Zła książka boli przez całe życie


Zrobiłam ostatnio wstrząsający eksperyment. Domyślałam się co prawda jego wyniku, ale i tak mnie to nie powstrzymało. Miałam też ogromną potrzebę przeczytania czegoś totalnie odmóżdżającego, a że żadnego nowego "Thorna" nie miałam na podorędziu, mój wybór padł na "Dotyk Crossa". I, o matko, nie spodziewałam się, że to będzie AŻ takie złe. Nie byłam na to gotowa...

Nie wiem, co powstało pierwsze - " Dotyk Crossa" czy Grey, ewidentnie jednak coś z nich jest plagiatem. Historię widzimy z perspektywy młodej dziewczyny, Evy Tramell, która wywodzi się z zamożnej rodziny, ale jest zbyt honorowa, by ot tak brać ich pieniądze. Zaczyna ona pracę jako asystentka i bardzo szybko wpada na siebie z właścicielem budynku, w którym znajduje się jej firma. Wkrótce pan Gideon Cross okaże się właścicielem sieci siłowni, hoteli, budynku, w którym mieszka Eva i zapewne całego świata...




Oczywiście facet jest niesamowicie przystojny, męski, zdecydowany i tak bardzo nie sposób mu się oprzeć, że co druga strona jesteśmy katowani zachwytami nad nim. Wyrywa Evę szybko i skutecznie. Nie wiem, jakim cudem, bo podryw przebija wszystkie najgorsze pijackie zaczepki ever. Właściwie, można by go spokojnie uznać za molestowanie. Oczywiście bohaterowie szybko przechodzą do meritum, czyli regularnego, wielokrotnie powtarzanego rąbania się (wybaczcie określenie, inaczej się nie da nazwać tych mało finezyjnych aktów w ich wykonaniu).

Oczywiście, chociaż nasi bohaterowie nie chcą się wiązać, też nie są w stanie się powstrzymać i muszą, ale to koniecznie muszą być razem. Nie chcem, ale muszem... Oboje mają swoje demony - co się okazuje dopiero, gdy zaczynają być ze sobą. Już do końca książki będziemy przeżywać dramaty przeplatane seksem. Wiecie, sceny w stylu "Jak to on udowadnia, że nie chodzi mu tylko o seks... zaciągając ją do wyra i przelatując siedem razy pod rząd".

Swoją drogą, opisy seksu zasługują na napisanie o nich osobnej książki. Podręcznika pt. " Jak nie pisać". Tam to dopiero jest finezja! W ogóle, cała ta wizja związku jako nieustannego pasma dramatów, tragedii i histerii, przeplatanego żarliwym godzeniem się, zalatuje myśleniem naiwnej nastolatki. I przeraża...

Całość brzmi niczym naiwne gimnazjalne opowiadanko. Wiem, co mówię, naczytałam się już takich... Moja kumpela twierdzi, że do napisania tego typu książki trzeba mieć specyficzny "talent". A mnie nawet autokorekta nie chce przepuścić słowa " talent" w okolicy tytułu tej "książki"... Nie trzeba. Wystarczy butelka wina i zarwana nocka. Kiedyś to sprawdzę. W końcu zawsze marzyłam, żeby się nie narobić, a zarobić ;-)



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger