Go to Hel... czyli na Koniec Polski

Go to Hel... czyli na Koniec Polski

Ja wiem, że dziś Halloween i należałoby popłynąć z nurtem, wrzucając jakieś przepisy na Halloween, wystrój czy propozycje przebrań na imprezę... Tylko że to do mnie niepodobne. Niespecjalnie mnie interesuje to "święto" i nie widzę powodu, by się raz w roku przebierać się za wredną zmorę, skoro właściwie jestem nią przez cały czas ;-)

plaża na Helu

Kiedy wrzuciłam na FB zdjęcia z tekstem, że na Helu jest piekielnie fajnie, nie każdy zrozumiał ten mój "piekielny" dowcip językowy. A tymczasem po polsku "go to Hel" nie oznacza wcale nic zdrożnego. Ba, po ostatnim weekendzie stwierdzam, że to nie złorzeczenie, a wręcz wyjątkowo dobre życzenia. Choć na początku zdarzyło mi się w to zwątpić... ale po kolei.


Czemu akurat Hel?

W sumie to nie wiem. Po prostu tak wyszło, jedziemy na Hel i już. Bo chcieliśmy nad morze, ale gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Na Hel jest też w miarę prosta droga i da się tam całkiem szybko dojechać - ale o tym za chwilę. A, i jeszcze foczki są, a foczki zawsze spoko. Jak nie wierzysz, to Janinę spytaj.

Jak dojechać na Hel?

Z Częstochowy jedzie się prosto. Raczej trudno zabłądzić ;-) Tym razem całą trasę w obie strony zrobiliśmy we własnym zakresie, czyli autem. I polecam. Wyjeżdżasz, kiedy Ci to pasuje, robisz przystanki, kiedy chcesz i dojeżdżasz w max. 6 godzin, a nie 18. A, i jeszcze możesz się zapakować na weekend jak na 2 miesiące. W kwestii kosztów - lepszy gaz niż benzyna, wiadomo. Wtedy dojazd na te 1000 km w obie strony powinien się zamknąć w ok. 400 zł, łącznie z wjazdem na autostradę. Tak przy okazji, kompletnie nie rozumiem, czemu płacimy podwójnie - nie wystarczą VAT i akcyza wliczone w cenę paliwa?

Co jest na tym Helu?

Hel to półwysep - taki wystający element w geografii Polski, a że wystaje w morze, to jest tym morzem otoczony z trzech stron. I w tym tkwi jego główna zaleta. W najwęższym punkcie cyplu (gdzieś na wysokości Kuźnicy) jeden brzeg od drugiego dzielą zaledwie 2 km. Jeśli kochasz morze tak jak ja, sama świadomość tego sprawi Ci frajdę. Na dodatek, kiedy jedziesz przez półwysep, co jakiś czas widzisz wodę, głównie po swojej prawej stronie.

Poza tym jest tam Koniec Polski, czyli najbardziej wysunięty na północ punkt kraju, plaża, port i latarnia morska. Do tego cała masa fajnych lokali z dobrą muzyką i jeszcze lepszym jedzeniem. Jest też dzika plaża na wojskowych terenach, na której zobaczysz wraki statków. Dodatkowo, jeśli jedziesz autem, możesz zwiedzić sobie cały cypel i zajrzeć na przykład do Jastarni czy też uwielbianej przez artystów Juraty. No i fokarium, pamiętajmy o fokarium.

Gdzie spać na Helu?

Zacznijmy od tego, że październik to już okres poza sezonem... i jak się okazuje, wcale jakoś szczególnie nie zmniejszyło to liczby turystów na Helu, ani liczby dostępnych pokoi. Trzeba było obdzwonić sporo miejsc, by w końcu znaleźć jakieś fajne. Wreszcie udało się nam wykombinować takie tuż przy plaży, a nie w sąsiedniej miejscowości ;-)

Tu niestety objawiła się jednak pewna piekielność Helu, o której wspomniałam we wstępie. Mianowicie, przyjechaliśmy na miejsce nocą, ok. 00:30. Poszliśmy spać jeszcze później, bo prawie o 4 nad ranem. O 9 rano obudziło nas stukanie, pukanie... a zaraz potem dźwięki piły mechanicznej. To właśnie miałam na myśli, pisząc "sounds like Hel". Z przekonaniem, że ta nazwa zdecydowanie przypadkowa nie jest.

Dopiero potem się okazało, że może być fajnie, ale trzeba najpierw wystawić nos spod kołdry i wyleźć nad morze ;-)

Samo miejsce, w którym spaliśmy - Captain Morgan - przyzwoite. Nie przestraszcie się zdjęciami - nie są zbyt aktualne, a na żywo było o niebo lepiej. Pokoje czyste, łazienki ładne i chyba niedawno remontowane, łóżka wygodne. Poza sezonem 100 zł za osobę za noc. Na dole bar, w którym można zjeść i napić się piwa. Nie było problemu z zameldowaniem o północy, wystarczyło tylko wcześniej dać znać. Podobnie z późniejszym wymeldowaniem. Minusy tylko dwa - dobiegająca muzyka z baru (ale mnie nie przeszkadzała, bo to szanty 💓) i poplamione narzuty na łóżkach. Nie chcę wiedzieć, czym i przez kogo, więc natychmiast ściągnęłam i ukryłam w głębi szafy.

Gdzie jeść na Helu?

O, tu było z czym powalczyć, zdecydowanie. Kilka miejsc, które odwiedziłam:

Captain Morgan

Dobra rybka, dobry żurek (choć moim zdaniem była to zalewajka - bo z pokrojoną w kostkę kiełbasą i kawałkami ziemniaków, zupa typowa raczej dla mojego regionu, niż Pomorza). Wystrój jak na starym statku. Magda Gessler pewnie by wypierdzieliła połowę gratów. Klimat to miało, choć troszkę przytłaczający ;-)

pub Captain Morgan na Helu

Maszoperia

Spoko grzańce - zmarzliśmy potężnie i trzeba było się rozgrzać. Klimat podobny jak w pozostałych lokalach, jakkolwiek budynek jest zabytkowy. Warto przeczytać (na początku karty menu), czym właściwie była ta maszoperia - opis naprawdę zacny.

Checz

Pyszne pierogi, sądząc po kształcie - przygotowywane po domowemu. Dobre, napakowane mięsem do granic i z cieniutkim ciastem. Jak nie przepadam, tak tamte wyjątkowo mi podeszły. Poza tym pyszne piwo z wiśniami i niezrównany grzaniec pszeniczny z cytrusami. Trafiliśmy przypadkowo, wyszliśmy bardzo zadowoleni.

restauracja Checz na Helu, piwo z wiśniami, grzaniec pszeniczny z cytrusami

Kutter

Całkiem niezła w smaku pizza, ale, mimo oliwy zamiast sosów, siadła mi dość ciężko na żołądku. Obstawiam, że ciasto swoje odleżało, a nie powinno. Poza tym znowu grzaniec i tutaj też był dobry.

HELLO

Sama nic tam nie jadłam, ale obserwowałam. Solidne kawały ryby, podobno dobrej, ale potrafiły kosztować 50 zł, co dla mnie jest lekką przesadą. Typową dla nadmorskich knajp, niestety. Wystrój nie powala, jak to na Helu. Mało estetyczny - a przynajmniej nietrafiający w moją estetykę. Polecam siedzenie na zewnątrz - tam jest przynajmniej widok na morze. Od razu +100 do zajebistości.

Próbowaliśmy jeszcze grochówki na cyplu helskim, ale nie mogę znaleźć, jak się to miejsce nazywało. Biały namiot po prawej stronie (w drodze na cypel), jak coś ;-)

Co zobaczyłam na Helu?


Morze i plażę

Pustą, październikową plażę. Jak na tytułowym zdjęciu. Pizgało niemiłosiernie, ale było warto. Tylko poopalać się już nie dało.

Fokarium

Foczki były przeurocze. Do tego zaskoczyły mnie swoją zwinnością. Akurat trafiliśmy na porę karmienia, więc je w ogóle zobaczyliśmy. Przed karmieniem nie były zbyt chętne do pokazywania się tym nielicznym turystom, którzy weszli razem z nami. Wstęp do fokarium - 5 zł. Za dodatkową złotówkę można też zajrzeć do muzeum. Wchodzimy sobie sami, wrzucając monetę do automatu, więc trzeba te 5 zł mieć - albo przynajmniej jakiś banknot, który rozmienimy w zamontowanej w pobliżu wejścia maszynie.


Port

Port to port. Trochę łódek, falochrony i silny wiatr, ale jak dla mnie, ma to klimat. Szkoda trochę, że nie było okazji, by się czymś przepłynąć - ale przypuszczam, że w sezonie szans nie brakuje.

Cypel helski i Koniec Polski

No co tu dużo gadać... Byłam na Końcu Polski, tak samo, jak bywam często na końcu internetu i co? I wróciłam! Tam pizgało jeszcze gorzej, jakaś rodzinka robiła sobie instasesję, a potem zaczęło padać. Ale widzę potencjał w tamtejszej plaży i chętnie odwiedziłabym ją latem. Jedna rzecz - strasznie tam daleko, a droga w lesie wybrukowana kamieniami, więc radzę założyć wygodne buty. Ja się lansowałam w botkach i mało nogi nie skręciłam - tylko jakieś 50 razy. Przy okazji można też zobaczyć stare bunkry i stanowiska ogniowe.

Koniec Polski, cypel helski

Latarnię morską

No niestety - zobaczyłam ją tylko z zewnątrz, bo już po sezonie. Ale może i dobrze, bo od jedynej latarni morskiej, do jakiej weszłam (czyli tej w Ustce) była dobre 2 razy wyższa. Nie jestem przekonana, czy spodobałyby mi się te nieskończone kręte schodki w środku ;-)

Wraki statków przy dzikiej plaży

Wiele osób wspomina o tym, że przy plaży na terenach wojskowych można zobaczyć wraki statków ORP Wicher II i ORP Grom II. I też je zobaczyłam. Dzika plaża, wypływające z morza ameby, w pobliżu powojskowe budynki... Jaki tam był klimat! Zdecydowanie polecam.

wraki statków na Helu

Molo w Juracie

Technicznie rzecz biorąc, molo jest w Juracie, a nie na Helu, ale jest też przy Półwyspie i po drodze. Stąd pomysł, by je zobaczyć. Jurata kiedyś była stolicą polskiej inteligencji. Wielcy artyści i malarze mieli tam swoje wille i spędzali letnie dni, inspirując się cudownym, morskim otoczeniem. Chciałabym więc lepiej poznać to miejsce - copywriter to po trosze też artysta i czasami potrzebuje inspiracyjnego kopa. Tym razem wpadliśmy tylko na momencik, w drodze do Częstochowy, tak, żeby nie złapać opóźnienia w trasie. Ale było warto. I chętnie do bogini Juraty jeszcze wrócę ;-)

molo w Juracie

Zobacz także:

Jedziesz nad morze? Tych błędów nie popełniaj


I teraz muszę sprostować, że jednak jest nadmorskie miasto, które potrafiło zachwycić mnie bardziej niż Ustka - to Hel.

A Ty byłeś już na Helu? A może się wybierasz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Sounds like Hel, a reklama nie kłamie. 15-28 października

Sounds like Hel, a reklama nie kłamie. 15-28 października

Nadeszły jesienne chłody. Już skrobałam rano szyby po raz drugi w sezonie - i coś mi mówi, że czas się do tego przyzwyczaić... albo jeździć rowerem. Skrobaczka już zajęła swoje stałe miejsce w schowku przy drzwiach i pewnie jeszcze nie raz okaże się potrzebna. Cóż, jesień nam przyszła i się rozgościła, ale póki co - przynajmniej w ciągu dnia ciepło.

zdjęcie z Helu, wraki na Helu

Przegląd tygodnia


Ale żeby nie było zbyt różowo - piszę ten przegląd opatulona w bluzę i koc-flądrę syrenę ;-) Polska złota jesień mnie zachwyciła, ale za zimnem to nigdy nie przepadałam...





No i jeszcze ta zmiana czasu... Miałam nadzieję, że dadzą sobie z nią już spokój, ale chyba się jeszcze na to nie zanosi. Niby tylko godzina do tyłu, a jednak potem jeszcze przez tydzień sobie przypominam kolejne miejsca, w których tę godzinę muszę przestawić. Jesienna jest o tyle fajna, że po niej chociaż sama nie chodzę potem przez tydzień do tyłu ;-)

To był wspaniały weekend po mało wspaniałym tygodniu.

Tygodniu, który najtrafniej mogę opisać tak:



Musiałam się oderwać od rzeczywistości (choć zazwyczaj tego nie polecam) i zmienić na moment otoczenie. Pogoda sprzyjała wyprawom i tak oto w piątek wyruszyłam na drugi koniec Polski - na Hel.

O północy byłam już na miejscu. Niestety, nie poszłam wtedy spać i sobotę przetrwałam ledwo żywa i niewyspana, bo po jakichś 5 godzinach snu obudziły mnie... odgłosy piły mechanicznej na podwórku obok. Koszmar. Pozbierałam się jednak jakoś i spędziłam fantastyczny dzień, łażąc po Helu. Byłam na Końcu Polski (cypel helski), przy latarni morskiej i w paru bardzo przyjemnych lokalach.

W niedzielę natomiast prowadziłam przez całą tę drogę, przez pół Polski. Można powiedzieć, że przeszłam swój chrzest bojowy, jeśli chodzi o podróżowanie autem na tak długie trasy. I dałam radę. Ba, podobno poradziłam sobie o wiele lepiej, niż radzę sobie na mieście - w sensie, byłam o wiele mniej nerwowa niż zwykle za kółkiem ;-)

W drodze jeszcze odwiedziłam kilka fajnych miejsc, o których napiszę. Polecę Ci też całkiem przyjemny lokal z noclegami i parę miejsc, do których warto się wybrać na dobrego grzańca (nad morzem zdecydowanie #piździernik, choć słońce świeciło) i rybkę.

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Jesień, którą pokochałam


Mój nowy Bullet Journal. Kompletna zmiana rozkładówek


Social media blogera


3 książki dla copywritera, dzięki którym prześcigniesz konkurencję


Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły


Przegląd internetów

Lepiej jest mieć mniej komentarzy ale za to bardziej merytorycznych. Takich, które urozmaicą dyskusję i wzbogacą Twojego bloga. Takie komentarze piszą mądrzy i wartościowi ludzie, i takich właśnie czytelników Ci życzę.

Jak zwiększyć liczbę wartościowych komentarzy na blogu? We wpisie znajdziesz aż 15 wskazówek. Z 8. i 9. się w pełni zgadzam, a 11. była całkiem odkrywcza ;-) Sama na jakość komentarzy na blogu nie narzekam. Może nie mam ich jakoś szczególnie dużo, ale wciąż są jakościowe, a gówien w stylu "Super wpis" pojawia się na nim mało. Było ich więcej, gdy korzystałam z grup promocji, ale nie mam ostatnio na to czasu i uważam, że osiągane efekty nie były warte wkładanego w to wysiłku.


Zajonc twierdzi także, że nie musimy być świadomi faktu, że kiedyś spotkaliśmy się już z danym obiektem. Mało tego, nie musimy nawet lubić danego przedmiotu. Jeśli zastanawiało Cię kiedyś, dlaczego reklamy proszków są tak sztampowe, masz tu częściową odpowiedź: liczy się ilość a nie jakość.

A co jeszcze twierdzi Zajonc i paru innych? O tym przeczytasz we wpisie Reklama nie kłamie.


Facebook może służyć jako miejsce dystrybucji treści publikowanych na stronie internetowej, blogu firmowym. Nie warto jednak przenosić całego artykułu do social media – zaproś użytkowników na swoją stronę, podlinkowując ją w poście.

Z tym bym nieco dyskutowała, bo Facebook najbardziej ze wszystkiego nie lubi, gdy wyciągasz z niego ludzi. W efekcie znacznie słabiej promuje posty z linkami do innych kanałów, stron, blogów, YouTube. Co innego, gdy tekst wrzucasz w całości na FB jako post, albo kiedy publikujesz wideo bezpośrednio na Facebooku. Wyjątkiem są tutaj posty pochodzące z Instagrama, ale to z wiadomych względów ;-)

O ile jeszcze uważam, że warto by było poprawić błąd w tytule, to w treści jest parę ciekawostek, które warto poznać - o ile już tego nie wiesz: błędy, których należy unikać, prowadząc fanpage.


Ziemię pomierzył i głębokie morze,
wie jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma ku*wę w domu.

Oto jedna z fraszek Kochanowskiego, której na pewno nie nauczyli Cię w szkole. Po więcej niepokornych (a nawet i drastycznie wulgarnych, nie bójmy się tego powiedzieć wprost) dzieł polskich poetów zapraszam tutaj: zbiór niecenzuralnych utworów. Oczywiście, pojawia się Tuwimowe "Całujcie mnie wszyscy w dupę". I jest to zdecydowanie jeden z łagodniejszych wierszy. Serio ;-)

Jak Ci minął ten tydzień? Z tego, co widzę po Facebooku (i co widziałam w trasie), dużo osób wpadło na ten sam pomysł co my i podróżowało, a Ty? Weekend w domu czy też w drodze?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły

Nienawidziłam audiobooków. Te 2 książki to zmieniły

Nie znoszę słuchać, jak ktoś czyta. No serio. Sama czytam znacznie szybciej niż inni ludzie i strasznie się męczę, wiedząc, że byłabym właśnie o 5 stron dalej niż lektor.

słuchanie audiobooków, białe słuchawki

Tym bardziej jestem zdziwiona, że się przekonałam do audiobooków. Okazało się, że nawet dla mnie mają masę zalet.

Są świetne, żeby się zrelaksować i dać odpocząć oczom po 8 godzinach wgapiania w komputer. Albo kiedy robię obiad i nie bardzo mam trzecią rękę do trzymania książki. Trzecie oko zresztą też by mi się wtedy przydało... No i na rowerze  - w końcu spędzam na nim godzinę dziennie. Miło jest sobie posłuchać, jak ktoś opowiada coś, co ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Codziennie odpalam plik, bo chcę wiedzieć, co było dalej.




Dlatego przekonałam się do książek "mówionych" i dziś Ci przedstawię 2 historie, których słuchało mi się wyjątkowo przyjemnie.

A ja żem jej powiedziała

Kaśka Nosowska

A ja żem jej powiedziała... weź wreszcie załóż te słuchawki do uszu i posłuchaj, co ta Nosowska gada. Ona wcale nie jest taka poważna i depresyjna, na jaką wygląda. Na co dzień nie opowiada smutnych historii o tym, że wczoraj zdołała powrócić do łona matki, czystość została pogrzebana, a ona lubi chleb, więc sobie zje... A, zaraz, o chlebie to akurat tam było.

Kaśka okazała się wyjątkowo zabawną i zdystansowaną kobietą z błyskotliwymi przemyśleniami. Ja wiem, że Internet od dawna żyje jej instagramowymi filmikami z serii "A ja żem jej powiedziała...", ale mnie troszkę drażniły filtry w stylu "Nażarłam się helu", więc odpuściłam. Zresztą, nie mam czasu, by być na bieżąco. Wiedziałam, że fajne, ale dopiero forma  audiobooka, czytanego z seksowną chrypą przez samą autorkę, przypadła mi wyjątkowo do gustu. Nawet mnie kusi, żeby przesłuchać go jeszcze raz. Cudo!

Trup na plaży

Aneta Jadowska

Uwielbiam książki Anety Jadowskiej i Ustkę. Autorka najwyraźniej czytała mi w myślach, ponieważ akcję swojego najnowszego kryminału osadziła gdzie? No właśnie w pięknej Ustce. Dzięki temu byłam tam, słuchając o kolejnych perypetiach Magdy Garstki. Czułam zapach ryb na wybrzeżu i widziałam pustą październikową plażę. I obiecałam sobie, że zobaczę ją także na żywo.

A potem faktycznie zobaczyłam na żywo pustą październikową plażę... na Helu ;-)

Mamy tutaj historię młodej dziewczyny, która wraca do swojej rodzinnej Ustki i od razu na dzień dobry, po pierwszym nibybieganiu na plaży, znajduje trupa. No i oczywiście, że Magda nie zostawi tej sprawy nieudolnej słupskiej policji. Sama uparcie drąży temat i odkrywa coraz to ciekawsze powiązania sprawy... ze swoją rodziną. 

Żałuję tylko, że historia kończy się... takim spuszczeniem powietrza. Ale i tak warto.

To co, audiobooki czy tradycyjne książki? Lubisz, kiedy ktoś Ci czyta na głos, czy wolisz robić to samodzielnie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Social media blogera - przemyślenia

Social media blogera - przemyślenia

Kiedy zobaczyłam w proponowanych stronach na Facebooku swój fanpage, pomyślałam sobie, że kiedyś to kompletnie inaczej wyglądało. Miał on służyć do przyciągania ludzi na bloga, tymczasem... strona sobie, a blog sobie. Jak to się stało?

social media blogera

Tak właśnie doszłam do wniosku, że social media się zmieniły. Kiedyś bycie blogerem oznaczało przykładanie się na maksa do bloga, regularne publikowanie, odpowiadanie na komentarze, a social media były dodatkiem, takimi... tablicami ogłoszeniowymi, za pomocą których próbujesz dotrzeć do kolejnych czytelników, dając im znać, że coś napisałeś. Dlatego wrzucałeś wszędzie linki.


Ale to podejście już nie działa.

Jakiś czas temu czytałam na blogu Pan Cytat Media, że teraz to jest tak, że jeśli chcesz osiągać sukcesy, to musisz rozkminić, że każdy portal to inne miejsce i inna okazja. Twitter jest inny niż Facebook, a Instagram to nie to samo co Pinterest. Jeśli chcesz osiągnąć sukces i budować swoją społeczność, musisz poznać zasady obowiązujące w danym serwisie i się do nich dostosować.

Też tak uważam.

I ja to rozwinę: tym sposobem jesteś trochę inną osobą na Facebooku, a trochę inną - na Instagramie czy Twitterze. I zawsze będzie tak, że któreś medium jest Ci bliższe, a z którymś "dogadujesz się" znacznie słabiej. Wszystko dlatego, że niektóre media są bardziej podobne do Ciebie, a niektóre - mniej.

Żyjesz jednak też w dobie automatyzacji. Autorespondery na Facebooku i Instagramie. Automaty, które wrzucają linki z bloga na Twittera. Automatyczna publikacja. I to wszystko jest fajne, oszczędza czas - ale jest też takie... bezosobowe. 

Na przykład, te automatyczne wiadomości na Instagramie do nowych followersów. Zaczynam obserwować jakieś konto, bo spodobały mi się na nim zdjęcia  i nagle ni stąd, ni  zowąd, dostaję wiadomość, że mogę zacząć zarabiać w internecie, zostać ambasadorką marki zegarków czy też dołączyć do iluminatów. Wiem, że to automat, wiem też, że nie po to zaczęłam obserwować to konto. I najczęściej przestaję, bo nie widzę już w nim nic atrakcyjnego. Czy taktyka w takim razie działa?

Albo klasyka Instagrama ostatnio. Wrzucam zdjęcie z opisem, być może opisuję coś niewesołego... i zaraz pod nim pojawiają się komentarze o treści "Super!". No nie, nie super. Bo właśnie napisałam, że coś nie jest super. Ja na to mówię "influęserki". "Influęsereczki".

Ostatnio także "bociarki/bociarze".

Wiem, że to boty. I uważam, że osoby, które korzystają z takich automatów, powinny brać odpowiedzialność za to, co wypisują pod przypadkowymi zdjęciami i jak bardzo nietrafne to może się okazać. Na przykład, kiedy proponują mężczyźnie makijaż... A to i tak najlżejsza wtopa, bo bywały "super" po tragicznych wiadomościach. Czy taktyka działa? Bo ja zawsze mam wtedy wrażenie, że komentuje jakiś debil. I panienka próbuje się wypromować moim kosztem. Od niedawna usuwam takie komentarze. Nie pozwolę. Tym bardziej że zwrócenie uwagi kończy się fochem.

Kolejny kwiatek: "Piękne konto, zapraszam do mnie!". Żebrofollow. Czasem to też boty, czasem "prawdziwi" użytkownicy lecą hurtowo i próbują ściągać sobie fanów na swoje profile. Powodzenia... Też usuwam. Czy taktyka działa?

Czy nie lepiej byłoby komentować mniej, ale samodzielnie i tam, gdzie ma się ochotę?  Albo budować społeczność w medium, które po prostu bardziej nam odpowiada? Ja tak zrobiłam, teraz jestem głównie na Twitterze, bo tam najlepiej mi się działa. Na Instagramie działam głównie w Stories, bo lubię sobie czasem pogadać do ludzi. Pozostałe media mam, korzystam z nich - ale w bardziej ograniczonym zakresie. Ich tak bardzo nie czuję. I myślę, że to dobra taktyka.

A Ty co myślisz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Mój nowy Bullet Journal. Kompletna zmiana rozkładówek

Mój nowy Bullet Journal. Kompletna zmiana rozkładówek

Mój Bullet Journal lubi się zmieniać. I w tym tkwi jego siła. Zwykły planer przez cały rok byłby taki sam i w jakimś stopniu by mnie ograniczał. W BuJo zmieniam co jakiś czas układy, wypróbowuję nowe i... pozbywam się rutyny ;-) Jak mój notes wygląda tym razem? Z czego korzystam, a co odpuściłam? Sprawdź.



Dzisiejszy wpis jest pełen zdjęć, które udało mi się przygotować podczas pięknej, złotej godziny. Pokazuję w nich, jak wyglądają rozkładówki czyste i zapisane oraz jakich kolekcji tym razem używam.

Więcej wpisów na temat mojego Bullet Journal znajdziesz na blogu w kategorii: Bullet Journal

nowy notes w kropki do Bullet Journal

Bullet Journal na październik

Future log

Na dobry początek - planowanie przyszłości. W końcu w Bullet Journal muszę mieć możliwość zaplanowania czegoś z wyprzedzeniem - i to takim porządnym. Na razie uwzględniłam tylko miesiące do grudnia, ale wkrótce dopiszę kolejne. Nie bierz tego do siebie, że ukrywam treść swoich zapisków - traktuję je bardzo osobiście i nie lubię się nimi dzielić, choć tutaj akurat nie było nic szczególnie intymnego. Ale taka już jestem, a we wpisie chodzi o pokazanie, JAK planuję, a nie CO i GDZIE ;-)

Future log w Bullet Journal

Karta tytułowa

W październiku zrobiłam jeszcze kartę tytułową, ale w listopadzie dałam sobie już spokój. Zastępuje ją teraz kalendarz miesięczny.

karta tytułowa miesiąca w Bullet Journal

Monthly log i habit tracker

W październiku mój kalendarz miesięczny zmieścił na stronie także tabelkę do śledzenia nawyków, w której zaznaczam sobie treningi. Wiecie, pozbywam się rutyny, zaczęłam znowu trenować... trzeba to gdzieś zapisywać. Nie wygląda to jednak najlepiej, powiedzmy sobie szczerze ;-)

monthly log w Bullet Journal

Weekly log

Oto i nowa tygodniówka. Zaczerpnięta od Magdy. Nie gustuję może we wklejkach z szarego papieru, ale sam układ jest całkiem praktyczny i szybko się go robi. W ramach ozdoby kontrastowe kolory, a po zapisaniu układ wygląda tak:

weekly log w Bullet Journal

A oto i niezapisana, piękna, czyściutka tygodniówka.

weekly log w Bullet Journal

Fitness i health tracker

A tu ciekawostka - zaczerpnęłam sobie również układ, w którym zapisuję, co zrobiłam dla zdrowia lub w ramach #miesiacbezrutyny. Jak widać, zapału starczyło mi tylko na tydzień ;-) Nie potrafię spędzać nad swoim Bullet Journal całych dni, bo i nie o to tutaj chodzi. Nie o samo planowanie dla planowania, tylko o REALIZOWANIE planów.

fitness i health tracker w Bullet Journal

Doodle

Wtrącanie anglicyzmów w język polski moim zdaniem jest wyjątkowo pretensjonalne, ale nie wpadłam na lepszy pomysł, jak nazwać stronę, na której rysuję. I w sumie dobrze, że nie poświęciłam temu więcej czasu, bo, jak widać, i tutaj zapału starczyło mi zaledwie na tydzień.

doodle w Bullet Journal

Money tracker

O, a to ciekawe! Ale oczywiście, że zamazane. Zarobki - głównie te poboczne, ze zleceń, programów partnerskich, sprzedaży koszulek... Musiałam gdzieś sobie spisać, ile zarabiam, żeby to usystematyzować, regularnie sprawdzać i pomyśleć, w jaki sposób podkręcać te zarobki. Dążę bowiem do posiadania dochodu pasywnego - właściwie, już go posiadam, tylko na razie jest to bardziej "dorabianie" niż zarabianie. Podpowiem, że na liście znajduje się między innymi Cupsell, świetny program partnerski oraz Google Adsense, w którym zarabiam takie kokosy, że w dupie się przewraca. Tak, to ironia ;-)

money tracker w Bullet Journal

Konkursy

Miałam tę kartę w poprzednim BuJo i chyba muszę przepisać jej treść, bo jakoś tak pusto tutaj ;-) Nie mam ostatnio czasu i weny na branie udziału w konkursach, i nawet jak coś wygram, to nie zapisuję - a szkoda, bo to takie... budujące. Bez zapisywania szybko wylatuje mi z pamięci i już nie buduje.

wygrane konkursy w Bullet Journal

Statystyki bloga

Chyba nie ma blogera, który nie posiada takiej karty w Bullet Journal. A jeśli jest, to zaprawdę powiadam Ci, nie wie, co robi. Ja spisuję - statystyki pozwalają wyciągać wnioski. A kiedy rosną, robi mi się ciepło na serduszku 💗

statystyki bloga w Bullet Journal

Statystyki social mediów

Były statystyki bloga, są i staty social mediów. Tam też trzeba sprawdzać, co działa, a co niekoniecznie.

statystyki social mediów w Bullet Journal

Bullet Journal na listopad

Monthly log

A oto i nowiutki, świeżutki kalendarz na listopad. Jeszcze nieśmigany! Piękności, prawda?

monthly log w Bullet Journal

Habit i fitness tracker

Tutaj wylądowało moje śledzenie nawyków. Wciśnięte w kalendarz źle wyglądało. Teraz jest spoko i w razie potrzeby mam jeszcze miejsce, by coś fajnego dopisać. A nuż zapragnę biegać codziennie i co wtedy? Dopiszę!

habit tracker w Bullet Journal

Weekly log

A tu początek pierwszego tygodnia listopada i tygodniowa rozkładówka. Niepełna, bo ja lubię jasny podział na miesiące. Nie mieszam nigdy w jednym tygodniu dni z dwóch miesięcy. Taki rozkład dla mnie jest bardziej czytelny.

weekly log w Bullet Journal

A tu już pełny tydzień.

weekly log w Bullet Journal

Kolekcje: wdzięczność oraz książki i filmy

I najfajniejsza część: dziennik wdzięczności, który w widoku tygodniowym się nie sprawdził. Oprócz tego książki i filmy - te, które przeczytałam/obejrzałam w danym miesiącu. Od jakiegoś czasu nie miałam takiej karty w BuJo, przez co nie pamiętałam, co czytałam/oglądałam i... nie pisałam o tym już tak często. Teraz mam wszystko jak na dłoni i wpisy z serii Książkowe inspiracje oraz Filmowe inspiracje będą się pojawiać znowu na bieżąco. Tak, jak trzeba. Cieszysz się? ;-)

kolekcje w Bullet Journal: dziennik wdzięczności oraz filmy i książki

Z czego zrezygnowałam w moim Bullet Journal?

Jak widzisz, nie używam już numeracji stron ani indeksu. Nie były mi potrzebne. Kolekcje czy karty tygodniowe i tak znajduję na wyczucie albo dzięki zaznaczeniu wstążką. Szkoda było mi tracić czas na numerowanie stron i uzupełnianie indeksu. Pierwotnie chciałam też zrezygnować z karty wdzięczności i uzupełniać ją co kilka dni w rozkładówce tygodniowej, ale nie było to najwygodniejsze i najbardziej estetyczne. Odpuściłam też już tworzenie karty tytułowej, bo to była taka sztuka dla sztuki tylko.

Mój nowy notes w kropki i nowe akcesoria

Jak widać, zmieniłam notes. Wciąż jest to Antra Romantyzm w kropki, tyle że w innym kolorze - który musiałam specjalnie zamawiać z wyprzedzeniem do Empiku, bo stacjonarnie niestety nie było tej wersji. Oprócz tego dokupiłam wreszcie także wodoodporny cienkopis Sakura Pigma Micron. Poza tym używam wszystkich tych akcesoriów, które opisałam w poprzednich wpisach, a zwłaszcza zakreślaczy Stabilo, linijki i szablonu z Aliexpress.



Jak wyglądały moje poprzednie notesy?

Mój pierwszy Bullet Journal:

Jak planuję miesiąc w Bullet Journal?


Rozkładówki miesięczne i tygodniowe w kolejnym notesie:

Mój nowy Bullet Journal. Planery miesięczne i tygodniowe


Kolekcje w moim Bullet Journal:

Mój nowy Bullet Journal - co się zmieniło? Kolekcje



Jak Ci się podoba nowa odsłona mojego Bullet Journal? A może pokażesz mi też swój? Inspiracji nigdy za wiele, wierz mi ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Jesień, którą pokochałam. 1-14 października

Jesień, którą pokochałam. 1-14 października

Czasami miłość pojawia się znienacka. Czai się gdzieś pomiędzy ciepłymi myślami. Spogląda w milczeniu i cierpliwie czeka, aż ją dostrzeżesz. I ja zauważyłam. Nagle krajobraz wokół mnie wybuchł kolorami. Wszędzie złoto, czerwono, pomarańczowo. Niebo błękitne jak nigdy. 

Przegląd tygodnia

Zapomniałam o tym, że rano jest zimno i mgliście. Że już o 18 robi się ciemno. Nagle, niespodziewanie dla siebie samej, pokochałam jesień. Tak po prostu i z zaskoczenia. Zachwyciłam się tym wszystkim, choć najbardziej to jednak ciepłem, którym nas rozpieszcza tegoroczny październik. I oby jak najdłużej.

Jak to się stało? Zobacz na moim Instagramie, a zrozumiesz ;-) I nie jest to absolutnie miłość z rozsądku, która kiedyś przyjść musiała, albo bym ją sobie wmówiła. To dojrzałe uczucie, świadome wad i zalet. Wiem, że przyjdą kiedyś ponure i ciemne dni - ale przeżyję je, mając w pamięci te najpiękniejsze. I wiedząc, że wkrótce wrócą.

Zaczęłam nowy Bullet Journal, o którym wkrótce Ci napiszę. Zdjęcia już mam, muszę tylko je obrobić, a do tego, przyznam szczerze, jakoś szczególnie mi się nie spieszy. Tyle rzeczy do zrobienia, a czasu jak nie było, tak nie ma.

Każdy mój dzień to typowy dla Q4 maratonosprint przez zadania. Po czymś takim naprawdę można ocipieć... Stąd pomysł na zerwanie z rutyną i nieustanne poszukiwanie kolejnych rzeczy, dzięki którym wracam do normalności po pracy. Jedną z nich są treningi, które pomagają mi poukładać myśli i uspokoić umysł.

Dalej dbam o to, by nie dać się rutynie. Zauważyłam, że mam więcej energii każdego dnia i chęci, by rozwalać kolejne zadania, zamiast je odkładać. Wkrótce napiszę u siebie na blogu podsumowanie tego wyzwania. Wciąż możesz dołączyć - tylko pamiętaj o oznaczeniu swoich postów hashtagiem #miesiacbezrutyny, bym mogła je na Instagramie zobaczyć. Ewentualnie po prostu je do mnie podeślij ;-)

W ramach wyzwania i wprowadzanych zmian wróciłam też do tabletu. Moje początki blogowania to był właśnie prosty, niemiecki tablet Medion. To właśnie na nim pisałam swoje pierwsze teksty i mam do tego typu sprzętów ogromny sentyment. Może nie do końca słusznie, bo był leniwy, powolny i miał słabej jakości ekran. Teraz jednak tablet posłuży mi głównie do czytania i codziennej prasówki.

Wyśmiałam całkiem sporo rzeczy na InstaStories. Opowiedziałam trochę o najszkaradniejszym rusycyzmie na świecie, języku profesjonalistów i dwóch postawach blogerów - godnej naśladowania oraz takiej kompletnie niegodnej. Nie chcesz przegapić moich kolejnych rozkmin? Dam Ci proste i darmowe rozwiązanie: szybciutko leć na Insta i mnie zaobserwuj, ot co ;-)

Wymieniłam swoją inteligentną opaskę - z Mi Band 2 na M3s. I jestem zawiedziona. W sensie, ta M3s mogłaby być naprawdę fajna, gdyby ktoś tak porządnie przysiadł i ogarnął jej aplikację. Albo gdyby miała te funkcje co teraz, ale działała tak sprawnie, jak Mi Band.

Ach, no i jeszcze usiłowałam zmienić domenę bloga. W końcu kiedyś by wypadało, nie? Tak mi to "wyszło", że szkoda gadać, ale jak tylko się uporam z tematem i transferem, to wszystko tutaj pięknie opiszę. Po co masz popełniać moje błędy, skoro możesz się na nich nauczyć?

Najnowsze wpisy


Na blogu w tym tygodniu:

Wywiad, sesja i zero rutyny


Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada


Tym ostatnim wpisem zamykamy cykl o Bułgarii. Wszystkie pozostałe wpisy znajdziesz również w powyższym poście, możesz więc je sobie poskładać w jedną, wielką opowieść o moich pierwszych w życiu wakacjach all inclusive z biurem podróży.

W ramach odkurzania postów przypomnę Ci:

Co powinien bloger?


A co powinien? Na przykład monitorować wzmianki o sobie w Internecie, by na nie szybko i przykładnie reagować. Nie zalecam tu oczywiście jakiegoś fan-terroru, ale to po prostu miłe, gdy nawet po kilku dniach otrzymujesz odpowiedź na swój wpis. Pytałam o to na InstaStories i wyszło na to, że większość zapytanych przeze mnie osób lubi, kiedy wzmiankowany autor książki czy bloger reaguje na ich posty. Większość również oczekuje takiej reakcji.

Przegląd internetów

Dopiero minęły pierwsze 2 tygodnie wyzwania, a ja już czuję, że mam masę ciekawych pomysłów na bloga i na siebie. To bardzo rozwijający challenge, bo codziennie trzeba wymyślić coś, co zrobię inaczej. 

Ależ miło mi to słyszeć! Więcej o wrażeniach Marty z wyzwania #miesiącbezrutyny przeczytasz tutaj: Miesiąc bez rutyny - jak się jej pozbyć i moje małe podsumowanie pierwszej połowy


Czy często otrzymujecie wiadomości w stylu:
Witam, Kontaktuję się z ciekawą propozycją zawodową. Pani/Pana obecne stanowisko dokładnie wpisuje się w oczekiwania naszego Klienta. Chętnie opowiem o szczegółach oferty.
Oto najbardziej żenująca praktyka rekruterów. Dlaczego oni wciąż to robią? Czy warto? O tym przeczytasz w artykule.

PS. Tak, zaczynanie maili od "Witam" również jest żenujące.


Pracodawcom się to nie podoba, uważają, że tak się nie robi, koledzy z pracy krzywo patrzą. Pracownicy słyszą, że nie mają pasji, że tak się nie pracuje, tym podobne gadanie. Człowiek czuje się jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to trzeba było harować, ale wszyscy się przecież cieszyli, że w ogóle mogą się rozwijać. Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów, roszczeniowa młodzież.

To nic, że w umowie jak byk stoi, że osiem godzin pracy i koniec.

Niewolnictwo i pańszczyzna w XXI wieku w Polsce. Teoretycznie przeszły już do historii. W praktyce? No cóż... A my, okropni, roszczeniowi milenialsi to tylko kasą naprawdę się interesujemy. Gdzieś mamy dobro pracodawcy, który przecież nieba nam uchyla. Nie raczymy popracować dla niego nawet tylko troszkę dłużej. Na przykład o dodatkowe 8 godzin każdego dnia. Najlepiej za darmo.

Albo jeszcze za nie dopłacić, bo przecież jak to tak, wymagać zapłaty? Przecież on nam już zapewnia stanowisko, możliwość rozwoju w młodym, dynamicznym zespole, darmową kawę i porywającą ideę, dla której możemy żyć!


via GIPHY


Co sądzisz? A może Ciebie też ostatnio jakiś artykuł poruszył w takim samym stopniu? Podziel się nim ze mną :-)

I jeszcze raz przypominam: dołącz do wyzwania bez rutyny! Kiedy, jak nie teraz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada

Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada

Bułgarska biesiada - brzmi dobrze, czy nie bardzo? A jeśli dodam jeszcze, że w samym środku lasu? Czy coś takiego może wygrać z nieprzerwanym plażowaniem? Czy warto wybrać się na wycieczkę zakończoną wielką imprezą dla turystów? Przeczytaj.

wycieczka lokalna z Itaką - restauracja na przylądku Kaliakra

Na fotografii tytułowej znajduje się restauracja na przylądku Kaliakra, ale to dlatego, że nie mam żadnego ładnego zdjęcia z lasu ;-)

Zobacz część pierwszą tej historii:

Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką


Zobacz także:

Kawarna - restauracja Piknik Bivaka

Wyobraź sobie, że w Polsce ktoś buduje restaurację w środku lasu. Wszyscy wokół pukają się w czoło. Kto to widział, restauracja w lesie? W lesie to dziki i sarny, a nie... No debil, po prostu debil. Widzisz to? No właśnie. A tymczasem w Bułgarii ktoś wpadł na równie głupi pomysł... i zaczął organizować duże imprezy dla turystów i wesela.



Mam wrażenie, że Bułgarzy nie boją się myśleć nieszablonowo i dzięki temu tak rozbudowali sobie turystyczne miejscowości. To szczególnie fajne, zważywszy na to, że nie żyje się im lekko. Najniższa pensja odpowiada naszym 1020 zł, natomiast takie przyzwoite średnie wynagrodzenie to tyle, co u nas najniższe - w przedziale 1500-2000 zł. Bezrobocie sięga natomiast do 20%,  a to naprawdę dużo. Bułgaria przeżyła podobną przemianę ustrojową jak i  Polska - nagle z komunizmu i własności państwowej musiała przestawić się na kapitalizm i własność prywatną, a potem weszła jeszcze do Unii Europejskiej. Efekty są bardzo podobne jak w Polsce...

Wróćmy jednak do tej pomysłowej restauracji. Zostaliśmy przywitani chlebem, solą i kieliszkiem rakiji. Następnie zasiedliśmy przy dużych, wieloosobowych stołach. Wokół nas siedzieli uczestnicy innych wycieczek: drugiej polskiej z Itaki, a także rosyjskiej i...  irańskiej. O tej ostatniej jeszcze dziś przeczytasz ;-)

Na stołach znajdowały się już lokalne przysmaki: sałatka szopska oraz banica. Jedno i drugie przepyszne. Do picia mieliśmy wodę w dzbankach, colę, cholernie słodką lemoniadę, a także... czerwone i białe wino oraz rakiję, które nalewaliśmy sobie do dzbanków z beczek. Bez ograniczeń!

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, beczki z alkoholem

Sałatka szopska: ser szopski (sirene, taka bułgarska feta), pomidor i ogórek. Siła tkwi w prostocie.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, sałatka szopska

Zawijaniec z bułgarskim serem, czyli banica.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, banica

Danie główne czyli kurczak. Góra jedzenia, jak dla ciężko pracującego chłopa.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, danie główne

W międzyczasie rozpoczął się występ zespołu, który zaprezentował nam lokalne tańce w wykonaniu pań i panów.

Potem na stołach wylądowało danie główne: połowa tuszki pieczonego kurczaka z pieczonymi ziemniakami. Niby całkiem normalna potrawa, ale dobrze doprawiona i bardzo sycąca.

Występy trwały podczas posiłku i co jakiś czas zapraszano uczestników, aby również nauczyli się lokalnych tańców.

Tutaj chciałam wrzucić zdjęcie, ale tańce były dynamiczne, a zdjęcia - rozmazane.

Wśród stołów krążyła też dwójka fotografów, dziewczyna i facet. Pan wyglądał jak Janosik. Miał długie włosy, paradował w skórzanej, góralskiej kamizelce i z gołą klatą. Wyglądał na lokalnego bułgarskiego amanta, a zważywszy na to, że wiele Bułgarek miało identyczny, wieeeeelki nos jak on, podejrzewałam, że naprawdę był amantem i płacił alimenty połowie kraju ;-)

Gotowe zdjęcia nasi fotografowie wywiesili na tablicy. Można było kupić te, na których się było, za jakieś 5 czy 10 lewów. Skusiłam się, bo to fajna pamiątka do ramki.

Później zaczęła się dyskoteka dla turystów. Parkiet momentalnie się zapełnił... tak, także tymi dziadkami, z którymi jechaliśmy na wycieczkę. Zszokowało mnie to, z jaką energią wywijali. I tylko DJ puszczał jakieś przedziwne miksy, w których słychać było rosyjskie przeboje, Arasha (to pewnie dla Irańczyków) i... Zenka Martyniuka czy też Weekend. Impreza rozkręciła się bardzo szybko i nie wiem, czy przez ograniczony czas (mieliśmy wyjeżdżać o 23, więc na dyskotekę zostały niespełna 2 godziny), czy przez nieograniczoną ilość alkoholu.

W pewnym momencie tańce zostały przerwane. Przyszła kolej na pokaz chodzenia po rozżarzonych (tak, w tym miejscu zrobiłam właśnie pierwszy błąd ortograficzny od lat) węglach.

Pierwotnie to chyba miał być taniec. Ostatecznie pani przebiegła kilka razy po węglach, nieco poirytowana przez polaczków, którzy, mimo zwracania uwagi, żeby nie włączać flesza, uparcie cykali zdjęcia z lampą. Pokaz się skończył, na stołach wylądowały owoce na deser i można było dalej tańczyć. Na parkiecie, nie na węglach.

Ciekawą grupą byli Irańczycy. Ewidentnie muzułmanie, bo kobiety siedziały tam w luźnych strojach i z chustami na głowach. Zajęci panowie dotrzymywali towarzystwa żonom. Ci wolni bardzo szybko wyskoczyli na parkiet... i zaczęli napastować wolne panie. Zresztą, te "niewolne" też.

A gdy się ściemniło... irańskie żony zrzuciły chusty i też zaczęły tańczyć.  Z mężami, jak coś ;-) Podobno muzułmanie uważają, że po zmroku Allah nie widzi, więc robią wtedy to, co normalnie jest im zakazane - tańczą, piją alkohol... Najwyraźniej to prawda, a nie legenda.

Tymczasem impreza trwała - ale nie dla Itaki. Nam kazali się zbierać. Wesoły autobus został zapakowany i wrócił do hotelu, choć wszyscy chcieli jeszcze się bawić. Nic dziwnego, impreza rozkręciła się nader szybko i była naprawdę fajna. Pewnie jednak nie chcieli wieźć "trupów", dlatego zarezerwowano na zabawę tak mało czasu ;-)

Powiedziałabym nawet, że za mało. Ale może dlatego bardziej doceniam? Ogólnie fajnie wyszło. Myślę, że przy zwiedzaniu Nessebaru tak dobrze bym się nie bawiła. Jeśli mnie zapytasz, czy było warto - wielkie, zdecydowane "TAK!"

A teraz ja zapytam: wybrałbyś się też na taką wycieczkę czy wolisz tylko zwiedzać? A może jednak na własną rękę?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger