poniedziałek, 20 lipca 2015

Do not cross this łańcuch czyli Polacy w Anglii


Na wstępie pragnę zastrzec, że mój obraz Polaków w Anglii powstał głównie na podstawie tej jednej rodziny, u której byłam. I ich znajomych. Z nimi spędziłam tam najwięcej czasu i już od samego początku widziałam ich wady. Czułam, że ten wyjazd nie będzie udany. No i nie był (o tym pisałam tutaj). Starałam się jednak być pozytywnie nastawiona i otwarta. Nie chcę obrażać wszystkich polskich imigrantów, dlatego też zastrzegam: mowa tutaj o konkretnym przypadku.

Już w autokarze zaczynałam sobie wyrabiać opinię, jak wygląda typowy Polak w UK. Kpiłam sobie potem troszkę, że to taki polski cwaniak, ogolony na łyso, w obcisłych kolorowych koszuleczkach, białych adidasach, ciemnych okularach i z kluczykami do jakiegoś BMW lub innej Audicy w ręku. Owszem, nie mogę tego powiedzieć o absolutnie wszystkich napotkanych po drodze Polakach-emigrantach, ale ten typ powtarzał się wyjątkowo często. Szanowny ojciec rodziny również się w niego wpisywał.

Potem moje wyobrażenie się rozwinęło. Doszłam jeszcze do wniosku, że jest to ktoś, kto ma się za niezwykle, ale to niezwykle mądrego. I uważa się za króla świata, któremu wszystko się należy... Porozumiewa się pretensjonalną mieszanką polskiego z angielskimi wtrętami. Pracuje w dwóch, albo trzech miejscach. Może i zaradny, ale życie osobiste ma zwykle w rozsypce, albo bardzo prowizorycznie ułożone. Jakieś dzieci nieślubne, jakiś tam niestabilny związek pt. Jesteśmy tu razem, bo jesteśmy, ale nie wiadomo, co dalej.

Tego typu tekstów nasłuchałam się głównie od matki dzieci, którymi się miałam opiekować. Jesteśmy, bo jesteśmy, mieszkamy razem, mamy dzieci, ale konta osobne, zarabia każde na siebie, i broń nas, Panie Boże, od ślubu, bo potem tylko problemy z rozwodem. Bo nie wiadomo, co dalej będzie. Zdziwił mnie taki tekst z ust kobiety, bo myślałam, że to my zwykle chcemy ceremonii i białej sukni. Wiem, są wyjątki. Ale tutaj wyczułam jakąś niepewność, niestabilność. Że coś jest nie tak. No i po trzech dniach już wiedziałam, co...

Nie wiadomo, co to będzie... Usłyszałam to też od niej wielokrotnie w odniesieniu do mojej sytuacji. Bo wyjechałam sama, a chłopak został w Polsce. To nie wiadomo. Twierdziła, że przecież tylu ciekawych facetów na emigracji. Spodoba ci się życie tutaj i zostaniesz, zwiążesz się z kimś tutaj... Bo tyle było dziewczyn, które przyjechały tu i zostawiły polskich chłopaków. Bo byli dobrzy, ale nie aż tak. Nie wiadomo, co to będzie. Irytowały mnie strasznie takie teksty. Bo przyjechałam z założeniem, że jestem tu na chwilę, bo chcę zarobić i zrobić ze swoim życiem coś, co zawsze chciałam. Bo spędzałam każdą wolną chwilę, pisząc z nim, albo rozmawiając na Skypie. Bo to nie jest tak, że życie leci sobie jakimś swoim torem i nie masz na nie żadnego wpływu. Nie można zwalać wszystkiego na los. Trzeba wielu starań, żeby związek przetrwał taką rozłąkę. A ja robiłam wszystko, co tylko mogłam, żeby moja relacja z nim nie ucierpiała. Przede wszystkim byłam w 100% szczera. Było mi ciężko, tęskniłam i wiedziałam, że chcę wrócić jak najszybciej. I wiedziałam, co będzie. Bo zdecydowałam, że to tymczasowy wyjazd. Bo zależało mi najbardziej na tym, żeby zarobić i wrócić do niego do Polski. Bo to my dwoje decydujemy o tym, co będzie.

Poznałam też inną Polkę. Tu znowu rozwódka. Była z polskim mężem w UK, ale on ponoć tylko brał na nią zasiłki i nie chciał pracować. Nie dowiem się nigdy, jak to było naprawdę. Znam sytuację tylko z babskich relacji. Rozstali się, ona została z dzieckiem. I dała się wyrwać Pakistańczykowi... Czego za cholerę nie zrozumiem. Wiem, oni lecą na Polki. Bo one słyną ponoć z urody i łóżkowych umiejętności. Jest szczęśliwa z nim. Ale nasuwa mi się pytanie, jak długo? Kiedy on powie: Moja mamusia chce cię poznać i zabierze na zawsze do swojego kraju, bez możliwości powrotu? Tyle było takich historii, a polskie dziewczyny ciągle i tak dają się nabrać...

Poza tym jednak rodacy unikali skutecznie okazji do nawiązywania relacji z innymi narodowościami. Zadawali się tylko z Polakami. Robili zakupy tylko w polskich sklepach (a jeśli już jednak w innych, to straszliwie na nie narzekali). Jedli tylko polskie potrawy. Pili tylko polskie piwo. Oglądali tylko polską telewizję. Jedynym przejawem ich otwartości na obcy kraj było chyba tylko wtrącanie angielskich słówek do swoich polskich wypowiedzi... Nie rozumiem. Zawsze uważałam, że po to też się jedzie za granicę, żeby poznać inną kulturę, jedzenie, ludzi... Bo to wzbogaca duchowo, poszerza horyzonty. Po co jechać do Anglii, skoro potem i tak się wpiernicza schabowego z ziemniakami?

Ta mieszanka języków, którą się posługiwali, również bardzo mi się nie podobała. Była taka pretensjonalna. Niewiele umieli powiedzieć po angielsku, ale tak koniecznie chcieli pokazać, że coś tam potrafią... Strasznie to było niekonsekwentne. Jakby nie można było wśród Polaków mówić po polsku, a wśród pozostałych używać angielskiego... Ja próbowałam. Czasami trudno pewne rzeczy przełożyć na nasze, ale dało się. Myślę, że to też wzbogaciło moje słownictwo i umiejętność posługiwania się dwoma językami.





W tym domu, w którym byłam, spotkałam się również z innym zachowaniem, które mi osobiście kompletnie nie pasowało. Nazwijmy to może takim rozluźnieniem obyczajów. Ewentualnie ekshibicjonizmem... Ot, ona idzie do łazienki zasiąść na tronie i nie zamyka drzwi. Albo się przy mnie i dzieciach przebiera. Albo on się kąpie przy otwartych drzwiach... Na szczęście, zdążyłam się wycofać, gdy tylko zobaczyłam owłosione odnóża wystające z wanny... Jeśli tak lubią, spoko. Ale ja byłam obcą osobą w ich domu, która nie miała życzenia oglądać ich nago lub na toalecie. Trochę to też kiepski pomysł, jeśli się ma dzieci w domu, i te dzieci mogą na przykład za chwilę wtargnąć do łazienki i zastać tatusia w kąpieli. Nie chciałabym, żeby ojciec moich dzieci paradował przy nich bez ubrań. Bo może teraz to one nie rozumieją, ale to im zostanie w głowie i kiedyś tam, za parę lat, może wywołać problemy. W dużym stopniu jednak sama z tym czułam spory dyskomfort. Bo to naprawdę co innego, gdyby oni sobie byli sami ze sobą. Wtedy nie wnikam. Ale przy obcej dziewczynie to chyba trochę nie wypada?

Poza tym już drugiego dnia mojego pobytu się nasłuchałam od niej o ich życiu łóżkowym. Częstotliwości, upodobaniach. Próbowała też mnie naciągnąć na zwierzenia. A nie jest to temat, który poruszam na prawo i lewo, więc przemilczałam. Nie miałam w ogóle ochoty o tym słuchać. To byli dla mnie obcy ludzie, więc po co mi ta wiedza? Bardzo zmęczyła mnie ta rozmowa. Ten emocjonalny ekshibicjonizm...

Nie powiem, ogólnie to było ciekawe doświadczenie, spędzić te kilka dni za granicą. Muszę jednak przyznać, że z tego konkretnego domu dość szybko chciałam się wydostać. Czułam, że może i z Polakami łatwiej wystartować, ale też i nie poznam do końca tego kraju takim, jakim faktycznie jest. Pewnie o wiele bardziej wartościowym przeżyciem byłoby trafienie do angielskiej rodziny. Z drugiej strony jednak sporo zyskałam na tym wyjeździe. Najwięcej wyciągnęłam z jego końcówki. Bo okazało się, że istnieją ludzie, którzy potrafią bezinteresownie pomóc komuś obcemu. I że jeśli tylko się nie poddam, to zawsze sobie poradzę. A ta pewność jest bardzo cenna dla kogoś, kto chce po powrocie pracować na swoim :-)
Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

2 komentarze :

  1. Ale mialas przezycia 🙊 i rzeczywiscie to jakas byla rodzinka kiepskich 😜 co do polakow za granica, to mieszkam tutaj juz prawie 20 lat i juz duzo widzialam i slyszalam.... Buzka, twoja gosialka 😍😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodzinka Kiepskich, podoba mi się to określenie, ja je sobie pożyczę :-D Cóż, chyba muszę się uzbroić w cierpliwość do rodaków i liczyć, że większość tych, których napotkam, będzie normalna :-)

      Usuń

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.