedyne słowa w całej książce, z którymi się naprawdę zgadzam i które do mnie przemówiły. Jedyny cytat, który faktycznie jest choć trochę odkrywczy i inny od wszystkich tych wizji miłości, które się nam przedstawia, w literaturze i filmie, jak to ktoś kochał tyle razy, tyle osób, aż w końcu pokochał naprawdę.


"WŁAŚNIE PODZIWIAŁEM ŚWIAT, KTÓRY WIELE LAT TEMU SOBIE WYMARZYŁEM I W KTÓRYM OCZAMI WYOBRAŹNI ŻYŁEM OD DAWNA. KIEDYŚ PATRZYŁEM NA NOCNE ZDJĘCIA ROZŚWIETLONYCH ULIC MANHATTANU I SZUKAŁEM NA NICH SIEBIE Z PRZYSZŁOŚCI. WYOBRAŻAŁEM SOBIE, ŻE PALĄCE SIĘ ŚWIATŁO W KTÓRYMŚ Z OKIEN TO ŚWIATŁO MOJEGO MIESZKANIA. (...)


Ten fragment też mi się bardzo podoba. Serio. Dobry i poruszający opis marzeń. Jedyne, co mi tu nie pasuje, to zapis. Na litość boską, po co znowu ten Caps Lock?


"Parę dni wcześniej urządziłem wielkie sprzątanie i za pomocą ogrodowej łopaty przegarnąłem pod ścianę zalegający na środku sali gruz. Chciałem zrobić tam więcej miejsca do chodzenia w te i wewte. Do dziś takie chodzenie jest moim ulubionym zajęciem, kiedy muszę przemyśleć treść tekstów - spaceruję po domu, aż to, co wymyślę, ułoży mi się w jakiś sens."


Po lekturze "Thorna" stwierdzam, że najwyraźniej autor miał stanowczo za mało miejsca na chodzenie, albo też po prostu powinien zamienić tę aktywność na myślenie. Samo spacerowanie nie wystarczyło i jego niezwykle błyskotliwe prawdy objawione nie ułożyły się jeszcze w cokolwiek sensownego. "Thorn" był historią, która mnie nie wciągnęła, wielka tajemnica mnie nie ruszyła, a motywacyjna gadka nijak nie zainspirowała. Traktuję tę książkę nie jako nowe wydanie Biblii, nie jako najlepszy utwór literacki wszech czasów, nie jako coś niesamowitego, czego jeszcze nie było, a jako zwykłe pieprzenie. Książkę, którą napisano bez namysłu. I jeśli ktoś twierdzi, że "Thorn" jest powieścią na poziomie "Fight clubu" czy też "Buszującego w zbożu" i niczego lepszego jeszcze nie czytał, to znaczy, że chyba oddaje się głównie lekturze takich "perełek" jak "Wszystkie odcienie czerni" czy "50 twarzy Greya". Tylko w porównaniu z nimi "Thorn" jest epokowym dziełem.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
(Zdj. http://sklep.jasonhunt.pl/ oraz http://andrzejtucholski.pl/)
Przegląd tygodnia 28 września - 4 października

Przegląd tygodnia 28 września - 4 października

Nareszcie mogę to napisać: mój ostatni niemiecki przegląd tygodnia. Wracam do Polski!! :-) Nie mogę się już doczekać. Przegląd pojawia się nietypowo, bo od razu w niedzielę, można powiedzieć, że na bieżąco. Chcę po prostu wrócić do tego modelu, kiedy przeglądy publikowałam od razu po "przeglądywanych" dniach :-)


Oczywiście tydzień minął mi na gorączkowym praniu, sprzątaniu i oczywiście pakowaniu się. Oczywiście mam problem ze zmieszczeniem się w torbę, w którą przed wyjazdem jakoś wszystko mi się mieściło... To chyba jakieś podróżne rozszerzanie się materii ;-) Oczywiście ;-)





jesienny-krajobraz


jesienny-krajobraz


jesienny-krajobraz

jesienny-krajobraz

Zaliczyłam jeszcze jeden spacer do parku - w którym praktycznie w ogóle nie widać jesieni. Naprawdę, zielono tam jak latem. Chciałam jednak zrobić kilka kolorowych, jesiennych zdjęć, więc szłam tak długo, aż znalazłam odpowiednio jesienne miejsce ;-)



Wiecie, te dwa miesiące to był dla mnie odwyk od makijażu i przez jakiś czas także od malowania paznokci. Po prostu chciałam, żeby moja cera odpoczęła, a nie miałam motywacji, żeby tutaj jakoś super wyglądać. Co innego, jak jestem w Polsce... Dla ukochanego warto się tak starać ;-) Choć muszę przyznać, że na tym odwyku chyba lepiej wyszły paznokcie niż cera - były regularnie olejowane, więc wyglądają lepiej. Chciałam je doprowadzić do ładu, zanim zacznę robić hybrydy. No i zaczęłam. W tym tygodniu oczywiście się nie obyło bez nowych hybryd, bo w końcu przecież trzeba jakoś wyglądać, jak się wróci do Polski. I oto efekt:


Swoją drogą, tego typu odwyk jest ciekawym doświadczeniem. Wiecie, ile czasu zaoszczędziłam? ;-) Nie oznacza to, że stałam się jakąś fanką niemalowania się. Wiem, że jak się nie umaluję, to wyglądam, jakbym była chora, albo zmęczona, albo jedno i drugie, więc nie zrezygnuję z makijażu. Myślę, że na co dzień wystarczy odrobina, ot, żeby ukryć sińce pod oczami i podkreślić urodę. Zresztą, trochę tęsknię nawet za tym efektem WOW, kiedy już się umaluję ;-)




W tym tygodniu długo i bezskutecznie szukałam czegoś, co zapełni mi czas, który wcześniej poświęcałam na oglądanie "Dochodzenia". No i był problem. Jakoś nic mi nie pochodziło, zabierałam się za kilka filmów i seriali, w tym za "Broadchurch" i nic. Dopiero potem usłyszałam, że może mi się spodobać "Luther" i faktycznie. Obejrzałam w trzy dni pięć odcinków. To jest naprawdę coś, bo są długie, trwają co najmniej 50 minut, a pod koniec sezonu już ponad półtora godziny, czyli raczej poza moim zasięgiem. Zwykle mnie męczą takie długie odcinki. Ale nie tutaj :-) Wychodzi na to, że mój wspaniały lepiej zna mój serialowy gust, niż ja sama ;-)




Znalazłam też na genialny kanał YouTube. Generalnie nie jestem zbyt "youtube'owa" i "vlogova", raz na sto lat coś obejrzę, ale regularnie nikogo nie śledzę. U kogoś na Instagramie znalazłam wpis o cyklu "Złe książki" Pawła Opydo, że to świetny pomysł na poprawę humoru w gorszy wieczór. Po paru dniach przyszedł taki moment, że nie mogłam sobie znaleźć miejsca i nudziłam się strasznie, więc odpaliłam ten filmik:




I odpadłam :-) Na jego bloga też już kilka razy zaglądałam i tam już widziałam relację z czytania "Pięćdziesięciu twarzy Greya". I też ubaw miałam niesamowity. A w wersji vloga to już w ogóle było mega :-) Wiecie, chciałam kiedyś napisać posta o tym, dlaczego nie czytałam "Fifty shades of Grey". Bo próbowałam, owszem. Paweł jednak wyjaśnił to tak dobitnie, że ja nie jestem w stanie nic więcej dodać :-) I tylko się zastanawiam, jak to możliwe, że inteligentne, wykształcone kobiety czytają to grafomaństwo. Tak, nie pomyliłam się. W moim otoczeniu to coś czytały jedynie inteligentne, wykształcone kobiety. Bo modne? Ale nie widziały, że niespójne i słabe, i czasu szkoda? Obejrzyjcie powyższy filmik i pozostałe dwie części. Ubawicie się za wszystkie czasy :-)




Potem wpadłam na kolejną serię - tym razem Paweł przeczytał "Wszystkie odcienie czerni". Tego to ja już sama nie próbowałam czytać, bo dość szybko dotarła do mnie informacja, że to słowna biegunka w ładnej okładce. Dowód na to, że modelki nie powinny pisać książek... (wyjątek: " Kwiat pustyni"). Obejrzyjcie też koniecznie i uśmiejcie się z opowieści o walniętej nimfomance, której nawet przystawki na stole kojarzą się z seksem. I tak, też nie rozumiem, jakim cudem ktoś to wydał.


Niestety, ja nie jestem takim superhero, żeby być w stanie czytać złe książki. Podziwiam i uważam, że ten gość powinien dostać odszkodowanie za straty moralne po przeczytaniu tych obu "dzieł". Ja wolę jednak lepsze rzeczy. Co prawda, nie wiem jeszcze, czy "Cudowna mieszczka" Gomulickiego jest lepsza, ale od tych dwóch powyższych "powieści dziwnej treści" to nawet nadruk na papierze miękkim jak aksamit ma więcej sensu...

To by było na tyle w tym tygodniu. Cieszę się niezwykle tym, że już jutro wracam :-) Spakowana już prawie jestem (i strasznie mnie wkurza to "prawie", no ale wiadomo, że prostu pewnych rzeczy nie mogę od razu schować, bo ich używam). Jeszcze trochę i wreszcie będę w miejscu, które kocham, z facetem, którego kocham. Jak cudownie! :-) I Wam również życzę cudownego tygodnia :-)




Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
11 faktów o mnie - część 2.

11 faktów o mnie - część 2.


LBA czyli Liebster Blog Award to ostatnio bardzo popularna zabawa, więc i mnie nie ominęły nominacje :-) Postanowiłam więc podzielić odpowiedzi na te wszystkie pytania na dwa posty. Jeśli nie widzieliście części pierwszej, zapraszam tutaj. Tymczasem dzisiaj pytania zadaje Patrycja z bloga Będę Kimś.

1. Co najskuteczniej motywuje Cię do działania, gdy nic Ci się nie chce?

Najczęściej myśl, że i tak mnie robota nie ominie, więc im wcześniej, tym lepiej, a potem mogę z czystym sumieniem mieć wolne, takie prawdziwe wolne, bez myślenia, że coś tam ciągle nade mną wisi :-)

2. Gdybyś mogła dać jedną radę młodszej wersji siebie, jak ona by brzmiała?

"Jedź za granicę zaraz po szkole, kiedy jesteś wolna, nikt za tobą nie tęskni i ty nie masz za kim tęsknić".

3. Przez jeden dzień w życiu możesz być kim zechcesz. Kim zostajesz i dlaczego?

Ostatnio stwierdziłam, że najchętniej to moim mężczyzną. Ciekawa jestem, co on myśli i jak odbiera moje zachowanie. No i jak to w ogóle jest być facetem :-)

4. Wygrywasz na loterii milion złotych. Co z nim robisz?

Lokuję je gdzieś, żeby procentowały i można było z nich żyć, a za część kupuję mieszkanie i samochód.

5. Najlepszy sposób na pokonanie PMS to…?

Ukochany u boku, koc i czekolada ;-)





6. Bez jakiej rzeczy nie wyjdziesz z domu?

Bez telefonu. To jak moja ręka, albo noga.

7. Jak wyobrażasz sobie swoją emeryturę?

Chciałabym dostawać kupę kasy i móc podróżować. Taka emerytura po niemiecku. Ale bez Alzheimera ;-)

8. Twoja najgorsza cecha charakteru to… ?

Szybko się denerwuję. Stanowczo za szybko i za mocno. Ale pracuję nad tym, żeby nie było ;-)

9. Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa.

Każde, w którym dostawałam czekoladę ;-)

10. Twoje największe marzenie?

To akurat tajne :-)

11. Jakie masz plany względem swojego bloga?

Chciałabym, żeby się rozwijał, podobał i zdobywał coraz więcej czytelników. Chcę dojść do miejsca, w którym są moi ulubieni blogerzy. Raczej pozostanie on w formie luźnego lifestyle'u z wpisami na temat tego, czym aktualnie żyję. Taki radosny misz-masz :-) W planie mam też wprowadzenie tematyki kosmetycznej, ale w rozsądnej, albo wręcz homeopatycznej dawce - spokojnie ;-) Blogów urodowych jest już wystarczająco dużo, toteż ten się w taki nie przerodzi. I może nigdy nie mów nigdy, ale postów dotyczących mody tutaj nie planuję. Jasne, jak każda kobieta lubię ładne ubrania. ale jakoś niespecjalnie się widzę w roli blogerki modowej.


W pierwszym poście już zaprosiłam do zabawy kilka kolejnych osób, dlatego dalsze nominacje sobie odpuszczę. LBA ma się bardzo dobrze, skoro tak mało znany blog jak mój zyskał w krótkim czasie dwie nominacje ;-) Jeśli jednak ktoś chciałby odpowiedzieć na moje pytania, to jak najbardziej zapraszam i proszę o info :-) Dzięki wielkie za nominację - lubię pisać o sobie w formie wywiadu, bo to pozwala mi lepiej poznać siebie samą i inspiruje do dalszego tworzenia. A jeśli wy chcecie mnie poznać jeszcze lepiej, zapraszam was na mojego Facebooka, Instagrama, oraz do śledzenia mojego bloga w Bloglovin' - wtedy będziecie zawsze na bieżąco. Tymczasem idę się dalej pakować, bo już za dwa dni wracam do Polski :-)  Pozdrawiam serdecznie, trzymajcie się! :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Przegląd tygodnia 21-27 września

Przegląd tygodnia 21-27 września

Mój przedostatni niemiecki przegląd tygodnia!! A im bliżej powrotu, tym większa radość :-) Mam tyle planów i pomysłów na to, jak wykorzystać mój urlop, ale najbardziej mi zależy na tym, żeby nacieszyć się obecnością tego najważniejszego :-) Wierzcie mi, że w momencie, kiedy to piszę, dosłownie mam ochotę tańczyć i skakać do sufitu z radości. Pod koniec tygodnia aż się już zaczęłam pakować ;-) Swoją drogą, uwielbiam to uczucie tego nadmiaru pozytywnej energii, które mam coraz częściej, odkąd postanowiłam popracować nieco nad moim podejściem do życia :-) 



W tym tygodniu zaliczyłam mały wypad na miasto - tym razem jednak w celach zakupowych. Ze zdjęć udało mi się tylko w miarę ładnie sfotografować bibliotekę - bardzo podobał mi się ten budynek, ale za pierwszym razem miałam trochę lenia i nie chciało mi się łazić dodatkowe kilkanaście metrów, żeby zrobić lepsze zdjęcie. Tym razem miałam motywację, bo możliwe, że już przed wyjazdem nie zdążę się przejechać do centrum.



I doczekałam się wreszcie pewnej upragnionej przesyłki....





Ja to miałam chyba jakiegoś pecha z tymi lakierami Semilac :-) Kiedyś chciałam zamówić zestaw startowy z polskiej strony - niestety, ilekroć na nią zaglądałam, był niedostępny. Uznałam, że to już stan niezmienny i postanowiłam go sobie kupić w Niemczech. Wiadomo, musiałam poczekać na wypłatę. Kasa dotarła, wchodzę na niemiecką stronę Diamond Cosmetics i co? Zestaw startowy niedostępny. Po kilku dniach zadzwoniłam i spytałam, czy w ogóle będą jeszcze, czy znikną tak, jak w Polsce. Powiedzieli mi, że będą za trzy dni, w piątek. Zaglądałam w piątek chyba z milion razy i nic. W weekend olałam sprawę, bo przecież nie pracują  Zaglądam w poniedziałek - dalej nic. Z ciekawości napisałam do nich maila z pytaniem, co się dzieje z zestawami. Okazało się, że pojawiły się w sobotę i zniknęły, bo było ich mało. I być może za dwa dni pojawią się dwa zestawy, które trzy tygodnie temu ktoś zamówił, ale jeszcze nie zapłacił. I faktycznie, pojawiły się. Tyle tylko, że ja już byłam tak zniecierpliwiona, że skomponowałam sobie własny zestaw, zamawiając wybrane przez siebie akcesoria. Sugerowałam się tym, co znajduje się w ich gotowym secie, ale nie do końca. Zrezygnowałam z niektórych elementów. I nawet się z tego cieszę - mniej rzeczy do targania w podróży :-) 



Bardzo podoba mi się lampa - ładna, zgrabna i leciutka. Nie będzie problemu z przewożeniem jej :-) Przetestowałam ją oczywiście i tak oto powstał mój pierwszy manicure hybrydowy. A że jestem ambitna (w końcu ZOŁZA - zaradna, obrotna, ładna, zgrabna, ambitna :-) ) i ostatnio mocno połamały mi się pazury, to od razu przedłużałam je na szablonie za pomocą Hard Milk. I nawet w miarę wyszło, choć niektóre trochę krzywo spiłowałam :-)  Ale jak na pierwszy raz, myślę, że jest całkiem spoko ;-) Bardzo podobał mi się naturalny efekt, jaki dała ta wersja Harda - mogłam tak naprawdę tylko opiłować paznokcie, pokryć topem i udawać, że to moje prawdziwe :-) Paznokcie wyszły solidnie i wygląda na, że ten lakier naprawdę się utrzyma przez te 2-3 tygodnie. Na to liczę, bo nic mnie tak nie wkurzało, jak to, że zwykłe lakiery odpryskiwały mi już na drugi dzień. No i to odciskanie sobie ich na poduszce...









Skończyłam oglądać "Dochodzenie". I powiem Wam: Wooooow! Zdecydowanie było warto, choć trochę szkoda, że już skończyłam, bo teraz nie bardzo mam co sobie obejrzeć tak codziennie. Jedynie Gotham raz w tygodniu. Myślałam też o filmach, ale jakoś opornie mi działają na tablecie. Wiecznie się buforują. Choć fakt, że u siebie w pokoju na piętrze zasięg wifi w tablecie mam naprawdę podły...


Ogarniam ostatnio trochę mojego Instagrama. Posłuchałam rad, jakimi podzieliła się Rosaline na blogu Beaty i wiecie co? Działa :-) Ogólnie, na początku eksperymentu miałam jakichś 100 obserwatorów. Ile mam teraz, po trzech tygodniach? Sami zobaczcie :-) Tyle tylko, że ja codziennie nie dodaję zdjęć. Może to błąd, ale odkąd zaczęłam prowadzić bloga, szybko się przekonałam, że pisanie go, oraz promowanie się w social media zajmuje naprawdę masę czasu. A ja przede wszystkim chcę żyć, żeby potem mieć o czym blogować, a nie blogować tak dużo, żeby nie mieć kiedy żyć. W pierwszej kolejności chcę cieszyć się chwilami, a dopiero w dalszej - fotografować je. Nie widzę swojego życia, jako nieustannego łażenia z telefonem w ręce i dokumentowania dosłownie wszystkiego.

Nie neguję tego, że blogerzy mają masę profili w najróżniejszych społecznościówkach, ale ja nie zamierzam być wszędzie. Twittera używałam przez chwilę, Pinteresta także, i zamierzam je usunąć, a ze Snapchata korzystać po prostu nie chcę. Pewnie, gdybym spróbowała, spodobałoby mi się. I właśnie w tym problem - miałabym kolejny pożeracz czasu. A ja chcę mieć czas na rzeczy pożyteczne, typu nauka języków czy czytanie. Poza tym wolę mniej, a lepiej, niż być wszędzie i wrzucać byle co :-)  Mam fanpage na FB, mam Instagrama i w obu miejscach się aktywnie udzielam, mam też siłą rzeczy Google + (bo Blogger), ale z tego ostatniego praktycznie w ogóle nie korzystam. A, i założyłam konto na Disquss. Którego, tak swoją drogą, strasznie nie lubię, bo ładuje się stanowczo za długo i nie ma mobilnej aplikacji, przez co nie można na bieżąco śledzić powiadomień o odpowiedziach. Przez to nie do końca rozumiem tę blogerską modę na Disqussa :-) Można mnie też znaleźć na Bloglovin', które z kolei bardzo lubię. Pozwala mi w wygodny sposób śledzić ulubione blogi i nie przegapić żadnego wpisu. A przy okazji aplikacja jest bardzo intuicyjna.

Co do portali społecznościowych... To tylko narzędzia i bardzo mi się podoba, co pisze o nich Ania. Sami zobaczcie, jak Instagram może nam służyć do rozwoju osobistego i ile ma zalet, jeśli tylko założymy sobie, że będziemy go używać z sensem. I ja mam takie założenie - szukam tam inspiracji, modowych, urodowych, fotograficznych... Ubolewam jednak bardzo nad tym, że dodano do Insta opcję wysyłania prywatnych wiadomości. Wcześniej, jak trzeba było dodać zdjęcie, nikomu się chyba specjalnie nie chciało korzystać z tej opcji. Teraz co i rusz dostaję jakieś wiadomości - od panów. Głównie od jakichś Turków... Męczy mnie to trochę, nie jestem zainteresowana, bo swojego mężczyznę życia już znalazłam ;-)

Tymczasem czas na odrobinę relaksu przy serialu. I życzę Wam miłego oraz słonecznego weekendu :-) U mnie jest ostatnio przepiękna pogoda i mam nadzieję, że na taką samą trafię w Polsce ;-)
Zapraszam też Was oczywiście na mojego Facebooka, Instagrama i Bloglovin' - będziecie tam na bieżąco z moimi postami :-) 


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger