poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Sposób na niechcenie-mi-się i na lepsze życie. Przegląd tygodnia 25 lipca - 7 sierpnia

Hej! Dzisiaj nadaję do Was dwutygodnik z jednej prostej przyczyny: w zeszłym tygodniu byłam tak ciężko zapracowana, że nie byłam w stanie znaleźć ani chwili na bloga. A jeśli już nawet jakąś chwilę miałam, to zwykle już nie miałam siły pisać, także pomilczałam sobie troszkę. Ale wiecie, czasem trzeba :-)

Zdjęć będzie mało, bo mało ich robiłam.


Przyznaję, że w tej chwili też nie do końca chciało mi się pisać... dopóki po prostu nie zaczęłam. Także wychodzi na to, że wymówka "nie chce mi się" czasami ginie w starciu z działaniem. W sumie, w wielu przypadkach się to u mnie sprawdza. Jak chcecie, to też potestujcie :-)

W tym czasie zdążyłam przeżyć najazd pielgrzymów na moje miasto (a to jeszcze nie koniec!) z okazji wizyty papieża... Wyobrażacie sobie, że dla odwiedzin, która trwały jakieś 3 godziny, zamknęli mi pół miasta na dwa dni? :-D Śmieję się z tego, bo akurat w tamtym czasie nie jeździłam nigdzie autem, ale jakbym nawet jeździła, to bym dalej starała się śmiać, bo w końcu wyzwanie zobowiązuje ;-)




Tak czy owak bywały z tym zabawne momenty. Te pozamykane ulice były pozastawiane szlabanami ze znakiem o całkowitym zakazie ruchu kołowego. Nawet dla niepełnosprawnych. I tak sobie teraz pomyślałam: liczyli, że na widok papieża ozdrowieją i wstaną z wózków? Albo przerzucą się na kule? Ale ja nie o tym... Wyobrażacie sobie, że tych szlabanów pilnowali? Przy jednym na przykład siedział sobie (najprawdopodobniej  przez całą noc) pan na stołeczku :-D Przy pozostałych - policjanci w radiowozach. Też siedzieli. Pan na stołeczku mnie rozbawił totalnie. Pilnował szlabanu... jak znam życie, to po to, żeby nie ukradli :-D


Nie no, kpię sobie, ale wiecie... trudno mi nie kpić, skoro wizyta papieża w moim mieście wygenerowała masę absurdów. Na przykład mieszkańcom bloków znajdujących się w strefie 0 (czyli tej całkowicie zamkniętej) administracja przekazała, że uprasza się o nieopuszczanie mieszkań. I nieotwieranie okien. I czy to nie jest śmieszne? Papież w Twoim mieście, jakieś kilkaset metrów od Twojego bloku, a władze Ci każą w domu siedzieć? Co prawda, mówię to z relacji, jaką usłyszałam u fryzjera, także być może to tylko plotki ;-)

Ja generalnie nie miałam potrzeby, żeby w tym wydarzeniu brać udział, zwłaszcza, że i tak mimowolnie uczestniczę we wszystkich, bo jasnogórskie głośniki w centrum są wyjątkowo głośne i przypuszczam, że zamysł jest taki, żeby całe miasto słyszało te wszystkie msze dla pielgrzymów (a na przyjazd papieża wystawili dodatkowe kolumny). Ale zerkałam w telewizji. To w sumie też trochę absurd :-D Plus to, że potem oglądałam sobie z balkonu odlatujące helikoptery (na szczęście mieszkam na tyle daleko od centrum wydarzeń, że nikt mi nie zabraniał otwierania okien ;-)). I tyle. Papież przyjechał, papież pojechał, pielgrzymi potem też... Tylko śmieci po nich zostały ;-)


Pod koniec tygodnia znowu: basen, jedzenie na mieście, spacer (to z niego ta tęcza) i szybki wypad do Decathlonu (patrzcie na te chmury nad parkingiem!). Wreszcie dorobiłam się maty do ćwiczeń :-) Była mi bardzo potrzebna do planka, bo miałam już serdecznie dość rozjeżdżania się na panelach :-D


W niedzielę spędziliśmy zaś miły wieczór w mieszkaniu, oglądając filmy i przypadkiem trafiliśmy na Kung Fu Pandę 2 w telewizji. I oglądałam ją raczej jednym okiem, drugim pochłaniając Blog niecodzienny Marii Czubaszek (żebyście wiedzieli, jak wciąga! i tak, dobrze widzicie, rozwaliłam sobie ekran w tablecie...), ale... to, co najważniejsze, usłyszałam. Bo jak powinnam zobaczyć jakiś film tylko dla kilku słów, które w nim padną, to te słowa na pewno usłyszę. Generalnie ostatnio coraz bardziej wierzę w to, że jeśli czegoś potrzebuję, to to przychodzi do mnie jakby samo. Dotyczy to kasy, jedzenia, cytatów, które mogą zmienić życie... Taka niezachwiana wiara w to, że będzie dobrze, bo świat nie jest moim wrogiem, wiele ułatwia. Też stosuję od niedawna, ale polecam :-)


Obejrzeliśmy też The nice guys. I chyba pokuszę się o jakąś recenzję :-)

A potem zaczął się sierpień. Postanowiłam przypomnieć sobie stare, dobre czasy i wziąć udział w 100 konkursach. Efekt jest taki, że codziennie zaglądam na agregaty konkursowe i jak mi coś pasuje, to uczestniczę. W tydzień "obrobiłam" prawie 30 konkursów i jeszcze bardziej widzę teraz to, że jeśli coś jest mi potrzebne, to pojawia mi się przed nosem samo. Bo jak marzy mi się drukarka, to trafiłam na konkurs, w którym można ją wygrać i wierzę, że mi się uda. A mam jeszcze lepszy przykład, dotyczący czegoś, co generalnie nie jest jakoś bardzo często nagrodą w konkursach, a mnie akurat potrzebne... ale to napiszę, jak wygram. Bo mam niezachwianą pewność, że wygram ;-) Tak czy owak, fajna zabawa i korzystna, także zachęcam - dołączcie. Będziecie mieli fun :-)

A, i mam już pierwszą wygrana: popcorn w kinie :-D Byliśmy akurat na Legionie samobójców, na temat którego też napiszę Wam recenzję i sobie wyklikałam w trakcie reklam, co kryje mój bilet ;-) W tej loterii wygraliśmy już popcorn i darmowy bilet. I ciągle liczę na Skodę ;-) Zawsze miałam szczęście w konkursach, więc jestem dobrej myśli :-D

Przyszły mi też moje pierwsze zakupy z Romwe. Między innymi ta czarna sukienka z wishlisty. Jest boska :-) Zamówiłam jeszcze , ale... przypaliłam ją żelazkiem i będzie trzeba ją skrócić lub zwęzić (bo zrobiłam dziurę akurat na dole przy szwie - tyle dobrego ;-)), szorty (hmmmm, nie do końca jestem do nich przekonana) i kombinezon (na modelce super, ja w nim wyglądam jak enerdowska łyżwiarka... sprzedam go, bo myślę, że to po prostu rzecz nie w moim stylu i nie dla mojej figury).

Kupiłam też świetną sukienkę w Auchan za zawrotną kwotę 20 zł. Wyprzedaż była :-) I wierzcie mi, że jakość co najmniej sieciówkowa, także zrobiłam biznes stulecia :-D A sukienka podobna do tej, tylko w kolorze brzoskwiniowym:


Dwa razy byliśmy też na karaoke. I muszę chyba przewartościować swoje zdanie na temat własnego głosu, bo mimo wszystko, ja się wciąż wstydzę śpiewać i uważam swój głos za taki sobie, a jak wyląduję na takiej imprezie, to ciągle słyszę jakieś zachwyty, że świetnie śpiewam, prośby o utwór z dedykacją (no ba!) lub o zaśpiewanie w duecie czy też po prostu wielkie brawa. I wierzcie mi, że za każdym razem jest to dla mnie totalny szok i reaguję jak większość kobiet na komplementy takim "oj przestań, przestań". I wiem, że niesłusznie. Co prawda, gdzieś mi łazi z tyłu głowy myśl, że "podoba się im, bo są pijani" i "na karaoke śpiewa wiele osób, które ani trochę nie umieją, to się wyróżniasz na plus, bo masz słuch", ale... kurde no, skoro zmieniam swoje życie, to nie powinnam sobie tak dowalać. Skoro się podoba - to znaczy, że jest lepiej, niż uważam. I może po prostu mam słuch absolutny, i słyszę każde swoje niedociągnięcie, i dlatego w większości przypadków nie jestem zadowolona ze swojego śpiewu? Cóż, kolejna rzecz do ogarnięcia. Na pewno jest mi bardzo miło, że się ludzie zachwycają. A najmilej, kiedy zachwyca się mój wspaniały, bo jeszcze nieraz robi wielkie oczy, jak słyszy jakiś mój nowy utwór :-D Zwłaszcza, że ja biorę się za repertuar typu Metallica, choć wciąż ze śmiechem mówię, że kobiety Metalliki śpiewać nie powinny. W ramach pracy nad swoim podejściem będę teraz dodawać, że wszystkie oprócz mnie :-D

Poza tym, znowu miałam sporo okazji do pojeżdżenia sobie samochodem, co niezmiennie lubię i bardzo szybko nauczyłam się parkować tyłem. Zawsze wydawało mi się to takie trudne, ale pierwsze trzy razy były wręcz bezbłędne :-) W ogóle, minął mi właśnie w lipcu pierwszy rok prawka i powiem Wam, że bardzo się cieszę, że je zrobiłam. I że jestem megawdzięczna wszystkim tym osobom, dzięki którym je zrobiłam :-) To niesamowita wygoda. Jeszcze większa, gdy jeździsz nie swoim autem :-D

Generalnie muszę powiedzieć, że odkąd zmieniam swoje życie i regularnie robię ćwiczenie wdzięczności, jestem o wiele bardziej zadowolona z życia i w efekcie - moje życie jest o wiele lepsze. To naprawdę tak działa - jeśli jesteś wdzięczny, za to, co masz, dostajesz więcej. Jestem o wiele bardziej pozytywnie nastawiona i nie mówię, że nie miałam gorszych  momentów - ale szybko sobie z nimi radziłam, wierząc, że za chwilę będzie lepiej. I wiedząc, że 99% dalszego ciągu sytuacji zależy po prostu od mojego nastawienia.

Wciąż też staram się stosować zasadę "uśmiech zamiast złości" i być bardziej wyrozumiała dla ludzi. Bywa trudno, zwłaszcza z tym drugim, ale oszczędza mi to naprawdę wiele nerwów. Też warto! :-)

Na blogu w tym czasie pojawiły się dwa teksty:



A u Was co dobrego? Piszcie :-)


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.