wtorek, 27 września 2016

Rower, rower, rower... i laptop. Przegląd tygodnia 19-25 września


Piszę ten przegląd tygodnia z 17-calowej, ciężkiej jak cholera Toshiby, ponieważ mój wspaniały ultrabook wymiękł. A dokładniej, wymiękła matryca (względnie taśma matrycy - zdania są podzielone). Jest zatem w naprawie i tak po cichu liczę, że jutro już będzie gotowy ;-) Przeżyłam też przez chwilę mały Armageddon, kiedy to nawet nie miałam tej gigantycznej 17-stki (bo nie moja) i musiałam pisać na stacjonarnym, co było już straszne - za bardzo się przyzwyczaiłam do płaskiej klawiatury w lapku. Uff, ile wtedy w powietrze poleciało słów nieparlamentarnych...

Wszystko to wydarzyło się na początku tygodnia, kiedy dowiedziałam się, że dostałam pracę (a właściwie nawiązałam współpracę) jako copywriter w lokalnej firmie. Generalnie pracuję z domu, ale raz na jakiś czas pojawię się również w biurze. We wtorek byłam tam po raz pierwszy, żeby poznać ich wymogi co do tekstów. Wróciłam z biura, wskoczyłam do pobliskiego serwisu podpytać o naprawę laptopa, a potem dostałam telefon od kuriera, który wiózł do mnie... rower. I tu zaczyna się historia mojego roztrzepania :-D

Pan kurier oznajmił, że jedzie ciężarówką i zapytał, czy zmieści się jakoś u mnie pod blokiem. Cóż, nie wiedziałam, jak wielka to jest ciężarówka i uznałam, że raczej szanse małe, skoro nawet Golf nie zawsze się na parkingu mieści :-P Umówiłam się zatem pod marketem, w którego okolice i tak się wybierałam. Mam do niego niecały kilometr drogi. Pan podjechał mniej więcej w tym samym momencie, kiedy przyszłam, jakoś zaparkował (a ja uznałam, że i u mnie pod blokiem by się zmieścił), wydał mi karton z rowerem oraz osobny, z koszykiem do roweru i pojechał. A ja zostałam z gigantycznym, ciężkim kartonem (no, wyobraźcie sobie karton wielkości roweru miejskiego), drugim, lżejszym, ale nie ułatwiającym zadania kartonem pod marketem, który jest kilometr od mojego bloku. I myślą, że cholera, trzeba było samochodem podjechać.




Próbowałam wlec karton po ziemi. Spoko, ale na krótki dystans. Zanim bym dojechała do domu, szorowałabym już po ziemi rowerem. O podniesieniu go nie było mowy. Stałam tak bezradnie przez chwilę i zaczęłam myśleć, jakby tu wybrnąć. Zostawić gdzieś w markecie z prośbą o przechowanie i przyjechać autem? Hmmm, średnio. I wtedy mój wzrok padł na bar, w którym pracuje koleżanka. Dosłownie po drugiej stronie ulicy. Zadzwoniłam do niej i pytam, czy jest w pracy, ale okazało się, że jeszcze nie. Powiedziała jednak, że na pewno zgodzą się, żebym przechowała tam ten rower i że mogę się powołać na nią. Powlekłam się zatem do baru...

Faktycznie, nie było problemu z zostawieniem tego całego "bagażu". Zostawiłam i poleciałam po auto, śmiejąc się z siebie samej. Wróciłam, koleżanka pomogła mi załadować to wszystko do bagażnika (nie obyło się bez składania siedzeń) i postanowiłam zajrzeć jeszcze na coś dobrego. Wypiłam pyszne egzotyczne smoothie i pojechałam bawić się w składanie tych gigantycznych puzzli 3D :-D


Trwało to 1,5 godziny i niestety nie miałam wszystkich potrzebnych narzędzi, zatem skończyło się na rowerze w jednym kawałku, ale z "latającą" przednią lampą, niedokręconym błotnikiem... Kół też nie udało mi się napompować - niestety, pompka nie chciała współpracować. Nowo kupiona... Ostatecznie uznałam, że czas oddać rower do serwisu Romet (tak, jak w regulaminie konkursu zastrzegał organizator - że jest to wymagane, aby na rower obowiązywała gwarancja). I tu się zaczęły jaja.

Następnego dnia zadzwoniłam do "autoryzowanego serwisu" i pytam, czy można zostawić rower, bo wygrany, a potrzebuję gwarancji. Można, ale to kosztuje. 60 do 100 złotych. Będzie przegląd i przygotowanie go do jazdy. Cóż, niby wyczytałam wieczorem, że za ten pierwszy przegląd żądają kasy, bo "nie kupione w ich sklepie, to nie mogą dać gwarancji, dopóki roweru nie sprawdzą". Kolejne przeglądy miały być już bezpłatne, ale... nie ugryzłam się w język i zapytałam, czy to aby na pewno fair, że mam od razu wywalić tyle kasy. Koleś zaczął cwaniakować i się rozłączył, czego bardzo nie lubię. Szef firmy, która organizowała mi ostatnie wyjazdy, też się tak zachowywał jak sfochany 17-latek i jak mu nie pasowało coś, co mówiłam, to się rozłączał. Grrrrr.

Zadzwoniłam do sklepu firmowego Rometa i dowiedziałam się, że z tym płatnym pierwszym przeglądem jest wszystko OK, ale... ja wcale nie muszę decydować się na autoryzowany serwis. Wystarczy jakikolwiek.

OK, to ja sobie poszukam lepiej innego serwisu, bo nie lubię cwaniaków. Zadzwoniłam do pobliskiego, do którego mam dosłownie rzut beretem. Zrobią przegląd za 20-30 złotych, ogarną to, czego ja nie dałam rady i w ciągu 1-2 dni rower będzie do odbioru. Kolejne przeglądy zaś polecają mi dopiero po przejechaniu 200-300 kilometrów, kiedy będzie trzeba wyregulować ponownie podzespoły. Za taki przegląd zapłacę 50 złotych. Fuck logic, bo w sumie wyjdzie mnie to drożej (60-100 złotych jednorazowo, a tu 20-30 i co jakiś czas 50 zł), ale pan był na tyle uprzejmy, że nie zamierzałam dalej szukać. Wolę już te płatne przeglądy, ale chociaż w miejscu, gdzie jest kulturalnie. Rower był już gotowy na drugi dzień.



Niestety, nie do końca dobrze przeżył transport - po pierwsze, zgubiła się jedna śrubka do koszyka (raczej ważne, bo koszyk by się wykrzywił bez niej, zwłaszcza pod obciążeniem). W kartonie były dziury, które pełniły funkcję uchwytów, także nic dziwnego. Nie przeżyła również tylna lampa - nie działała na dynamo. Zresztą, samo dynamo też jakoś się dziwnie odgięło i nie działał w nim ten "zatrzask", który przybliżał je do opony, lub oddalał. Cóż, potem się okazało, że jeśli chodzi o światło, to jest jedynie problem z przepaloną żarówką, ale... i tak wymieniam na bateryjne. To wygodniejsze niż dynamo ;-) Tak czy owak, wygrany rower póki co kosztował mnie 25 złotych (przegląd), ale jeszcze będą jakieś cztery dyszki za światła. Cóż, w życiu nie ma nic za darmo :-D Tak czy owak, jest cudowny i świetnie się na nim jeździ. Zawsze mówiłam, że ja tylko górskie, że broń Boże miejski - a teraz się czuję, jakbym się przesiadła z malucha do mercedesa ;-)

Jeśli chcecie zaś zapytać, czy w takim razie mój tydzień obracał się jedynie wokół rowerów, to muszę potwierdzić :-D

W piątek zaś zaczęło się pewne ważne dla mnie przedsięwzięcie, które wciąż wymaga ode mnie działań. Myślę, że w przyszłym przeglądzie tygodnia napiszę już, o co chodzi :-)

Wieczorem zaś pojechałam na wieś, dziwiąc się, że jeden autobus nie jechał (przez co czekałam łącznie ponad 40 minut) i cały weekend spędziłam tam, z małym wyskokiem na miasto. Byłam kierowcą i od razu stanęłam przed wyzwaniem - zaparkowałam na chodniku, za jednym autem, tak, że jeśli bym cofnęła, spokojnie bym dojechała do obniżenia krawężnika (ważne, bo był tam bardzo wysoki, a ja miałam w bagażniku telewizor). Oczywiście, nie minęło pięć minut, kiedy wróciliśmy do auta, gotowi odjeżdżać - już za mną też stało auto, skutecznie zastawiając mi dojazd do obniżenia. Bez telewizora pewnie bym waliła na wprost, nie przejmując się wysokością, bo nie takie rzeczy Golf przeżywał, ale... co Golf przetrwa, to telewizor już niekoniecznie, a nie chciałam wyciągać go potem w kawałkach...




Próbowałam uruchomić alarm w aucie stojącym przede mną - bo cóż innego szybciej przywoła właściciela? Szarpałam klamkami, puknęłam w drzwi ręką - nic z tego. Chyba byłby ze mnie dobry złodziej :-D Przeszło mi jeszcze przez myśl użycie kamienia, ale, jako, że rzecz się działa pod plebanią, na horyzoncie pojawił się ksiądz (perfect timing - chwilę po soczystej k...wie, którą rzuciłam w przestrzeń). Pytam go, czy to może ktoś od nich (w końcu to było jakieś Porsche). Ksiądz powiedział, że nie. Troszkę potem żartowaliśmy ze znajomymi, że auto było za biedne ;-) Poczułam się zmuszona do wykonania karkołomnego manewru - wycofania się do zjazdu, co wymagało przejechania tyłem między autem, a murem. W bardzo, bardzo bliskiej odległości. Akcja zakończyła się powodzeniem. I podziwem mojego mężczyzny ;-) A mnie się będzie jeszcze nieraz śniła po nocach pewnie :-D

Niedzielę zaś spędziliśmy już całkowicie na wsi, śpiąc do późna, czytając i oglądając kabarety (kto oglądał ostatni odcinek z boską piosenką zaśpiewaną przez Michała Szpaka? :-)). Jako, że u mnie ostatnio na tapecie na zmianę Maria Czubaszek i Artur Andrus, postanowiłam pójść na kompromis i poczytać ich wspólne książki, czyli Każdy szczyt ma swój Czubaszek oraz BOKS NA PTAKU czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak. Co mnie najbardziej zdziwiło w książkach o pani Marii? Że miała ona męża - znając jej żartobliwy stosunek do instytucji małżeństwa, nie umiałam sobie jej wyobrazić jako żony. A jednak... Obie książki bardzo lekkie i zabawne, choć w drugiej trochę mnie przynudzili historią środowisk jazzowych ;-) Ale za to niezaprzeczalnym atutem drugiej książki są luźne dygresje oznaczone jako "BOKS NA PTAKU", czyli śmieszne historyjki z życia Marii Czubaszek lub Wojciecha Karolaka. Książkę dziś pewnie skończę, ale już polecam obie :-)

Na blogu zaś pojawiły się dwa wpisy:

Co to był za tydzień!


Pielgrzymi bez poczucia przyzwoitości



A co tam u Was ciekawego się działo? :-)


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

UDOSTĘPNIJ TEN POST

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.