środa, 7 grudnia 2016

Najpopularniejsze zwierzę w blogosferze i double facepalm. Przegląd tygodnia 28 listopada - 4 grudnia

Hej! Dziś będzie krótko i konkretnie, bo piszę nieco rozespana. Jak ten kotek poniżej, przez którego też zaczniecie ziewać. Ale to tylko przez niego, nie z nudów. Gwarantuję :-)

ziewający kot

Nie działo się specjalnie dużo. W większości sytuacji byłam obserwatorem. Czasami frustratem i korektorem. Cóż, w tym tygodniu ilość wprowadzonych przeze mnie poprawek dorównała liczbie wyemitowanych odcinków Mody na sukces :-P

Tydzień zaczął się od gorączkowej przeprowadzki (na którą miałam w sumie tylko poniedziałek). Mimo, że było męcząco, wszystko poszło dobrze i zgodnie z planem. W ciągu jednego dnia udało mi się sprzedać niepotrzebne biurko i krzesło (bo po wozić je ze sobą). Sprawiły radość Państwu, którzy postanowili kupić je dla dzieci (Wie Pani, dzieciaki to od razu zniszczą, pomalują... Lepiej używane odkupić). Ogromna część mojego dobytku została w mieście u znajomych. Pomogli mi również w ładowaniu tego wszystkiego do auta. Jeśli to czytacie, to wielkie dzięki. Wiszę Wam dobre piwo!




Trochę sobie "pokierowcowałam. Wolę jeździć autem niż autobusami. Po pierwsze, sobie ufam bardziej niż innym kierowcom. Po drugie, mam jakieś takie dziwne szczęście, że w autobusie zawsze się musi do mnie dosiąść jakaś baba z jajami... znaczy, z torbami. Zajmie 2/3 przestrzeni, która przysługuje nam obu i jeszcze się dziwi, że siedzę skrzywiona.

Jako kierowca pierwszy raz w życiu doświadczyłam zimy, która zaskoczyła mnie i drogowców. Właśnie w poniedziałek, gdy już z wypakowanym po brzegi autem wracałam na wieś. Już przy ostatnim kursie po rzeczy i wjeździe na parking pod mieszkaniem coś mi nie pasowało, bo nie mogłam w ogóle ruszyć. Myślałam, że hamulec mi się zblokował czy coś. Potem się okazało, że padający godzinę temu deszcz właśnie zamarzł, droga się dosłownie świeci i jest lodowisko.

Gdy wyjechałam z parkingu jakieś pół godziny później, nie było ani trochę lepiej. To znaczy, centrum miasta było w miarę przejezdne, ale gdy tylko zaczęliśmy z niego się wydostawać, musiałam zmniejszyć prędkość do 20 km/h. Tu już nawet nie chodziło o to, że widziałam lód na drodze, ale że była tak ewidentna szklanka, że kierownica mi latała. Pierwszy raz w życiu w aucie bez wspomagania miałam wrażenie, że jednak wspomaganie jest...




Oczywiście, konieczność jazdy 20 km/h spowodowała paraliż miasta. Totalny. Zauważyliśmy to już na pierwszej górce. Większość aut rezygnowała z podjazdu i zatrzymywała się na awaryjnych na poboczu. Ja przez chwilę też tak miałam ochotę zrobić, ale potraktowałam sytuację jak wyzwanie i uparłam się, że podjadę. Spokojnie, równą prędkością. I podjechałam, nie zwalniając ani trochę. Dopiero na szczycie - kiedy czekał mnie jeszcze wąski skręt w prawo. To była najbardziej stresująca część, bo przy tej szklance, jaka tam była, miałam praktycznie 100% szans, że wylecę na bok, jeśli zrobię coś źle...

Nie zrobiłam.

Jazda do domu, która normalnie zajmuje mi ok. 25 minut, tym razem trwała godzinę. W trakcie wyjeżdżania z miasta widziałam tylko jedną piaskarkę, która... utknęła w korku. Słowem, zima zaskoczyła drogowców. Marznący deszcz padał od jakiejś 14, ale mimo to - piaskarki nie wyruszyły już wtedy. W ciągu najbliższych godzin na drodze zrobiło się olimpijskie lodowisko i chyba tylko cudem dojechałam w jednym kawałku. Wierzcie mi, że pierwszy raz w życiu nie przekroczyłam ani razu dozwolonych prędkości. Ba, ja się do nich nawet nie zbliżyłam :-P

Na drugi dzień w pracy nasłuchałam się historii o autach, które nie były w stanie pokonać wzniesień i zsuwały się po tym lodzie w tył. Rozniosła się też informacja o facecie z Jeepa, który wciągał na jedną z górek pozostałych kierowców - dla tego pana wielkie brawa :-)

A gdzie brawa dla drogowców? Na nie przyjdzie czas... Dwa dni później znowu wracałam autem z pracy. Sypał gęsty, mokry śnieg. Drogi przez jego warstwę szybko zrobiły się śliskie. W drodze do domu ani razu nie widziałam drogowców. I nie dało się znowu jechać zbyt szybko - bo ślisko i na dodatek widoczność słaba. Teraz jest właściwy moment na ironiczne brawa dla drogowców. Zima zaskoczyła ich dwukrotnie w ciągu zaledwie dwóch dni...

biały niedźwiedź robi facepalma

Opowiem Wam jeszcze krótką historyjkę o kierowcy, który był złośliwą mendą. Koleś jechał jakimś autem typu Peugeot Partner. Wyprzedził nas, po czym nagle niesamowicie zwolnił i zamulał przez całą drogę. Przy wyprzedzaniu go tak przyspieszył, że trzeba było zrezygnować, bo bez napędu rakietowego ani rusz, a tu auta z naprzeciwka jadą... Oczywiście, zamulał dalej. Po udanej próbie wyprzedzenia zaczął nam walić po lusterku długimi. Potem znowu wyprzedził. W ramach zemsty miał długie już przez cały czas skierowane w swoje lusterko. Aż odjechał w pizdu, znaczy, w stronę zachodzącego słońca :-P

Wybitnie irytująca akcja. Mam nadzieję, że ktoś mu za to kiedyś mordę obiję, ale tak serio... trzeba było chyba po prostu nagrać sytuację, spisać numery i zgłosić na policję. Ot, co. Powodował zagrożenie przecież. Mam też pewne podejrzenia. Wszystko rozgrywało się w okolicy, przez którą około tydzień temu jechałam bardzo wolno na awaryjnych do mechanika, bo nie miałam hamulców. Wtedy też jakiś mistrz kierownicy walił mi długimi po oczach, aż w końcu z wielkim zniecierpliwieniem wyprzedził. Podejrzewam po prostu, że to ta sama osoba, która rozpoznała auto i się mściła. Człowieku mściwy: jeśli mieć zdrowe i proste zęby, nie rób tak więcej.

OK, możemy pogadać o czym innym. Wyzwanie instagramowe, które obiecałam Wam w poprzednim przeglądzie tygodnia... Jest OK, ale zdjęć nie dodawałam codziennie. Sukces, że w ogóle jakieś dodałam, no ale... Cóż, walczymy dalej. Dzięki temu znowu częściej zaczęłam fotografować.


Bywamy ostatnio czasami w bardzo ciekawym barze PRL. W sensie, jest to coś w stylu baru mlecznego, gdzie zjesz śniadanie lub obiad i popijesz herbatą/kawą siekierą o smaku kawy w szklance z koszyczkiem. Wiecie, takim klasycznym, peerelowskim. Jedzenie tanie i całkiem dobre. Urzekł mnie jednak wystrój, który pozwala się przenieść do epoki. Właściciele dbają też zazwyczaj, żeby z głośników leciała muzyka z tamtych czasów. Jest kolorofon, są też plakaty typu Kobieto, wstąp w szeregi doręczycielek! i ramka ze zdjęciami Tych państwa nie obsługujemy. Brakuje chyba tylko sztućców na łańcuchach ;-)

wnętrze baru PRL

ciastko wuzetka w barze PRL

A wiecie może, jakie jest najpopularniejsze zwierzę polskiej blogosfery? Sprawdźcie koniecznie. To jeden z bardzo nielicznych wpisów, który urzekł mnie humorem.

Jako niecierpliwie oczekująca na swoje kolejne przesyłki z Alie (na razie dotarły jedynie paczki do mojego wspaniałego), podrzucę Wam także linka do posta 100 rzeczy, które warto zamówić na Aliexpress. Ja już się rozglądam za prasowaczem parowym. Nie znoszę prasowania, a to urządzenie na pewno mi je choć trochę ułatwi.

O książkach nic nie piszę, bo bez zmian. Grand Tour dalej oglądam i wciąż warto. Zaczęłam także oglądać najnowszy serial Netflixa czyli The Crown (niemiłosiernie nudny, króla Jerzego uśmiercali przez całe dwa odcinki... :-P) oraz wróciłam do oglądania The Affair (nuda i naciągane wątki) oraz Agentki Carter (spoko odmóżdżacz, plus piękne stroje).

Na blogu w tym tygodniu pojawiły się jedynie dwa posty. Wszystko przez silną potrzebę odpoczynku i totalnego lenistwa :-)


Totalny brak hamulców i oczekiwanie na coś dobrego

Moje nowe ulubione kawałki


A co u Was dobrego słychać? Przygotowania do Świąt w rytmie przebojów z dzwoneczkami czy może jeszcze święty spokój? ;-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.