piątek, 29 stycznia 2016

Zła książka boli przez całe życie


Zrobiłam ostatnio wstrząsający eksperyment. Domyślałam się co prawda jego wyniku, ale i tak mnie to nie powstrzymało. Miałam też ogromną potrzebę przeczytania czegoś totalnie odmóżdżającego, a że żadnego nowego "Thorna" nie miałam na podorędziu, mój wybór padł na "Dotyk Crossa". I, o matko, nie spodziewałam się, że to będzie AŻ takie złe. Nie byłam na to gotowa...

Nie wiem, co powstało pierwsze - " Dotyk Crossa" czy Grey, ewidentnie jednak coś z nich jest plagiatem. Historię widzimy z perspektywy młodej dziewczyny, Evy Tramell, która wywodzi się z zamożnej rodziny, ale jest zbyt honorowa, by ot tak brać ich pieniądze. Zaczyna ona pracę jako asystentka i bardzo szybko wpada na siebie z właścicielem budynku, w którym znajduje się jej firma. Wkrótce pan Gideon Cross okaże się właścicielem sieci siłowni, hoteli, budynku, w którym mieszka Eva i zapewne całego świata...




Oczywiście facet jest niesamowicie przystojny, męski, zdecydowany i tak bardzo nie sposób mu się oprzeć, że co druga strona jesteśmy katowani zachwytami nad nim. Wyrywa Evę szybko i skutecznie. Nie wiem, jakim cudem, bo podryw przebija wszystkie najgorsze pijackie zaczepki ever. Właściwie, można by go spokojnie uznać za molestowanie. Oczywiście bohaterowie szybko przechodzą do meritum, czyli regularnego, wielokrotnie powtarzanego rąbania się (wybaczcie określenie, inaczej się nie da nazwać tych mało finezyjnych aktów w ich wykonaniu).

Oczywiście, chociaż nasi bohaterowie nie chcą się wiązać, też nie są w stanie się powstrzymać i muszą, ale to koniecznie muszą być razem. Nie chcem, ale muszem... Oboje mają swoje demony - co się okazuje dopiero, gdy zaczynają być ze sobą. Już do końca książki będziemy przeżywać dramaty przeplatane seksem. Wiecie, sceny w stylu "Jak to on udowadnia, że nie chodzi mu tylko o seks... zaciągając ją do wyra i przelatując siedem razy pod rząd".

Swoją drogą, opisy seksu zasługują na napisanie o nich osobnej książki. Podręcznika pt. " Jak nie pisać". Tam to dopiero jest finezja! W ogóle, cała ta wizja związku jako nieustannego pasma dramatów, tragedii i histerii, przeplatanego żarliwym godzeniem się, zalatuje myśleniem naiwnej nastolatki. I przeraża...

Całość brzmi niczym naiwne gimnazjalne opowiadanko. Wiem, co mówię, naczytałam się już takich... Moja kumpela twierdzi, że do napisania tego typu książki trzeba mieć specyficzny "talent". A mnie nawet autokorekta nie chce przepuścić słowa " talent" w okolicy tytułu tej "książki"... Nie trzeba. Wystarczy butelka wina i zarwana nocka. Kiedyś to sprawdzę. W końcu zawsze marzyłam, żeby się nie narobić, a zarobić ;-)



Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

10 komentarzy :

  1. Dobrze wiedzieć. Czasem trafia się na takie "dzieło" które aż woła o dokonanie spektakularnego spalenia na stosie. Autora, bo papieru szkoda i dodatkowej emisji CO2. Ale spotkałem się też kiedyś z fatalnym tłumaczeniem książki - ponoć oryginał to arcydzieło. A położył wszystko tłumacz i dobrze, że w necie znalazłem tę informację, bo jeszcze autorowi by się dostało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę, że to jest możliwe. Oglądałam ostatnio "Marsjanina", a potem postanowiłam przeczytać, bo książka ponoć jeszcze lepsza, ze względu na większą ilość błyskotliwych wypowiedzi głównego bohatera. I się zawiodłam, bo ogólnie książka była jakaś taka drętwa, fajne były jedynie fragmenty dziennika. Mam jednak wrażenie, że to nie jest problem ze strony autora, tylko właśnie to, co piszesz - sprawę położył tłumacz. Aż chyba sprawdzę z ciekawości oryginał :) A co do "Dotyku Crossa", to coś mi mówi, że książka sama w sobie jest mało ambitna i pewnie wersja oryginalna tylko by mnie w tym utwierdziła. Po prostu - tanie babskie romansidło pokroju "Greya" ;)

      Usuń
  2. Zabawna recenzja, na pewno tego nie dotknę nawet dwumetrowym kijem...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam, ale wierzę, że tak jest. Szkoda mi czasu na takie książki

    OdpowiedzUsuń
  4. tak o tym piszesz, że aż mam ochotę się przekonać, czy rzeczywiście jest takie słabe :)
    może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak to już bywa z taką twórczością. Kiedyś naiwnie wierzyłam, że takie opowieści będą urozmaicać moje życie łóżkowe. Cóż... ostatecznie bardziej mnie to śmieszyło i obrzydzało, niż zachęcało do czegoś. Gdyby one miały trafiać do nastolatek, które jeszcze spłonęłyby ze wstydu, ale że sięgają po to dorosłe kobiety - tego już nigdy nie zrozumiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. nie lubię tego typu książek i nawet nie miałam zamiaru po nią sięgnąć i jak widać dobra decyzja :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedyś czytałam wiele tego typu książek z tzw serii "literatura w spódnicy" o podobnej tematyce jak ta tutaj opisane przez ciebie. Taki etap :) wtedy mi się podobały - dziś nic z nich nie pamietam nawet tytułów czy autorek, tak więc takie słabe ksiązki raczej szybko się zapomina bo nic nie wnoszą.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeśli jest jak piszesz to też nie wiem czy bym przebrnęła. Opisy seksu w ksiązkach mnie trochę drażnią, ale w sensie gdy kobieta jest w nich wykorzystana, kiedy toksyczna miłość i demony pchają ją do łóżka nieodpowiedniego faceta. A facet ją tylko podstępnie nakręca. Tak jak w Greyu, przegrywa zawsze ten co się pierwszy zakocha i chce więcej niż przelotny seks. Ale czasem warto dla odmóżdżenia przeczytać jakąś "złotą malinę". Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Z czystej ciekawości chciałam kiedyś przeczytać Greya, ale póki co jeszcze aż taki mi się nie nudziło :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.