niedziela, 2 października 2016

Skazana na sukces i siedmiu wspaniałych. Przegląd tygodnia 26 września - 2 października

Od trzech tygodni jedyne co mi przychodzi na myśl, gdy zaczynam pisać przegląd, to "Co to był za tydzień...". Dzieje się naprawdę dużo. W ostatnim przeglądzie tygodnia wspominałam Wam również o pewnym przedsięwzięciu, którego się podjęłam - dziś się dowiecie, czy się udało.


Przedsięwzięcie to było zwyczajnym przejściem rekrutacji na stanowisko copywritera do pewnej firmy. W piątek byłam na rozmowie i dostałam również zadanie rekrutacyjne - napisanie szkicu artykułu oraz pierwszych 2-3 tysięcy znaków. Ogólnie, to nie było trudne, ale... wiecie, jest zawsze trochę wątpliwości pod tytułem "Jak to napisać, żeby się spodobało". Postanowiłam napisać po swojemu, inspirując się lekko innymi artykułami z tej firmy, do których miałam dostęp. Miałam czas do końca dnia w poniedziałek - czyli cały weekend, ale jak to ja - pisałam dopiero w poniedziałek, gdy wróciłam do miasta. Pewnym utrudnieniem był wciąż brak laptopa - nadal w naprawie, a tej wielkiej Toshiby nie chciałam brać, bo nie mam na nią torby i boję się, że ją uszkodzę. Nie mogę sobie pozwolić na uszkodzenie dwóch laptopów naraz :-)

Tekst wysłałam w poniedziałek po 18 i już na drugi dzień dostałam odpowiedź, że dziękują i że chcieliby, abym jeszcze napisała już tak na luzie, dlaczego to mnie powinni wybrać. Tak, jak w przypadku pierwszego artykułu, napisałam od razu z rana, a potem zrobiłam sobie kilkugodzinną przerwę na rower i po powrocie jeszcze raz przeczytałam, i dopiero wysłałam. Dzięki temu łatwiej mi było dostrzec ewentualne błędy.




Na drugi dzień zaskoczył mnie telefon po południu. Mieli dać znać, jakakolwiek będzie odpowiedź. Przez cały czas czułam jednak, że chcę się tam dostać i że mi się uda. Tak bardzo, że miałam w nagrodę sobie kupić lampy do roweru (żeby wymienić te zepsute) - kupiłam je, zanim się dowiedziałam o wyniku. Tym sposobem już musiało mi się udać ;-) Tak też się stało. Umówiłam się, że zaczynam od przyszłego poniedziałku (czyli jutro) i że mam się pojawić w kadrach, odebrać dokumenty, wybrać się do lekarza...

Część z lekarzem to była ta najgorsza i najbardziej irytująca. Pojechałam zaraz następnego dnia po dokumenty i od razu do ich przychodni. Niestety, nic nie załatwiłam. Pani pielęgniarka oschle oznajmiła, że skoro to ma być praca przy komputerze, musi koniecznie mnie zbadać okulista, a on przyjmuje tylko do 10 rano. Zirytowałam się, bo chciałam ostatnie dni "wolności" wykorzystać na wyspanie się, a tu oczywiście nici z tego, bo będzie trzeba znowu ze wsi jechać do miasta i to jeszcze na dodatek wcześnie rano. Przeszło mi przez myśl, żeby te badania zrobić gdzie indziej, ale nie mogłam (firma chciała, żeby to w ich przychodni było). I z jednej strony rozumiem, że trzeba przebadać kandydata do pracy, ale z drugiej... jak lekarz jest potrzebny, żeby nas wyleczyć, to go nie ma. A jak trzeba kogoś dopuścić do pracy, to... też go nie ma.

Poza tym piątek był również dniem nieustannego kursowania między wsią, a miastem - najpierw rano do tego lekarza, potem na chwilę wpadłam na wieś na obiad, spakowałam się i wróciliśmy na miasto, w międzyczasie odwiedzając babcię w szpitalu. Potem jeszcze małe zakupy. Po tym wszystkim byłam tak wykończona, że nie chciałam już nawet prowadzić auta, a po powrocie do mieszkania padłam na godzinę do łóżka i prawie zasnęłam. Ze świadomością, że czeka mnie jeszcze sprzątanie... Na szczęście, miałam pomoc ;-) Ogarnęliśmy wszystko raz-dwa, zrobiliśmy coś do zjedzenia i zaczął się wieczorny relaks.




Obejrzeliśmy sobie Dzień Niepodległości 2. Nie będę pisać osobnej recenzji, bo ten film najlepiej opisuje poniższy dialog:


- Ale przypomnij mi, co było w tym pierwszym "Dniu Niepodległości"?
- Walka z kosmitami i Will Smith.
- A w tym drugim co jest?
- Walka z kosmitami, ale bez Willa Smitha.

Dodajcie sobie jeszcze do tego fakt, że po obejrzeniu filmu zasnęłam jak dziecko :-D Dałam radę obejrzeć do końca, nie czając 90% fabuły i powiązań między bohaterami, ale jak tylko pojawiły się napisy końcowe, zaczęłam chrapać :-D

W sobotę zaś wyskoczyliśmy na Siedmiu wspaniałych. Nie przypominam sobie, żebym oglądała jakąkolwiek poprzednią wersję, ale to bez znaczenia. Ta z 2016 jest mega dobra. Oglądałam z przyjemnością, zwłaszcza, że akcja rozwijała się we właściwym tempie i wciągnęła mnie tak samo, jak w Bogach - myśli praktycznie w ogóle mi nie odpływały, jak przy większości filmów. Byłam w całości skupiona na filmie. Zdecydowanie polecam :-)

Niedziela zaś to leniwy dzień, który zaczął się od wstania późno, szybkiego ogarnięcia obiadu i przeleżenia paru godzin przed tv/z książką. Potem szybki wyskok w odwiedziny do babci i ja jeszcze wybrałam się na rower. Nie ma lepszej motywacji do regularnej jazdy, niż nowy rower. Przy okazji przetestowałam światełka - bateryjne są o niebo lepsze. Póki co, jeszcze mi nie doskwiera myśl o szybko mijającym weekendzie i konieczności pójścia jutro rano do pracy, ale... poczekajmy ;-) Wstawania rano specjalnie nie lubię i pewnie wkrótce zacznę marudzić :-D

Na blogu pojawił się jedynie przegląd tygodnia:

Jestem trochę blogowo rozbita przez brak własnego laptopa, bo ani nie mam dostępu do własnego Evernote (ostatnio wprowadzili ograniczenia, że w wersji bezpłatnej można używać aplikacji tylko na dwóch urządzeniach, a ja dopiero kilka dni temu zauważyłam, że jest przecież wersja przeglądarkowa, której mogę używać wszędzie), ani Toshiba nie ma bluetooth (chyba, w sumie nie sprawdzałam, ale pamiętając, jak trudno mi było opanować bluetooth na Acerze, chyba nie mam ochoty próbować ;-)).

A co tam u Was ciekawego? :-)

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.