Przegląd tygodnia 6-12 lipca 2015


Zeszły tydzień był tak pełen wrażeń, że na pisanie bloga zwyczajnie nie starczyło mi czasu, energii oraz natchnienia. W poniedziałek wsiadłam w autokar i wyjechałam do UK. Podróż zajęła mi ponad trzydzieści godzin i tak oto we wtorek dotarłam do polskiej rodziny, w której miałam się opiekować dziećmi. Wyjazd okropnie mnie zmęczył. Do tego ta samotność w nowym miejscu, świadomość, że wszyscy, na kim mi zależy, są tak daleko ode mnie... Nie to, że nie pisałam - skupiłam się jedynie na swoim pomyśle, by pisać taki swego rodzaju pamiętnik, którego potem wysyłałam mailami do chłopaka (swoją drogą, jeden z moich lepszych pomysłów - pomagało mi to uporządkować myśli, ogarnąć emocje i szczerze opowiedzieć o wszystkim, o czym w trakcie rozmów przez Skype'a bym nie pamiętała). Resztę czasu zajmowała mi praca, Skype i sen.

Okazało się oczywiście, że łatwiej przetrwałam ten wyjazd niż się spodziewałam. Najgorszy był pierwszy wieczór tam. Potem już jakoś leciało. Rodzina ogólnie w porządku, jakkolwiek i tak byłam trochę zniechęcona, bo zaproponowali mi kiepskie warunki. Tak naprawdę traktowałam tę pracę jako tymczasową i czekałam na wyniki rekrutacji w jednej angielskiej firmie. Niestety, nie przeszłam, i musiałam czekać na kolejne rekrutacje, które organizowała mi polska agencja.

Moja historia w UK skończyła się zaskakująco szybko. Wyjechałam w poniedziałek, na miejsce dotarłam we wtorek, w środę zaczęłam pracę, a w nocy z piątku na sobotę zostałam nagle bez pracy, kasy i dachu nad głową. Fakt, miałam jakieś dziwne przeczucia. Gość od początku wydawał mi się strasznym cwaniakiem, ale stwierdziłam, że jakoś to zniosę. Jakoś tak jednak się nie rozpakowałam, dokumenty i telefon nosiłam zawsze przy sobie.... Choć niby wszystko wydawało się OK... Okazało się jednak, że trzeba było posłuchać wcześniej intuicji, bo trafiłam do patologicznej rodziny. Koleś się upił i zrobił potężną awanturę swojej kobiecie (z wulgarnymi wyzwiskami oraz rzucaniem przedmiotami), potem rzecz przeniosła się również na mnie. Wyrzucił mnie z pracy, groził mi, obrażał mnie, próbował pobić i zaatakować nożem.

Co dziwne, najbardziej zdenerwowała mnie ta jego polsko-angielska mieszanka wyzwisk. To było tak pretensjonalne... Koleś sprawiał wrażenie cwaniaka ledwo po podstawówce i jak tak udawał, że się posługuje angielskim, to było wręcz żałosne. Nie pozostałam dłużna i piękną polszczyzną przyrównałam go do męskiego przyrodzenia, co też nie było najlepszym pomysłem, ale nawet nie do końca żałuję. Bydlak, który potrafi własną kobietę wyzwać od k....w i podnieść na nią rękę, zasługuje, żeby regularnie we własnym domu być nazywanym ostatnim ch...m. Życzę mu tego, oraz wielu innych nieprzyjemnych rzeczy. Z wykorzystaniem seksualnym przez Murzyna na czele.

Historia skończyła się na szczęście pozytywnie, bo pojawiła się policja. Zabrali mnie stamtąd i musieli znaleźć mi bezpieczne miejsce. Nie bardzo miałam kasę, bo ten ciul wypłacił mi tylko część należnych pieniędzy. Policjanci obiecali znaleźć jakiś tani hotel. Wszędzie brakowało jednak miejsc. Jednak ktoś wyraźnie nade mną czuwa, bo w czwartym z kolei miejscu okazało się, że pracuje tam młody Polak. Powiedział, że jeśli nie mam za co wynająć pokoju, to mogę po prostu z nim posiedzieć na recepcji. Zadbał o mnie niesamowicie, dał coś do picia i zjedzenia, dostęp do telefonu i do internetu, poradził, co dalej. Mogłam się spokojnie skontaktować z przerażonymi bliskimi w Polsce i dać znać, że jestem już bezpieczna. Nie wyobrażałam sobie, że ktoś kompletnie obcy może być tak życzliwy.

Następnego dnia pojechałam do sąsiedniej miejscowości, gdzie mieściła się organizacja polonijna. Wiedziałam, że za te funty, które mam, nie jestem w stanie wykupić biletu na samolot czy autokar. Kumpela z Polski poradziła mi jednak w smsie, żebym po prostu szukała jakiegoś wspólnego przejazdu. Gdy dotarłam do siedziby tej organizacji, odczułam po raz kolejny, że ktoś się naprawdę przejął moim losem. Problem tkwił w tym, że była sobota i przez to ciężko było cokolwiek zrobić, bo instytucje, jak np. konsulat, i tak nie pracowały. Wspomniałam jednak o pomyśle ze wspólnym przejazdem i udostępniono mi internet oraz telefon, poszukano także na lokalnym polonijnym serwisie ogłoszenia o przejeździe. Tym sposobem pół godziny później siedziałam już w samochodzie w drodze do kraju.





Sama jazda samochodem zajęła około dwudziestu pięciu godzin. Pół soboty i praktycznie cała niedziela. Miałam opcję, żeby dojechać jedynie na drugi koniec Polski, toteż potem musiałam jeszcze złapać pociąg. Minęło łącznie 35 godzin, zanim znalazłam się bezpiecznie w domu chłopaka. Byłam niesamowicie zmęczona tymi wszystkimi przeżyciami, jednak też bardzo szczęśliwa, że mam to piekło za sobą. Fakt, nie jest tak, że nie mam teraz żadnych problemów, bo mam. Muszę znaleźć inną pracę, żeby zarobić na kolejny wyjazd. Owszem, wyjadę. Tylko myślę raczej o Niemczech, bo to bliżej i jakby co, mam tam znajomych.

Tak do końca to chyba nawet jeszcze do mnie nie dociera, co się stało. Że mogłoby mnie tu nie być już, że mogłam faktycznie zostać zatłuczona przez tego frustrata. Cieszę się jednak, że tak się nie stało. Nieważne, że przez całą tę sytuację wiele straciłam. Zyskałam na pewno sporo pewności, że mogę liczyć na najbliższych, i że niezależnie od sytuacji, z ich wsparciem zawsze, ale to zawsze wybrnę. Dowiedziałam się, co zrobić w sytuacji, która kiedyś pewnie zdawała mi się bez wyjścia - kiedy znajdziesz się w obcym kraju bez pieniędzy i dachu nad głową. Myślę, że powstanie wkrótce wpis w tym temacie: na jaką pomoc wtedy liczyć i co samemu można zrobić.

I wiecie co? Uważajcie na pracę u rodaków za granicą. Ja trafiłam bardzo kiepsko. Nie mogę powiedzieć, że ogólnie Polacy za granicą są źli. Sporo takich opinii krąży, a i moje pierwsze wrażenie lepsze nie było, jak poznałam "moją" rodzinkę i ich znajomych. Niby ci znajomi byli OK, ale jednak nie wzbudzili też jakoś mojego zaufania. Pewnie ciągnie swój do swego... Muszę jednak przyznać, że wszyscy, absolutnie wszyscy Polacy, który spotkałam po tej sytuacji, byli dla mnie niesamowicie życzliwi i dokładali wszelkich starań, by pomóc mi wybrnąć. Całkiem bezinteresownie, bo wiedzieli, że nie jestem w stanie w żaden sposób się odwdzięczyć. Jeśli to czytacie, to naprawdę, wielkie, wielkie "dziękuję" z mojej strony i życzę Wam, żeby całe to dobro, które mi okazaliście, do Was wróciło.

Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger