Myślałam, że nie zdam, a jeżdżę już 4 lata. Refleksje kierowcy

Myślałam, że nie zdam, a jeżdżę już 4 lata. Refleksje kierowcy

Kilka dni temu minęła mi 4. rocznica od zdania egzaminu na prawo jazdy. Z tej okazji chcę się z Wami podzielić refleksjami kierowcy po 4 latach za kółkiem.




Proces zdobywania tego dokumentu to była istna trauma. To znaczy, kurs i nauka jazdy spoko, ale egzaminy... Teoretyczny zaliczyłam bez problemów, bo to czysta pamięciówka i trochę test na logiczne myślenie. Da się. Ale praktyka naznaczona jest poczuciem porażki już od samego początku. I nieważne, że szłam z nadzieją i nastawieniem, że zdam.

Nie udało się

Najpierw nie wjechałam do końca w kopertę na placu manewrowym. Tak o jakieś milimetry. No i dziękujemy. Za drugim razem egzaminator wydzierał się na mnie bez końca (i bez sensu): "Co Pani robi!!!". A co ja takiego robiłam? Jeździłam od godziny po mieście, z poczuciem, że czas by już chyba wracać do WORD-u, a tymczasem mój pasażer wywlókł mnie gdzieś na drugi koniec miasta i się na mnie bez powodu darł. No i w końcu udało mu się mnie zestresować bardziej, wjechałam na ciągłą i po egzaminie. I miałam już naprawdę, szczerze i serdecznie dość.

Wreszcie sukces

Za trzecim razem poszłam z nastawieniem, że jeśli teraz się nie uda, to odpuszczam, bo to chyba nie dla mnie. I posłuchałam rad, żeby zdawać nie z samego rana, a jako ostatnia osoba.

Egzaminator był tak wymięty tym dniem, że praktycznie w ogóle się nie odzywał, dopóki nie musiał. Jeździłam może z 30-40 minut, uspokajałam się coraz bardziej i szło mi coraz lepiej. Gdy dotarło do mnie, że wracamy do ośrodka, myślałam tylko o tym, żeby teraz czegoś nie schrzanić. I dojechałam. W końcu usłyszałam upragnione "Gratulacje, wynik pozytywny". Wreszcie mogłam zamknąć ten traumatyczny etap w życiu. Bo tak, egzamin na prawo jazdy to była dla mnie istna trauma. I naprawdę, ale to naprawdę postaram się dokumentu nie stracić, bo nie chciałabym przeżywać tego wszystkiego ponownie.

Prawdziwa nauka jazdy

Zaczęłam jeździć. I to tak naprawdę. Już nie nowoczesnym Suzuki, a Volkswagenem w moim wieku. Bez systemów, ABS-ów, klimy, wspomagania kierownicy. I to było najlepsze, co mogłam zrobić: jeździłam, i na dodatek takim superprostym, mechanicznym autem. I właśnie w ten sposób nauczyłam się naprawdę jeździć.

Musiałam przewidywać, co się za chwilę wydarzy, zwalniać z odpowiednim zapasem, hamować pulsacyjnie na śliskiej jezdni i pamiętać o zapięciu pasów, bo przecież samochód nie zacznie pikać, że o czymś zapomniałam. A zamykało się go kluczykiem, bo centralnego zamka też nie miało. Nauka jazdy, a do tego trening pamięci...

Uczyłam się prawdziwej jazdy, bo przecież kurs to jakaś popierdółka jest. Na nim nauczyłam się tylko, jak zaliczyć egzamin, trafić w oczekiwania egzaminatora i uniknąć pułapek, jakie dla mnie przygotował. Na jazdę z pełną świadomością, co się wokół mnie dzieje, nie było miejsca. Jedynie algorytmy: "Gdy egzaminator każe to, robisz to". Reagowanie, ale nie na sytuację na drodze, tylko na polecenia.

Na dodatek robiłam kurs wiosną, więc o trudnych warunkach, poślizgach, choćby mgle nawet, można było tylko pomarzyć. Piękna widoczność, czarna droga - to była moja rzeczywistość. A ostatni egzamin zdawałam w słoneczne lipcowe popołudnie, takie samo, jak dzisiaj.

Rzeczywistość

Naprawdę nauczyłam się jeździć, gdy pod maskę wyskakiwały mi sarny, inne auta zajeżdżały mi drogę, a drogowcy zaspali i całe miasto pokryło się lodem. Gdy pękł mi hamulec i złamało się koło. Gdy z naprzeciwka ktoś wyprzedzał na trzeciego i pędził na czołówkę.

Podejrzewam, że wielu tych sytuacji bym nie doświadczyła, gdyby w Polsce nauka jazdy przebiegała inaczej, gdyby kładziono o wiele większy nacisk na zdobywanie doświadczenia, a nie działanie zgodnie ze schematem i jeżdżenie tylko i wyłącznie po trasach egzaminacyjnych. Przecież są osoby, które po zdaniu egzaminu odkładają prawko w kąt i nie używają go przez lata, bo... się boją. No ale jak to tak, przecież niby uczyli się jeździć? No właśnie, słowo-klucz: NIBY.

Podsumujmy

4 lata wystarczyły, bym zobaczyła, co wyprawiają inni kierowcy na drodze. Ktoś powie, że bezpieczniej jechać wolniej. Guzik prawda - gdy jedziesz wolniej, wszyscy nagle wyprzedzają Cię na trzeciego, piątego i dziesiątego, trąbią, niecierpliwią się i walą długimi po lusterku. A potem zajeżdżają drogę. "Wolniej" w niczym nie pomaga. Rozsądniej? Co mi po rozsądku, skoro innym go brakuje? To, że ja pojadę ostrożnie, nie daje mi gwarancji, że nic mi się nie stanie - bo ktoś inny może jechać pijany, zmęczony albo po prostu szalony.

Mimo to te 4 lata zamykam całkiem pozytywnym bilansem. Jest nieźle. Za kółkiem czuję się pewnie (ale nie w 100%, dzięki czemu jestem ostrożniejsza), przejechałam całą Polskę, różnymi samochodami, przerobiłam masę tych strasznych skrętów w lewo, i generalnie uważam, że daję sobie radę. I mam nadzieję, że kolejne lata będą tylko lepsze. 🙂

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zostałam freelancerem i wyłudzali ode mnie teksty. Podsumowanie po przerwie

Zostałam freelancerem i wyłudzali ode mnie teksty. Podsumowanie po przerwie

Paweł Tkaczyk powiedział kiedyś, że jeśli Twoja inwestycja czasu w blog się w ogóle nie zwraca, to... trzeba ubić tego psa. Ja na razie ograniczyłam się do głodzenia go przez ostatnie parę miesięcy, ale statystyki ciągle jakoś nie chcą spaść do zera... więc pomyślałam, że jednak wrócę. No i oto jestem.

wracam na bloga



Pomysł o powrocie chodził mi po głowie od kilku miesięcy, ale nigdy nie było na to czasu. Powrót oznacza dla mnie konieczność prowadzenia dwóch blogów jednocześnie, a to też masa czasu, który muszę znaleźć. Paradoks jest taki, że im bardziej jestem zajęta, tym łatwiej znaleźć mi czas na wszystkie aktywności, więc może w tym szaleństwie jest metoda?

Chciałam nawet już podejść do sprawy bardziej pro i przenieść tego bloga na Wordpressa (domenę już mam), ale kiedyś coś głupio mnie podkusiło, by tę domenę kupić z polecenia na LH, a LH z Bloggerem sie nie lubi. Z Wordpressem zresztą też nie, bo nawet nie mogłam  dziś zainstalować sobie bazy danych. A kiedy wysłałam do nich wiadomość, dostałam tylko zwrotkę z Mailer Daemon, także moje starania na razie spełzły na niczym i zostaję tutaj, z paskudną bloggerową domeną, a LH mogę tylko pogratulować "fantastycznej" obsługi klienta. Nie pierwszy raz zresztą. To było najgorsze polecenie ever.

Zaczniemy od podsumowania tych kilku miesięcy oraz przede wszystkim czerwca (bo najlepiej go pamiętam ;-)). Trochę się zmieniło od czasu, kiedy pisałam tutaj o ostatnio obejrzanych filmach.

Co się zmieniło?

Pamiętacie, jak pisałam, że chcę zostać freelancerem?

No to nim zostałam. Kiedyś może napiszę więcej, ale w skrócie wyglądało to tak, że przestałam pracować w swoim superkorpo, poszłam do agencji social media... i niby wszystko fajnie. Ale dość szybko odkryłam, że praca na etat i codzienne meldowanie się w biurze przez kolejne lata to nie jest moja wizja życia. Chciałam z nimi dograć współpracę zdalną, ale, jak to w Polsce bywa, oczywiście się bali, że będę spać do południa i patrzeć w sufit, a oni będą musieli mi za to płacić, więc ostatecznie zostali moim pierwszym klientem, a ja szybciutko znalazłam sobie kolejnych. I pracowałam już w "swoich" godzinach, a nie przez nich wyznaczonych.


Można powiedzieć, że zostałam freelancerem, bo zawsze tego chciałam. I dlatego że nie miałam innego wyjścia. W moim mieście pracy dla copywriterów jest mało. Sama byłam przez grudzień na dwóch rozmowach o pracę, z czego jedna dotyczyła poprawiania tekstów po napakowanych karczychach (czyli pełnych takich błędów, o jakich copywriterowi się nie śniło) i była mało atrakcyjna finansowo, a druga to była właśnie ta supernowoczesna agencja, która jednak swoim ludziom nie ufa. I w obu mnie chcieli... no ale ja tak jakoś mniej. 


Ta praca w agencji na początku niesamowicie mnie ucieszyła, to jednak początkowy entuzjazm szybko opadł. Może z powodu formy zatrudnienia, może z powodu zarobków, a może tylko nadmierna kontrola i wyrzuty w stylu "Ej, wyszłaś dziś o 16:28, zamiast o umówionej 16:30, my tutaj wszyscy pracujemy do 16:30" i w pompie mieli, że danego dnia pojawiłam się w biurze o 16:10 i miałam pełne prawo wyjść przed czasem, skoro umawiamy się też na 8 godzin... 

Trzeba było jeszcze zażądać, żeby jeszcze odbierali mnie rodzice, skoro już wdrożyliśmy przedszkolne zasady...

Swoją drogą, brakowało mi takiego luźnego pisania. Ostatnio moje teksty to superwystudiowane, dopieszczone do granic możliwości poważne artykuły, a ja naprawdę mam potrzebę "wypisania się" i po to zawsze był ten blog.

Tak czy tak, bałam się strasznie, ale stwierdziłam, że może tak miało być i poszłam w to. Uznałam, że ten rok i tak będzie niepewny, więc co za różnica, czy w pracy dla kogoś, czy w budowaniu swojej firmy. I poszło mi nieźle. Pierwszy miesiąc miałam zawalony pracą po kokardę, o co zadbał mój pierwszy klient. Ledwo wyrabiałam z poszukiwaniem innych klientów i wykonywaniem dla nich zleceń. Z drugiej strony, miałam masę energii i entuzjazmu, więc pracowałam przez wiele godzin dziennie i efekty przychodziły szybko. Łatwo znalazłam kolejnych klientów i zarobiłam naprawdę dużo.

Dobry pierwszy miesiąc zachęcił mnie, by iść w to dalej. A dalej bywało różnie - klienci przychodzili i odchodzili, zlecali i nagle przestawali zlecać. Raz zarabiałam bardzo dużo, w innym miesiącu tyle, że wystarczało na styk, ale przynajmniej zawsze mogłam się wyspać i zrobić sobie dodatkowy dzień wolnego, kiedy tego zapragnęłam. I korzystam z tego do dziś - mam wolne piątki i przedpołudnia, kiedy wolę czasami wyskoczyć na bieganie lub skorzystać z pogody i poopalać się nad wodą. Wtedy pracą zajmuję się dopiero po powrocie. I bardzo mi to pasuje - sama decyduję o czasie pracy, o tym, by pracować wtedy, kiedy mam flow i by odpuścić, kiedy kompletnie brakuje mi siły.

Freelance jest tym, wokół czego obraca się moje życie. Klienci, zlecenia, reklama, pisanie fachowego bloga, cienie i blaski freelance'u. Po prostu. Ciągłe zmiany.

A, i jeszcze kot, oczywiście. Stworzenie, które nie daje spać w nocy, otwiera sobie szafki, zrzuca przedmioty i wymaga spacerów jak pies, ale i tak je bardzo kocham. :-)

A co poza tym w czerwcu?

No właśnie spacerowałam z kotem. Nieplanowanie wylądowałam z nim w... pizzerii i jakoś tak wyszło, że wyciągnęłam go w końcu z kontenerka i chodziliśmy sobie po ogrodzie. Mój koteł jest absolutnie wyjątkowy, bo bardzo szybko ogarnia nowe miejsca i bez problemu można go na spacery prowadzać. A podobno koty to takie terytorialne są...

Zamontowałam sobie hamak klasyczną polską metodą na prowizorkę, która przetrwa lata. I w podobny sposób naprawiłam nowe łóżko...

Byłam kilka razy nad piękną wodą. I w wodzie, bo Uniejów też w końcu wpadło. Nakręciłam tam najlepsze Stories ever, ale po nie zapraszam na mój oficjalny Instagram. Nie mam pojęcia, jak poprzednim razem mogłam odpuścić sobie zabranie aparatu, to jest wyjątkowo Instagram-friendly miejsce, a wtedy było jeszcze bardziej, bo wylądowaliśmy tam jesiennym wieczorem.

Byłam na fajnej imprezie tanecznej nad wodą, dużo czytałam i mniej pracowałam.

Dostawałam idiotyczne wiadomości. Próbowano też ode mnie wyłudzić teksty za darmo. Dzień jak co dzień w życiu freelancera. :-D

Byłam na koncercie Krzysztofa Cugowskiego i totalnie się zachwyciłam tym, jak dobrze brzmi na żywo.

A więcej u mnie na Stories, więc serdecznie zapraszam. Tutaj tylko szybki skrót. ;-)

I gwoli wyjaśnienia: to będzie wyjątkowy blog, bez oficjalnego konta na Instagramie czy innych social mediów, których kiedyś natworzyłam, a teraz nie mam czasu prowadzić. Ale podpinam zaraz te swoje social media, których w tej chwili regularnie używam. I mam nadzieję, że to Wam wystarczy. :-) Będę tu pisać bardzo na luzie, bez jakiegoś wielkiego poprawiania treści, bo niespecjalnie mam czas na szukanie synonimów do powtórzeń. Umówmy się, że to takie luźne opowieści, w których ważniejsza jest treść, niż stylistyka.

I mam nadzieję, że frajda z prowadzenia ponownie tego bloga przyćmi nieco marne statystyki. No chyba że staty wzrosną. ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger