Dobra zmiana, złe towarzystwo i nowa pasja. Podsumowanie stycznia i lutego



Kiedyś pisałam przeglądy tygodnia, ale chyba chwilowo mi się to znudziło. Musicie mi wybaczyć. Albo przestać mnie czytać. Jak komu wygodnie. Co prawda, lubię podsumowywać, ale jakoś nie do końca chce mi się to robić tak co tydzień. Wymyśliłam sobie zatem (zainspirowana przez Dolę), że będę pisać podsumowania miesiąca. Przynajmniej, dopóki mi się nie znudzi ;-) Ale spokojnie, posty na blogu tak czy owak będą się pojawiać. Pomysłów mam całkiem sporo i nie muszę się ratować takimi zapchajdziurami, jak przeglądy tygodnia :-)



Początek roku minął mi bardzo szybko. Plan był taki, że odpoczywam po Sylwestrze . I to porządnie, bo i Sylwester był porządny. Oj był... A potem, gdzieś tak po Święcie Trzech Króli, zgłaszam gotowość do wyjazdu i czekam na  nowe zarąbiste zlecenie. Umyśliłam sobie, że nawiążę współpracę z inną firmą, z którą w sumie już wcześniej się kontaktowałam, tylko jakoś nie bardzo mi się udało z nimi wyjechać, bo działali wolniej niż mój pierwszy niemiecki pracodawca. Nie byłam jednak z tego pierwszego zadowolona, stąd pomysł ze zmianą. No i... tym oto sposobem wyjechałam na zlecenie w połowie lutego. Ponad miesiąc później niż planowałam. I to tylko dzięki temu, że już nieco zdesperowana brakiem odzewu zgłosiłam się do jeszcze innej firmy niż ta, na którą byłam nastawiona. I po raz pierwszy jestem zadowolona w 99%. Jasne, zostaje ten 1%, ale wierzcie mi, że to drobiazgi. Zatem wniosek z początku roku: czasem trzeba pizgnąć wszystko o ziemię i zacząć od nowa. Zwłaszcza w pracy. Nie warto trzymać się uparcie tego, co kijowe, ale "dobre, bo znane". I czasem ten nowy początek jest trudniejszy, niż byśmy chcieli, ale ostatecznie wychodzi nam to na dobre :-)



Końcówka stycznia obfitowała w stresy. Głównie przez niepewność "co dalej". Miałam masę obaw i zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek mi się uda wyjechać do Niemiec. I co najgorsze, nie wiedziałam, czemu ta firma tak mnie zlewa. Już mi przeszło nawet przez myśl, że może po prostu wyglądam na jakąś syryjską imigrantkę i to dlatego Niemcy jakoś się nie palą, żeby mnie zatrudnić. Wiem, że to śmieszne, ale przez chwilę tak myślałam i to całkiem serio :-D

Ale wszystko skończyło się dobrze :-) W międzyczasie, gdy tak siedziałam w domu i szukałam sobie zajęcia, odkryłam swoją nową pasję. Założyłam sklep (a niedługo potem kolejny, bardzo kobiecy) i zaczęłam tworzyć nadruki na koszulki. Okazało się, że pomysłów mam tak dużo, że spędzam nad tym dosłownie całe dnie. Poza tym, spędziłam bardzo miłe Walentynki i kolejną rocznicę z moim wspaniałym. Takie dwa w jednym :-) Co prawda, musieliśmy je sobie zorganizować o dwa dni wcześniej, bo 14 lutego już zaczynałam pracę (tak, próbowałam to przesunąć...). A potem wyruszyłam na zlecenie. Przez to, że się tak naczekałam i już prawie straciłam nadzieję, po raz pierwszy wyjeżdżałam w całkiem dobrym nastroju. Przecież wyjazd szybko minie.  Dobrze, że w ogóle mogę wyjechać...

Humor popsuł mi się gdzieś tak w pierwszej godzinie jazdy. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co mnie podkusiło, żeby się zdecydować się znowu na jazdę z prywatnym przewoźnikiem. Busy do Niemiec...Powinni nakręcić horror na ten temat. Ja już raz tego żałowałam. Przyszło mi żałować po raz kolejny. Nie dość, że wyjazd opóźnił mi się o dobre cztery godziny, to było parę innych minusów. Na przykład towarzystwo. Na pierwszy rzut oka, nie takie złe: kierowca-kafar (ale niegroźny), jego trójka dzieci (wbrew pozorom, bardzo spokojna - bo dziecko z tabletem, to ciche dziecko) i jakiś koleś z wsi obok.


I tu właśnie tkwił problem. Koleś. Siedział niestety koło mnie. Zagadywał mnie do granic możliwości (moich). Do granic mojej cierpliwości. Ewidentny podryw. I jeszcze się żalił, że on ciągle wolny. Hmmm. może dlatego, że startuje do zajętych? Widział, że mnie odprowadza facet i na pewno było widać, że jest to mój chłopak. No i żeby wyrywać zajęte, to trzeba mieć wygląd i gadane (i to też nie zawsze wystarczy.) A on nie miał. Poza tym, straszliwie śmierdziały mu nogi, sam walił jakimiś perfumami robionymi chyba z drzewek Wunderbaum (jakieś cholernie słodkie paskudztwo) i na dodatek ciągle żarł coś, co również wydzielało intensywne aromaty (np. chipsy cebulowe). Powiecie, że się czepiam. A ja powiem, że mam chorobę lokomocyjną i w podróży ciężko znoszę niektóre zapachy. Jak na przykład te powyższe. Na domiar złego zapomniałam sobie kupić tabletki na mdłości przed wyjazdem. Kupiłam je dopiero na postoju na stacji benzynowej i w końcu było mi o tyle lepiej, że przestałam być zielona, ale zapachy emitowane przez tego gościa męczyły mnie aż do przesiadki. Ale najgorsza ta namolność...

Ja jestem naprawdę kiepskim towarzyszem podróży. Wolę sobie wsadzić słuchawki w uszy, albo coś poczytać, niż prowadzić kurtuazyjną pogawędkę. Wyjątek zdarzył się raz, kiedy wracałam z Brunszwiku. Wtedy zamieniłam dobre parę słów ze współpasażerką. Na pewno pomagało mi to, że mnie nie podrywała ;-) Tak już mam, że nie czuję się zbyt pewnie, gdy ktoś do mnie niepotrzebnie startuje. To dla mnie niezręczna sytuacja, zwłaszcza, że nie umiem być nieszczera i wiem, że końcu pewnie palnę coś niemiłego. A teraz, odkąd jestem szczęśliwie zakochana, to tym bardziej nie potrzebuję czyichś zalotów :-) Ale powiem Wam, jestem z siebie dumna. Zniosłam to wszystko w milczeniu i spokoju. Nawet się zbytnio nie irytowałam. Robiłam inną rzecz na "i": ignorowałam. I szło mi to dobrze do momentu, aż koleś poczuł się olewany i mnie zaczął szturchać. Wtedy już włączył mi się tryb "mordować!", ale najwyraźniej było to na tyle widoczne, że wreszcie dał mi spokój. Ufff...

Pierwsze wrażenie z Monachium? Spaaaać! Drugie wrażenie? Cholera, nie mogę spać. W bloku, w którym mieszkam, akustyka jest bezkonkurencyjna. Wiecie, ja myślałam, że w moim polskim mieszkaniu wszystko słychać (kłótnie sąsiadów z dołu, bieganinę dzieci z góry, wiertarki i odkurzacze w sobotę o 7 rano), ale jednak nie. Jeśli porównujemy z tym blokiem, to u mnie jest idealna cisza. Tutaj słychać nawet, jak ktoś głośniej oddycha. I o ile można mieć pretensje o wiercenie, to o oddychanie raczej nie wypada... I nie wiem skąd stereotyp, że to, co niemieckie jest solidne. Cóż, blok się nie wali, to fakt. Ale ściany są tutaj cienkie, jakby to Japończycy budowali.

Wokół pełno uchodźców. Ale raczej takich zadomowionych, mieszkających tu już od dawna. Bardzo dużo Cyganów, Azjatów i ciemnoskórych. Bardzo często słyszę tutaj angielski. I na tym samym piętrze mam sąsiadów Polaków. Z którymi bardzo długo nie miałam okazji pogadać po polsku, bo oni myśleli, że ja nie rozumiem (hmmm...), a ja nie miałam odwagi zagadać.

W tej chwili mija mi właśnie czwarty tydzień pobytu. I nie mogę narzekać. Miasto ładne, ludzie mili (milsi niż w Berlinie...), dni mijają szybko. To ostatnie najważniejsze. Pewnie ani się obejrzę, a będę już pisała podsumowanie marca :-) I o to chodzi. Lubię, jak taki wyjazd mija niepostrzeżenie i nagle okazuje się, że już wracam do Polski. Czas spędziłam też miło. Zwiedziłam już trochę miasta i miałam też okazję być na słynnych monachijskich targach. Wiem, że "Międzynarodowe Targi Rzemieślnicze" raczej nie zachęcają swoją nazwą. Ale zmienicie zdanie, jak zobaczycie zdjęcia ;-)







A wam jak minął miesiąc? Pochwalcie się w komentarzach :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket


Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger