Smartfon z dobrą baterią istnieje, czyli recenzja Asusa Zenfone Max

Smartfon z dobrą baterią istnieje, czyli recenzja Asusa Zenfone Max

asus zenfone max biały

Pewnie znasz to doskonale. Siedzisz i czekasz na ekipę. Albo wsiadasz w miejski i jedziesz do pracy. Nudzisz się, więc odpalasz internet w telefonie. Facebook, Instagram... O, wiadomość na Messengerze. Muzyka przyjemnie brzmi, czekanie już się aż tak nie dłuży... Aż nagle słyszysz TO. Złowrogie pikanie. A potem pojawia się ten straszny komunikat "Uwaga, słaba bateria!". I nagle czas przyspiesza jeszcze bardziej, wraz z uciekającymi kolejnymi procentami baterii. Jeśli masz przy sobie powerbank, jesteś uratowany. Jeśli nie - cóż, telefon odstawi Ci krótką błyskotekę swoją migającą na czerwono diodą (zawsze mam wrażenie, że ta dioda tylko przyspiesza pełne rozładowanie), po czym mignie szyderczo czarnym ekranem. I zafunduje Ci przymusowy odwyk od internetów. Teraz pewnie przepełnia Cię zachwyt, jacy ci producenci smartfonów wspaniali. Tak bardzo dbają o to, byśmy się od ich produktów nie uzależnili... Żartuję. Wiem, że chcesz ich właśnie powiesić za jaja ;-)

Ja też wtedy mam taką ochotę. Każda moja podróż do Niemiec zajmuje mi 8 do nawet 14 godzin. Co robić, jeśli nie ma się ochoty na konwersacje z upierdliwymi współpasażerami? Można spać. Ale ja nie potrafię tak w drodze. Ewentualnie wziąć telefon i posłuchać muzyki, odpalić ebooka, albo skorzystać z internetu. I tu zaczyna się problem. Niestety, większość baterii w smartfonach wystarcza na maksymalnie 4-5 godzin takiego wzmożonego użytkowania. A potem albo podłącz do powerbanku (jeśli masz), albo do zapalniczki u kierowcy (o ile akurat nie podłączył swojego telefonu) albo nudź się, człowieku i wpatruj w okno. Miałam kilka całkiem fajnych komórek, marek bardziej i mniej znanych, ale z każdą był ten sam problem: bateria o śmiesznie krótkim czasie działania. Wiecie, tu głównie decyduje stosunek pojemności baterii do wielkości ekranu. Im większy wyświetlacz, tym potężniejsza bateria powinna być, bo to włączony ekran pobiera najwięcej energii. I kiedy widzę, że w modelu z ekranem 5 cali producent montuje ogniwo 2000 mAh, to reaguję ponurym śmiechem. Nie ma lepszego sposobu, by z telefonu komórkowego uczynić telefon stacjonarny...

jaki smartfon z dobra bateria

Kilka dni temu jednak w moje łapki wpadło spełnienie marzeń: Asus Zenfone Max. Nowinka od niedawna dostępna w Polsce. Reklamowany jako smartfon z megawytrzymałą baterią. Plus paroma innymi przydatnymi bajerami. To co on takiego ciekawego w sobie ma, że nie mogłam wytrzymać i już publikuję recenzję? Czytajcie dalej.

Bardzo wytrzymała bateria

czas dzialania asus zenfone max
Oj tak. To ogromny plus tego smartfona i coś, co bardzo go wyróżnia. Jak widzicie powyżej, przy dość intensywnym użytkowaniu (Wi-Fi włączone przez jakieś 16 godzin, ekran aktywny przez 14 h, aparat, SMS-y, Messenger, Instagram itd. itp.) bateria wytrzymała mi ostatnio dokładnie 2 dni i 17 godzin. Przy 11% pokazywała mi, że da radę jeszcze 7 h - czyli jeszcze prawie całą dniówkę w pracy. Poza tym, mamy też fajną możliwość dopasowania sobie planów zasilania - możemy ustalić harmonogram, w którym, na przykład na noc, telefon przełącza się w jakiś superoszczędny tryb. Albo kiedy bateria ma już tylko 20%. Możemy też ustawić, którym aplikacjom pozwalamy włączać się automatycznie (ja pozwalam tylko komunikatorom) - to też ma bardzo duży wpływ na to, ile bateria wytrzyma na jednym cyklu ładowania. I tak, można odpowiednie do tego aplikacje zainstalować w każdym innym telefonie, ale dopiero przy tak potężnej baterii faktycznie robi to jakąś różnicę. Jedyny minus : potrzeba ok. 5-6 godzin do pełnego naładowania - czyli lepiej podłączyć telefon na noc. Brakuje tutaj bardzo jakiejś opcji przyspieszonego ładowania. Jednak nie jest to aż tak bardzo problematyczne. Po pierwsze, już te kilkanaście procent wystarczy nam na dobre kilka godzin. A po drugie, i tak większość z nas ma nawyk ładowania telefonu nocą.

Wielkość

5,5 cala? O, to pewnie wielki, ciężki, niewygodny i źle się go obsługuje jedną ręką... A gdzie tam! Owszem, jest całkiem spory i waży też nieco więcej, ale myślę, że to właśnie dzięki temu leży w dłoni bardzo dobrze i pewnie. Tylna obudowa o skórzanej fakturze całkiem nieźle zabezpiecza przed wyślizgnięciem - mówi Wam to osoba o łapkach tak drewnianych, że praktycznie każdy jej telefon ląduje na ziemi jeszcze w ciągu pierwszych kilku godzin użytkowania. Zenfone z podłogą nie spotkał się jeszcze ani razu, choć używam go od czterech dni. Jest szerszy i wyższy niż mój poprzedni smartfon (który miał ekran 4,7 cala), ale bardzo poręczny. Spokojnie jestem w stanie napisać SMS-a jedną ręką i to bez akrobacji. Poza tym, posiada wbudowany tryb, który pozwala nam zmniejszyć wyświetlaną zawartość i dopasować ją do swoich potrzeb. Ja tej funkcji w ogóle nie używam, ale dla kogoś innego to może być całkiem przydatna opcja.

Jakość wyświetlacza

asus zenfone max bialy

Spotkałam się z opinią, że jasność minimalna jest zbyt duża i kiepsko się z telefonu korzysta w nocy. Nie jest aż tak źle. Sama całkiem sporo korzystam z telefonu po ciemku, przed snem, i jakoś nie zauważam, żeby szczególnie mocno walił po oczach. Zwłaszcza, że jestem dość wrażliwa na zbyt mocne światło. Z drugiej strony, jego jasność całkiem nieźle daje radę w dzień w świetle słonecznym.

Jakość dźwięku

Zanim kupiłam ten telefon, dowiedziałam się, że głośnik syczy. Niestety prawda. Jakość dźwięku odtwarzanego na słuchawkach też nie powala i w moim poprzednim telefonie była o niebo lepsza. Jest to coś, co można przeżyć, ale ci bardziej wrażliwi będą marudzić. I mają prawo.


Aparat fotograficzny

zdjecia robione asus zenfone max

Przedni ma 5 Mpx, a główny - 13 Mpx. I krąży opinia, że jest raczej taki sobie. Moim zdaniem: jaki użytkownik, takie zdjęcia. Ich jakość zależy głównie od dwóch czynników: oświetlenia, oraz umiejętności "korzystacza". Powyżej macie próbkę, zdjęcie robione z autobusu i w stanie surowym, czyli bez obróbki. Laserowy autofocus - daje radę. Można go też wyłączyć, jak ktoś nie lubi. Bardzo dobrym pomysłem jest podwójna lampa błyskowa - biała i żółta. Dzięki temu nawet, gdy jesteśmy zmuszeni jej użyć, zdjęcia mają ładniejsze, bardziej naturalne i ciepłe barwy.

Wydajność

Ponoć procesor jest na tyle słaby, że nadaje się tylko dla przeciętnego, mało wymagającego użytkownika, bo lekko zamula, gdy chcemy na nim coś odpalić. Cóż, większość użytkowników smartfonów to użytkownicy przeciętni. Jak i ja. I nie zauważam za bardzo tych opóźnień przy uruchamianiu czegokolwiek, bo nie trwają one dłużej niż ułamek sekundy. Były gorsze po pierwszym uruchomieniu, gdy większość programów wymagała bezwzględnie aktualizacji. Odkąd je zaktualizowałam, telefon działa całkiem płynnie i przyjemnie.

Czy warto?

asus zenfone max recenzja

No, jasne, że tak. Faktycznie, jego największą zaletą jest bateria, która potrafi wytrzymać kilka dni na jednym ładowaniu. Jestem spokojna, że tym razem będę mogła w podróży wsadzić nos w telefon i cieszyć się świętym spokojem (no chyba, że będą mnie wypytywać, co to za ładny telefon - bo fakt, że wygląda bardzo stylowo). Cena - bardzo rozsądna. W większości polskich sklepów kupicie Asusa już za 999 zł. Poza tym, pozostałe parametry też ma całkiem do rzeczy: aparat 13 Mpx, przedni - 5 Mpx, 2 GB RAM-u, LTE, wejście na dwie karty SIM (i to zwykłe micro sim, żadne tam nano). Fakt, dla mnie bateria była priorytetem, ale trzeba przyznać, że znajduje się ona w naprawdę przyzwoitym towarzystwie. Zatem, jeśli macie serdecznie dość swoich stacjonarnych smartfonów, wiecznie podpiętych do ładowarki lub powerbanka, oto nadeszło Wasze wybawienie: Asus Zenfone Max. I nie zrażajcie się, że reklamują go gwiazdy Snapchata ;-)

asus zenfone max



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Jak zostać popularnym blogerem? Instrukcja krok po kroku.

Jak zostać popularnym blogerem? Instrukcja krok po kroku.

popularny bloger

1. Zaczynam od kupienia laptopa

Oczywiście, że z Apple. I profesjonalnej lustrzanki wraz z wyposażeniem: statyw, blendy, kilka obiektywów... Do tego najnowszy Photoshop. Może i blog to ma być głównie moje hobby, ale zdjęcia muszę mieć w pełni profesjonalne. Żadnych tam smartfonowych selfie! Kawa na tle Macbooka. Fotografowana przez tyle dni bez przerwy, że zdążyła spleśnieć. A tu jeszcze obrobić trzeba...

2. I własnej domeny

Nie ma innej opcji. To musi dobrze wyglądać dla potencjalnych reklamodawców, no i oczywiście czytelników. A nazwa? Koniecznie coś mądrego. I po angielsku! To tak światowo brzmi!

3. Zakładam konta we wszystkich możliwych sieciach społecznościowych

Jeszcze zanim zacznę w ogóle publikować jakiekolwiek posty na blogu. Fanpage na Facebooku, Instagram, You Tube, Twitter, Google Plus, Bloglovin', Pinterest, Tumblr i wszystko, co się tylko da. Chcę dotrzeć do jak największej ilości ludzi, więc muszę być wszędzie. Jak trzeba, to nawet na Fotce, Naszej Klasie i forum dyskusyjnym miłośników kóz ze Zgierza.

4. Zdobywam pierwszych fanów na fanpage'u

Oczywiście, pierwsze, co robię po założeniu fanpage'a na Facebooku, to kupuję sobie obserwatorów. Co najmniej tysiąc, żeby ładnie wyglądało. Mam bloga od kilku dni, zero postów, a już tysiąc fanów. Cudownie! Czas na przytulną fotkę: lampka wina na tle Macbooka.

4. Czas zająć się Instagramem

Wrzucam swoje superprofesjonalne focie i dodaję opisy po angielsku. To tak światowo wygląda, bez tych wszystkich "ł" i "ć". Może kategorie na blogu też zrobię po angielsku? OK, do tego jeszcze kilka hashtagów... chociaż nie wiem w sumie po co. Przecież profil z tak zajebistymi zdjęciami od razu będzie miał setki tysięcy fanów.





5. Dziwię się, że mój Insta po pierwszym dniu ma dopiero pięciu obserwatorów

To może by tak więcej hashtagów i jakieś selfie z dużym dekoltem? O, działa! Teraz obserwuje mnie cała męska część tureckiej populacji. Hell yeah, jestem sławna!

6. No i dobra, mam ten tysiąc fanów na FB, ale komentarzy i lajków coś tak malutko...

Chyba czas znowu zajrzeć na Allegro... Ale najpierw kilka lifestylowych fotek kawy.

7. A teraz napiszę Wam pierwszego posta

Będzie pełen zajebistych zdjęć z mojego egzotycznego urlopu z ukochanym. W sumie, byliśmy nad Bałtykiem, ale wkleiłam palmy w Photoshopie i podpisałam "Malediwy". Ukochany nie wie, że publikuję fotki z nim. Zobaczy, to się na pewno ucieszy, że jesteśmy tacy popularni.

8. No, szału nie ma z komentarzami pod tym pierwszym wpisem... 

Ale co tam. Przecież blog musi być tak stuprocentowo pozytywny. A moje życie jest takie cudowne, że muszę to pokazać. Nie komentują? Pewnie zazdroszczą, Polaczki...


9. Przydałaby się na tym blogu nowa kategoria

Taka, która zagwarantuje mi popularność. Hmmm... Wiem! Będę pisać o seksie. Że niby zbyt osobisty temat? Chrzanić prywatność! Ona najlepiej się sprzedaje!

10. Czas na nowe zdjęcie na FB i Insta

Trzeba pokazać swoje zajebiste życie. OK, to będą kwiaty na tle Macbooka. Sama kupiłam, ale napiszę, że to od ukochanego. A potem wrzucę mój dzisiejszy ałtfit. A jutro na You Tube zrobię anboksing nowo kupionych wacików z Rossmanna.


11. Coś mało znowu tych lajków...

Co jest nie tak?... Cholera! Wiem! Zapomniałam o najważniejszym: NIE KUPIŁAM BIAŁEGO STOLIKA!



Uwaga! Powyższy poradnik zawiera uderzeniową dawkę sarkazmu. Prezentowane porady stosujesz na własną odpowiedzialność.

PS. Ja już mam swój biały stolik. Doceńcie to ;-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Dobra zmiana, złe towarzystwo i nowa pasja. Podsumowanie stycznia i lutego

Dobra zmiana, złe towarzystwo i nowa pasja. Podsumowanie stycznia i lutego



Kiedyś pisałam przeglądy tygodnia, ale chyba chwilowo mi się to znudziło. Musicie mi wybaczyć. Albo przestać mnie czytać. Jak komu wygodnie. Co prawda, lubię podsumowywać, ale jakoś nie do końca chce mi się to robić tak co tydzień. Wymyśliłam sobie zatem (zainspirowana przez Dolę), że będę pisać podsumowania miesiąca. Przynajmniej, dopóki mi się nie znudzi ;-) Ale spokojnie, posty na blogu tak czy owak będą się pojawiać. Pomysłów mam całkiem sporo i nie muszę się ratować takimi zapchajdziurami, jak przeglądy tygodnia :-)



Początek roku minął mi bardzo szybko. Plan był taki, że odpoczywam po Sylwestrze . I to porządnie, bo i Sylwester był porządny. Oj był... A potem, gdzieś tak po Święcie Trzech Króli, zgłaszam gotowość do wyjazdu i czekam na  nowe zarąbiste zlecenie. Umyśliłam sobie, że nawiążę współpracę z inną firmą, z którą w sumie już wcześniej się kontaktowałam, tylko jakoś nie bardzo mi się udało z nimi wyjechać, bo działali wolniej niż mój pierwszy niemiecki pracodawca. Nie byłam jednak z tego pierwszego zadowolona, stąd pomysł ze zmianą. No i... tym oto sposobem wyjechałam na zlecenie w połowie lutego. Ponad miesiąc później niż planowałam. I to tylko dzięki temu, że już nieco zdesperowana brakiem odzewu zgłosiłam się do jeszcze innej firmy niż ta, na którą byłam nastawiona. I po raz pierwszy jestem zadowolona w 99%. Jasne, zostaje ten 1%, ale wierzcie mi, że to drobiazgi. Zatem wniosek z początku roku: czasem trzeba pizgnąć wszystko o ziemię i zacząć od nowa. Zwłaszcza w pracy. Nie warto trzymać się uparcie tego, co kijowe, ale "dobre, bo znane". I czasem ten nowy początek jest trudniejszy, niż byśmy chcieli, ale ostatecznie wychodzi nam to na dobre :-)



Końcówka stycznia obfitowała w stresy. Głównie przez niepewność "co dalej". Miałam masę obaw i zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek mi się uda wyjechać do Niemiec. I co najgorsze, nie wiedziałam, czemu ta firma tak mnie zlewa. Już mi przeszło nawet przez myśl, że może po prostu wyglądam na jakąś syryjską imigrantkę i to dlatego Niemcy jakoś się nie palą, żeby mnie zatrudnić. Wiem, że to śmieszne, ale przez chwilę tak myślałam i to całkiem serio :-D

Ale wszystko skończyło się dobrze :-) W międzyczasie, gdy tak siedziałam w domu i szukałam sobie zajęcia, odkryłam swoją nową pasję. Założyłam sklep (a niedługo potem kolejny, bardzo kobiecy) i zaczęłam tworzyć nadruki na koszulki. Okazało się, że pomysłów mam tak dużo, że spędzam nad tym dosłownie całe dnie. Poza tym, spędziłam bardzo miłe Walentynki i kolejną rocznicę z moim wspaniałym. Takie dwa w jednym :-) Co prawda, musieliśmy je sobie zorganizować o dwa dni wcześniej, bo 14 lutego już zaczynałam pracę (tak, próbowałam to przesunąć...). A potem wyruszyłam na zlecenie. Przez to, że się tak naczekałam i już prawie straciłam nadzieję, po raz pierwszy wyjeżdżałam w całkiem dobrym nastroju. Przecież wyjazd szybko minie.  Dobrze, że w ogóle mogę wyjechać...

Humor popsuł mi się gdzieś tak w pierwszej godzinie jazdy. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby się zdecydować się znowu na jazdę z prywatnym przewoźnikiem. Busy do Niemiec...Powinni nakręcić horror na ten temat. Ja już raz tego żałowałam. Przyszło mi żałować po raz kolejny. Nie dość, że wyjazd opóźnił mi się o dobre cztery godziny, to było parę innych minusów. Na przykład towarzystwo. Na pierwszy rzut oka, nie takie złe: kierowca-kafar (ale niegroźny), jego trójka dzieci (wbrew pozorom, bardzo spokojna - bo dziecko z tabletem, to ciche dziecko) i jakiś koleś z wsi obok.


I tu właśnie tkwił problem. Koleś. Siedział niestety koło mnie. Zagadywał mnie do granic możliwości (moich). Do granic mojej cierpliwości. Ewidentny podryw. I jeszcze się żalił, że on ciągle wolny. Hmmm. może dlatego, że startuje do zajętych? Widział, że mnie odprowadza facet i na pewno było widać, że jest to mój chłopak. No i żeby wyrywać zajęte, to trzeba mieć wygląd i gadane (i to też nie zawsze wystarczy.) A on nie miał. Poza tym, straszliwie śmierdziały mu nogi, sam walił jakimiś perfumami robionymi chyba z drzewek Wunderbaum (jakieś cholernie słodkie paskudztwo) i na dodatek ciągle żarł coś, co również wydzielało intensywne aromaty (np. chipsy cebulowe). Powiecie, że się czepiam. A ja powiem, że mam chorobę lokomocyjną i w podróży ciężko znoszę niektóre zapachy. Jak na przykład te powyższe. Na domiar złego zapomniałam sobie kupić tabletki na mdłości przed wyjazdem. Kupiłam je dopiero na postoju na stacji benzynowej i w końcu było mi o tyle lepiej, że przestałam być zielona, ale zapachy emitowane przez tego gościa męczyły mnie aż do przesiadki. Ale najgorsza ta namolność...

Ja jestem naprawdę kiepskim towarzyszem podróży. Wolę sobie wsadzić słuchawki w uszy, albo coś poczytać, niż prowadzić kurtuazyjną pogawędkę. Wyjątek zdarzył się raz, kiedy wracałam z Brunszwiku. Wtedy zamieniłam dobre parę słów ze współpasażerką. Na pewno pomagało mi to, że mnie nie podrywała ;-) Tak już mam, że nie czuję się zbyt pewnie, gdy ktoś do mnie niepotrzebnie startuje. To dla mnie niezręczna sytuacja, zwłaszcza, że nie umiem być nieszczera i wiem, że końcu pewnie palnę coś niemiłego. A teraz, odkąd jestem szczęśliwie zakochana, to tym bardziej nie potrzebuję czyichś zalotów :-) Ale powiem Wam, jestem z siebie dumna. Zniosłam to wszystko w milczeniu i spokoju. Nawet się zbytnio nie irytowałam. Robiłam inną rzecz na "i": ignorowałam. I szło mi to dobrze do momentu, aż koleś poczuł się olewany i mnie zaczął szturchać. Wtedy już włączył mi się tryb "mordować!", ale najwyraźniej było to na tyle widoczne, że wreszcie dał mi spokój. Ufff...

Pierwsze wrażenie z Monachium? Spaaaać! Drugie wrażenie? Cholera, nie mogę spać. W bloku, w którym mieszkam, akustyka jest bezkonkurencyjna. Wiecie, ja myślałam, że w moim polskim mieszkaniu wszystko słychać (kłótnie sąsiadów z dołu, bieganinę dzieci z góry, wiertarki i odkurzacze w sobotę o 7 rano), ale jednak nie. Jeśli porównujemy z tym blokiem, to u mnie jest idealna cisza. Tutaj słychać nawet, jak ktoś głośniej oddycha. I o ile można mieć pretensje o wiercenie, to o oddychanie raczej nie wypada... I nie wiem skąd stereotyp, że to, co niemieckie jest solidne. Cóż, blok się nie wali, to fakt. Ale ściany są tutaj cienkie, jakby to Japończycy budowali.

Wokół pełno uchodźców. Ale raczej takich zadomowionych, mieszkających tu już od dawna. Bardzo dużo Cyganów, Azjatów i ciemnoskórych. Bardzo często słyszę tutaj angielski. I na tym samym piętrze mam sąsiadów Polaków. Z którymi bardzo długo nie miałam okazji pogadać po polsku, bo oni myśleli, że ja nie rozumiem (hmmm...), a ja nie miałam odwagi zagadać.

W tej chwili mija mi właśnie czwarty tydzień pobytu. I nie mogę narzekać. Miasto ładne, ludzie mili (milsi niż w Berlinie...), dni mijają szybko. To ostatnie najważniejsze. Pewnie ani się obejrzę, a będę już pisała podsumowanie marca :-) I o to chodzi. Lubię, jak taki wyjazd mija niepostrzeżenie i nagle okazuje się, że już wracam do Polski. Czas spędziłam też miło. Zwiedziłam już trochę miasta i miałam też okazję być na słynnych monachijskich targach. Wiem, że "Międzynarodowe Targi Rzemieślnicze" raczej nie zachęcają swoją nazwą. Ale zmienicie zdanie, jak zobaczycie zdjęcia ;-)







A wam jak minął miesiąc? Pochwalcie się w komentarzach :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket


Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger