Zabójcze maszyny - recenzja spoilerowa

Są takie filmy, na które trafiasz przypadkiem. Ktoś chciał iść do kina, ktoś odpalił na Netflixie... Niektóre z nich zmienią Twoje życie. Niektóre stanowią tylko świetną rozrywkę na wieczór. A jak było z tym filmem? Do której grupy go zaliczam?


Nie przeczę, że szłam na te Zabójcze maszyny totalnie bez przekonania. Coś mi tam świtało, że chyba o tym filmie czytałam, potem słyszałam, że taki sobie… No nie spodziewałam się fajerwerków. Ale nie miałam też lepszego pomysłu na wieczór. Ewentualnie taki, że jak będzie bardzo źle, to wyzeruję wreszcie te 50 kart w przeglądarce na telefonie (zastawiając go kurtką, rzecz jasna, bo Januszem nie jestem).


Na początku jest dziwnie, jak w moich snach. Jakieś wielkie miastomachiny i zamaskowana dziewczyna z buntowniczym spojrzeniem, która wbiega na mniejszy „okręt”. Mniejszy ucieka przed większym, robi się coraz bardziej epicko, kapitan Titanica manewruje nim, aż się kurzy… po czym wielki wyciąga łapska i tyleście wolność widzieli. Miastomachina pod zaborem.

W międzyczasie mamy trochę scenek rodzajowych, muzeum londyńskie, amerykańskie bożki (tu bym chętnie wstawiła znienawidzone przeze mnie „xD”), gościa, który wyszukuje perełki typu toster z XXI wieku. I ciągle klimat z serii „przyszłość tyłem naprzód” czyli trochę tak, jakbyśmy pomieszali XIX wiek z nowoczesnością. Steampunk, znaczy się – ja to tak właśnie rozumiem.

A, i pojawia się Ivan Komarenko. To właśnie ten, który wyszukuje zabytkowe tostery. I niestety stanowi konkurencję dla jakiegoś buca, więc szybko od wyszukiwania tosterów się nie uwolni, choć stać go na zdecydowanie więcej.

Potem, po wprowadzających luźnych scenkach, mamy zamach, pościg i odkrywamy, kto tu naprawdę jest czarnym charakterem. Jest tylko jedna osoba, która nie wie i prędko się tego nie dowie - oczywiście ta, dla której to najbardziej istotne. Wydaje się, że wszystkie ważne dla fabuły postaci już nie żyją i film powinien się skończyć, ale nie. Trwa dalej, bohaterowie się znajdują, wyruszają we wspólną podróż, a nam robi się z tego komedia kumpelska jak Venom, przeplatana smutnymi historiami.

Dalej jest już tylko dziwniej.

W opowieści pojawia się nowa postać, która na pierwszy rzut oka wydaje się kompletnie niepotrzebna. Dopiero potem się okazało, że nasz wyjątkowo uparty stalowy zombie ma znaczenie i jest to nawet jeden z ciekawszych wątków. I creepy też. Bardzo.

Mniej więcej w tym samym momencie na ekranie zobaczysz wyjątkowo androgyniczną Azjatkę, która uratuje skórę naszym głównym bohaterom. Nie raz.

A potem to już standardowo – nasz czarny charakter chce wszystko zniszczyć i pod pojęciem „wszystko” rozumie cały świat, zombie przez moment też, więc robi się potężna rozwałka, wszystko płonie, następuje moment kulminacyjny i nagle mamy „Luke, I am your father”. No, prawie. 😉

Dziwniej już nie będzie. Emocje powoli opadają. Chyba happy end? Świat zmierzał do zagłady po raz kolejny, ale w ostatniej chwili udało się go uratować.

Może nie byłam już tak mocno zadziwiona, jak początkiem, przywykłam do tych wszystkich machin i innych straszydeł, ale jednak, w kategorii „najdziwniejszy film jaki widziałam”, Zabójcze machiny lądują na drugim miejscu. Na pierwszym są Godlewskie, w których pływa świąteczny karp. Tego prędko nikt nie przebije, nawet steampunkowy obraz.

Widziałeś już Zabójcze maszyny? Jak Ci się podobały?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Filmweb
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger