O czym marzysz?

O czym marzysz?


Marzenia kojarzą mi się z czymś pięknym, przyjemnym i ulotnym. Samo to słowo ma w sobie coś niesamowicie pozytywnego - no bo końcu czy można marzyć o czymś złym i nieprzyjemnym? Mnie się jeszcze nie zdarzyło. Marzenia dla mnie to radosne czekanie na coś, o czym wiem, że się wydarzy. Szczęście - które towarzyszy mi już w trakcie tego oczekiwania, oraz kiedy się już doczekam. Spełnienie. Jest w nich coś magicznego, czego nie umiem wyrazić słowami.

Jest wiele rzeczy, o których marzę. Podzieliłabym te pragnienia na osobiste, samorozwojowe oraz materialne. Gdy, zgodnie z Wyzwaniem Minimalistki spisałam swoją listę marzeń, udało mi się je podzielić na te trzy grupy. Pierwsza jest tajna :-) Marzenia w sferze rozwoju to wszelkie kwestie typu Chcę założyć własną firmę, Chcę dobrze rozwinąć swój biznes, Chcę nauczyć się czegoś nowego (na przykład zrobić prawo jazdy na motor, albo nauczyć się języka html), Chcę doszlifować mój niemiecki... To także kwestie dotyczące pracy nad charakterem. Ogólnie, wszystko to, co sprawi, że zdobędę nowe umiejętności i stanę się lepszym człowiekiem. Materialne marzenia - no wiadomo. Mieszkanie, samochód. Rzeczy w tym stylu. I mam gdzieś z tyłu głowy poczucie, że może nie wypada się chwalić takimi pragnieniami, bo zostanę uznana za materialistkę... No nie, właśnie, że będę mówić wprost, że tak, takie marzenia też mam. I każdy ma. Ważne, żebym nie oczekiwała, że te rzeczy spadną mi z nieba. Zamierzam na nie po prostu zapracować :-)

Kiedy myślę o marzeniach, czuję wielką nadzieję. I wielkiego motywacyjnego kopa, żeby wstać i już, teraz, zaraz zacząć coś robić, żeby te marzenia zacząć spełniać. One mnie uskrzydlają. W sumie, miałam tak zawsze. Nawet kiedy wierzyłam w siebie o wiele mniej niż teraz. Muszę jednak przyznać, że niektóre pragnienia wtedy bardzo konsekwentnie odrzucałam. Na przykład to dotyczące własnej firmy. No bo przecież to za dużo roboty, ja za leniwa jestem, nie chce mi się, łatwiej pracować na etacie i po 8 godzinach mieć wszystko w nosie... No łatwiej. Ale wpływu na wysokość zarobków nie masz. Możesz poprosić o podwyżkę, ale nie ma gwarancji, że ją dostaniesz. Na to, czy utrzymasz pracę - również. I na dodatek ktoś mówi ci, co masz robić. I jak.

Sporo się we mnie zmieniło, jeśli chodzi o wiarę w siebie. I to jest mój główny motor napędowy. Zaraz po poczuciu, że własna firma jest moim przeznaczeniem, i to przeznaczenie będzie mnie uparcie gonić, dopóki nie zacznę działać w tym kierunku. I mogę sobie wyszukiwać coraz to fajniejsze i lepiej płatne etaty (no bo fakt, że widzę, że się rozwijam w tym kierunku), ale nie uda mi się ich utrzymać, bo po prostu mam inne zadanie do wykonania. I te etaty są na pewno dobre. Ale to co dobre, bywa wrogiem najlepszego.

Na pewno warto sobie konkretnie ułożyć w głowie, o czym marzysz. Ot, tak, żeby wiedzieć do czego będziesz dążyć. Żeby ustalić swoje cele i to, ile czasu sobie dajesz na ich realizację. Wtedy nie błądzisz jak dziecko we mgle, tylko cały czas uparcie idziesz do tego, co sobie wyznaczyłeś. Nawet jak upadniesz - wstajesz, otrzepujesz się, idziesz dalej. Nie poddajesz się. Bo cały czas widzisz cel. A jak się robi naprawdę ciężko - to znaczy, że już jesteś tuż przed szczytem tej góry. I jeszcze chwila, wytrzymaj jeszcze trochę, bo za chwilę dostaniesz nagrodę :-) Ważne, żeby mieć w życiu szerszą perspektywę. Nie żyć z dnia na dzień, bo wtedy będziesz się załamywać zwykłymi, codziennymi porażkami. Dopiero, gdy masz większy, odległy cel, walczysz, aż go osiągniesz. Nie martwisz się tym, że dziś coś nie wyszło, bo wiesz, że jutro spróbujesz znowu i będziesz tak próbować do skutku, aż się uda :-)




Dobrze też by było sobie spisać taką listę marzeń. Wtedy zawsze w gorszej chwili, gdy będzie ci brakować chęci i motywacji, będziesz mógł do niej zajrzeć i przypomnieć sobie, po co to wszystko robisz. I dlaczego nie poddasz się w tej chwili. A im bardziej obrazowo to wyrazisz, tym lepiej. To twoja lista, więc możesz z nią zrobić, co chcesz: zilustrować własnymi rysunkami, wkleić zdjęcia... Ona ma cię inspirować, żebyś ciągle walczył o to, o czym marzysz. Do skutku. Bo marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

A wy o czym marzycie? Podzielcie się w komentarzach pod wpisem i na Facebooku :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Przegląd tygodnia 20-26 lipca

Przegląd tygodnia 20-26 lipca


Ten tydzień to ciąg dalszy relaksowania się, któremu towarzyszył również o wiele większy spokój - bo już w poniedziałek się dowiedziałam, że mam pewny wyjazd do pracy do Niemiec. Odmówiłam również wyjazdu na podobne zlecenie z konkurencyjnej firmy - które traktowałam rezerwowo, bo zaproponowano mi gorsze warunki finansowe. I zostałam ochrzaniona, że przecież nie przyjmuje się dwóch zleceń naraz... No przyjęłam, bo nie wiedziałam, które się uda. Musiałam się zabezpieczyć. A to, że ja przyjęłam, to i tak jeszcze nic nie znaczyło, bo dopiero w tym momencie moją aplikację przekazywano niemieckiemu pracodawcy. A on mógł jej nie zaakceptować. I wtedy nagle, gdy się okazało, że przyjął, dowiedziałam się również, że miałabym jednak zarabiać o kilkaset Euro więcej niż pierwotnie mi zapowiedziano... Było powiedzieć wcześniej, to bym się na tę ofertę zdecydowała ;-) Ale swoją drogą rozbawiło mnie, jadę do pracy, w której zasadniczo doświadczenia nie mam (powiedziałabym, że malutkie, wręcz śladowe), a tu się tak firmy o mnie zabijają. Budujące :-)

Dalej nie umiem się przestawić na tryb wstawania po ośmiu godzinach, jak kiedyś. Śpię z przerwami po 9-10 godzin. Tak, jakby organizm nadrabiał za ten rok, kiedy autentycznie nie byłam w stanie spać dłużej. Mam też inną teorię.  Wydaje mi się też, że mój sen w trakcie tych upałów jest gorszy, bardziej płytki i może dlatego trwa dłużej.


Poza tym poświęciłam sporo czasu na pisanie. Przede wszystkim bloga. W kolejce czeka już kilka postów do publikacji :-) Miałam sporo pomysłów, więc pisałam bez wytchnienia. Do tego trochę dopracowałam szablon, żeby lepiej wyglądał i działał. Poza tym zniecierpliwiłam się już oczekiwaniem na weryfikację na Supertreść.pl i napisałam do nich maila w tej sprawie. Mój tekst przykładowy został zaakceptowany jakieś 10 minut później :-) Niestety, póki co jestem mocno zawiedziona tym portalem, bo ilekroć tam zaglądam, nie ma żadnych zleceń. Ta platforma to żyje jeszcze, wie ktoś coś? Na Giełdzie Tekstów również cisza, moje artykuły wiszą i nic z tego nie wynika. Zmniejszyłam nieco ich ceny, minęły od tej pory dwa dni i jeszcze nie zostały przyjęte, tak więc nie wiem, czy niższe ceny cokolwiek zmienią. Jednak czekam dalej. I do nich też napiszę maila. Kolejnego, bo jeden już był i jak dotąd, pozostał bez odpowiedzi.

Odkryłam również nowego bloga, którego styl bardzo mi się podoba. Ale przede wszystkim Justyna Ignaczak urzekła mnie postem, w którym udostępnia do wydruku za darmo zakładki do książek z postaciami z Gry o Tron. Cudowne, od razu wydrukowałam, wycięłam i skleiłam, z zamiarem podarowania mojemu mężczyźnie. A i sobie zostawię, na zachętę :-)

Z drugiej strony, zachęty chyba nie potrzebuję. Na drogę dostałam Truciznę Andrzeja Pilipiuka, czyli zbiór opowiadań o Jakubie Wędrowyczu. Do tej pory przeczytałam tylko jedno, Wybory i już wiedziałam, że będę kontynuować. W drodze miałam sporo czasu, większość książki dosłownie pochłonęłam, a w tym tygodniu postanowiłam ją dokończyć. Słyszałam trochę negatywnych opinii, że ten zbiór opowiadań to już nie jest to samo, co na początku. Trudno mi się wypowiedzieć, skoro sama zaczęłam od tego tomu :-) Na pewno warto przeczytać, jeśli ktoś oczekuje lekko napisanej, pełnej humoru fantastyki. To zdecydowanie jedna z lepszych książek, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ręce.

Końcówka tygodnia minęła mi na gorączkowym wydzwanianiu po dwa razy dziennie do Wydziału Komunikacji. Dzwoniłam rano - kazali się odezwać po południu. Dzwoniłam po południu - kazali dzwonić nazajutrz rano. W piątek była największa nerwówka. Rano mojego prawa jazdy jeszcze nie było, ale w południe, gdy zadzwoniłam, słychać było, że dość długo szukają i wreszcie usłyszałam to długo oczekiwane "Jest już do odbioru". Co to była za radość :-)

Przez tyle lat chciałam mieć prawko, ale "jakoś tak" go nie robiłam. Teraz się wreszcie za to wzięłam, zmotywowana przez mojego wspaniałego mężczyznę i oto po wielu perypetiach jestem dumną babą za kółkiem :-D Naprawdę, cieszy mnie to niesamowicie, bo mimo mojego zwlekania przez cały czas uważałam, że kobieta powinna mieć prawo jazdy. I nie jako jeden z wielu dokumentów w portfelu, ale jako coś, z czego stara się naprawdę korzystać, gdy tylko ma taką okazję. W dzisiejszych czasach jest to coś niezbędnego. Pisała o tym Lifemanagerka i podpisuję się pod tym obiema rękami, i zgadzam w pełnej rozciągłości :-)

Ja tylko dodam od siebie, że posiadanie prawa jazdy w moim odczuciu sprawia, że jestem bardziej wartościowym człowiekiem i pracownikiem. I że strasznym błędem jest dla mnie, kiedy ktoś (a najczęściej dotyczy to kobiet właśnie) robi prawko, a potem w ogóle, ale to w ogóle z niego nie korzysta. I jak już kiedyś musi po latach wsiąść do auta, to ma potężny problem. To wyrzucone pieniądze. Robisz po to, żeby korzystać. A jeździsz po to, żeby się stać dobrym kierowcą. Bo nie czarujmy się, zaraz po zdaniu egzaminu na pewno nim się nie jest :-) Ale z czasem, jeśli się jeździ po różnych miejscach, nabiera się cennego doświadczenia :-)





Skoro w piątek odebrałam prawo jazdy, w sobotę już jeździłam. Co prawda, przypadła mi mało wdzięczna rola imprezowego kierowcy (czyli użeranie się z pijanymi, a potem znajdowanie przez kolejne dni w aucie puszek i butelek), ale był to dla mnie niesamowicie przydatny test. Jednej nocy zrobiłam około 70 kilometrów, w tym drugą połowę samodzielnie, nocą, w nieznanym terenie, licząc tylko na siebie i nawigację w telefonie (bo odwożeni pasażerowie słodko sobie spali :-)). Na początku byłam strasznie zestresowana, później i tak przez cały czas towarzyszyła mi lekka adrenalina, ale przy jeździe nocą to było akurat całkiem przydatne, bo byłam czujna i nie chciało mi się spać :-) Tak się wczułam w tę rolę, że po powrocie, gdy już koło 5 rano się położyłam spać, nie byłam w stanie przespać więcej niż pięć godzin z przerwami, bo ciągle mi się śniło, że dalej prowadzę. I o ile lubię jazdę samochodem, to jednak wolałabym, żeby mi się nie śniła ;-)

W niedzielę też jeszcze miałam okazję pojeździć, ale było to już może jakieś 10 kilometrów. Można powiedzieć, że po tym weekendzie mam zrobione swoje pierwsze 80 km i jestem z siebie dumna, że mi tak dobrze poszło. I że stres mnie nie pokonał, tylko to ja zwyciężyłam stres. I to poczucie dumy pewnie jeszcze długo mi będzie towarzyszyć :-)

W tym tygodniu praktycznie w ogóle nie korzystałam z aparatu, stąd też bardzo mi się przydał Bank Zdjęć, który można znaleźć na blogu Jest Rudo. Bloga odkryłam kilka dni temu i nie mogę się oderwać. Zdjęć mogłam użyć bez podawania źródła, jednak chciałam, żebyście wiedzieli, kto wykonuje tak piękne, klimatyczne fotografie :-)



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Jak się przygotować do wyjazdu do pracy za granicę?

Jak się przygotować do wyjazdu do pracy za granicę?


Mój poprzedni post Jak sobie poradzić za granicą w kryzysowej sytuacji? wywołał temat kolejnego poradnika. Na wyjazd można się przygotować wcześniej, tak, żeby uniknąć późniejszych problemów, albo przynajmniej lepiej sobie z nimi poradzić, jeśli już jednak wynikną. Skupiam się tutaj głównie na kwestii wyjazdu do pracy i zapewnienia sobie bezpieczeństwa.

Sprawdź dane

Sprawdź dokładnie dane w ogłoszeniu do pracy, do której chcesz jechać. Jeśli cokolwiek się nie zgadza - naprawdę, COKOLWIEK, typu: e-mail nie działa, lub jest podany kontakt do Marka, a pod danym numerem zgłasza się Paweł, traktuj podejrzliwie tę ofertę i najlepiej nie decyduj się na wyjazd. Tego typu niedociągnięcia to może być oznaka bałaganu w firmie, albo nieudolnej próby kłamstwa. Lepiej uważać.

Sprawdź miejsce

Poszukaj na mapach Google miejscowości, do której jedziesz, ulicy, na której będziesz pracować i na której zamieszkasz. Zobacz, co jest w pobliżu. Bardzo dobrym pomysłem jest też wydrukowanie tej mapki i oznaczenie sobie strategicznych punktów: komisariaty policji, dworce...

Sprawdź i zapisz sobie adres i telefon najbliższej placówki konsularnej

Znajdziesz je na stronie MSZ. Sprawdź tam też telefon alarmowy do konsula dyżurnego - dostępny po godzinach urzędowania, czyli nocą, w soboty, niedziele i święta.

Znajdziesz tam również przydatną aplikację iPolak. Sama jeszcze z niej nie korzystałam, ale słyszałam same dobre opinie, dlatego też wkrótce ją sprawdzę i napiszę recenzję :-)

Zostaw kontakt

Po pierwsze: zdobądź wszelkie możliwe dane kontaktowe do miejsca, gdzie jedziesz: imiona i nazwiska ludzi, dokładne adresy, nazwę firmy, numery telefonu, kontakty Skype, Facebook, e-mail. Wszystko, co tylko możesz. I zostaw to komuś zaufanemu w Polsce: drugiej połówce, rodzicom. Oczywiście także zostaw numery telefonu do siebie. Jeśli na miejscu będziesz kupować lokalny numer, gdy tylko go już aktywujesz, odezwij się do bliskich w Polsce, żeby go też mieli.

Po drugie, zostaw również skany lub ksero dowodu osobistego, paszportu, umowy, którą masz od zagranicznego pracodawcy. Oryginały miej ze sobą i trzymaj je przy sobie. Na wszelki wypadek możesz też w inne miejsce schować kserówki wyżej wymienionych dokumentów.

Ustal hasło

Ustal z bliskimi hasło bezpieczeństwa, którego będziesz mógł użyć, jeśli na miejscu coś będzie nie tak, a nie będziesz mógł powiedzieć wprost w trakcie rozmowy. To może być cokolwiek, najlepiej jednak krótkie, ale pełne zdanie. Na przykład pozdrowienia dla kogoś, kto nie istnieje, typu Pozdrów Marcina. Na pewno coś jednoznacznego, czego nie powiesz w normalnej rozmowie. Dlatego wasze typowe powiedzonka odpadają :-)

Miej naładowany telefon

To podstawa. Naładuj go do pełna przed wyjazdem i pilnuj, żeby się nie rozładował w trakcie drogi. Oczywiście weź ze sobą ładowarkę (a jeśli jedziesz do Anglii, gdzie są inne gniazdka elektryczne - o czym pisałam tutaj, kup wcześniej w Polsce przejściówkę). Jeśli jesteś posiadaczem smartfona, wiesz dobrze, jak szybko tego typu telefony się rozładowują, dlatego oszczędzaj baterię. Korzystaj z niego tylko do kontaktu z bliskimi. Na drogę lepiej wziąć sobie po prostu książkę do poczytania, zamiast siedzieć na Facebooku :-)

Ewentualnie możesz zainwestować w zapasowy, prosty telefon, w którym bateria wolno się rozładowuje. Albo zapasową baterię do swojego telefonu (pamiętaj o naładowaniu jej do pełna przed wyjazdem).

Ja mogę od siebie też polecić tzw. PowerBanka, czyli przenośny akumulator. Można go podłączyć pod komputer, gniazdko elektryczne lub zapalniczkę, naładować do pełna, a w kryzysowej sytuacji naładować z niego smartfona. Poza tym, jeśli jedziesz autokarem i masz możliwość podłączenia telefonu u kierowcy w gniazdku zapalniczki, znacznie bezpieczniej jest zostawić tam PowerBanka niż własny telefon :-)




Wyślij lokalizację

Większość aplikacji na smartfony (jak na przykład Messenger czy też Viber) pozwala na wysyłanie wiadomości z lokalizacją. Trzeba tylko mieć włączony moduł GPS i połączenie internetowe. Gdy tylko dojedziesz na miejsce, gdzie będziesz spać, wyślij bliskim swoją lokalizację. Fakt, GPS potrafi się machnąć o kilkaset metrów, ale mimo wszystko jest to świetne zabezpieczenie.

Melduj się

W drodze także się odzywaj i wyślij raz na kilka godzin informację, gdzie jesteś.

Dokumenty i telefon miej zawsze przy sobie

Nie zostawiaj paszportu i dowodu osobistego, oraz umowy. Absolutnie nie trzymaj ich w bagażu. Miej je zawsze, absolutnie zawsze przy sobie. Nieważne, że umowa może się pognieść w kieszeni.

Ustal godziny kontaktu

Ważne jest, żeby mieć odgórnie ustalone z bliskimi godziny, w których będziesz się z nimi kontaktować. Na przykład, piszesz rano ok. godz. 10 smsa i wieczorem o 20 dzwonisz przez Skype. I trzymaj się tych godzin. To dodatkowe zabezpieczenie: jeśli nie odezwiesz się na przykład rano, twoi bliscy od razu będą wiedzieć, że coś jest nie tak.

Bez umowy nie jedź

Nie jedź tam, gdzie nie są w stanie dać ci umowy. Pytaj od razu i jeśli widzisz, że jest to dla rozmówcy niewygodne pytanie, odpuść taką pracę.

Niektórzy oszczędzają miesiącami, by móc spontanicznie wyjechać za granicę i dopiero tam na miejscu szukać zatrudnienia. Niektórym się udaje, wydaje mi się to jednak zbyt ryzykownym rozwiązaniem, zwłaszcza na pierwszy wyjazd.

Nie zgadzaj się na nielegalne stawki

Nie jedź tam, gdzie dostajesz propozycję pracy za pół darmo. W Anglii są to stawki poniżej 6,50 funta za godzinę. Wyjątkiem są tutaj au pair, ponieważ zasadniczo nie jest to praca, tylko wyjazd językowy, na którym otrzymuje się kieszonkowe. Można spotkać prywatne ogłoszenia, gdzie ludzie szukają au pair, jednak w takim przypadku radziłabym szukać takiego wyjazdu przez sprawdzoną polską agencję pracy. To o wiele bezpieczniejsze. Osoby prywatne, które nie chcą szukać kandydatek przez agencje, najwyraźniej mają coś do ukrycia.

Porozmawiaj przez Skype przed wyjazdem

To bardzo ważne, żeby poznać przyszłego pracodawcę w ten sposób. Zwykle porządne firmy same w ten sposób przeprowadzają rekrutację. Porozmawiaj więc przez Skype, z włączoną kamerą. Niech oni zobaczą ciebie, a ty ich. Przyjrzyj się dokładnie rozmówcy, oraz jego otoczeniu. Czy miejsce i rozmówca nie wyglądają podejrzanie? Jak się do ciebie odnosi pracodawca?

Zaufaj intuicji

Jeśli tylko w trakcie kontaktów z przyszłym pracodawcą czujesz, że coś jest nie tak, że kłamie, lub też po prostu zachowuje się dziwnie, odpuść wyjazd. Ja na przykład w przypadku rodzinki, do której wyjechałam, miałam wrażenie, że ojciec jest strasznym cwaniakiem. Mój chłopak również tak to odebrał. Niby nic takiego, ale gość wkurzał mnie od samego początku i to już na Skypie. Moim ogromnym błędem było, że pojechałam, czując, że nie zagrało i że się będę męczyć w takim towarzystwie. Potem zresztą się okazało, że faktycznie koleś był typem nieprzyjemnego, przemądrzałego cwaniaka, któremu wiecznie coś nie pasowało i od razu robił o to afery.

Miej zapas pieniędzy

Przed wyjazdem uzbieraj zapas pieniędzy. Weź pod uwagę to, że coś może nie wyjść i będziesz potrzebował pieniędzy na przeżycie, nocleg.

Pamiętaj także o tym, że sytuacja może cię zmusić do powrotu, dlatego musisz też mieć za co kupić bilet powrotny. Linie autokarowe często oferują taką opcję, jak bilet OPEN, czyli taki, w którym datę powrotu możesz ustalić na dowolny termin. To może być dobry pomysł.

Jeśli jedziesz do pracy przez agencję, często masz o tyle łatwiej, że oni płacą za twój dojazd w obie strony, albo zwracają ci pieniądze za bilet wraz z pierwszą wypłatą. Na wszelki wypadek miej jednak oszczędności na powrót. Dzięki temu będziesz spokojniejszy :-)

Nie jedź do Polaków do pracy

Wybaczcie, ale w większości przypadków to się nie może sprawdzić. Na portalu, na którym znalazłam swoje ogłoszenie, widziałam ostatnio masę innych ofert opieki nad dziećmi z nielegalnymi stawkami. Typu: 9 godzin dziennie od poniedziałku do piątku za 80 funtów tygodniowo... To nie praca, tylko usługi au pair. Jeśli kogoś nie stać na legalne stawki dla opiekunki, niech szuka przez agencję młodej au pair, albo zajmuje się dziećmi sam. Te oferty oczywiście zgłosiłam administracji, wraz z zastrzeżeniem, że nie powinni publikować ogłoszeń z tak zaniżonymi stawkami.

Nie jestem też niestety pierwszą osobą, która została oszukana przez rodaków za granicą.

Moim zdaniem, jedyna akceptowalna metoda współpracy z Polakami, to organizowanie wyjazdu do pracy przez polską agencję. Przynajmniej tego pierwszego. Pamiętajmy jednak, żeby najpierw dokładnie sprawdzić opinie innych pracowników.



To wszystkie z moich pomysłów na zabezpieczenie się przed wyjazdem do pracy za granicę. Polecam również zapoznanie się z tym poradnikiem. Widzę, że nasze zalecenia się pokrywają - jakkolwiek swój własny pisałam z głowy, a na ten trafiłam, szukając odpowiedniego zdjęcia do wpisu :-) A może macie jeszcze jakieś inne pomysły? Zapraszam do dzielenia się waszymi własnymi spostrzeżeniami i sposobami, a także do obserwowania na Facebooku i Bloglovin' :-)

Photobucket Photobucket Photobucket


(zdjęcia: http://www.bezpiecznapraca.eu/przygotowania
http://zyjwiecej.pl/tag/praca-za-granica/)
Jak sobie poradzić za granicą w kryzysowej sytuacji?

Jak sobie poradzić za granicą w kryzysowej sytuacji?

Rzecz opieram na swojej historii, którą opisałam już w skrócie tutaj. Gorączkowe poszukiwanie pomocy, gdy byłam nocą, sama, w obcym mieście i kraju, z 50 funtami w kieszeni, pokazało mi, co człowiek może, jeśli tylko się nie podda. Podaję kontakt do placówek i instytucji w Anglii, gdyż to tam się znalazłam w tak beznadziejnej sytuacji. Myślę jednak, że moje rady można zastosować w każdym innym cywilizowanym kraju :-)

Zatem: jest noc. Policja właśnie wywiozła mnie z domu po awanturze, którą wywołał po pijaku ojciec rodziny, u której pracowałam. Mam przy sobie 50 funtów, które zostały mi wypłacone tylko dzięki interwencji funkcjonariuszy. Mam też na szczęście cały swój bagaż, telefon, dokumenty... Policjanci powiedzieli, że nie mogą zostawić mnie gdziekolwiek - na ulicy, czy też na dworcu. Muszą mnie dostarczyć w jakieś bezpieczne miejsce, jak np. hotel. Obiecali znaleźć jakiś tani, za ok. 20 funtów.

jak poradzić sobie za granicą

Szczęście

Nie można nazwać inaczej sytuacji, w której trafiam do hotelu, gdzie na recepcji pracuje młody Polak. Zgodził się, żebym została z nim na recepcji, jeśli niekoniecznie mam za co wynająć pokój. Dostałam herbatę, coś do zjedzenia. Mogłam podładować telefon. Mogłam skorzystać z Wi-Fi i skontaktować się z bliskimi. I przede wszystkim spędzić noc w cieple i w bezpiecznym miejscu.

Owszem, potrzebujesz na pewno trochę szczęścia. Jednak to nie wszystko. Zapewniam cię: tylko twoje racjonalne działanie może cokolwiek w tej chwili zmienić.

Skontaktuj się z bliskimi w Polsce

Gdy tylko widzisz, że coś jest nie tak i za chwilę zostaniesz bez pracy i dachu nad głową w obcym kraju, lub gdy już to się stało - od razu skontaktuj się z rodziną i przyjaciółmi. Z wszystkimi zaufanymi osobami. Bardzo ważne jest, żeby na taki wyjazd mieć doładowane konto w telefonie, żeby nawet w kryzysowej sytuacji, nie mając dostępu do internetu, móc się skontaktować z najbliższymi i poinformować ich o wszystkim.

Ja miałam doładowane konto, oraz Paczkę roaming Internet UE 100 MB w Play, który wykupiłam jeszcze przed wyjazdem. 100 MB do doraźnego kontaktu przez komunikatory lub bramkę sms spokojnie wystarczy.

Po pierwsze twoi bliscy muszą wiedzieć, że coś u ciebie jest nie tak. Może wtedy będą w stanie ci jakoś pomóc, poszukać instytucji, które mogłyby ci pomóc lub po prostu przelać jakieś pieniądze na konto, za które będziesz mógł przeżyć, lub wrócić do Polski. Zresztą, pożyczenie od rodziny lub znajomych pieniędzy na bilet to jest pierwsza rzecz, jaką doradzi ci konsul, gdy się z nim skontaktujesz. Ale o tym, co może zrobić konsulat, piszę na samym końcu postu.

Szukaj Polaków

Ja miałam szczęście, że Polak sam się trafił. W innym przypadku dobrze jest ich poszukać. Są miejsca, w których polskich emigrantów jest naprawdę wiele, jak np. Londyn, czy też Birmingham. Są polskie sklepy, polskie solaria, polskie kościoły. Im więcej osób dowie się, co ci się stało, tym większa szansa, że ktoś zna kogoś... i uzyskasz pomoc. Jakkolwiek nie opowiadaj każdemu, jak leci, że masz taki problem, bo możesz wpakować się w gorsze tarapaty (zostać okradziony, porwany).

Warto na pewno też porozmawiać z mieszkańcami danego kraju - jakkolwiek tu radzę ostrożność i zwracanie się raczej do znanych instytucji. No i lepiej innym imigrantom nie mówić - oprócz swoich rodaków. Wobec obcych osób zachowaj zasadę ograniczonego zaufania, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji.

Szukaj miejsc z wifi

I z gniazdkami elekrycznymi. To na pewno wszelkie McDonalds, KFC, Costa Coffee, hotele, biblioteki publiczne. W miastach w centrum sygnał bezprzewodowego internetu można złapać w wielu miejscach. W Londynie jest to możliwe np. w budkach telefonicznych.

Z gniazdkami bywa gorzej w plenerze, ale we wszelkich lokalach i kawiarniach nie będzie z nimi problemu. Ewentualnie można je też znaleźć na dworcach. Czasami trzeba poszukać ich w łazience - jakkolwiek w Anglii bywa z tym problem. Brytyjczycy nie lubią tam elektryczności.

Dobrym rozwiązaniem jest też zaopatrzenie się przed podróżą w przenośny akumulator, tzw. PowerBank. To takie niewielkie urządzenie, które ładujemy podłączone do gniazdka lub USB komputera, ono przechowuje tę energię, i w kryzysowej sytuacji pozwala nam naładować baterię telefonu. Ja mam taki i jestem z niego megazadowolona. Spokojnie wystarcza na jedno pełne naładowanie smartfona.

Szukaj noclegu

Chodzi o jakiekolwiek bezpieczne miejsce. Pod mostem, ani na dworcu wcale nie znaczy bezpiecznie. Jeśli masz pieniądze, to hotel wchodzi w grę. Jeśli nie, warto liczyć na rodaków, albo po prostu na szczęście. I szukać.

Szukaj powrotu do kraju

Jeśli nie znajdziesz noclegu, szukaj pilnie powrotu do kraju. Świetne tutaj są portale typu BlaBlaCar, bo codziennie na nich znajdziesz masę ogłoszeń. Ludzie oferują wspólny przejazd z ogromnej liczby miejscowości do Polski, i to na dodatek w znacznie niższej cenie, niż bilet autokarowy, lub na samolot.

Warto też poszukać lokalnych polonijnych portali ogłoszeniowych. Ja swój przejazd znalazłam właśnie tam, na pół godziny przed odjazdem.

Jest jeszcze opcja taka, jak bilet kredytowy do kraju. Powrót opłaca nam konsulat RP. W przypadku Anglii wygląda to tak, że musimy dojechać jakoś do Londynu, do siedziby Konsulatu. Tam podpisujemy z nimi umowę, że oni wykupią nam bilet do Polski, a my w ciągu 30 dni zwrócimy im poniesione przez nich koszty.

Należy jeszcze brać pod uwagę to, że Konsulat nie pomoże nam w weekend. Będziemy musieli jakoś przeczekać do poniedziałku. Zarezerwują nam najbliższy MOŻLIWY termin powrotu - co oznacza, że możemy czekać kilka dni. Żadnego noclegu nie są w stanie nam zapewnić.

Szukaj innej pracy

Jeśli znalazłeś nocleg i możesz tam spędzić kilka dni, aktywnie szukaj pracy. Cokolwiek, gdziekolwiek. Choćby zmywanie garów w barze, byle tylko coś zarobić i móc się odbić od dna. Byle tylko mieć co jeść.

Najlepiej tutaj poszukać w hotelach, bo często np. praca pokojówki jest z zakwaterowaniem i wyżywieniem. Ewentualnie ogłoś się w języku danego kraju na lokalnych portalach ogłoszeniowych, że podejmiesz się opieki nad dzieckiem lub osobą starszą. Szukaj pracy wszędzie.

Nie poddawaj się

Jesteś w złej sytuacji, owszem. Ale nie możesz się poddać, bo to nic nie zmieni. Tylko jeśli będziesz działał, chodził, szukał, prosił o pomoc, masz szansę, że coś się zmieni. Czasami nawet nie zauważysz, kiedy już będziesz mieć pracę lub znajdziesz się w drodze do kraju.

Skontaktuj się z Konsulatem RP

Nie poddawaj się nawet, jeśli skontaktujesz się z Konsulatem i przekonasz, że oni nie są za bardzo w stanie pomóc. Bo mniej więcej coś takiego usłyszysz: żeby pożyczyć pieniądze na powrót od rodziny lub znajomych, lub jakoś dojechać do siedziby Konsula, i wtedy załatwisz kwestię powrotu na kredyt. Oni nie są w stanie zorganizować ci pobytu na miejscu w danym kraju, noclegu, ani pracy.

Dziwi mnie to, bo w czasach, gdy tak wielu ludzi emigruje, Polska powinna być lepiej przygotowana na pomoc dla tych, którym coś nie wyszło. Choć z drugiej strony pewnie wszystko się rozbija o kwestię tego, że sporo osób by mogło próbować oszukiwać, żeby na przykład sobie za darmo wrócić do kraju.




Ważne adresy i telefony

Mimo wszystko podaję jednak dane do Konsulatu RP w Londynie:

Ambasada RP w Londynie


47 Portland Place

Londyn W1B 1JH

Tel: + 44 (0) 207 2913 520

Fax: + 44 (0) 207 2913 575

Telefon alarmowy :
(+44) 7939594278.
Telefon alarmowy do konsula dyżurnego. Funkcjonuje wyłącznie po godzinach pracy urzędu i w dni wolne od pracy, tj. weekendy, święta oraz tzw. bank holidays.



Telefon alarmowy w Wielkiej Brytanii:
112
Tak, jak w Polsce - numer bezpłatny, dostępny dla telefonów stacjonarnych i komórek. Po wybraniu zgłasza się operator, któremu musimy powiedzieć, z kim chcemy się połączyć: z pogotowiem, policją czy też strażą pożarną.



Dla osób niesłyszących:

18000 - wiadomość tekstowa pilna

18001 - wiadomość tekstowa nie pilna



Fundacje:

W przypadku problemów z pracą (nielegalna praca, nielegalnie niskie stawki - w UK jest to poniżej 6,50 funta/godz.) można próbować szukać pomocy w polskiej Fundacji La Strada.

La Strada - Fundacja Przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu
skrytka pocztowa nr 5
PL 00 - 956 Warszawa 10

Telefon zaufania: (+48) 22 628 99 99 (pomoc, porady)

od poniedziałku do czwartku w godzinach 9 - 19
piątek 9 - 14


W Anglii działa również lokalna fundacja, Hope for Justice, która również pomaga w przypadkach niewolnictwa i nielegalnej pracy.

Hope for Justice
P.O. BOX 299,
ManchesterM22 2BQ
Telefon: (+44) 0845 519 7402
info@hopeforjustice.org
Od poniedziałku do piątku 9:00-17:30 (BST)

Warto też spróbować się skontaktować z Czerwonym Krzyżem:
British Red Cross
UK Office
44 Moorfields
London EC2Y 9AL

Telefony:
Tel.: 0844 871 11 11
Dla zagranicznych numerów: + 44 2071 3879 00 
Fax: 020 7562 2000
Dla wiadomości sms: (+44) 020 7562 2050 



I jeszcze raz, bo to naprawdę najważniejsze: przede wszystkim się nie poddawaj. Poradzisz sobie w tej sytuacji i wszystko się ułoży, szybciej niż myślisz :-)
Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

(zdjęcia: http://www.ubezpieczenie-za-granica.pl/ubezpieczenie_na_wyjazd.html
http://www.polskieradio.pl/42/3306/Artykul/1157066,Ubezpieczenia-turystyczne-trzeba-dopasowac-%E2%80%93-najtansze-moga-sie-nie-oplacac)
Przegląd tygodnia 13-19 lipca

Przegląd tygodnia 13-19 lipca


Ten tydzień mimo wszystko mogę uznać za bardzo relaksujący. W niedzielę wieczorem byłam już bezpiecznie w domu po moich angielskich przygodach (o których pisałam w ostatnim przeglądzie tygodnia), a w poniedziałek odsypiałam te przeżycia i podróże. I we wtorek ;-) W oba dni spałam po ponad dwanaście godzin na dobę. Mój absolutny rekord w ostatnim czasie. Przez regularny tryb życia i pracę 9-17 miałam ostatnio bardzo uregulowany rytm dobowy i nie spałam nigdy dłużej niż 7-8 godzin. Tym bardziej mnie dziwi, że przez cały ten tydzień śpię po dziesięć, a i tak wstaję niewyspana :-D Najwyraźniej tego mi jednak potrzeba. Zresztą, muszę korzystać, bo to już ostatni taki lajtowy tydzień.

Z drugiej strony aż tak lekko nie było, bo musiałam pilnie sobie zorganizować inny wyjazd do pracy. A to oznaczało stres, czy się uda, siedzenie godzinami przy kompie i wysyłanie dziesiątek zgłoszeń, formularzy, CV... Szukałam również czegoś tymczasowo w Polsce, żeby sobie zarobić na wyjazd. I powiem Wam, że o ile z naszych lokalnych ogłoszeń nie odezwał się do dziś jeszcze nikt, to z tych do pracy w Niemczech  polskie agencje potrafiły się odezwać nawet chwilę po wysłaniu przeze mnie zgłoszenia. I to jest niesamowicie budujące, gdy robisz coś i od razu widzisz efekt. I tak powinno też wyglądać szukanie pracy w Polsce....

Odkryłam też ostatnio na którymś z blogów serwis do sprzedaży tekstów - Textmarket. Stwierdziłam, że skoro mam ostatnio tak dużo pomysłów, warto by było zacząć znowu zarabiać na pisaniu. Portal był bardzo chwalony i chciałam się też tam zarejestrować. Niestety, już nie działa. Znalazłam za to jednak inną tego typu platformę - Giełda Tekstów. Zarejestrowałam się tam, napisałam kilka precli, zapleczy, i artykułów, no i czekam. Póki co, nic się nie dzieje, ale w sumie aż tak mi się nie spieszy. Jestem również zarejestrowana na polecanej przez Agnieszkę Skupieńską stronie Supertreść. Niestety, mojego pierwszego tekstu przykładowego nie przyjęli. Jakiś tydzień temu go zmieniłam i od tej pory cisza, widzę jedynie taką informację po zalogowaniu:

I to właśnie powód, dla którego przestało mi się spieszyć. Te wszystkie weryfikacje i moderacje trochę trwają, więc chyba nie pozostaje nic innego, jak tylko uzbroić się w cierpliwość. Choć akurat Giełda Tekstów działa całkiem sprawnie. W dni robocze tekst potrafi zostać zaakceptowany w ciągu kilku godzin.

Inną kwestią było też to, że skoro planuję jechać do Niemiec, koniecznie muszę przypomnieć sobie swój niemiecki. A to było coś, do czego zabierałam się jak pies do jeża. Owszem, już kilka razy odświeżałam umiejętności: zakładałam zeszyty do nauki, przeglądałam stare podręczniki, uczyłam się gramatyki, powtarzałam słówka na programie Anki i mobilnym AnkiDroid (swoją drogą, przefantastyczny program do nauki czegokolwiek, dzięki niemu bez problemu ogarnęłam teorię rachunkowości na zaliczenia w szkole), ale jednak ciągle czułam, że to nie jest ta sama swoboda, którą mam z językiem angielskim. A tu czekały mnie jeszcze rozmowy sprawdzające moje kwalifikacje językowe... Poprosiłam o dwa dni na przygotowanie, wspomogłam się materiałami zamieszczonymi na stronie firmy, z którą miałam mieć tę rozmowę, trochę też translatorem Google, opracowałam sobie, jakiego słownictwa potrzebuję i w końcu zadzwoniłam.

Zachęciła mnie bardzo rozmowa z inną agencją, którą przeprowadziłam tak"z biegu" (bo stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia) i okazało się, że bez większego problemu rozumiem, co do mnie mówią, i sama też jestem w stanie sporo powiedzieć. Po drugiej rozmowie również się dowiedziałam, że mój niemiecki jest w porządku, na poziomie komunikatywnym. To mnie bardzo podbudowuje, bo jednak nigdy nie wierzyłam w to, że ogarnę w ogóle ten język. Oczywiście, widzę cały czas swoje niedociągnięcia i czuję, że muszę się poprawić, ale na pewno jestem w dobrym miejscu, jak na start. Teraz wspomagam się głównie znalezionym u Lifemanagerki programem Duolingo. Przyjemny, lekki i naprawdę daje efekty. Można poćwiczyć nawet mówienie i choć troszkę się "otworzyć" w tej kwestii :-)





Trochę się obawiałam, że złapie mnie w końcu jakiś kryzys po całej tej sytuacji z Anglii. O dziwo jednak nie. Jakoś tak przeszłam nad tym do porządku dziennego i trochę traktuję tę sytuację jako niebyłą. Tak, jakby to był tylko zły sen. Nie boli mnie to, nie boję się niczego. Wracam wspomnieniami do tego wyjazdu, ale dlatego, że mam po nim sporo weny do pisania. Jak zresztą widać - ostatnio wszystkie posty były mniej lub bardziej powiązane z moim krótkim pobytem w Wielkiej Brytanii. Cały czas towarzyszy mi raczej uczucie, że sobie dobrze poradziłam, że mam jednak masę szczęścia w życiu i że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wyjazdu do Niemiec się nie boję, bo okazało się, że nawet z tak kryzysowej sytuacji w obcym miejscu potrafiłam wybrnąć. A pewność siebie to podstawa :-)

Pod koniec tygodnia za to było troszkę bardziej aktywnie. Gdy pracowałam, zwykle w weekend nie chciało mi się nigdzie wychodzić. Teraz, gdy cały tydzień spędziłam w domu przed komputerem, aż miałam ochotę gdzieś się wybrać. Tak oto w piątek pojechaliśmy na Ant-Mana. Być może sama się pokuszę o napisanie własnej recenzji, choć myślę, że ta zawarta w linku wyraża wszystko, co sama chciałabym napisać. Ot, lekki, przyjemny film, który nie zapada w pamięć. Jak ktoś oczekuje czegoś, co go poruszy, radzę jednak poczekać, aż się skończą wakacje ;-) W sobotę zaś była moja ulubiona rozrywka, czyli karaoke. Nie zawsze jestem zadowolona ze swojego śpiewu, ale mimo wszystko mam do tego sentyment. Kiedyś występowałam w zespole, śpiewałam i grałam, i do tej pory lubię sobie wyjść na scenę z mikrofonem. A na karaoke jest chociaż luźna atmosfera, zaśpiewać może każdy, kto tylko ma ochotę - niezależnie od umiejętności. I nikogo nie wygwizdają ;-)

Wczoraj zaś wybraliśmy się na mały spacer w pięknej okolicy. Pogoda sprzyjała do wieczora - później dopiero była dość potężna burza. Wtedy jednak już siedzieliśmy w domu i oglądaliśmy kabarety. Nasze największe odkrycie ostatnio to Kabaret Smile i ich skecze z Marilynem Mansonem i Bożenką (tutaj pierwszy skecz, z częściową improwizacją, a tutaj drugi). Obejrzałam w życiu chyba zbyt wiele kabaretów i zwykle, gdy oglądam coś w internecie, albo tv, w najlepszym razie się uśmiecham. Tu jednak kilka razy naprawdę porządnie się roześmiałam :-)

Teraz planuję jeszcze wykorzystać trochę czasu na napisanie kilku szkiców postów, i oddam się dalej relaksowi. W końcu został mi jeszcze tylko ten tydzień odpoczynku. Potem znowu wyjazd i do pracy, rodacy! ;-) Mimo wszystko cieszę się, bo ten wyjazd jest już konkretnie ustalony, od kiedy do kiedy i mam dzięki temu taki wewnętrzny spokój. Jadę z założeniem, że się postaram pracować najlepiej, jak tylko potrafię. A poza pracą będę liczyć kasę na koncie i dni do powrotu ;-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Do not cross this łańcuch czyli Polacy w Anglii

Do not cross this łańcuch czyli Polacy w Anglii


Na wstępie pragnę zastrzec, że mój obraz Polaków w Anglii powstał głównie na podstawie tej jednej rodziny, u której byłam. I ich znajomych. Z nimi spędziłam tam najwięcej czasu i już od samego początku widziałam ich wady. Czułam, że ten wyjazd nie będzie udany. No i nie był (o tym pisałam tutaj). Starałam się jednak być pozytywnie nastawiona i otwarta. Nie chcę obrażać wszystkich polskich imigrantów, dlatego też zastrzegam: mowa tutaj o konkretnym przypadku.

Już w autokarze zaczynałam sobie wyrabiać opinię, jak wygląda typowy Polak w UK. Kpiłam sobie potem troszkę, że to taki polski cwaniak, ogolony na łyso, w obcisłych kolorowych koszuleczkach, białych adidasach, ciemnych okularach i z kluczykami do jakiegoś BMW lub innej Audicy w ręku. Owszem, nie mogę tego powiedzieć o absolutnie wszystkich napotkanych po drodze Polakach-emigrantach, ale ten typ powtarzał się wyjątkowo często. Szanowny ojciec rodziny również się w niego wpisywał.

Potem moje wyobrażenie się rozwinęło. Doszłam jeszcze do wniosku, że jest to ktoś, kto ma się za niezwykle, ale to niezwykle mądrego. I uważa się za króla świata, któremu wszystko się należy... Porozumiewa się pretensjonalną mieszanką polskiego z angielskimi wtrętami. Pracuje w dwóch, albo trzech miejscach. Może i zaradny, ale życie osobiste ma zwykle w rozsypce, albo bardzo prowizorycznie ułożone. Jakieś dzieci nieślubne, jakiś tam niestabilny związek pt. Jesteśmy tu razem, bo jesteśmy, ale nie wiadomo, co dalej.

Tego typu tekstów nasłuchałam się głównie od matki dzieci, którymi się miałam opiekować. Jesteśmy, bo jesteśmy, mieszkamy razem, mamy dzieci, ale konta osobne, zarabia każde na siebie, i broń nas, Panie Boże, od ślubu, bo potem tylko problemy z rozwodem. Bo nie wiadomo, co dalej będzie. Zdziwił mnie taki tekst z ust kobiety, bo myślałam, że to my zwykle chcemy ceremonii i białej sukni. Wiem, są wyjątki. Ale tutaj wyczułam jakąś niepewność, niestabilność. Że coś jest nie tak. No i po trzech dniach już wiedziałam, co...

Nie wiadomo, co to będzie... Usłyszałam to też od niej wielokrotnie w odniesieniu do mojej sytuacji. Bo wyjechałam sama, a chłopak został w Polsce. To nie wiadomo. Twierdziła, że przecież tylu ciekawych facetów na emigracji. Spodoba ci się życie tutaj i zostaniesz, zwiążesz się z kimś tutaj... Bo tyle było dziewczyn, które przyjechały tu i zostawiły polskich chłopaków. Bo byli dobrzy, ale nie aż tak. Nie wiadomo, co to będzie. Irytowały mnie strasznie takie teksty. Bo przyjechałam z założeniem, że jestem tu na chwilę, bo chcę zarobić i zrobić ze swoim życiem coś, co zawsze chciałam. Bo spędzałam każdą wolną chwilę, pisząc z nim, albo rozmawiając na Skypie. Bo to nie jest tak, że życie leci sobie jakimś swoim torem i nie masz na nie żadnego wpływu. Nie można zwalać wszystkiego na los. Trzeba wielu starań, żeby związek przetrwał taką rozłąkę. A ja robiłam wszystko, co tylko mogłam, żeby moja relacja z nim nie ucierpiała. Przede wszystkim byłam w 100% szczera. Było mi ciężko, tęskniłam i wiedziałam, że chcę wrócić jak najszybciej. I wiedziałam, co będzie. Bo zdecydowałam, że to tymczasowy wyjazd. Bo zależało mi najbardziej na tym, żeby zarobić i wrócić do niego do Polski. Bo to my dwoje decydujemy o tym, co będzie.

Poznałam też inną Polkę. Tu znowu rozwódka. Była z polskim mężem w UK, ale on ponoć tylko brał na nią zasiłki i nie chciał pracować. Nie dowiem się nigdy, jak to było naprawdę. Znam sytuację tylko z babskich relacji. Rozstali się, ona została z dzieckiem. I dała się wyrwać Pakistańczykowi... Czego za cholerę nie zrozumiem. Wiem, oni lecą na Polki. Bo one słyną ponoć z urody i łóżkowych umiejętności. Jest szczęśliwa z nim. Ale nasuwa mi się pytanie, jak długo? Kiedy on powie: Moja mamusia chce cię poznać i zabierze na zawsze do swojego kraju, bez możliwości powrotu? Tyle było takich historii, a polskie dziewczyny ciągle i tak dają się nabrać...

Poza tym jednak rodacy unikali skutecznie okazji do nawiązywania relacji z innymi narodowościami. Zadawali się tylko z Polakami. Robili zakupy tylko w polskich sklepach (a jeśli już jednak w innych, to straszliwie na nie narzekali). Jedli tylko polskie potrawy. Pili tylko polskie piwo. Oglądali tylko polską telewizję. Jedynym przejawem ich otwartości na obcy kraj było chyba tylko wtrącanie angielskich słówek do swoich polskich wypowiedzi... Nie rozumiem. Zawsze uważałam, że po to też się jedzie za granicę, żeby poznać inną kulturę, jedzenie, ludzi... Bo to wzbogaca duchowo, poszerza horyzonty. Po co jechać do Anglii, skoro potem i tak się wpiernicza schabowego z ziemniakami?

Ta mieszanka języków, którą się posługiwali, również bardzo mi się nie podobała. Była taka pretensjonalna. Niewiele umieli powiedzieć po angielsku, ale tak koniecznie chcieli pokazać, że coś tam potrafią... Strasznie to było niekonsekwentne. Jakby nie można było wśród Polaków mówić po polsku, a wśród pozostałych używać angielskiego... Ja próbowałam. Czasami trudno pewne rzeczy przełożyć na nasze, ale dało się. Myślę, że to też wzbogaciło moje słownictwo i umiejętność posługiwania się dwoma językami.





W tym domu, w którym byłam, spotkałam się również z innym zachowaniem, które mi osobiście kompletnie nie pasowało. Nazwijmy to może takim rozluźnieniem obyczajów. Ewentualnie ekshibicjonizmem... Ot, ona idzie do łazienki zasiąść na tronie i nie zamyka drzwi. Albo się przy mnie i dzieciach przebiera. Albo on się kąpie przy otwartych drzwiach... Na szczęście, zdążyłam się wycofać, gdy tylko zobaczyłam owłosione odnóża wystające z wanny... Jeśli tak lubią, spoko. Ale ja byłam obcą osobą w ich domu, która nie miała życzenia oglądać ich nago lub na toalecie. Trochę to też kiepski pomysł, jeśli się ma dzieci w domu, i te dzieci mogą na przykład za chwilę wtargnąć do łazienki i zastać tatusia w kąpieli. Nie chciałabym, żeby ojciec moich dzieci paradował przy nich bez ubrań. Bo może teraz to one nie rozumieją, ale to im zostanie w głowie i kiedyś tam, za parę lat, może wywołać problemy. W dużym stopniu jednak sama z tym czułam spory dyskomfort. Bo to naprawdę co innego, gdyby oni sobie byli sami ze sobą. Wtedy nie wnikam. Ale przy obcej dziewczynie to chyba trochę nie wypada?

Poza tym już drugiego dnia mojego pobytu się nasłuchałam od niej o ich życiu łóżkowym. Częstotliwości, upodobaniach. Próbowała też mnie naciągnąć na zwierzenia. A nie jest to temat, który poruszam na prawo i lewo, więc przemilczałam. Nie miałam w ogóle ochoty o tym słuchać. To byli dla mnie obcy ludzie, więc po co mi ta wiedza? Bardzo zmęczyła mnie ta rozmowa. Ten emocjonalny ekshibicjonizm...

Nie powiem, ogólnie to było ciekawe doświadczenie, spędzić te kilka dni za granicą. Muszę jednak przyznać, że z tego konkretnego domu dość szybko chciałam się wydostać. Czułam, że może i z Polakami łatwiej wystartować, ale też i nie poznam do końca tego kraju takim, jakim faktycznie jest. Pewnie o wiele bardziej wartościowym przeżyciem byłoby trafienie do angielskiej rodziny. Z drugiej strony jednak sporo zyskałam na tym wyjeździe. Najwięcej wyciągnęłam z jego końcówki. Bo okazało się, że istnieją ludzie, którzy potrafią bezinteresownie pomóc komuś obcemu. I że jeśli tylko się nie poddam, to zawsze sobie poradzę. A ta pewność jest bardzo cenna dla kogoś, kto chce po powrocie pracować na swoim :-)
Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Anglia pół żartem, pół serio

Anglia pół żartem, pół serio


Gdy tylko wjechałam do UK, od razu stwierdziłam, że to nie jest miejsce dla mnie. Szaro, pochmurno, ponuro. Aż mi się humor popsuł. Potem coraz bardziej utwierdzałam się w tym. Częściowo ten nastrój był jednak spowodowany po prostu ciężkim zmęczeniem po ponad trzydziestogodzinnej podróży autokarem. Gdy już odpoczęłam, sporo rzeczy zaczęło mnie bawić. Obiecałam dzisiaj troszkę sobie pokpić i to właśnie teraz zrobię. Potraktujcie to tak pół żartem, pół serio :-)


Gdy nie wiesz, gdzie jesteś, a wszystkie budynki wokół są niemal identyczne, najprawdopodobniej jesteś w Anglii.


(zdj.: Francis18, http://galeria.interia.pl/praca,w_id,610468,ref,1,Angielska+zabudowa+szeregowa)

Mówi się o Anglikach, że są nudni. W kwestiach architektonicznych - na pewno. W UK widziałam całe ulice, gdzie jednego domu nie szło odróżnić od drugiego. Trudno również stwierdzić, który dom jest stary, a który nowy - te nowe są równie konsekwentnie budowane w stylu wiktoriańskim, i praktycznie niczym się nie różnią od starszych. Wiecie, czerwona cegła, białe okna z białymi obramowaniami... Ciekawa jestem, jakim sposobem na uliczkach pełnych identycznych domów Brytyjczycy sami się nie mylą i rozpoznają swój własny?


Jeśli te budynki są szare i zakurzone, najprawdopodobniej jesteś w Londynie.


Londyn nie spodobał mi się ani trochę. Ponura pogoda. Ogromne korki. I jak wyżej - szare, brudne budynki. Nie to, że wszystkie - te najnowsze sieciówki typu McDonalds czy jakiś Subway raczej się już trochę wyróżniały żywymi barwami i czystością ;-) Ale czasem też ginęły w tle. Ogólnie miałam wrażenie, że nawet jeśli coś w Anglii jest kolorowe, to i tak te kolory są jakieś wyblakłe i poszarzałe. W większości przypadków oznaczało to, że dany budynek z zewnątrz jest po prostu niemiłosiernie brudny. Polak, wyjeżdżający z kraju, w którym wciąż się teraz odnawia zabytki i wszystko ładnie maluje, może przeżyć drobny szok kulturowy. Ja miałam wrażenie, że się cofnęłam w czasie.

(zdj. http://pajdos.prv.pl/europa_strona/londyn.html)






Elementy wyposażenia domu:


Angielskie gniazdka elektryczne

(zdj. Pola Zawadzka, http://pola-aupair.blogspot.com/2013/06/zaskakujace-po-przyjezdzie.html)

Jak widać, angielskie wtyczki i gniazdka elektryczne są całkowicie inne niż europejskie. Moja pierwsza styczność z nimi nie była zbyt udana. Przyjechałam, nastawiona, że da się do takiego kontaktu podłączyć polską ładowarkę, bo wystarczy tylko ten górny bolec czymś wcisnąć, np. długopisem. W końcu się czytało tutoriale... No niestety. Stare angielskie gniazdko okazało się silniejsze niż ja i musiałam sobie pożyczyć przejściówkę. Podłączam, wszystko fajnie... Ale telefon się nie ładuje. Czemu? Bo nie wcisnęłam przełącznika z napisem ON (na zdjęciu widoczne na samej górze kontaktu).

W pierwszej chwili stwierdziłam, że to trochę rozwiązanie dla opornych. Potem jednak doceniłam, że to dobre, jeśli ktoś ma małe dzieci. W kuchni na przykład było gniazdko, podpisane COOKER, dedykowane pod kuchenkę elektryczną. Można je wyłączyć i mamy pewność, że dziecko nie włączy kuchenki, i nie zrobi sobie krzywdy. Gniazdko jest oczywiście odpowiednio wysoko umieszczone.

Angielskie włączniki światła
Generalnie w każdym pomieszczeniu są normalne, podobne jak w Polsce. Jedynie w łazience i toalecie nie uświadczysz nic innego, jak sznurek zwisający z sufitu. To chyba taka naprawdę daleko idąca ostrożność - w końcu pewnie zdaniem Anglików w pomieszczeniu, gdzie pełno wody i pary wodnej, macanie po włączniku nie jest najbezpieczniejsze.

Angielski prysznic
Uruchamia się go również sznureczkiem, znajdującym się zaraz obok włącznika światła. Czyli zaraz obok drzwi. I nie rozumiem, czemu "włącznik" prysznica jest umieszczony tak daleko od wanny. No chyba, że chodzi o to,  że woda potrzebuje chwili, żeby się nagrzać. Zatem wchodzisz do łazienki, włączasz światło, puszczasz wodę w prysznicu i zanim się rozbierzesz, to ta woda wreszcie leci ciepła...

Oczywiście udało mi się kilka razy pomylić sznureczki i włączyć prysznic zamiast światła :-)

Angielskie krany

(zdj. http://www.garnek.pl/cinek72/3839264/kran-czyli-tap-po-angielsku)

Podwójne krany. Z lewej zimna woda, z prawej ciepła. Można oczywiście odkręcić oba, ale woda letnia będzie dopiero w zlewie. Jak dla mnie, to było akurat najmniej praktyczne rozwiązanie i nie wiem, co miało na celu. Wszędzie znajdziemy coś takiego: w wannie, w umywalce, w kuchennym zlewie...


Zasłonki do prysznica
Zamontowane były na czymś takim:


I zbliżenie:


To była rura, zakończona gumą, oparta o ścianę. Tak, OPARTA. Szybko się o tym przekonałam, gdy mi to spadło razem z zawieszonym ręcznikiem. Zresztą solidne to takie, że pewnie spada, jak pająk na tym usiądzie ;-)


Ogólne wrażenie


Angielskie domy są jakieś takie... zaniedbane. Niedoczyszczone. Szare w środku. Niedokładnie wyremontowane (o ile w ogóle). Na pierwszy rzut oka sprawiają takie wrażenie. Ściany cieniutkie. Dokładnie słyszysz, co się dzieje w pokoju obok. W łazience. Na parterze. Na piętrze. Wydawało mi się to wszystko takie prowizoryczne. W Polsce budujemy chyba solidniejsze garaże, niż w Anglii domy ;-) Podobno też angielskie budownictwo kompletnie nie uwzględnia takiej pory roku jak zima i można wtedy porządnie zmarznąć. No cóż, tego na szczęście nie miałam okazji sprawdzić :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Anglia moimi oczami

Anglia moimi oczami


Dziś mało tekstu, ale dużo obrazków. Lubię podróże, bo to zawsze doskonała okazja, żeby zobaczyć i poznać coś nowego. A takie doświadczenia niesamowicie nas wzbogacają. Ogromną przyjemność sprawia mi też ich dokumentowanie. Tak też i było w przypadku mojego wyjazdu do Anglii. Z potężnej ilości zdjęć, które zrobiłam, wybrałam kilkanaście najlepszych. Enjoy! :-)


Tak wyglądało centrum Walsall. Niby nie takie duże miasto (liczba mieszkańców podobna jak w Kielcach lub Częstochowie), ale jednak znajdziemy tam wszystko: banki (na pierwszym zdjęciu widoczna siedziba słynnego Halifax), znane sklepy (np. Deichmann), galerie handlowe. Całkiem urocze, klimatyczne miasteczko.





Tak zaś przywitało mnie po ciężkiej nocy Birmingham. Niestety tylko przez chwilę świeciło słońce, później zrobiło się typowo angielsko i pochmurno. Mimo to klimat tego miasta również mnie urzekł.

Tutaj Corporation Street ze swoją piękną zabudową:


Ten dziwny, "bąbelkowy" budynek to Centrum Handlowe Bull Ring.


A tu niesamowity kontrast między nowoczesnym Bull Ring, a XIII-wiecznym kościołem św. Marcina:





Pierwszym i ostatnim miastem, jakie zobaczyłam w Anglii, było Dover. Tzw. Brama Anglii, ponieważ jest to miasto portowe położone najbliżej Francji. Od francuskiego portu Calais dzieli je zaledwie 34 kilometry. Gdy wjeżdżałam, było ponuro i pochmurno. Z drogi zobaczyłam jedynie typowo angielskie, szarawe, smutne, brudne budynki, ale za to na jakim tle... Z jednej strony wody kanału La Manche i statki, z drugiej - wysokie, kredowe klify (którym Dover zawdzięcza swą słynną poetycką nazwę - Albion). To dzięki tym widokom zakochałam się w tym mieście od pierwszego wejrzenia. A jak pięknie ten port wygląda w słońcu...



W pierwszą stronę z Francji do Anglii jechałam przez platformę kolejową. Oczywiście zrobiłam tam również trochę zdjęć, jednak była to raczej fotografia industrialna... Czułam się jak w Uniwersum Metro ;-) Za to w drodze powrotnej płynęłam promem. Widoki były nieziemskie, dawno nie byłam tak zachwycona. Zachwyt nieco zmalał, gdy prom zaczął się przemieszczać i kołysać ;-)



Wnętrze promu też mi się bardzo podobało. Czułam się jak na Titanicu. Choć na wszelki wypadek nie wyrażałam tego na głos, dopóki nie zjechaliśmy ze statku na stały ląd ;-)






A tu już widać wybrzeże Dunkierki (Dunkerque). Przeprawa promem trwała krótko (około dwóch godzin) i bez problemów, ale muszę przyznać, że i tak odetchnęłam z wielką ulgą, gdy zobaczyłam ląd.



Później próbowałam jeszcze robić zdjęcia, ale jechaliśmy szybko i było ciemno, więc nie wyszły zbyt dobrze. Lepiej ich nie publikować :-)

Cała ta podróż, mimo, że nie do końca udana (o tym, dlaczego, pisałam tutaj), miała masę zalet. W dzisiejszym poście skupiam się głównie na wrażeniach estetycznych, bo widoki były naprawdę zachwycające. A co zobaczyłam, to moje i nikt mi tego nie odbierze :-) W tej chwili traktuję ten wyjazd jako taką wycieczkę krajoznawczo-rozwojową. Zamierzam jeszcze w kolejnych postach wrócić do jej walorów edukacyjnych - tak, jak obiecałam w ostatnim przeglądzie tygodnia. W weekend jednak luźniejsze tematy. Planuję tym razem troszkę sobie pokpić z angielskiego budownictwa, którego pewne elementy mnie mocno zaskoczyły i rozbawiły :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger