Kolejna zmiana, beznadziejne święta i cholernie trudne wyzwanie. Podsumowanie marca


Kto tutaj zagląda od początku, ten na pewno widzi dużą różnicę. Ewidentnie porwał mnie mainstream. A tak poważnie, to po prostu postanowiłam myśli zamienić w czyny i wprowadzić na blogu trochę zmian (kopnięta motywacyjnie przez Blogierkę - dzięki!). Tak oto pojawił się nowy szablon, bardziej czytelny podział na kategorie, oraz Disquss, przed którym wzbraniałam się kiedyś rękami i nogami. Bo to takie blogerskie, modne, a wcale niewygodne... Jednak sama od jakiegoś czasu miałam tam konto i całkiem aktywnie z niego korzystałam, i wreszcie stwierdziłam, że to pozwala na normalne prowadzenie dyskusji. Bloggerowskie komentarze nie powiadamiały w tak wygodny sposób uczestników o tym, że ktoś się odniósł do ich słów, a to ucinało każdą dyskusję-to-be, zanim się jeszcze zaczęła. I do tego ten ich wygląd...

A, i jeszcze nowa nazwa i adres. Nie znosiłam tej poprzedniej. Nigdy nie wymyślajcie nazwy bloga na szybko!

Zainstalowanie Disqussa (które było pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam), nie zajęło mi tyle czasu, co dostosowywanie nowego szablonu do swoich potrzeb. Spędziłam nad tym dobre kilkanaście godzin, dłubiąc, grzebiąc, kopiując i wklejając. Dobrze, że dzięki blogowi mam jakieś minimalne obycie się z html-em, więc modyfikowałam sobie wszystko dość swobodnie. W tej chwili jest już mniej więcej to, co chciałam. Prosto, przejrzyście i ładnie. Tak to powinno wyglądać. Ku przestrodze zrobiłam sobie kilka screenów mojego poprzedniego szablonu. Będę Was nimi straszyć w nocy, jak nie będziecie komentować!

Kusi mnie też powoli, żeby może tak jakiś newsletter... Na razie przeglądam, podpatruję, podczytuję i myślę. Ot, mój standardowy tryb działania. Aż niektórzy wątpią w to, czy w ogóle zamierzam zadziałać. W sumie, czasem i ja sama wątpię. Jednak to poważna sprawa, i po prostu chcę mieć plan, jak to zrobić, zanim wystartuję. W ogóle, próbuję stworzyć plan dla bloga, co chcę na nim dalej robić i jak. Skoro już wprowadziłam zmiany w wyglądzie, to można by i w innych kwestiach. Takie tam, wiosenne porządki. A co!



Poza tym zaliczyłam totalnie beznadziejne święta. Ja wiedziałam, że takie będą, skoro je spędzam za granicą, z dala od mojego wspaniałego, ale niestety nie bardzo miałam wybór. Po prostu tak wypadło. Ktoś musi pracować, żeby świętować mógł ktoś... Ktoś może mi powiedzieć, że miałam to, czego się spodziewałam... Fakt, zazwyczaj tak to działa, ale w przypadku świąt w obcym miejscu i wśród obcych ludzi po prostu nie mogło być fajnie. Ciągle myślałam o tym, że powinnam być w Polsce. Co zajrzałam na Instagrama czy Facebooka, to ktoś wrzucał jakieś rodzinne zdjęcia, spacerki, albo idealne do bólu, instagramowe wręcz zdjęcia stołów i życzenia... A czy ty wiesz, że takie życzenia "dla wszystkich" są tak naprawdę dla nikogo?

I jeszcze na dodatek w pracy przez cały Wielki Tydzień wysłuchiwałam pretensji. Od kogoś, kto uważa się za wielkiego katolika... Mmmm... Właśnie dobitnie pokazał, w jak głębokim poważaniu miał czas, który powinien ponoć być pełen przebaczenia i refleksji. I nie, ja tak bardzo katolicka nie jestem, czy coś. Chodzę do kościoła i w ogóle, ale myślę, że ważniejsze jest, żeby najpierw chcieć być dobrym człowiekiem. Wielokrotnie pisała o tym Ania i ja się z nią zgadzam. Wiara może w tym pomóc, ale w pierwszej kolejności chodzi o chęci i własne sumienie, jakiś kompas moralny... Na pewno też kojarzycie takie osoby: latają do kościoła codziennie, ale ludzi innych od siebie najchętniej by powybijali...

Jedyny plus tych świąt jest taki, że ani trochę nie przytyłam. Ani grama. Właściwie, to nawet po nich schudłam, bo prawie w ogóle nie miałam ochoty jeść. Ha, teraz mi możecie zazdrościć! A tak serio to spoko, za rok spędzam Wielkanoc normalnie, więc pewnie też potem będę walczyć z nadwyżką ;-) Postanowiłam sobie, że już absolutnie, ale to absolutnie nie zgodzę się na spędzanie świąt za granicą - żadnych, ani Wielkanocy, ani Bożego Narodzenia, ani nawet Sylwestra. I nie chodzi o jedzenie i tą tradycję, żeby narobić żarcia, jak na przyjęcie uchodźców. Nieważne czy będę miała uginający się stół, czy podejdę do sprawy po swojemu i nie będę przeginać z przygotowaniami. Chodzi po prostu o atmosferę i towarzystwo, które daje mi szczęście.


Po Świętach zostały mi jeszcze dwa tygodnie do powrotu. Postanowiłam dobrze wykorzystać te kilkanaście dni i podjęłam się pewnego niełatwego wyzwania. Pisałam Wam o nim na Facebooku. W tej chwili jestem na czwartym dniu i przyzwyczaiłam się na tyle, że nie jest to już nawet dla mnie wyzwanie. O co dokładniej chodzi? Dowiecie się po moim powrocie. Wtedy zdam Wam dokładną relację. Teraz po prostu chcę się skupić na realizacji swojego celu, a dopiero potem o tym opowiadać. Jak dobrze pójdzie, to myślę, że powstanie nawet stosowna kategoria na blogu, w której będę rzecz kontynuować. A póki co - trzymajcie kciuki!

Trzymajcie też za to, żebym tego 14 kwietnia mogła wyjechać sobie stąd od razu z rana i wieczorem być już w swoim mieszkaniu. I jeszcze za brak upierdliwego towarzystwa w drodze ;-) Pozdrawiam!

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger