wtorek, 21 marca 2017

Nowy Ben Hur. Czy warto go obejrzeć?

Tak szczerze, to chciałam tę recenzję napisać zaraz po powrocie z kina - miałam bardzo dużo do powiedzenia na temat najnowszego Ben Hura. Pokonało mnie jedynie weekendowe lenistwo i późna pora - ostatecznie, zamiast pisać, wolałam poleżeć w łóżku i poczytać książkę. Slow blogging rządzi się swoimi prawami :-) Wpis powstał na drugi dzień, a potem... leżakował. Jak dobre wino ;-)

plakat filmu Ben Hur

Zazwyczaj twierdzę, że w wakacje w kinie raczej nie zobaczymy nic ambitnego - i najczęściej okazuje się, że mam to, czego się spodziewałam. Nie wiem jednak, czy jest to wina mojego nastawienia (bardzo możliwe), czy też tego, że faktycznie dane filmy są takie sobie. W przypadku Ben Hura nie oczekiwałam nic specjalnego. Miał kiepskie recenzje. Tylko trailery były obiecujące. Skusiłam się, bo lubię produkcje, których akcja rozgrywa się w starożytnych czasach.




Ben Hur to opowieść o żyjącej w czasach biblijnych rodzinie Hur. Juda Ben Hur jest żydowskim księciem. Cieszy się dużym poważaniem wśród swojego ludu. Wychowywał się z przygarniętym przez jego rodzinę Rzymianinem Messalą. Traktował go jak brata i nie zwracał uwagi na to, że pochodzi on z coraz bardziej wrogiego Żydom ludu. Za Messalą ciągnęła się również zła sława jego dziadka - słynnego Brutusa, który zdradził Cezara. To nieważne. Bracia żyli w zgodzie. Nawet na początku filmu widzimy wzruszające sceny, kiedy Messala ratuje rannego Judę.

Niestety, matka Judy mimo to nie akceptuje Messali. W pewnym momencie młody chłopak nie wytrzymuje. Odchodzi do Rzymu, chcąc się zaciągnąć do wojska. Wraca po kilku latach, gotów stanąć na czele rzymskich legionów. Na początku relacja braci wydaje się równie dobra, jak wcześniej. Szybko jednak okazuje się, że bracia nie zgadzają się w ważnych kwestiach politycznych. Messala zamierza się rozprawić z zelotami - buntownikami, którzy sprzeciwiają się temu, aby Rzym zawładnął Jerozolimą. Juda nie chce mu ich wydać. Dochodzi do przykrego incydentu, o który zostaje niesłusznie oskarżony. Zostaje skazany na lata niewolniczych robót. Jego matce i siostrze zostaje wymierzona kara śmierci. Udaje się uciec jedynie jego żonie.

Myśl o powrocie do niej trzyma Judę przy życiu, gdy ciężko pracuje na galerze. Szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala mu się z niej wydostać. Następnie spotyka Afrykańczyka Ilderima, człowieka, który w pewnym momencie stawia wszystko na Judę, byle tylko zagrać na nosie Rzymowi. Tym sposobem dochodzimy do finału, w którym w rzymskim cyrku przeciwko sobie staną dwaj bracia, ścigając się na rydwanach. Ścigali się zawsze. Teraz jednak to już nie jest niewinna zabawa, tylko walka na śmierć i życie... Juda, niewolnik Rzymian, staje przeciw ulubieńcowi Rzymu. Wygrać może tylko jeden z nich...

Film na początku jest zbyt mocno przegadany. Widzieliście kiedyś choćby jeden odcinek Wspaniałego stulecia? No właśnie. Wstęp Ben Hura jest do niego łudząco podobny. Telenowela. Motywy tego typu pojawiają się i później, ale są mniej widoczne na tle wartkiej akcji. Jak przebrniemy pierwsze 40 minut, to już potem ogląda się całkiem przyjemnie.

Świetnie zrealizowano sceny na galerze, gdzie Juda był niewolnikiem. Złowroga muzyka w tle, ciemność i ludzie, których zdegradowano do roli napędu statku... Dzięki temu, że w Ustce miałam okazję przepłynąć się statkiem (na szczęście jako pasażer, a nie niewolnik ;-)), byłam w stanie bardzo plastycznie sobie wyobrazić ich sytuację. Siedzieli pod pokładem, w ciemności i smrodzie spoconych ciał, na bujającym się okręcie. Musieli ciężko pracować bez wytchnienia. Tego, kto nie dawał rady, czekał jeszcze gorszy los...

Gdy Juda już się uwolnił ze statku i Ilderim zdecydował się wystawić go do wyścigu rydwanów, mamy sceny typowe dla dramatów sportowych. Wiecie, epicka muzyka w tle i mistrz trenuje ucznia. Skojarzyło mi się z Creedem.

W filmie nie rozumiem jedynie strojów i charakteryzacji. To znaczy, przez większość czasu nie ma zgrzytów. Dopiero, gdy na ekranie pojawia się Morgan Freeman... z dredami na głowie. Niczym Bob Marley. Gdy tylko go widziałam, od razu przed oczami robiło mi się żółto-zielono-czerwono i zaczynałam nucić No women no cry. Mogę się założyć, że sam aktor też miał niezły ubaw, jak się zobaczył w lustrze.

Morgan Freeman z dredami w filmie Ben Hur

Podobno były głosy jakiejś organizacji, że zrezygnowano z wątku homoseksualnego uczucia między braćmi. Ja się z tego bardzo cieszę. Szczerze nie rozumiem, czemu teraz w każdym filmie koniecznie muszą być geje i czarnoskórzy. A jak się nie pojawią, to od razu - przejaw homofobii i rasizmu. Głupie podejście. Co prawda, wątek taki był w poprzedniej ekranizacji, ale skoro ktoś jeszcze raz bierze na tapetę dany scenariusz, to czy nie ma prawa zrobić go po swojemu? Czy musi od razu robić z tego dokładną kopię, tylko z innymi aktorami?

A propos tej starszej wersji... odpaliliśmy ją sobie później w internecie. Przebrnęliśmy przez jakieś pół godziny i nam wystarczyło. Ot, stary film, już w kolorze (mało nasyconym, w żółtawym odcieniu), ze staroświeckim lektorem. I te miłosne spojrzenia, jakie sobie puszczali bracia... Ewidentne do bólu. Tego się nie dało oglądać :-D

W nowej wersji aktorzy świetnie pasują do ról. Są wręcz oczywiście dobrani. Juda wygląda jak typowy Żyd - lekko długie włosy, zarost, odpowiedni ubiór. Messala - tak właśnie wyobrażałam sobie Rzymianina. Czarne, lekko kręcone włosy, mocna szczęka, potężny nos. W poprzednim Ben Hurze brakowało moim zdaniem tak charakterystycznych twarzy - ot, typowi amerykańscy aktorzy.

W jakiejś recenzji ponoć padło stwierdzenie, że w dobie Szybkich i wściekłych wyścigi rydwanów w kółko nie są specjalnie emocjonujące... Oj, nie zgodzę się. Myślę, że każda rywalizacja robi wrażenie. No, przynajmniej każda, w której ktoś się ściga. Oglądałam ostatnio w nocy transmisję z olimpiady, gdzie panowie walczyli w zapasach i to akurat nie było dla mnie zbyt porywające. Nie czaję tego sportu ;-) Ale wyścigi rydwanów - spoko. Kurz, iskry spod kół, przewracające się rydwany, rozwścieczone konie, które wpadają na widownię - te fragmenty dosłownie wciskały w fotel. I ogromna prędkość - aż czułam pęd powietrza na twarzy. Nawet jeśli ten film byłby kompletnie beznadziejny, dla tych kilku scen i tak warto go obejrzeć.

Pojawia się też oczywiście sporo odniesień do Biblii - postaci Jezusa i pierwszych chrześcijan, potem ukrzyżowanie... W sumie, ciekawe było to, że po raz pierwszy widziałam film, w którym wątek religijny stanowił tylko tło dla czyjejś historii. Wplata się nawet w losy Ben Hura, gdy okazuje się, że jego żona stała się uczennicą Jezusa. Nie jest to jednak jakieś szczególnie nachalne. Może tylko nie do końca przemawia do mnie postępowanie Esther wobec męża. Idealistka. Jest o wiele zbyt radykalna i nie potrafi zrozumieć, że mężczyzna czuje potrzebę pomszczenia rodziny. O ile na początku nie zwraca ona zbytnio na siebie uwagi, to pod koniec filmu staje się nieco irytująca i zbyt zamknięta na jego argumenty.

Chciałabym Wam napisać, jak się ten film kończy, ale nie będę spoilerować. Najlepiej sprawdźcie sami. Z niektórych scen na samym końcu troszkę sobie kpiłam, bo były znowu jak wyjęte z telenoweli, jednak mimo wszystko, zakończenie ma swój urok. Generalnie, cały obraz ma coś w sobie, choć nie mogę powiedzieć, że jest super wybitny. Ot, taki do obejrzenia, żeby się nie nudzić. Myślę, że obsypanie Oscarami mu nie grozi, jak poprzedniemu (choć nie bardzo wiem, za co starsza wersja te Oscary otrzymała). Jeśli chcecie jednak zobaczyć ciekawą historię niezwykle wytrwałego człowieka, który tak bardzo wiedział, czego chce, że w końcu musiał to dostać - zobaczcie. Mnie Ben Hur wprawił w dobry nastrój i zostawił z bardzo pozytywnymi przemyśleniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 19 marca 2017

Tydzień, który zaczął się od poniedziałku. Przegląd tygodnia 13-19 marca

czy to już poniedziałek?

Coś pisałam, że ten tydzień zacznie się od miłego poniedziałku?

No i się zaczął. I to już nawet w niedzielę.




Godzina 23. Leżę w łóżku, przeglądam Instagrama i planuję w ciągu najbliższych kilku minut zasnąć. Dzwonek do drzwi tego nie uwzględnia i wyrywa mnie z błogiej senności.

Pod drzwiami stoi sąsiad z dołu. Koleś raczej nie ma zwyczaju odwiedzać mnie bez powodu. Jednego i tego samego od dwóch tygodni.

- Zalewacie mnie. Znowu. Tym razem bardziej, niż ostatnio.

Bardzo możliwe. Akurat trwała niekończąca się historia pod tytułem "prysznic faceta". Wszyscy tak mają, by the way?

Trwała sobie również niekończąca się historia pod tytułem "usterka". Coraz bardziej utwierdzam się w tym, że mogłabym nagrać kolejną edycję tego programu. Materiału mam już na dobre 10 odcinków...

Z zalewaniem nie byliśmy w stanie nic zrobić. Ot, najprawdopodobniej prysznic przecieka - być może brodzik, być może jakiś odpływ... Ogarniemy jutro, a teraz już będziemy tak mili i nie będziemy już puszczać wody.

W poniedziałek postanowiłam zatem popracować z domu i ogarnąć sprawę - zgłosić właścicielom, wezwać hydraulika i dowiedzieć się, co jest przyczyną.

To była akurat ta milsza część poniedziałku, bo praca z domu zawsze jest spoko.

Po pracy pojechałam ustawić geometrię kół w samochodzie. Generalnie od poprzedniego tygodnia wciąż mam lekką awersję do prowadzenia. Tak mnie to stresuje, że nagle z odważnego, pewnego siebie kierowcy stałam się ostatnią c...pą na drodze. No, prawie. Muszę wspominać, że w takim układzie prawie zemdlałam z nerwów, wsiadając za kółko?

Postanowiłam jednak rozpocząć jazdę od zastosowania odpowiednich socjotechnik...

Cześć, Golfiku. Jak ja za Tobą tęskniłam! Działaj dzisiaj dobrze i nie rób mi już więcej takich kawałów, bo przecież ja naprawdę Ciebie bardzo lubię. Prowadź się dobrze, Golfiku.

I prowadził się dobrze. Jak na czołg, całkiem dobrze.

Serio. W życiu nie jechałam czołgiem, ale już wiem, jak się prowadzi. Wsiądźcie do auta z nieustawioną zbieżnością kół, a zrozumiecie... Każde w swoją stronę. Jak gromadka niesfornych dzieci. I trzeba nad nimi zapanować, co na prostej nie jest trudne. Schody zaczynają się dopiero przy manewrach.

Muszę dodawać, że prawie zemdlałam po raz drugi, gdy na stacji kontroli musiałam wjechać na kanał?

Zemdlałabym jeszcze i z pięć razy, patrząc, jak je podnoszą (żeby wleźć pod podwozie) i jak przy nim majstrują. Nawet kierownicę odkręcali. Miałam wybór - albo zbieżne koła, albo prosta kierownica. A ja uparłam się, że I want it all. I mam it all.

Trzymałam się dzielnie. Wciąż była przede mną perspektywa powrotu...

I oczywiście zjechania z kanału.

Zjechałam w całości. Dojechałam również w całości. Tylko kierownica przestała skręcać w prawo. Nie trzeba jej trzymać tak mocno, jak wcześniej i mam wciąż wrażenie, że jest za luźna. A ona chyba po prostu wreszcie działa jak należy.

Wieczorem zaś zawitał znowu sąsiad w celu dogadania się. Nie omieszkał również wpleść zgrabnie w rozmowę informacji o tym, iż jest przyszłym prawnikiem (Ciągle siedzę teraz w domu, bo uczę się do egzaminu adwokackiego). Stereotyp o studentach prawa, którzy zawsze i wszędzie muszą się pochwalić, że są studentami prawa, potwierdzony. I jak to z prawnikiem, nic szczególnego nie ustaliliśmy oprócz tego, że będziemy ustalać wkrótce. Ja nie wiem, może powinnam zapłacić mu za konsultację?

Reszta tygodnia to błogie dążenie do końca Q1.

W piątek znowu praca z domu. Przyszła kolej na wymianę prysznica. Już wiem, że źle to rozegrałam. I mam traumę, bo spodziewałam się, że będzie to wyglądać lepiej niż faktycznie wyglądało. Jakimś dziwnym sposobem proces rozciągnął się na całe mieszkanie - kuchnię, pokój. Ostatecznie wyszedł nawet na klatkę, a następnie w ogóle poza blok (szczątki starego prysznica wylądowały tymczasowo na trawniku, a potem dopiero wynieśliśmy je do śmietnika). Rozszerzanie materii? Widziałam na własne oczy i to nie pierwszy raz.

Jak jeszcze inaczej opisać składanie kabiny prysznicowej? To takie wielkie puzzle 3D dla bardzo zaawansowanych. Poziom trudności? Coś pomiędzy fizyką jądrową, a kwantową. Media Markt kiedyś się reklamowało hasłem Nie dla idiotów!, ale to Obi spełnia jego warunki, bo posiada w ofercie kabiny nie dla idiotów. Obawiam się, że nawet nie dla profesjonalistów. I myślę, że powinni te kabiny sprzedawać w całości, już złożone. Albo z fachowcem w gratisie.

Tak mnie to osłabiło, że pojechałam na wieś. I w akcie desperacji postanowiłam zagrać w Heroes of Might and Magic. Niebywałe - zazwyczaj trudno mnie namówić na choćby jedną turę, bo średnio rozumiem mechanikę tej gry. A w piątek zrozumiałam i nawet mi się spodobało. Musiałam chyba do tego dojrzeć.

Weekend spędziliśmy bez większych włóczęg. Zwłaszcza, że się rozchorowałam. Tak, w przeciągu dwóch tygodni znowu jestem przeziębiona. I przypuszczam, że "w przeciągu" to słowo-klucz.

Cóż, życzcie mi zdrowia :-)

Na blogu w tym tygodniu działo się dużo, bo robiłam pewien eksperyment, o którego efektach być może wkrótce napiszę Wam coś więcej :-)


Nie uwierzycie, co się działo


Internauci ich nienawidzą


Strumień świadomości


Uniwersum Marvela. Recenzje wszystkich filmów


Copywriter w akcji


W internetach również działo się dużo. Na przykład... życie przerosło kabaret. Bardzo lubię ten serial, a wspomniany odcinek naprawdę mi się podobał. Pewnie właśnie dlatego, że pokazał tę panią dokładnie w takim świetle, w jakim widzą ją ludzie.

Czy muszę dodawać, że kabaret jest jak lustro? Bo krzywe zwierciadło to wciąż lustro. Jeśli spojrzy w nie małpa, nie zobaczy apostoła.

Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki ;-)

Czytam sporo, ale głównie w internecie. Książka o Stevie Jobsie wciąż czeka na swoją kolej. Podrzucę Wam jednak kilka ciekawostek o Apple. 11. mnie urzekła :-D

A u Was co dobrego? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 18 marca 2017

Copywriter w akcji

kreatywnosc

Zanim przeczytacie, obejrzyjcie poniższy skecz i zwróćcie szczególną uwagę na dialog (6:17):
- Doskonale władam nożem!
- Łyżką i widelcem!
Zapamiętajcie go :-)


* * *

Gramy w Czółko. Takie kalambury na telefon. Zamiast kartki z hasłem, do głowy przykładasz smartfona. Przykładasz. Przyklejać nie radzę. Wymagałoby mocnego kleju i odklejałoby się już ze skórą i grzywką. Albo Twój nowy iPhone czy inny Zenfone by spadł i potłukł się, ewentualnie wgniótł podłogę, jeśli to Zenfone Max.




Na ekranie wyświetla się hasło, które pozostali muszą Ci wyjaśnić, a Ty zgadujesz.

Nie wspomnę, ile razy w kategorii Polskie trafiłam na hasło korposzczur. I nie wiem, czemu bawiło wszystkich, oprócz mnie. Przecież ja nie pracuję w korpo ;-)

Potem wybraliśmy kategorię, w której hasłami były głównie tytuły filmów. Sędzia Dredd, Matrix... I nagle pojawiają się... Troskliwe misie.

Wszyscy gorączkowo myślą. Tłumaczą, że to taka bajka i w ogóle... Z uszu leci para, a w eter - kolejne podpowiedzi. Copywriter w takiej sytuacji musi się wyróżnić, wymyślić coś ekstra. Wysilam mózg i nagle wypalam:
- Opiekuńcze niedźwiedzie!
Towarzystwo wybucha śmiechem. I po chwili słyszę... prawidłową odpowiedź.

Bo... doskonale władam synonimem. Metaforą i epitetem.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 17 marca 2017

Uniwersum Marvela. Recenzje wszystkich filmów

Na wolne wieczory w trakcie jednego ze swoich wyjazdów zaplanowałam sobie nadrabianie zaległości z filmami Marvela. Bardzo ochoczo zabrałam się za realizację i pierwsze filmy obejrzałam już na kilka dni przed podróżą oraz w jej trakcie.

recenzje filmów z uniwersum marvela

Co mnie do tego w ogóle skłoniło? Najnowszy film Marvela, który się wtedy pojawił czyli Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.

To jeden z lepszych tytułów. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowałam się superbohaterami czy komiksami, a na filmy o nich po prostu grzecznie chodziłam, wyciągana przez mojego wspaniałego. Nie powiem, że mi się nie podobały, ale nigdy jakoś nie wpadłam na pomysł, żeby nadrobić zaległości.




Jeśli miałabym podsumować wszystkie produkcje po kolei, to najlepiej oglądało mi się wszystkie, w których pojawiał się albo Iron Man, albo Kapitan. Człowiek z żelaza ;-) ma zarąbiste poczucie humoru, a Kapitan jest po prostu ciekawą postacią. Jak się im każe współpracować, lecą iskry i panowie niekoniecznie potrafią się ze sobą dogadać. W przypadku spornych kwestii zawsze jeden stanie po jednej stronie, a drugi po przeciwnej. Skądś w końcu musiała ta wojna wyniknąć ;-) W skrócie postaram się Wam teraz napisać, jakie wrażenie zrobił na mnie każdy z filmów.  Przy każdym tytule zamieszczam także jego zwiastun, żebyście mogli poczuć klimat :-)

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie



Mega. Bardzo mi się podobał. Połączenie filmu szpiegowskiego z kinem lat 40. jest po prostu zarąbiste. Poza tym historia Steve'a Rogersa: od etapu niepozornego chłopaczka, który chciał iść do wojska, aż po superżołnierza. Bardzo fajnie pokazano, że każdy superbohater od czegoś musi zacząć. Niekoniecznie od razu się zapowiada na kogoś, kto tak bardzo zmieni świat.

Iron Man



Czyli od bawidamka sprzedającego broń i dorabiającego się na cudzej tragedii do superbohatera. Początek filmu niezbyt mi się podobał, bo był strasznie stereotypowy: ot, jest sobie bogacz Tony Stark, człowiek troszczący się głównie o siebie samego, który wkrótce przeżyje przemianę. Dalej jednak historia rozwinęła się w fajny sposób. Oczywiście, nie brakuje tutaj elementów humorystycznych, od zabawnych ripost Tony'ego po jego pierwsze próby zbudowania pancerza. Można było się uśmiać z wypadków, jakie przy tym mu się przydarzały. Ot, ciężki los wynalazcy :-D

Incredible Hulk



Podobał mi się najmniej ze wszystkich. Może w tym tkwi urok, że nie była to typowa opowieść o superbohaterze, a bardziej emocjonalna historia gościa, który niechcący stał się kimś, kim nie chciał. Dla mnie jednak tych emocji było tutaj stanowczo za dużo, a ponoć Edward Norton, który grał tytułowego Hulka, chciał, żeby to było jeszcze bardziej emocjonalne... Cóż, do mnie to nie przemawia, raczej oczekiwałam konkretnej łupanki i dynamicznej opowieści, a nie melodramatu.


Iron Man 2


Tutaj Tony Stark wciąż udoskonala swój pancerz oraz poznaje swojego nowego wroga, Whiplasha. Często zarzuca się filmom Marvela, że traktują po macoszemu postaci negatywne i robią z nich chłopców do bicia. Przy tej części trudno by mi było przyznać rację tym zarzutom. Myślę, że tutaj akurat antybohater również został pokazany odpowiednio i wcale nie było aż tak łatwo go pokonać. Poza tym, oczywiście nie brakowało humoru typowego dla Iron Mana, a to zawsze na plus.

Thor



Nie spodobał mi się za bardzo, dopóki nie rozwinęła się postać Lokiego. Te wszystkie huknięcia Thora były lekko irytujące ;-) Trzeba przyznać jednak, że bóg kłamstwa naprawdę skradł bratu show. No, może oprócz perypetii Thora na ziemi, jego dworskiej mowy i dworskich zachowań. Ten kontrast akurat okazał się megazabawny i od tego momentu film oglądało mi się już całkiem nieźle :-)

Avengers



Jeśli ktoś mówi, że warto obejrzeć, żeby zobaczyć komiczną relację Thora z Hulkiem - potwierdzam. To tylko kilka scen, ale świetny humor sytuacyjny. Poza tym tu już mamy "nowego" Hulka, który nie jest wiecznie płaczącą mameją, a gościem, który stara się zrobić coś dobrego dla świata. Better. A jak do ekipy dorzucimy jeszcze Iron Mana i jego niezdrowe zaciekawienie zdolnościami Bruce'a Bannera, to już możemy być pewni, że się uśmiejemy. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów z serii.

Iron Man 3



Zawirowania związane z postacią Mandaryna sprawiły mi zawód dopiero po czasie. Generalnie ta część była najsmutniejszym i najbardziej mrocznym filmem o Iron Manie, i naprawdę było mi go szkoda. Z drugiej strony, film kończy się jednak pozytywnie. Tony odbudowuje swój świat, który mu zburzono. Pokazuje, że można i nawet trzeba.

Thor: Mroczny świat



Eeee, o czym to było? Jak dla mnie, za dużo Asgaardu, a za mało ziemi. Poza tym, postać Jane jest totalnie nieprzekonująca (nie, żeby była w poprzednich częściach...). Show znowu kradnie Loki i warto obejrzeć dla tylko dla niego.

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz



Hmmm, film szpiegowski. Spoko, choć zbytnio w pamięć mi nie zapadł. Generalnie widzimy ciąg dalszy historii Kapitana Ameryki, który musiał się odnaleźć w kompletnie nowym świecie, oraz odkryć, że jego najlepszy kumpel żyje. I że wcale nie jest to powód do radości.

Strażnicy Galaktyki



Bardzo fajny rozrywkowy film. Jak dla mnie, idealny na wakacje. Nagle pojawiają się kompletnie inne postaci, z totalnie nie-bohaterskimi motywacjami (a bohaterami zostają przez przypadek). Plus ciekawa muzyka. No i to genialne I am Groot :-D

Avengers: Czas Ultrona



Hmmm... Znowu hmmm. Tutaj się zgodzę, że postać negatywna została sprowadzona do roli chłopca do bicia. Generalnie w porządku i bardzo fajnie się w kinie oglądało. Jednak dużo tu takich dziur fabularnych, albo motywów, które niespecjalnie miały sens. Myślę, że można było to zrobić lepiej. Plus trochę drażniło mnie robienie negatywnej postaci z Tony'ego Starka. Nie pokazano zbyt wyraźnie, że chłop chciał zrobić coś dobrego, tylko... no, wyszło tak, jak zawsze.

Ant-Man



Chyba nawet o nim już pisałam. Po jego obejrzeniu stwierdziłam, że nie ma szans, że zapadnie mi w pamięć, i faktycznie tak się stało. Jak się pojawił w najnowszym Kapitanie Ameryka, to na początku nawet gościa nie poznałam. Ale muszę przyznać, że jak na kino rozrywkowe to daje radę. Idzie się pośmiać, i wzruszyć, i zachwycić. I znowu mamy superbohatera, który stał się bohaterem niekoniecznie z własnej chęci, tym razem jednak cała historia jest bardzo oryginalna i zabawna ;-)

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów



Historia bardzo wzruszająca - zgrany team został poważnie skłócony. Smutno się na to patrzy. Trzeba przyznać jednak, że ta opowieść ma kopa. I na szczęście dobrze się kończy. Po raz kolejny widzimy, że superbohaterowie to zwykli ludzie z niezwykłymi zdolnościami. Nieraz chcą dobrze, ale im nie wychodzi. Każdy z nich ma jakieś swoje własne motywacje i czasami właśnie przez to nie mogą się ze sobą pogodzić. Mimo, że nie było to zbyt wesołe, fajnie było zobaczyć, że superbohaterowie są tylko ludźmi i nie zawsze sobie ze wszystkim radzą. Ale wciąż próbują.

Doktor Strange



To dopiero było coś. Oglądałam z zachwytem. Opowieść zaczyna się od słów Był sobie lekarz. Doskonały w swoim fachu chirurg, bardzo pewny siebie egoista. Niestety, nieszczęśliwy wypadek przekreśla jego karierę. Doktor po chwilowym załamaniu poznaje człowieka, który odzyskał sprawność w dość tajemniczy sposób. Tak oto postanawia wyjechać na Wschód i poznaje świat, w który kiedyś by nie uwierzył. Benedict Cumberbatch do roli niepokornego lekarza pasuje idealnie, jak gdyby napisano tę postać specjalnie dla niego.

Na ten moment to wszystkie filmy należące do uniwersum. Wpis będzie aktualizowany co jakiś czas, po premierach kolejnych produkcji :-)

Nie mogę się już doczekać kolejnej części, czyli Strażników Galaktyki vol. 2. Dla klimatu wrzucam również zwiastun :-)


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.