sobota, 25 lutego 2017

Czy warto oglądać Belle Epoque? Wrażenia po 1. odcinku serialu

Jak wspominałam w przeglądzie tygodnia, długo mnie trzeba było namawiać do obejrzenia tego serialu. Jakoś nie miałam przekonania, że to będzie coś dobrego. Produkcja TVN-u, dla masowego widza (czytaj: dla Janusza i Grażyny)? W najlepszym razie wyjdzie z tego kostiumowe Na Wspólnej.

Przekonała mnie dopiero recenzja Wojciecha Krzyżaniaka z Newsweeka:

Po pierwsze, w kwestii scenografii i kostiumów, doceniając to, że nareszcie są to kostiumy prawdziwe, a nie udawane, to wszystko w „Belle Epoque” jest jak spod igły. Zupełnie jakby każdy mieszkaniec Krakowa początku XX wieku miał do dyspozycji wielkie bele niemnącego się materiału, a przed każdym wyjściem z domu wkładał nowe ciuchy, nawet jeśli miałyby być pełne dziur. Wszyscy są jacyś tacy zbyt akuratni, a to jest ten element, którym brytyjskie kryminały kostiumowe zdecydowanie wygrywają. I rzecz druga, czyli światło. Momentami serial jest tak doświetlony, że miałem wrażenie przełączenia się na spektakl Teatru Telewizji, albo wręcz telenoweli. To są momenty rzadkie, ale są. Generalnie jest po prostu za jasno, za oczywiście i niestety, niezależnie od tego jak może to zabrzmieć, za ładnie. Po prostu.



Przeczytałam i poczułam, że chcę obejrzeć ten serial. Dla beki.

I zdziwiłam się bardzo, czemu Belle Epoque ciągle zbiera w recenzjach łomot.

Wszyscy do niego celują, niczym Paweł Małaszyński do fotografa zabójcy.

Paweł Małaszyński w Belle Epoque

Rozłóżmy ten serial na czynniki pierwsze.

Intro fajne, podoba mi się kawałek w tle, ale... ni cholery nie pasuje do kostiumowego serialu. Choć z drugiej strony, jest jedynym nieoczywistym i nieakuratnym elementem. Całą resztę Captain Obvious pisał.

W pierwszej minucie pojawiła się Magdalena Cielecka. A to nie wróży nic dobrego, jeśli widać ją już na samym początku. Oglądałam ją w Belfrze i nie rozumiem, co takiego jest w jej drewnianym aktorstwie, że ją ciągle do czegoś angażują. Choć w sumie... do Belle Epoque pasuje, szczególnie do tych drętwych dialogów bez cienia emocji. Aktorzy wypowiadają swoje kwestie, jakby czytali etykietę proszku do prania. To nie drugie Na Wspólnej. Bardziej kostiumowa Ukryta prawda.

Pozytywne zdziwienie było w momencie, kiedy na ekranie zobaczyłam Olafa Lubaszenko. Po pierwsze, ucieszyłam się, bo pamiętam, jak swego czasu żalił się, że odkąd przytył, nie chcą go angażować. A przecież może grać grubych ludzi... Wiem, brzmi brutalnie, ale... w czym problem? Po drugie, jest jedynym aktorem, który w tym serialu robi jakieś dobre wrażenie. Jest charakterystyczny i jako jedyny potrafił wydobyć ze swojej postaci jakieś emocje, zrobić coś więcej, niż tylko wyrecytować tekst.

Paweł Małaszyński w Belle Epoque

Historia opisana w pierwszym odcinku? Wydawało mi się, że raz nakręcone ujęcie z Edigeyem-Koryckim (yyyy, to się odmienia?), który idzie przez miasto z workiem, wykorzystano wszędzie tam, gdzie już brakło pomysłów. Przed oczami mam tę scenę, a poza tym - totalną sieczkę w głowie. Jakieś zabójstwo z dekapitacją, głowę wynoszą w szmatce, potem jakaś palma, parę górnolotnych rozmów z cytatami biblijnymi, męczennice, szybka scena erotyczna, nagle Edigey-Korycki lata z pistoletem i pojawiają się napisy.

Tyle pamiętam, a reszty już bardziej słuchałam. Odcinek był tak nudny, że wolałam się zająć składaniem prania w trakcie. Inaczej bym nie wysiedziała.

A, i jeszcze to oświetlenie, a raczej prześwietlenie. Szczególnie widziałam je podczas scen kręconych we wnętrzach. Przez szyby przebija taka jasność, jakby za oknem miał miejsce wybuch bomby atomowej. No, chyba, że firanki Zygmunt Chajzer wyprał w Vizirze. Sorry za suchar, nie mogłam się powstrzymać ;-)

Nie będę się rzucać jedynie w kwestii ponoć nieadekwatnej scenografii. Cóż, nie wiem, jak wyglądał Kraków w tamtym czasie i zdaję sobie sprawę, że twórcy też mogli nie wiedzieć ;-) Nie mam do nich o to pretensji. I tak niespecjalnie zwracam uwagę na takie szczegóły, a już przynajmniej nie w innych kategoriach niż "ładnie" i "nieładnie".

Czy warto oglądać Belle Epoque?  Po 1. odcinku stwierdzam,  że tak, jeśli a) naprawdę nie macie co robić, b) chcecie błogo zasnąć przed 22... Reklamy w przerwach były znacznie bardziej porywające. We mnie serial nie wzbudził jakichś specjalnych emocji i właśnie dlatego nie rozumiem fali ostrej krytyki, jaka na niego spadła. Nie jest dobry, nie jest zły. Jest mi kompletnie obojętny. Wolałabym już składać rogalika z bułki tartej lub przekonywać Antoniego, że to nie brzoza, niż tracić czas na Belle Epoque, ale... będę dalej oglądać. Dla beki.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

(Zdjęcia pochodzą z serwisów Telemagazyn.pl i Spider's Web)

poniedziałek, 20 lutego 2017

Nowe mieszkanie... i nowe mieszkanie. Przegląd tygodni 30 stycznia - 19 lutego

Hej! Tego jeszcze nie było - przegląd trzytygodniowy ;-)

Nie, nie złapali mnie, bo chciałam zostać płatnym zabójcą :-) Po prostu potrzebowałam chwili oddechu po atrakcjach związanych z przeprowadzką. A tych było co niemiara...

bukiet kwiatów na stole

Naprawdę, myślałam, że to będzie znacznie prostsze i przyjemniejsze... I nie było. Już pomijając kwestię, że poprzedni lokatorzy postanowili sobie przedłużyć swoją wyprowadzkę. Od miesiąca była mowa o tym, że już w poniedziałek, 30 stycznia mieszkanie będzie wolne i mogę przywozić rzeczy. Wzięłam wolne na poniedziałek i wtorek. I nagle tuż przed weekendem okazało się, że poprzedni "państwo" wzięli sobie urlop na tydzień, pojechali w góry, wrócili w weekend i zamiast zgodnie z obietnicą, ogarniać przeprowadzkę... olali sprawę i zaczęli kombinować, jakby tu przedłużyć jej termin. A ja urlopu nie mogłam sobie rozciągnąć na cały tydzień, no bo jak? Udało mi się tylko dołożyć jeszcze jeden dzień, bo inaczej nic bym nie zdążyła ogarnąć.




Mieszkanie zostawili w stanie mówiącym Generalnie to lubimy syf lub też Po ch...oinkę sprzątać co zmusiło mnie do szybkiego ogarniania go na samym początku (i to na dodatek tych najgorszych miejsc: prysznica, lodówki, piekarnika...). Teraz przy każdych porządkach odkrywam kolejne miejsca, które wyraźnie do tej pory mopa/ścierki nie widziały. Jeszcze czasami miewam wrażenie, że się do czegoś przykleję, ale już coraz rzadziej

Kolejna rzecz: usterki. Wprowadzając się, zastałam prysznic z rozregulowanymi drzwiami i przeciekającą słuchawką, toaletę z nieprzykręconą deską, rozwalony zamek w drzwiach do łazienki (wypadająca klamka), pęknięty klosz lampy w kuchni... Brzmi, jakby ktoś tam w siebie rzucał przedmiotami? Bingo! Podobno poprzednicy mocno się awanturowali. Urocza parka.

A, i jeszcze krzesło z pękniętym siedziskiem. Tutaj mam wątpliwości co do przebiegu zdarzeń: albo nim w siebie rzucali, albo się na nim godzili...

Większość usterek na szczęście jest już ogarnięta.

I gdy tak odsypialiśmy przeprowadzkę (a walczyliśmy z tym wszystkim do dobrej północy i późno się położyliśmy), o 7 rano obudziło nas wycinanie drzew. Nigdy w życiu nie miałam tak ogromnej ochoty, żeby otworzyć okno i rzucić czymś ciężkim w hałasujących. Co to w ogóle jest za pomysł, żeby wycinać drzewa, które rosną tuż po oknami o takiej godzinie... A jeśli ktoś był zajęty do późna w nocy (jak my przeprowadzką) i chciałby się wyspać? A jeśli ktoś odsypia nockę w pracy i o 7 to się dopiero kładzie?

Na szczęście, w końcu się uspokoiło. Zamierzam trochę zmienić wystrój i robię małą wyprzedaż swojego dobytku - zgodnie ze swoim małym wyzwaniem. Miałam na początku trochę inną wizję wystroju, ale jednak postanowiłam ją zmienić, gdy zobaczyłam, jakie fajne gadżety są w Pepco. Myślę, że zrobię później zdjęcia i pokażę Wam, co zdziałałam :-)

Oprócz tego, praca. Bez większych zmian, oprócz tego, że teraz do pracy mam bardzo blisko i mogę sobie do niej przyjść nawet przed 7 rano. Próbuję, bo miło wyjść przed 15 ;-)

Chyba wciąż jeszcze nie odpoczęłam, bo wieczorami padam o 21 z telefonem w ręku :-)

Wykorzystaliśmy już to, że jesteśmy znowu na mieście i wybraliśmy się na miasto w zeszły weekend, a przedwczoraj - do kina. Na oszczędnego w słowach Johna Wicka 2.

Na blogu pojawiła się zatem recenzja filmu:

John Wick 2. Film, po którym zapragniesz zostać płatnym zabójcą


Byliśmy też na zjeździe foodtrucków i walentynkowym kiermaszu. Spróbowaliśmy truskawek w czekoladzie i pieczonych kasztanów. A, i posłuchaliśmy koncertu disco polo - bo tylko taki był w okolicy :-D Nie zamierzam się jednak wstydzić, ani tłumaczyć, bo przecież i tak każdy disco słucha i się przy nim świetnie bawi :-D

Byliśmy też na szybkiej kawie w bardzo ładnym miejscu. Ach, chciałabym tak sobie mieszkanie urządzić :-)

piękny wystrój wnętrza kawiarni

Zaliczyliśmy parę wieczorów z dobrym winem i serialem. Lub Goggleboxem :-D

Obejrzeliśmy pierwszy odcinek Belle Epoque, na który trzeba było mnie namawiać przez kilka tygodni.

kieliszki z czerwonym winem

Spędziliśmy także bardzo miłe Walentynki, na kolacji w naszej ulubionej restauracji. Było bardzo miło :-) Razem zawsze jest bardzo miło :-)

bukiet czerwonych róż

Niestety, lokal dał ciała. Zarezerwowaliśmy miejsce, przychodzimy, chcemy zamówić swoją ulubioną zupę gulaszową (robią ją tam przepyszną) i... dowiadujemy się, że dziś obowiązuje tylko specjalne menu. Ewentualnie pizzę jeszcze można zamówić. Specjalna karta, bo cen specjalnie nie podano. Głupio pytać, więc bierzemy oboje ten sam zestaw i na koniec okazuje się, że jeden kosztował tyle, co 2 pełne obiady z normalnego menu. I wszystko OK, ale jako człowiek pracujący w marketingu stwierdzam, że to była akcja na kolanie pisana. Fajnie, gdyby był wybór, specjalnie dania oraz to co zawsze z karty - w końcu nie każdy musi mieć ochotę na krewetki i wołowinę. Dla stałych klientów, którzy zarezerwowali stolik z myślą o konkretnych, ulubionych potrawach to trochę taki punch in the face. Niestety, po pysznym obiedzie został pewien niesmak.

Byliśmy też w piątek na karaoke. Miejsce bardzo ciekawe - okolica pełna ciemnych bram, odrapanych kamienic i uchodząca za dość niebezpieczną, a lokal... Jak to mój wspaniały ujął, niczym peron 9 i trzy czwarte: z mugolskiej ulicy przenosisz się do czarodziejskiego świata. Nagle z dresolandii przechodzisz do nowoczesnego, modnego wnętrza. Pub pasuje do otoczenia, niczym nowiutkie Ferrari na złomowisku.

Od zeszłego tygodnia postanowiłam także dołączyć do grona tych, którzy postanowili zadbać o siebie na wiosnę i też zaczęłam ćwiczyć. Tabata na stepperze z ciężarkami na nadgarstkach plus parę takich tam ogólnorozwojowych (plank i takie tam) :-) Umilam sobie, oglądając pierwsze odcinki Goggleboxa ;-)

Jestem z siebie dumna, bo naprawdę to polubiłam. Wreszcie przyszedł w moim życiu moment, w którym mam ochotę ćwiczyć i sprawia mi to przyjemność. Na dodatek, mimo, że od razu zaczęłam od pełnych serii (4 tabaty), praktycznie nie mam zakwasów. Dopiero po pierwszych 4 treningach poczułam takie leciutkie, ale obstawiam, że to raczej od innych ćwiczeń na nogi. Bardzo się cieszę i widzę także szybką poprawę kondycji. Do tej pory zrobiłam jedynie 5 treningów, a już czuję się taka... sprężysta i pełna energii :-D

I to by było na tyle, jeśli chodzi o poprzednie tygodnie. Mam nadzieję, że dobrze wykorzystam swój nadmiar energii i wkrótce napiszę coś więcej :-) A co tam u Was się działo ciekawego w tym tygodniu?
Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 11 lutego 2017

John Wick 2. Film, po którym zapragniesz zostać płatnym zabójcą

- Masz mój samochód - oznajmia John Wick.


I zaczyna się wielka rozwałka. Szybkie samochody, walka wręcz i strzelanina to tylko początek drugiej części Johna Wicka. Potem będzie już tylko ciekawiej.

john wick 2 plakat

Tytułowy bohater po wykończeniu drugiej połowy rosyjskiej mafii (pierwszą wybił w odwecie za swojego psa) przychodzi do ich szefa, nieco wymięty po walce, i proponuje pokój. Czyli w tej części nie będzie zemsty za kradzież i zniszczenie Mustanga. A myślałam, że to wystarczający powód. Jakby tak rozwalili moje auto, to bym na pewno pokoju nie proponowała...




Wick ceni sobie jednak spokój i bardzo chce mieć wreszcie prawdziwą emeryturę. Widzimy przez chwilę, jak żyje. Na zachodzie bez zmian: dalej mieszka sam i wspomina szczęśliwe chwile z żoną. Znowu ma psa - tym razem pitbulla, którego raczej nie będzie łatwo zabić. Szczerze mówiąc, ten pies bardziej wygląda na maszynę śmierci, niż na ewentualną ofiarę. Czyli nie będzie się trzeba za niego mścić.

Nagle w spokojnym życiu Johna pojawia się Santino D'Antonio. Wyobraźcie sobie połączenie cech wszystkich najbardziej irytujących i zbyt gadatliwych osób, jakie spotkaliście w swoim życiu. Oto właśnie Santino.

John to jego kompletne przeciwieństwo. Nie bawi się w psychoanalizy i nie mówi więcej, niż trzeba. Pan Absolutne-Minimum-Słów. Można wręcz uznać, że jest gburem. W większości przypadków sprawia wrażenie jaskiniowca, który nie potrafić mówić, co jest na swój sposób zabawne. 

Na tle Johna Santino wydaje się jeszcze bardziej męczący. Włoski gangster (miałam ochotę napisać: włoska gangrena...) chciałby zostać ważniejszym przestępcą niż jest i próbuje zmusić Wicka do pomocy. Stosuje w tym celu typowo mafijne sposoby motywacji: szantaż, spalenie domu...

Niestety, zasady panujące w ich "królestwie" nie pozwalają Johnowi, aby zabić D'Antonio od razu. Nie ma wyjścia - musi zająć się jego sprawą, niezależnie od swoich chęci i przekonań. Wyrusza do Rzymu, gdzie szybko i niechętnie przechodzi do działania. Możemy się tylko domyślać, że gdy zrobi swoje i przysięga przestanie go wiązać, wyrówna rachunki również z irytującym Włochem. Trudno się dziwić, że jest gotów postawić na szali całe swoje dotychczasowe życie tylko po to, by wreszcie się uwolnić od wkurzającego idioty.

Niestety, ta jedna decyzja sprawia, że na legendarnego zabójcę polują dosłownie wszyscy. John Wick jeszcze długo nie odejdzie na upragnioną spokojną emeryturę...


Co na plus? Co na minus?


W filmie raziło mnie tylko jedno: w Rzymie akcja została wymuszona na siłę. Fakt, w tym filmie chodzi głównie o to, żeby się działo, o nieustanne pościgi, bójki i strzelaniny, ale myślę, że można było do nich doprowadzić nieco subtelniej.

A co mnie urzekło? Przede wszystkim muzyka. Zdecydowanie jeden z najlepszych soundtracków ever. Całkowicie w moim klimacie (no, może oprócz klubowej łupanki, którą przez chwilę słychać).

Niezwykle dobrze rozwinięty został motyw równoległego, mafijnego świata - niczym w filmie fantasy. Hotel Continental, staroświecka ręczna centrala telefoniczna i system obsługi zleceń (!) oraz dżentelmeńskie zasady, do jakich muszą się stosować zabójcy. To czasami wymusza nieco kuriozalne sytuacje (weźcie sobie pijcie drinki z kimś, kogo chwilę temu usiłowaliście zabić), ale... ma masę uroku. Mimowolnie będziecie sobie wyobrażać siebie w tym niemal magicznym i uporządkowanym miejscu - choć to świat przestępców i zawodowych morderców bez litości.



Czy warto iść do kina na John Wick 2?


Zdecydowanie tak. To film akcji jedyny w swoim rodzaju. Dzieje się dużo i szybko, bo chodzi jedynie o rozwałkę, ale w bardzo spójnej i nastrojowej otoczce. Inni twórcy powinni się uczyć od Chada Stahelskiego. Ten człowiek zdecydowanie ma pomysł na to, co robi. Wcześniej wydawało mi się, że w pierwszej części Johna Wicka powiedziano już wszystko i nie ma sensu kręcić kolejnej, ale... John Wick 2 jest najlepszym sequelem, jaki do tej pory widziałam. Jeszcze bardziej wciąga i zachwyca swoim klimatem. Będziecie oglądać z przyjemnością, a z kina wyjdziecie z poczuciem, że to stanowczo za wcześnie.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

(zdjęcie tytułowe: Filmweb.pl)
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.