Relaks, rapsy i rewolucje. 19-25 lutego

Luty się kończy, zima się zaczyna – napisałam Wam ostatnio na Instagramie i chyba miałam sporo racji. Witajcie w ten mroźny wieczór. Nie wystawiam dziś już nosa z domu, więc to chyba dobry moment na mały...

relaks przy muzyce

Przegląd tygodnia

Powrót zimy dał mi się we znaki. Chyba wśród swoich przodków miałam jakichś drogowców, bo zima tymi swoimi powrotami mnie zaskakuje. Dziwię się za każdym razem, gdy wychodzę rano do pracy i widzę kolejną porcję śniegu, która osypała chodniki, drzewa i samochody. No i bywa, że przez to nagle zmieniam plany – na przykład, zamiast auta biorę rower, bo… roweru nie trzeba odśnieżać. #TakTrzebaŻyć


Jeśli tylko nie musiałam, nie wychodziłam. Udało mi się to w poniedziałek, kiedy pracowałam zdalnie. Wciąż mnie to zachwyca, wciąż to uwielbiam i wciąż jestem wtedy znacznie bardziej efektywna niż w biurowym hałasie. Nawet mimo tego, że mam też jakieś dziwne szczęście do atrakcji, które pewnie powinnam po korporacyjnemu nazwać „fakapami”...

Zawsze, gdy jestem na HO, zrelaksowana i zadowolona, muszą się zdarzyć dwie rzeczy. Najpierw znienacka pojawia się coś do zrobienia na już. Coś, czego w ogóle nie uwzględniałam w planie dnia, bo nawet się na to jeszcze nie zapowiadało. Potem wyskakuje mi na komunikatorze lub mailu ktoś, kto ma iście rewolucyjny pomysł na mój gotowy tekst… i dziwi się jeszcze, że nie podzielam entuzjazmu. Iście rewolucyjny pomysł oznacza, że musiałabym po prostu ten gotowy tekst napisać od nowa. Hell no.

I tak też było w poniedziałek, i cudowny dzień pracy zdalnej stał się dniem pod znakiem wkurwienia.

Gdybym była freelancerem, a entuzjasta rewolucji jednym z klientów, na pewno już dawno bym zrezygnowała ze współpracy. Żadne pieniądze nie są warte stresu, który ów rewolucjonista regularnie mi funduje.

Była też w tym tygodniu grota solna. Tym razem dołączyliśmy do dwóch nieznajomych. Bałam się, że towarzystwo oznacza hałas. Na szczęście obie panie przez cały czas milczały, co jest bardzo pozytywną odmianą po tych wszystkich publicznych miejscach, w których ludzie gadają bez przerwy. Nasze towarzyszki wpatrywały się jedynie w relaksujące niebieskie światło emitowane przez ekrany telefonów ;-)

Prawdę mówiąc, hałasu narobiliśmy na wstępie tylko my, bo kiedy wpadliśmy do wnętrza jaskini, panie już były usadzone, a my dopiero siadaliśmy, przestawialiśmy leżaki i tak dalej… Trochę mi za to wstyd, bo kontrast między ciszą, jaką zastaliśmy, a zamieszaniem, jakie zrobiliśmy, był ogromny.

Potem jednak udało mi się przełączyć w tryb „relaks” i zaczęłam myśleć nad historią, którą chcę w najbliższym czasie stworzyć. Od około dwóch tygodni bardzo dużo piszę w ciągu dnia, przy czym są to treści kompletnie niepowiązane z blogiem (stąd też na nim taka cisza) i marzy mi się po cichu (a raczej coraz głośniej…) wydanie swojej książki. Oczywiście, nie potrafię się ograniczyć tylko do jednego pomysłu, więc spisuję po trochu każdego.

W grocie solnej warunki wyjątkowo sprzyjały takim rozmyślaniom… i do głowy wpadł mi kolejny pomysł. Super, no super, tylko tego było mi jeszcze trzeba, żeby mieć w głowie dziesięć historii i na każdą z nich musieć znaleźć czas. Teraz rozumiem, czemu np. Haruki Murakami kompletnie zmienia swój tryb życia na czas pisania powieści. Ja chyba też powinnam – na początek może zrezygnuję ze snu?

Po seansie okazało się, że chyba mam na czole wypisane, że coś tam wiem o SEO i wyszukiwarkach, bo pani nas obsługująca poprosiła o pomoc:

- Jestem komputerową niemotą i nie wstydzę się do tego przyznać. Próbowałam się na to leczyć, ale to nieuleczalne.

Jak się okazało, w  tej barwnie zaczętej historii chodziło o wizytówkę Google, która pokazuje błędne godziny otwarcia. O tych wizytówkach wiele nie wiem, ale się po wizycie doedukowałam i nawet te godziny już poprawiłam. Będzie darmowe wejście czy tylko uśmiech prezesa? :-D

Byliśmy też w kinie na Czarnej panterze. Docierały do mnie dość umiarkowane w swoim entuzjazmie opinie i recenzje, więc nie spodziewałam się cudów. Tymczasem… więcej napiszę Wam już wkrótce w Filmowych inspiracjach ;-)

Miało być jeszcze małe Xbox party, ale… Xbox zawiódł na całej linii. Najpierw zażądał aktualizacji, która ściągała się przez dobre 40 minut. Po ściągnięciu wyskoczył mu jakiś błąd, który wymagał ponownego ściągnięcia update’u lub pozostania w trybie offline. Wybrałam offline, bo szkoda czasu. To sprawiło, że nie można było w ogóle odpalić gry (Tekken Tournament, gdyby ktoś pytał) – owszem, wersja 360, ale jednak kompatybilna także z Xbox One.

Pozostał nam tylko Battlefront.

Przypuszczam, że problem z odpaleniem gry z płyty polegał na tym, że konsola potrzebowała połączenia z siecią, by SPRAWDZIĆ, czy gra jest kompatybilna. Z czego wyniknął problem z pobraniem aktualizacji? Tego już nie wiem, ale aktualizacje Windows to zło. W ogóle, Windows to chyba zło (jeszcze nie jestem gotowa na bardziej zdecydowane deklaracje). Mogę to podsumować tylko w taki ponury sposób...


Najnowsze wpisy


Na blogu w tym tygodniu cicho, spokojnie i tylko wiatr między wpisami hula… No dobra, aż tak to nie ;-)

7 błędów w Bullet Journal, które popełniałam

Super propozycja, smogue i pozory



Przegląd internetów


Tu mam ogromną ilość rzeczy, które chciałabym napisać – wszystko przez tego Twittera, który okazał się cholernie inspirującym miejscem. Albo przynajmniej: informującym.

Gdyby nie Twitter, nie wiedziałabym o wielu rzeczach.

O Maliku Montanie i Żabsonie. Mamy tu hipsterski rap pełen finezyjnych przemyśleń. Nie linkuję, bo szkoda życia.

O tym, że siostry-karpie wydają płytę, świecą czym się da i będą prowadzić program w telewizji. Znowu, nie linkuję, bo nie warto, a swoją drogą... zobaczcie, jak świat się zmienił. Kiedyś tych, co się publicznie obnażali, nazywało się ekshibicjonistami, a dzisiaj? Celebrytami!

Że jak coś nie idzie, to znaczy, że idzie – jak kurwie w deszcz. Kupuję to powiedzonko!


Że wzór LV nie pasuje nawet do toalety. Nie zachwycały mnie nigdy te brązy - gdybym miała kupić sobie torebkę za tyle kasy, kupiłabym za mniej. Ktoś powie - "Resentyment!", a ja powiem, że nienawidzę gównianych kolorów ;-)

Szukam też ostatnio telewizora i trafiam przez to na takie perełki w ogłoszeniach, jak „Posiadam do sprzedania uszkodzony telewizor (…) Usterka polega na tym, że obsługa z pilota jest, fonia także, lecz ciemny ekran (…) Telewizor zadbany.” No nie, jak nie działa, to chyba jednak nie jest tak do końca zadbany? ;-)

A co u Was ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger