Czas "mogę" i czas "muszę"

o życiu bez przymusu

Lubię takie soboty, jak dzisiaj. Weekend to mój czas. Czas "mogę", a nie "muszę".




Mogę wstać o 8, ale mogę też o 10. Mogę się opierniczać przez cały dzień. Mogę też zrobić coś, na co miałam ochotę przez cały tydzień.

Oprócz tego, jest jeszcze "mam" i "nie mam". Tydzień to czas "nie mam" (czasu, siły, chęci, pomysłu). Dopiero weekend jest pod znakiem "mam". Bo mam czas i mogę go spożytkować jak tylko zechcę. Mogę zrobić masę produktywnych rzeczy. Mogę napisać nowe opisy do swojego sklepu, uporządkować asortyment, napisać post na bloga, napisać swoje przepisowe 500 słów dziennie, jak Hemingway. Mogę wyciągnąć z szafy tablet graficzny i porysować. Mogę zrobić grilla. Mogę wyjść na miasto.

Mogę też przez cały dzień się obijać. Czasami jedyną rzeczą, jaką zrobię w sobotę, jest obiad. A potem gram w Star Wars Galaxy Heroes na telefonie, czytam lub oglądam filmy.

Czasami męczy mnie natchnienie, które przychodzi w niewłaściwym momencie. Akurat wtedy, gdy muszę stworzyć artykuł w pracy, wpada mi do głowy pomysł na notkę na bloga. Albo gdy mam jakiś kryzys, jak w tym tygodniu i jestem tak zmęczona, że codziennie kładę się spać o 20. I nagle pojawia się wena o 22. No, sorry, nie... Nie reaguję na ponaglający dzwonek do drzwi i przewracam się na drugi bok. Czasem tylko zapiszę szybko w notatkach w telefonie, co chciałam napisać. Ale to już nie będzie takie samo, gdy nie jest pisane od razu, na gorąco.

Czasami to natchnienie siedzi we mnie przez cały tydzień i cierpliwie czeka. I ciągle przypomina o swoim istnieniu, aż wreszcie siądę do laptopa i coś z nim zrobię. I tak mam przez większość tygodni, kiedy na co dzień brakuje czasu. Przychodzi sobie taka sobota, jak dziś, i nagle wstaję o 10, i z radością siadam do komputera. Bez śniadania. Popijam sok pomarańczowy. Siadam i piszę bez końca.

Mam w sobie coś, co każe mi pisać. Niezależnie od tego, czy mi się chce, czy nie, czy mam na to siłę, jest coś, co nie pozwala mi zamknąć bloga. Bo wiem, że choć nie pisałam przez dwa tygodnie, to w końcu siądę i napiszę. I będę z tego zadowolona. Mam w sobie taką skłębioną masę przemyśleń, która koniecznie chce zostać wypowiedziana, zapisana i zapamiętana. I to właśnie tutaj robię.

Nie jestem w stanie zagwarantować regularności, bo choćbym chciała, nie mogę przewidzieć, jak będzie wyglądał ten tydzień. I przede wszystkim - nie zamierzam się zmuszać. Staram się pisać codziennie, ale zazwyczaj piszę do szuflady, dla siebie. Nie wszystko, co piszę, nadaje się do publikacji. Czasami jednak z tego regularnego pisania, które zalecało przecież tak wielu autorów (choćby i wspomniany wcześniej Hemingway) powstaje coś fajnego. I w ten sposób lubię tworzyć. Nie na siłę, bo na siłę nie wychodzi.

Cały ten wpis powstał, po części zainspirowany notką Ekstrawaganckiej. W czasach, kiedy prowadzenie bloga urosło do rangi pracy, nawet, jeśli dany bloger na tym nie zarabia, albo tylko dorabia, wymaganie regularności stało się wręcz przesadne. Przesadne, bo my oprócz tych blogów mamy swoje życie, rodzinę, pracę. I lubimy się dzielić tym wszystkim z czytelnikami, ale czasami potrzebujemy po prostu oddechu. Pasja jest pasją, dopóki poświęcamy na nią czas z własnej woli, a nie z przymusu. I dlatego czasem publikuję po kilka postów tygodniowo, a czasem żadnego. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger