sobota, 24 października 2015

Orły, kury, kotki i pijane mądrości, czyli czy Thorn mnie urzekł? Moje wrażenia na temat książki Jasona Hunta.

Wszyscy ostatnio piszą o "Thornie". Co blog, to recenzja powieści Jasona Hunta. Blogerzy zwykle się zachłystują swoim zachwytem nad wspomnianą książką, trafiłam też jednak na kilka negatywnych opinii. Plus miliony przedpremierowych zachwytów blogosfery, jakież to cudo zostaje właśnie wydane. Jakie nowatorskie i definiujące samo siebie... A ja się zastanawiam, czy te bardziej krytyczne artykuły to też jakiś element marketingowy, czy coś? Jakby nie patrzeć, to właśnie te niepochlebne komentarze zachęciły mnie do przeczytania "Thorna" i wyrobienia sobie własnego zdania. Wyjątkowo często w tych recenzjach padały stwierdzenia typu: "grafomaństwo", "brak umiejętności pisania", "brak poprawności językowej". Stwierdziłam też zatem, że ta książka będzie świetnym podręcznikiem pt.: "Jak NIE pisać?". Te oto motywacje skłoniły mnie do spędzenia nad nim dwóch wieczorów. I bardzo szybko stwierdziłam, że wolę ten Thorn, o którym pisze Aneta Jadowska.

O dziwo, dopiero po przeczytaniu książki znalazłam w internecie kolejne liczne achy i ochy blogerów nad "Thornem". I z perspektywy osoby, która już wie, o co biega, te wręcz nierealistycznie pozytywne i kompletnie bezkrytyczne wypowiedzi traktuję jako przejaw współpracy międzyblogowej. Jako poklepywanie się po pleckach, które ostatnio coraz częściej się wymienia jako jeden z grzechów głównych blogosfery. I nie mówię, że źle, że bloger chwali produkt innego blogera, jeśli ów produkt jest faktycznie dobry. Ale "Thorn" nie jest. Te przepełnione zachwytami recenzje nie są ani trochę rzetelne i uczciwe.

Ale wiecie co? Z "Thornem" mam jeszcze inny problem. Spodziewałam się, że przeczytam i stwierdzę: "Co za masakra. Ludzie, nie czytajcie tego! Szkoda czasu. Książki blogerów, hłe, hłe, hłe...". Ale nie. Ponoć to powieść motywacyjna. Mnie do niczego nie zmotywowała. Nawet do napisania straszliwie krytycznej recenzji. Zero emocji. Przez większość czasu czytałam i nie czułam nic. Jedynie znudzenie, że wszystko, co tam jest, już gdzieś słyszałam.

Ze trzy razy sobie pomyślałam w trakcie: "O, spoko, podoba mi się to stwierdzenie". Z milion razy zastanawiałam się, o co biega z tymi wytłuszczonymi słowami. To tytuły rozdziałów czy co? I czemu narrator urywa myśl w połowie i przeskakuje do całkowicie innej, niczym Ilona Felicjańska we "Wszystkich odcieniach czerni"? To było akurat bardzo irytujące. Książki w ten sposób pisane, jak opowieść biegnąca od dygresji do dygresji, bez żadnego konkretnego tematu, określam jako zwykłe pieprzenie - bo ni cholery nie wiadomo, o czym właściwie autor do człowieka nadaje. I mam wrażenie, że on sam do końca nie wie. I to właśnie po części myślałam, czytając "Thorna". Denerwowały mnie również całe akapity pisane wielkimi literami. Jakby autor uważał czytelników za debili, do których trzeba gadać Caps Lockiem, bo inaczej "przecie nie zrozumiejo".

Spotkałam się też z zarzutem, że "Thorn" jest napisany niepoprawną polszczyzną. Bardzo mnie zaciekawiła ta część - toteż czytałam bardzo uważnie. Nie uważam się za profesora Bralczyka i moja tolerancja wobec błędów jest naprawdę wielka. Tekst dyskwalifikują dla mnie jedynie błędy ortograficzne i interpunkcyjne, oraz rażący brak poprawności językowej. W innych przypadkach, jeśli tylko wypowiedź jest zrozumiała, nie wkurzam się, Uznaję to za efekt celowy, zwracanie się do czytelnika w sposób bardziej przystępny. Gryzł mnie tylko trochę w oczy zwrot "w te i wewte", na który trafiłam. Zmusił mnie on do poszukiwań, w trakcie których odkryłam, że w języku potocznym jest on tolerowany - a że autor "Thorna" raczej stara się pisać kolokwialnie niż literacko, jestem w stanie nie czepiać się o ten zapis. Jakkolwiek i tak mi się trochę źle na to patrzy. O wiele lepiej wyglądałoby "w tę i we w tę" i raczej tak należało zapisać to wyrażenie.




Inną rzeczą jest to, że przekazywanie złotych myśli w języku potocznym brzmi dla mnie  trochę jak mądrości pijanego wujka na weselu (to porównanie pojawia się również w książce - jeśli je znajdziecie, będziecie mieli obrazowo przedstawione, jak ja odbieram sentencje zawarte w "Thornie"...). Wiecie, te górnolotne, filozoficzne wywody ("Możesz do końca życia pozostać kurą w zagrodzie, ale nie ma ani jednego powodu, żebyś nie próbował uwierzyć, że urodziłeś się orłem.") i do bólu prosta forma wypowiedzi... Znowu się gryzie, Ostatecznie większość Thornowych mądrości do mnie nie przemówiła. Może to też dlatego, że były również do bólu banalne.

Oto te, które przykuły moją największą uwagę:

"Wyobrażanie sobie przyszłości to jak pamiętanie o tym, co się jeszcze nie wydarzyło. Jedni nazywają to marzeniami, inni - przeznaczeniem, wiarą, ambicjami. Jakkolwiek byś tego nie nazwał, jest to coś, co nadaje sens twojemu życiu i wyznacza kierunek, w którym podążasz."


Przeczytałam i ziewnęłam. Aha...


"WIĘKSZOŚĆ LUDZI, KTÓRYCH SPOTYKAMY NA CO DZIEŃ, WIDZIMY TYLKO RAZ W ŻYCIU. ZAPOMINAMY O NICH."


Trudno, żeby ktoś, kto mieszka w wielkim mieście, pracuje w wielkiej firmie i korzysta z komunikacji miejskiej pamiętał absolutnie każdego napotkanego człowieka. Chyba, że ma ambicję, żeby zarabiać na nagrodach oferowanych przy poszukiwaniach zaginionych osób lub przestępców.


"W biografiach omijam pierwsze pięćdziesiąt stron, bo co jak co, ale kompletnie nie interesuje mnie, kim byli rodzice bohatera książki i jak często zmieniali mu pieluchę."


Przeczytałbyś, drogi autorze, kilka biografii, to byś się przekonał, że rzadko kiedy pierwsze pięćdziesiąt stron traktuje o rodzicach bohatera i częstotliwości wykonywanych przy nim zabiegów higienicznych...


"MUSISZ PAMIĘTAĆ O JEDNEJ BARDZO WAŻNEJ MĄDROŚCI, SPRZEDANEJ MI PRZEZ PIJANEGO KOLEGĘ. NIE MA PIĘKNYCH I SAMOTNYCH."


Jedyna pijacka mądrość w całej książce, która przynajmniej została nazwana po imieniu. Szkoda, że pozostałe już nie.


"TAM, GDZIE WCZEŚNIEJ ODNOSILIŚMY PORAŻKĘ, SPODZIEWAMY SIĘ ODNIEŚĆ KOLEJNĄ."


Mądra myśl, ale znowu do bólu oczywista.


"Najmądrzejsi są zawsze ci, którzy kochali już wiele razy. Oni najlepiej wiedzą, czym jest miłość. Powiedzą ci, kiedy się zaczyna, a kiedy kończy. Według mnie, tacy ludzie o miłości wiedzą najmniej, właśnie dlatego, że wielokrotnie doświadczali jej końca."


I to są jedyne słowa w całej książce, z którymi się naprawdę zgadzam i które do mnie przemówiły. Jedyny cytat, który faktycznie jest choć trochę odkrywczy i inny od wszystkich tych wizji miłości, które się nam przedstawia, w literaturze i filmie, jak to ktoś kochał tyle razy, tyle osób, aż w końcu pokochał naprawdę.


"WŁAŚNIE PODZIWIAŁEM ŚWIAT, KTÓRY WIELE LAT TEMU SOBIE WYMARZYŁEM I W KTÓRYM OCZAMI WYOBRAŹNI ŻYŁEM OD DAWNA. KIEDYŚ PATRZYŁEM NA NOCNE ZDJĘCIA ROZŚWIETLONYCH ULIC MANHATTANU I SZUKAŁEM NA NICH SIEBIE Z PRZYSZŁOŚCI. WYOBRAŻAŁEM SOBIE, ŻE PALĄCE SIĘ ŚWIATŁO W KTÓRYMŚ Z OKIEN TO ŚWIATŁO MOJEGO MIESZKANIA. (...)


Ten fragment też mi się bardzo podoba. Serio. Dobry i poruszający opis marzeń. Jedyne, co mi tu nie pasuje, to zapis. Na litość boską, po co znowu ten Caps Lock?


"Parę dni wcześniej urządziłem wielkie sprzątanie i za pomocą ogrodowej łopaty przegarnąłem pod ścianę zalegający na środku sali gruz. Chciałem zrobić tam więcej miejsca do chodzenia w te i wewte. Do dziś takie chodzenie jest moim ulubionym zajęciem, kiedy muszę przemyśleć treść tekstów - spaceruję po domu, aż to, co wymyślę, ułoży mi się w jakiś sens."


Po lekturze "Thorna" stwierdzam, że najwyraźniej autor miał stanowczo za mało miejsca na chodzenie, albo też po prostu powinien zamienić tę aktywność na myślenie. Samo spacerowanie nie wystarczyło i jego niezwykle błyskotliwe prawdy objawione nie ułożyły się jeszcze w cokolwiek sensownego. "Thorn" był historią, która mnie nie wciągnęła, wielka tajemnica mnie nie ruszyła, a motywacyjna gadka nijak nie zainspirowała. Traktuję tę książkę nie jako nowe wydanie Biblii, nie jako najlepszy utwór literacki wszech czasów, nie jako coś niesamowitego, czego jeszcze nie było, a jako zwykłe pieprzenie. Książkę, którą napisano bez namysłu. I jeśli ktoś twierdzi, że "Thorn" jest powieścią na poziomie "Fight clubu" czy też "Buszującego w zbożu" i niczego lepszego jeszcze nie czytał, to znaczy, że chyba oddaje się głównie lekturze takich "perełek" jak "Wszystkie odcienie czerni" czy "50 twarzy Greya". Tylko w porównaniu z nimi "Thorn" jest epokowym dziełem.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
(Zdj. http://sklep.jasonhunt.pl/ oraz http://andrzejtucholski.pl/)
UDOSTĘPNIJ TEN POST

39 komentarzy :

  1. Ja nie czytałam i czytać nie mam zamiaru, ale mam wrażenie, że wielkie ochy i achy rzeczywiście wynikają z blogerskiej solidarności :) Poradniki przeczytałam, ale powieść mnie jakoś nie zachęciła nawet okładką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie "Thorn" dość mocno zniechęcił do tego, co pisze Jason, ale za poradniki się zabiorę, z cichą nadzieją, że nie są aż tak banalne i oczywiste ;-)

      Usuń
  2. Ja też bardziej wolę poradniki, ta książka jakoś mnie nie pociąga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię powieści i byłam bardzo ciekawa, jak ta wyjdzie. Choć po kilku negatywnych opiniach zdawałam sobie już sprawę, że nie powinnam się spodziewać cudów :)

      Usuń
  3. Myślę, że Kominek to absolutny mistrz jeśli chodzi o polski internet. Pewnie osoby zainteresowane znajda w jego książce przydatne informacje, jednak to nie moja bajka. Nie przepadam za taką literatura... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, to mi właśnie nie gra. On świetnie zbudował swoją markę, a teraz tak jakby ją rujnował. Ale wychodzi na to, że jak ktoś zaślepiony, to od Kominka przyjmie wszystko i może faktycznie znajdzie coś w jego książce. Choć moim zdaniem jedyny użytek, jaki z niej można zrobić, to naprawdę potraktować go jako podręcznik pt. "Jak nie pisać powieści" :)

      Usuń
  4. Nie czytałam, ale opcji jest kilka. Albo to faktycznie gówno, które zostało napisane pod zarabianie pieniędzy, bo każdy blogger będzie chciał kupić kolejną książkę Tomczyka, bo to przecież Kominek. Albo napisał to specjalnie, żeby sprawdzić prawdziwość blogosfery (której najwidoczniej brakło) i to z jakim odbiorem spotka się książka-chłam. Wielu blogerów, którzy piali nad książką, prawdopodobnie nawet jej nie przeczytali...;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się zgadzam z Twoim zdaniem, a teoria o tym, że to tylko eksperyment na prawdziwość blogosfery... Hmmmm, to by mogło być całkiem możliwe ;) Zawiodłam się tylko strasznie, że wśród tych piejących był Paweł Opydo, który stworzył serię "złe książki". To akurat całkiem jasne, dlaczego tak nieszczerze zachwalał "Thorna", choć wolałabym, żeby to wynikło z zatracenia gustu po czytaniu złych książek ;)

      Usuń
    2. Biorąc pod uwagę to jak do tej pory działał skłaniam się raczej ku prowokacji - że ludzie łynką największy shit jeśli jest podpisany "dobrym" nazwiskiem - czyli ciągle to samo przesłanie - myśl samodzielnie

      Usuń
  5. Może nie powinnam tego pisać, ale po tych kilku przytoczonych cytatach mam większą ochotę ta książkę przeczytać i żałuję, że jej nie kupiłam. Co do tekstow motywacyjnych wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś chce to na niego nawet najbardziej oklepany zadziała, a kto nie to nawet ten najlepszy nas nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, mnie tylko dwa cytaty urzekły, kogoś innego może urzec pięć. Poza tym... Mnie w tej książce po prostu nie pasuje ten rozdźwięk między jej zapowiedziami, a tym, co faktycznie otrzymaliśmy. Jestem po prostu rozczarowana, że "Thorn" nie dorównał samemu sobie i nie jest tak dobry, jak miał być :)

      Usuń
  6. Nie czytałam, ale chciałabym przeczytać, z ciekawości przede wszystkim i aby móc wyrobić sobie własne zdanie o tej książce. Twoja recenzja wydaje się bardzo obiektywna i przypomniała mi że wciąż się zabieram żeby książkę w końcu zamówić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, najlepiej sprawdzić na sobie samym. To, że do mnie ta książka nie przemówiła, nie znaczy, że do kogoś innego nie przemówi. Chociaż takich cudów, jakie nam obiecano, też się nie ma co spodziewać :)

      Usuń
  7. Czyli przerost formy nad treścią. Bywa. Nie wiem, jak książka, bo nie czytałam, ale recenzja ciekawa. (PS: Nie, nie klepię Cię po plecach ;))
    /Pozdrawiam,
    Szufladopółka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakończenie Twojej wypowiedzi było świetne :D Przynajmniej teraz mam spokojne sumienie, że serio moja recenzja jest OK, a nie, że teraz ktoś mnie nieszczerze chwali :D

      Usuń
  8. Mnie zwykle zniechęca wielki szum wokół czegoś, co jeszcze nie zostało wydane, pokazane, przedstawione. Faktycznie na każdym blogu napotykam recenzje Thorna. Twoja bardzo mi się spodobała. Nie zachęciła do kupna, ale nie zniechęciła do przeczytania, chociażby po to by mieć swoje zdanie w tej kwestii.
    Co do stwierdzenia:
    "Najmądrzejsi są zawsze ci, którzy kochali już wiele razy. Oni najlepiej wiedzą, czym jest miłość. Powiedzą ci, kiedy się zaczyna, a kiedy kończy. Według mnie, tacy ludzie o miłości wiedzą najmniej, właśnie dlatego, że wielokrotnie doświadczali jej końca."
    Mam mieszane uczucia. Choćby dlatego, że sam autor, przynajmniej z tego co pisze/pisał/głosi, nie miał zbytniego doświadczenia w związkach i miłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to chociaż autor szczerze wyraził swój pogląd: uważa, że jako osoba z mniejszym bagażem doświadczeń miłosnych zna się na miłości lepiej niż ci, którzy tych doświadczeń mają więcej :) Brzmi niedorzecznie, wiem, ale mimo wszystko spodobał mi się ten cytat i to podejście. Rozumiem je trochę, jako to, że jeśli ktoś ma wiele miłości za sobą, to trochę się rozmienił na drobne i każdej kolejnej osobie jest w stanie zaoferować mniej. Mnie się ta wizja podoba, ale rozumiem, że nie każdemu musi :) A co do recenzji... Nie uważam "Thorna" za to, czym miał być. Serio, nie dorównał własnym zapowiedziom :) Nie jest to według mnie jakaś obowiązkowa pozycja, nie polecę jej jako "Musisz przeczytać", ale nie mogę też powiedzieć, że mam jakieś poczucie straconego czasu po jej przeczytaniu. Choć szału nie było ;)

      Usuń
  9. Hm... Chyba będę musiała przeczytać skoro tak o nim głośno :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynam stwierdzać, że jak o czymś jest głośno, to znaczy, że to jest raczej takie sobie :) Ale... zawsze warto wyrobić sobie swoje własne zdanie :) Nie mogę polecić tej książki, ale jeśli masz ochotę sprawdzić, jak Ty ją odbierzesz, to żaden problem. Zasadniczo o to mi chodziło: nie polecam, ale też i nie zabraniam :)

      Usuń
  10. Nie czytałam, ale chyba się skusze. Jestem Ciekawa własnej interpretacji:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja wciąż się za tą pozycje zabieram, na razie jednak chwilę poczeka na swoją kolej bo kolejka jest całkiem długa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak, jak i u mnie, tyle tego wszystkiego do przeczytania, tylko czasu na to brakuje :)

      Usuń
  12. Szkoda słów na zajmowanie się twórczością recenzowanego autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo zdziwił mnie Twój komentarz :) To jednak ludzie, których nie jara Kominek/Jason Hunt istnieją? :)

      Usuń
    2. Istnieją :) mnie też nie jara dłuuugo nie wiedziałam kto zacz - maż mi zwrócił na niego uwagę - i tyle... :)

      Usuń
    3. Ja tam o nim słyszałam, nawet parę razy zajrzałam na jego bloga, kiedy jeszcze był Kominkiem, ale nigdy nie przykuł jakoś szczególnie mojej uwagi :)

      Usuń
  13. W ogóle nie pociągają mnie wypociny jakiegoś blogera, który wybił się na braku umiejętności przyrządzenia budyniu z proszku ;) Niestety, ale przedstawione przez Ciebie cytaty jedynie utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Jest wiele pięknych i wartościowych książek i żal mi czasu na takie "mądrości" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nie wiedziałam, że tym zasłynął :D Fakt faktem, jest taka masa książek, które warto przeczytać, że póki co za twórczość pana J.H. zostawiam w spokoju. Co prawda, na tablecie czeka już jego poradnik, ale póki co obawiam się za niego zabrać :D

      Usuń
  14. Musisz być wielką optymistką, skoro spodziewałaś się po autorze czegoś dobrego. ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. W ogóle to czemu on tak przeżywa w kółko ten Nowy Jork. No pojechał chłopak tam i co? Każdy może to zrobić. Bilety w promocji można kupić nawet za 1500 zł w obie strony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie też się zastanawiałam. Nowy Jork i Nowy Jork... Może to dla niego jest jakieś wielkie osiągnięcie, w sumie wtedy, kiedy wyjeżdżał, to chyba jeszcze nie było aż tak proste, jak teraz. A, jeśli uważa to za swoje osiągnięcie, to spoko. Gorzej, gdyby za osiągnięcie uważał "Thorna" ;)

      Usuń
  16. Bardzo mi się Twoja recenzja podoba. Po raz kolejny utwierdziłem się w tym, że nie mam czego żałować nie czytając tego "obowiązkowego dla każdego blogera" dzieła :)
    Pamiętam jak strasznie męczyłem się z Harrym Potterem, a przecież miliony czytelników nie mogą się mylić. Ale jeśli jednak komuś się podoba i szczerze zachwala - świetnie. Byle to nie był tłum blogerów, równających się przez te sekundy nieszczerych pochwał z bogiem blogosfery ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poruszasz tutaj ważną kwestię - różnicę między pochwałą, kiedy faktycznie coś Ci się podoba, a nieszczerym zachwytem :) I moim zdaniem, różnica między nimi jest odczuwalna dla odbiorcy. A co do "Harry'ego Pottera", to ja też jestem z tych, co się im bardzo podobał. Ale nie wszyscy muszą mieć taki sam gust :) Jeśli Ci się nie podobała ta książka, masz do tego pełne prawo :) A powiesz, co konkretnie Ci w niej nie przypadło do gustu? :)

      Usuń
  17. A ja myślę, że JH pisał to pod typowego amerykańskiego czytelnika, bo ma być też wydana w USA. Mnie "literatura motywująca" pociągała jeszcze w LO, potem były już same truizmy - w tej dziedzinie nie ma już wiele do odkrycia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pewnie też zawiniło. Jak ktoś mało przeczytał, a zwłaszcza tego typu książek, to może mu się spodoba. Ale ja chyba za dużo czytam i już nie jest łatwo mnie zaskoczyć :-)

      Usuń
  18. "Po lekturze "Thorna" stwierdzam, że najwyraźniej autor miał stanowczo za mało miejsca na chodzenie" Hahaha :D
    A ja napotykam ciągle na same negatywne recenzje Thorna.
    Dziwnie wygląda ten układ akapitów na zdjęciu z książki... Czemu to ma służyć?

    OdpowiedzUsuń

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.