Przegląd tygodnia 27 lipca - 2 sierpnia

Ten tydzień minął pod znakiem wyjazdu do Niemiec. Poniedziałek był takim ostatnim, normalnym dniem, który spędziłam jeszcze na spokojnie w domu. Myśląc gorączkowo o tym, co spakować... Jasne, mam gotową listę od dawna, ale jednak zawsze jest stres, że czegoś ważnego zapomnę. Choć wyjazd do Anglii pokazał, że w kwestii przygotowań to ja jestem całkiem ogarnięta. Tylko w trakcie podróży robię się roztrzepana. Ciągle coś zostawiam w trasie. Na przykład na wyjeździe do UK zostawiłam w autobusie moje ulubione awiatory i kabelek do ładowarki... A odzyskać próbowałam, ale w Sindbadzie nikt nic nie wie i nie ma czasu.

We wtorek po południu wyjechałam. Firma zorganizowała mi dojazd jakimś prywatnym busem, który zabiera ludzi z domów. Mnie jednak z dworca PKS. I wszystko spoko. Tylko że ogólnie strasznie chaotyczne to wszystko było. Moja firma, a potem i biuro tej firmy przewozowej uparcie mi wmawiali, że mam wyjazd z dworca między 15:00 a 15:30. Nawet jeszcze we wtorek ci ostatni do mnie dzwonili i potwierdzali, że tak, tak, o 15. I nagle dzwoni do mnie kierowca, tuż przed moim odjazdem z domu i mówi, że odjazd o 14:10... Szczęście, że się pozbierałam na wcześniejszy autobus, o 13. Akurat zdążyłam. A miałam jechać o 14:30... Koleś zadzwoniłby pięć minut później i bym miała problem, bo wiecie, wakacje, mniej kursów PKS-u...

Droga minęła prawie bezproblemowo. Dlaczego prawie? Napiszę o tym nieco dalej. Kierowcy w porządku, współpasażerowie również. Na terenie Polski miałam wi-fi. Choć po moich doświadczeniach z Sindbadem, w pierwszej chwili, jak zobaczyłam ten napis na drzwiach busa, to i tak nie uwierzyłam :-) Mieliśmy wszyscy drobne problemy z połączeniem się - coś się nie zgadzało z hasłem. I tym oto sposobem nauczyłam się, w jakis sposób można się połączyć automatycznie, przez funkcję WPS. A do jej użycia trzeba tylko mieć router pod ręką. To mi pokazało pewną celowość, jak widzę ostatnio w moim życiu. Coś się dzieje, uczę się dzięki temu jakiejś nowej umiejętności, która niedługo potem okazuje się bardzo przydatna.

Tak było tutaj - przez pierwszy dzień nie miałam w ogóle w domu internetu. Dopiero wieczorem odkryłam aktywny router. Hasło na nim podane (w Anglii też się z tym spotkałam - hasło do wi-fi jest podane na naklejce na spodzie routera, wraz z jego nazwą) nie działało, więc jedyne, co mi pozostało, to użyć funkcji WPS. I tym oto sposobem mogę rozmawiać z bliskimi, dodawać na bieżąco posty, przeglądać inne blogi oraz Instagrama :-) Może to mało ważna sprawa, ale kiedy jestem za granicą, koniecznie potrzebuję dostępu do sieci, żeby wieczorem pogadać na Skypie czy napisać smsa z bramki. Muszę być w kontakcie z tymi, których kocham, bo tylko to mi pomaga przetrwać :-)

A podróż minęła prawie bezproblemowo, bo oczywiście bez przygód się nie obyło. Jechaliśmy sobie przez te Niemcy. Było już po 23 i ja jakoś zasnęłam. Ze słuchawkami na uszach. W pozycji "na ścianę płaczu" czyli oparta o siedzenie przede mną. Cholernie niewygodnie, ale inaczej się nie dało niestety. Obudziłam się, gdy poczułam, że jedziemy po czymś nierównym, jakby po poboczu. I dużo ciszej. I wolniej. Wystraszyłam się trochę w pierwszej chwili, że może kierowca przysnął i go ściągnęło... Okazało się, że brakło nam paliwa i jechaliśmy po pasie awaryjnym. I przestaliśmy jechać chwilę później. Nawet opary się nam skończyły...

To była chwila grozy, nie powiem. Ale kierowca skontaktował się przez CB radio z kolegą z drugiego busa (który był jakieś 6 kilometrów przed nami) i poprosił go, żeby skoczył na stację po paliwo dla nas. I po jakichś czterdziestu minutach czekania dostaliśmy benzynę. W butelkach po wodzie mineralnej ;-) Oczywiście, pasażerowie się nieco denerwowali (No, bo jak to tak, że paliwa brakło...). Ja tam sobie żartowałam, że zawsze mogło być gorzej, gdybyśmy na przykład samolotem lecieli ;-) Jeszcze jedna chwila grozy, bo auto dość długo nie chciało odpalić (ale to normalne raczej, jeśli zużyło się całą zawartość baku) i mogliśmy już jechać dalej. Generalnie to trochę straszne przeżycie, tak sobie stać po ciemku na niemieckiej autostradzie. Chłodno. Nieprzyjemnie. Mija Cię masa tirów, rozpędzonych, aż huczy. To trochę też była ironia losu - paliwa brakło nam 8 kilometrów od stacji...

Tak czy tak, o jakiejś 2:50 (czyli ok. 40 minut później niż planowo) byłam już na miejscu. I na dzień dobry strąciłam w mieszkaniu antyramę ze ściany... Cała ja. Wiecznie coś upuszczam, strącam, zrzucam... Ale to tak na szczęście :-)





Pierwszy dzień czyli środa, był najtrudniejszy. Po przyjeździe dałam radę przespać tylko jakieś cztery godziny, więc byłam nieprzytomna. A to wcale mi nie pomagało w rozumieniu, co ci Niemcy w ogóle do mnie gadają. W pierwszej chwili naprawdę się wystraszyłam, że sobie nie poradzę. Na szczęście po kilku dniach się okazało, że się w miarę osłuchałam i jest OK. Nie rozumiem może wszystkiego i nie potrafię wiele powiedzieć, ale tak komunikatywnie faktycznie daję radę. Jak nie rozumiem, to zwykle potakuję... Lepiej być na tak - a nuż ktoś będzie mi chciał dać milion euro. Bezpieczniej się zgadzać ;-)

Oczywiście też cały czas się uczę. Staram się sprawdzać na bieżąco te słówka, które usłyszę i zrozumiem. Przypominam sobie takie, o których już wiem, że mi się przydadzą w codziennym życiu. Ostatnio w wolnej chwili opracowuję sobie takie najczęściej potrzebne mi na co dzień zdania. Plus odrobina gramatyki, bo chciałabym jednak mówić poprawnie :-)

No właśnie, czas wolny... Tego to mam mało. Na szczęście wystarczy, żeby się choć trochę przejść, czy zrobić zakupy. I można trochę obejrzeć mojego pięknego miasteczka :-)  Miałam tutaj wrzucić dotychczasowe zdjęcia, ale ostatecznie stworzyłam osobny post o moich pierwszych wrażeniach. Na pewno też mój ogromny zachwyt budzi ilość i cena dobrych słodyczy. Te czekolady... Chciałam tutaj wrócić do diety, ale przy takich pokusach, jakie tu na mnie czyhają, to może być trudne...

Nie mogę powiedzieć jednak, że jest tu jakoś super ciekawie. Dni są bardzo podobne do siebie. Na szczęście jednak też mam co robić i szybko mi mijają. A im szybciej czas leci, tym bliżej do powrotu do Polski i mojego wspaniałego mężczyzny :-) Sporo czasu spędzam tutaj z poznaną już pierwszego dnia Polką, która mieszka kilka ulic ode mnie. Niby ma dwa razy tyle lat, co ja, ale jest tak młoda duchem i energiczna, że bez problemu się z nią dogaduję.

Na pewno mogę już stwierdzić, że jak dotąd Polacy w Niemczech wypadają o wiele lepiej niż nasi rodacy w Anglii. Żadnego wywyższania się, szpanowania kasą i językiem. Normalni, całkowicie normalni ludzie. I naprawdę dobrze jest móc pogadać tutaj z kimś, kto mówi po polsku. Zwłaszcza, że tutejszy język bardzo mi się nie podoba. Wszystko brzmi jak rozkaz. A już chyba nie ma nic gorszego, niż to, gdy z rana w pracy, jeszcze przed pierwszą kawą ktoś do ciebie gada po niemiecku ;-)

W ramach odstresowania zaczęłam sobie ćwiczyć wieczorami tabatę na rowerku stacjonarnym, który mam w mieszkaniu. Tylko 16 minut treningu, ale od razu się uspokajam, bo nie mam siły na nic. Ciekawe, bieganie jakoś nigdy tak na mnie nie działało, nawet wręcz odwrotnie. Chyba po prostu każdy ma jakąś taką aktywność fizyczną, którą polubi i chętnie będzie ją powtarzał kilka razy w tygodniu. Ja jeździć na rowerze uwielbiam, więc może dlatego tak bardzo mi się spodobało stacjonarne ćwiczenie.

Jeśli chodzi o blogowe inspiracje, zwróciłam tylko szczególną uwagę na post o post o sposobie na wieczne przekładanie. Coś dla mnie, i dla każdego, który nieprzyjemne obowiązki uparcie odkłada na później. Muszę wreszcie wypróbować, bo zapowiada się dobrze :-)

Tymczasem przesyłam gorące (tutaj też 30 stopni w dzień) pozdrowienia z Dolnej Saksonii. I idę zbierać kolejne pomysły na aktualne posty. Zapraszam również do śledzenia mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin' :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger