Przegląd tygodnia 28 września - 4 października

Nareszcie mogę to napisać: mój ostatni niemiecki przegląd tygodnia. Wracam do Polski!! :-) Nie mogę się już doczekać. Przegląd pojawia się nietypowo, bo od razu w niedzielę, można powiedzieć, że na bieżąco. Chcę po prostu wrócić do tego modelu, kiedy przeglądy publikowałam od razu po "przeglądywanych" dniach :-)


Oczywiście tydzień minął mi na gorączkowym praniu, sprzątaniu i oczywiście pakowaniu się. Oczywiście mam problem ze zmieszczeniem się w torbę, w którą przed wyjazdem jakoś wszystko mi się mieściło... To chyba jakieś podróżne rozszerzanie się materii ;-) Oczywiście ;-)





jesienny-krajobraz


jesienny-krajobraz


jesienny-krajobraz

jesienny-krajobraz

Zaliczyłam jeszcze jeden spacer do parku - w którym praktycznie w ogóle nie widać jesieni. Naprawdę, zielono tam jak latem. Chciałam jednak zrobić kilka kolorowych, jesiennych zdjęć, więc szłam tak długo, aż znalazłam odpowiednio jesienne miejsce ;-)



Wiecie, te dwa miesiące to był dla mnie odwyk od makijażu i przez jakiś czas także od malowania paznokci. Po prostu chciałam, żeby moja cera odpoczęła, a nie miałam motywacji, żeby tutaj jakoś super wyglądać. Co innego, jak jestem w Polsce... Dla ukochanego warto się tak starać ;-) Choć muszę przyznać, że na tym odwyku chyba lepiej wyszły paznokcie niż cera - były regularnie olejowane, więc wyglądają lepiej. Chciałam je doprowadzić do ładu, zanim zacznę robić hybrydy. No i zaczęłam. W tym tygodniu oczywiście się nie obyło bez nowych hybryd, bo w końcu przecież trzeba jakoś wyglądać, jak się wróci do Polski. I oto efekt:


Swoją drogą, tego typu odwyk jest ciekawym doświadczeniem. Wiecie, ile czasu zaoszczędziłam? ;-) Nie oznacza to, że stałam się jakąś fanką niemalowania się. Wiem, że jak się nie umaluję, to wyglądam, jakbym była chora, albo zmęczona, albo jedno i drugie, więc nie zrezygnuję z makijażu. Myślę, że na co dzień wystarczy odrobina, ot, żeby ukryć sińce pod oczami i podkreślić urodę. Zresztą, trochę tęsknię nawet za tym efektem WOW, kiedy już się umaluję ;-)




W tym tygodniu długo i bezskutecznie szukałam czegoś, co zapełni mi czas, który wcześniej poświęcałam na oglądanie "Dochodzenia". No i był problem. Jakoś nic mi nie pochodziło, zabierałam się za kilka filmów i seriali, w tym za "Broadchurch" i nic. Dopiero potem usłyszałam, że może mi się spodobać "Luther" i faktycznie. Obejrzałam w trzy dni pięć odcinków. To jest naprawdę coś, bo są długie, trwają co najmniej 50 minut, a pod koniec sezonu już ponad półtora godziny, czyli raczej poza moim zasięgiem. Zwykle mnie męczą takie długie odcinki. Ale nie tutaj :-) Wychodzi na to, że mój wspaniały lepiej zna mój serialowy gust, niż ja sama ;-)




Znalazłam też na genialny kanał YouTube. Generalnie nie jestem zbyt "youtube'owa" i "vlogova", raz na sto lat coś obejrzę, ale regularnie nikogo nie śledzę. U kogoś na Instagramie znalazłam wpis o cyklu "Złe książki" Pawła Opydo, że to świetny pomysł na poprawę humoru w gorszy wieczór. Po paru dniach przyszedł taki moment, że nie mogłam sobie znaleźć miejsca i nudziłam się strasznie, więc odpaliłam ten filmik:




I odpadłam :-) Na jego bloga też już kilka razy zaglądałam i tam już widziałam relację z czytania "Pięćdziesięciu twarzy Greya". I też ubaw miałam niesamowity. A w wersji vloga to już w ogóle było mega :-) Wiecie, chciałam kiedyś napisać posta o tym, dlaczego nie czytałam "Fifty shades of Grey". Bo próbowałam, owszem. Paweł jednak wyjaśnił to tak dobitnie, że ja nie jestem w stanie nic więcej dodać :-) I tylko się zastanawiam, jak to możliwe, że inteligentne, wykształcone kobiety czytają to grafomaństwo. Tak, nie pomyliłam się. W moim otoczeniu to coś czytały jedynie inteligentne, wykształcone kobiety. Bo modne? Ale nie widziały, że niespójne i słabe, i czasu szkoda? Obejrzyjcie powyższy filmik i pozostałe dwie części. Ubawicie się za wszystkie czasy :-)




Potem wpadłam na kolejną serię - tym razem Paweł przeczytał "Wszystkie odcienie czerni". Tego to ja już sama nie próbowałam czytać, bo dość szybko dotarła do mnie informacja, że to słowna biegunka w ładnej okładce. Dowód na to, że modelki nie powinny pisać książek... (wyjątek: " Kwiat pustyni"). Obejrzyjcie też koniecznie i uśmiejcie się z opowieści o walniętej nimfomance, której nawet przystawki na stole kojarzą się z seksem. I tak, też nie rozumiem, jakim cudem ktoś to wydał.


Niestety, ja nie jestem takim superhero, żeby być w stanie czytać złe książki. Podziwiam i uważam, że ten gość powinien dostać odszkodowanie za straty moralne po przeczytaniu tych obu "dzieł". Ja wolę jednak lepsze rzeczy. Co prawda, nie wiem jeszcze, czy "Cudowna mieszczka" Gomulickiego jest lepsza, ale od tych dwóch powyższych "powieści dziwnej treści" to nawet nadruk na papierze miękkim jak aksamit ma więcej sensu...

To by było na tyle w tym tygodniu. Cieszę się niezwykle tym, że już jutro wracam :-) Spakowana już prawie jestem (i strasznie mnie wkurza to "prawie", no ale wiadomo, że prostu pewnych rzeczy nie mogę od razu schować, bo ich używam). Jeszcze trochę i wreszcie będę w miejscu, które kocham, z facetem, którego kocham. Jak cudownie! :-) I Wam również życzę cudownego tygodnia :-)




Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger