Zamek w Ogrodzieńcu w weekend - tak czy nie?

Zamek w Ogrodzieńcu w weekend - tak czy nie?

Dzisiaj napiszę Wam o Ogrodzieńcu, w którym byłam w czasie poprzedniego długiego weekendu. Nie lubię jednak typowych podróżniczych wpisów, które zaczynają się od opisu i suchych faktów, przechodzą przez wszystkie szczegóły drogi aż do atrakcji (i w efekcie wleką się przez następne 10 tysięcy znaków...), dlatego wszystkiego dowiecie się z kilku przejrzystych podpunktów.

zamek w Ogrodzieńcu

Na początek ważna informacja: tak naprawdę to ruiny w Ogrodzieńcu znajdują się w miejscowości Podzamcze. Dlatego nie zdziwcie się, gdy podjeżdżając pod zamek, zobaczycie tabliczki z taką nazwą. Nie zabłądziliście. Jesteście na pewno w dobrym miejscu.

Dlaczego warto wybrać się do Ogrodzieńca?


1. Przystosowany do zwiedzania

Co prawda, to tylko ruiny, ale wyraźnie przystosowano je do zwiedzania. Zostały wybudowane podesty  i schody, dzięki czemu nie pozostajemy jedynie na dziedzińcu, ale możemy także wejść na piętra czy baszty. Poza tym odbywają się tam również imprezy - przykładowo, my trafiliśmy na pokaz husarii.

2. Dużo miejsc wartych zobaczenia

Dobrze wykorzystano także pozostałości pomieszczeń. Kilka miejsc zagospodarowano na potrzeby wystaw i wyposażono w eksponaty. Znajdziecie tam ekspozycję z miniaturami budowli i bronią. Albo miejsce, w które miałam ochotę wysłać część zwiedzających - salę tortur. Słowem: nie spodziewajcie się tylko kilku marnych ścian z wapienia, bo zobaczycie znacznie więcej.

sala tortur w zamku w Ogrodzieńcu

3. Dużo atrakcji w pobliżu i noclegi

My podczas wycieczki skupiliśmy się tylko na ruinach. Jeśli jednak chcecie, możecie też odwiedzić choćby pobliski park miniatur czy też gród Birów (ok. 2 km od zamku).

W bardzo bliskim sąsiedztwie zamku znajduje się również hotel. Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda i ile kosztuje pobyt, możecie to sprawdzić na stronie obiektu.

4. Dobra cena

Bilet normalny kosztuje 12 zł za osobę. W porównaniu do tego, co możemy zobaczyć, myślę, że jest to adekwatna, a nawet stosunkowo niska cena. W Olsztynie koło Częstochowy płacimy 5 zł... ale tak naprawdę jedyną atrakcją jest wlezienie na wzgórze.

5. Zachwycające widoki

Idąc zgodnie z kierunkiem zwiedzania, który jest oznaczony strzałkami, wchodzimy po schodach i podestach coraz wyżej, aż w końcu trafiamy na wysoką basztę. Widok, jaki się z niej roztacza, jest przepiękny. Wtedy zapomniałam o lęku wysokości, który utrudniał mi wcześniej nieco wejście :-)

widok z zamku w Ogrodzieńcu

Co zniechęca do Ogrodzieńca?


1. Wąskie przejścia

Im wyżej, tym ciaśniej, szczególnie jeśli wchodzimy na basztę. Kręte i wysokie schodki mogły spokojnie konkurować z tymi prowadzącymi na wieżę na Jasnej Górze. Niestety, było to też jedno z tych miejsc, które bardzo łatwo się korkowało - a schodzący musieli się przeciskać w dół, fundując sobie podwójną traumę. Tutaj chyba zabrakło jakiejś sensownej organizacji wchodzenia i schodzenia. Jednak nie to było najgorsze...

2. Brak rozsądku zwiedzających

Całe zwiedzanie mocno uprzykrzają niestety rodziny typu 500+, które zawzięcie ładują się z najmniejszymi dzieciakami na największe wysokości. Wszędzie tam, gdzie jest najbardziej wąsko i ciemno. W końcu najlepiej przepychać się po tych wszystkich schodkach z dzieckiem na plecach, nie? Maluchy są znudzone, zmęczone lub wystraszone, więc głośno płaczą. Tak głośno, że współzwiedzający w końcu również mają ochotę się rozryczeć. 

Dodatkowo chciałabym zauważyć, że barierki, które umieszczono na tych wysokich punktach zamku, chronią jedynie dorosłych. Dziecko z łatwością może przez taką poręcz wypaść. 

Czy mam do kogoś o to pretensje? Nie. Myślę jednak, że można by zaznaczyć przy wejściu w takie miejsca, że nie należy tam wchodzić z małymi dziećmi. No i rodzice mogliby się po prostu wykazać odrobiną rozsądku i nie pakować wszędzie, gdzie najwyżej, bo raczej żadna strona nie ma z tego pożytku.

3. Brak możliwości płacenia kartą

Jestem tym totalnie zawiedziona. Wyobrażacie sobie, że przy tak ogromnej ilości budek z jedzeniem i piciem w bliskim sąsiedztwie zamku, nigdzie nie zapłacicie kartą? Nawet w rycerskiej karczmie, która znajduje się na dziedzińcu i nie wygląda na byle budkę, a na pełnoprawny lokal. Płatność kartą jest dostępna jedynie w kasie zamku, z tego, co widziałam, i nigdzie indziej. Ktoś chyba zapomniał, że mamy XXI wiek ;-)


4. Zbyt mało toalet

A, i jeszcze jedno: toalety. Jestem kobietą, więc spędzam w nich pół życia. Zresztą, nie ja jedna - w każdym tego typu miejscu, nieważne, czy to Wawel, czy zamek w Ogrodzieńcu, dysproporcja jest wyraźna: do damskiej toalety czeka 20 kobiet, a do męskiej może z 3 panów. Problem robi się wtedy, kiedy w miejscu tak bardzo obleganym przez ludzi mamy jedną toaletę... z 2 kabinami. Na setki potencjalnych zainteresowanych. Kolejki dorównywały tym na Wawelu, a pani sprzątająco-przyjmująca płatności nie nadążała ani z jednym, ani z drugim. Istne szaleństwo.

No to warto czy nie warto?

Jedno warto: jechać warto! W ogólnym rozrachunku jestem zadowolona z tego wyjazdu i wspominam go całkiem dobrze. Ogrodzieniec jest wyjątkowo piękny, a przy ładnej pogodzie zachwyca podwójnie. Następnym razem jednak wybiorę się tam w mniej obleganym terminie. Jeśli, tak jak ja, nie lubicie tłumu, hałasu i kolejek do wszystkiego, to również jedźcie raczej w tygodniu niż wtedy, kiedy pół Polski ma wolne ;-)

A Wy gdzie spędziliście majówkę? Może polecicie mi też jakieś piękne miejsce?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Narcyzy w pracy i inne kwiatki. 14-20 maja

Narcyzy w pracy i inne kwiatki. 14-20 maja

Ten tydzień był bardzo pracowity i wypełniony zajęciami po brzegi, a jakimś sposobem ciągle mniej straszny niż te długie dni, o których wspominałam w poprzednim przeglądzie tygodnia. Chyba czasem tak jest, że energii mamy tyle, że możemy podbijać świat, a czasem ledwo nam jej starcza na codzienne obowiązki. Jeśli tak - najwyraźniej to był mój tydzień.


Przegląd tygodnia

Ten tygodnik piszę z nowego laptopa. Poprzedni Acer służył mi dzielnie przez ostatnie prawie 3 lata i do tej pory jest sprawny, ale jednak - praca na wolnym komputerze do przyjemności nie należy.


Pamiętam, że kiedy go kupowałam, nie obeszło się bez przygód. Był to używany, poleasingowy laptop. Nie chciałam wydawać zbyt dużo pieniędzy. Nie byłam też zbyt świadomym użytkownikiem - swoje kryteria ograniczyłam do "ładny, lekki, dobry do przewożenia, 15,6  cali". No i nie przebierałam za bardzo, tylko poszłam do jednego outletu i wzięłam, co było. Na miejscu działał pięknie.

Wystarczyło jednak przynieść go do domu, by okazało się, że coś w nim straszliwie terkocze po włączeniu. Na domiar złego, odpalił aktualizację, przez którą przez kilka godzin był głośny jak helikopter i uświadamiał mi, że chyba nie jest zadowolony i zamierza ode mnie odlecieć. Problem udało się rozwiązać po jakichś 3 wizytach w outlecie - był spowodowany ułamanym skrzydłem wiatraka. W międzyczasie jeszcze przy tych naprawach zrobili mi formata - w końcu nic tak nie pomoże na ułamane śmigło, jak format... Outlet zbankrutował, jeszcze zanim skończyła mi się gwarancja - podobno więcej ludzi miało z nimi podobne doświadczenia.

Tym razem w piątek, podczas instalacji Windows 10... zalałam sobie laptopa. Nie pytajcie czym - było niestety słodkie, a to gorzej niż woda. Wychodzi na to, że u mnie wymiana laptopa musi być pełna akcji. Tym sposobem sprzęt zamiast być aktualizowany, uzupełniany programami i namiętnie testowany, przeleżał prawie dobę odłączony od zasilania, bez baterii i "do góry nogami" (tak jak w linku, wrzucam, żebyście też na przyszłość wiedzieli). Dopiero następnego dnia odważyłam się go włączyć.

Pominę już może dalsze atrakcje z instalacją Windows, bo to też niespecjalnie chciało się udać. Jest już coś takiego, że kiedy używam "okienek", jakoś z góry przygotowuję się na różne scenariusze i zakładam, że coś może nie wyjść. Zawsze.

W temacie dobrego tygodnia... dobrze było, dopóki się nie rozpadało. Mam ambicję, żeby codziennie, niezależnie od pogody, jeździć do pracy rowerem. Dopóki była to dość krótka droga, absolutnie nie sprawiało mi to problemu. Ten powstał, gdy moja droga do pracy wydłużyła się niemal 3-krotnie. Okazało się, że opracowałam sobie fantastyczną, całkiem szybką i bardzo przyjemną trasę, która w ogóle nie nadaje się do pokonywania w ulewnym deszczu - bo się na niej robią bajora po kostki. W czwartek dojechałam tak bardzo przemoczona, że chyba tylko cudem nie przypłaciłam tego przeziębieniem. Wracałam już inną drogą.

Oczywiście, kiedy człowiek dojeżdża do pracy mokry, to automatycznie staje się zły - że daleko, że wcześnie, że pogoda beznadziejna i po co to wszystko. A potem wpada na świetny pomysł - który kompletnie odczarowuje ten zły dzień. I tak właśnie wtedy miałam.

W piątek podobnie, ale mniej hardkorowo - kiedy wstawałam rano, pogoda była OK. Może zimno, może pochmurno, ale nie padało. Odrzuciłam więc pomysł, żeby jechać autobusem i wskoczyłam na rower. Rozpadało się, gdy byłam w połowie drogi... na szczęście, tym razem lepiej się przygotowałam i jakoś szczególnie mocno nie zmokłam. Człowiek uczy się na błędach, prawda?

A gdzie ta praca, o której pisałam we wstępie? Ech, wszędzie. To, co opisałam wyżej, to tylko skrawki tego tygodnia, całą resztę szczelnie wypełniała robota.

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

4 typy ludzi, których spotkasz w pociągu nad morze



Blogowe BHP. Sposób na długie godziny pracy przed komputerem



Przegląd internetów

Nie mogę, naprawdę nie mogę pozostawić bez komentarza tekstu pani prezes, która oznajmiła, że chęć pracy przez 8 godzin dziennie i posiadania czasu wolnego dla siebie po pracy to oznaka narcyzmu. I skomentowałam - tutaj, na fanpage'u Pomysłowa.

Kiedyś, dawno, dawno temu, wpadłam na pomysł zostania opiekunką do dzieci. To było co najmniej 6 lat temu. Okazuje się, że od tamtej pory nie zmieniło się nic - ani stawki, ani wymagania... Dziwię się sobie. Już wtedy stać mnie było na więcej, chociaż o tym jeszcze nie wiedziałam.

A co u Was ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Blogowe BHP. Sposób na długie godziny pracy przed komputerem

Blogowe BHP. Sposób na długie godziny pracy przed komputerem

Czy wiedziałeś, że blogowanie... szkodzi zdrowiu? I że blogerzy mogą mieć swoje choroby zawodowe, oprócz megalomanii, #DaryLosu-manii czy też syndromu blogerianki: "Jak dasz mi darmoszkę, to zrobię Ci posta"?

praca przed komputerem

Ja do niedawna - nie wiedziałam. W sumie pewnie można by się doszukać szkodliwości w siedzeniu przed komputerem i wpatrywaniu w ekran przez kolejne godziny. Albo w konwencji bloga, który polega na hejtowaniu tego, co w telewizji i w internecie na topie, więc trzeba najpierw tę całą sieczkę z TV i z zakładki "Na czasie" w YouTube obejrzeć... i potem z tym żyć.



Tymczasem można też spędzić kilka godzin z laptopem w niewygodnej pozycji, bo kto by myślał o wygodach, gdy wena tłucze się w głowie i każe pisać bez wytchnienia... a potem jęczeć przez cały wieczór, całą noc i jeszcze pół następnego dnia, że kark boli i zesztywniał. I też trzeba z tym żyć, ale... jak? Smuteczek.

I tak właściwie to jeszcze większy smuteczek, że to jest problem, który może dopaść każdego, kto spędza sporo czasu przed komputerem. Nie tylko blogera, ale też i copywritera, i parę innych grup zawodowych, i tych, którzy łączą powyższe profesje (w dzień copywriter, w nocy bloger). Bo nie doceniamy potęgi wygodnego krzesła ani ekranu komputera znajdującego się naprawdę na wysokości wzroku, a nie - znacznie poniżej. A to dopiero początek wymagań...

Jakie więc powinny być te wymagania?

Dokładnie takie same jak w pracy copywritera i każdej innej pracy biurowej, która wymaga siedzenia przez kilka godzin przed komputerem. Mam wprawę, wiem, jak to jest siedzieć po 8 godzin dziennie na krześle "poczekalniowym"i garbić się przed laptopem, ale też o ile lepiej pracuje się w wygodnym fotelu. I od niego zaczniemy.

Wygodne krzesło biurowe

Tak, biurowe. Z wysokim oparciem i podłokietnikami. Mile widziana podpórka pod kark. Im więcej regulacji, tym lepiej. Żadna tam IKEA  ODGER czy inne LEIFARNE, które pięknie wygląda na Instagramie. Ono może i tak, ale jak posiedzisz na nim dłużej niż godzinę dziennie, to zaczniesz niebezpiecznie przypominać Quasimodo. A czy on był piękny? Rzecz gustu, ale obstawiam, że na Insta raczej się nie przyjmie.

Ekran na wysokości wzroku

Dokładniej mówimy tutaj o górnej krawędzi ekranu. W przypadku osobnego monitora ten efekt łatwo uzyskać: wystarczy odpowiednio wyregulować jego wysokość, umieścić na podstawce na biurku lub w ostateczności na kilku książkach. W kwestii laptopa to już nie jest takie proste, bo albo wygodnie Ci się będzie pisać, albo patrzeć. Możesz jednak poszukać podstawki chłodzącej, która zadba przy okazji o wygodniejsze położenie wyświetlacza.

Naturalne światło

O, jak ja za tym tęskniłam w poprzednim biurze! Po pierwsze, w naturalnie oświetlonym pomieszczeniu z oknami mniej chce Ci się spać - bo organizm "widzi", że jest widno, więc nie czas na sen. Po drugie, wzrok wypoczywa - szczególnie gdy raz na jakiś czas odrywasz go od komputera i wyglądasz sobie przez okno. Po trzecie, łatwiej jest wtedy dostosować odpowiednią jasność ekranu, która nie szkodzi Twoim oczom tak bardzo, jak kombo świecącego monitora ze sztucznym oświetleniem. Wierzcie mi, nie ma nic gorszego. No, chyba że krzesło "poczekalniowe" do kompletu.

Cisza

Z tym nie zawsze jest tak łatwo. A to ktoś głośno gada Ci nad głową, a to komuś telefon zadzwoni... W domu również: sąsiedzi zaskakująco często wpadają na pomysł wiercenia w mieszkaniu akurat wtedy, gdy zabierasz się za pracę i to tę wymagającą maksymalnego skupienia. W miarę możliwości można jednak sobie z tym radzić: wystarczą słuchawki z ulubioną muzyką lub po prostu stopery do uszu. Względnie, ucieczka do cichszego miejsca.

Zmiana pozycji

Wszystko fajnie, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzi rozprostować kości. Wstać, przejść się po herbatę, przeciągnąć...  Ewentualnie przenieść w inne miejsce. Przykładowo, ja w domu wędruję od stołu do kanapy. 

W tej chwili siedzę z laptopem na kolanach i wielką poduszką za plecami. I zanim ktoś mi napisze, że jak to tak, to powiem Ci, że wierzę w to, że organizm jest mądry. Skoro zrobiło mi się niewygodnie przy stole, to czas przenieść się na łóżko. 

Długotrwałe pozostawanie w jednej pozycji nie jest zdrowe i powie Ci to każdy, kto w pracy przez wiele godzin stoi. Ale i siedzenie na dłuższą metę nam nie służy. A od leżenia można się dorobić odleżyn. Dlatego w czasie snu się wiercimy i nieraz budzimy w kompletnie innej pozycji, niż kładliśmy się spać.

Co byś dodał do mojego blogowego BHP? Jak sobie radzisz z wielogodzinną pracą przed komputerem?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Dwa długie dni i cała reszta tygodnia. 7-13 maja

Dwa długie dni i cała reszta tygodnia. 7-13 maja

Jak sobie przypomnę zeszły poniedziałek, to na samą myśl robi mi się słabo. Nie dość, że pierwszy po 11 dniach wolnego, nie dość, że poniedziałek, to jeszcze moje marzenie o tym, by położyć się po pracy i odpocząć zostało brutalnie zabite przez tylko jednego maila...

rower

Przegląd tygodnia

Brzmi strasznie, co? Ostatecznie nie było tak źle i pamiętam, że nawet jeszcze zaczęłam pisać później posta.


W pracy doceniam potęgę ciszy i braku rozproszeń. Awaria klimy wygoniła mnie na inne piętro, do całkiem nieźle wygłuszonych kabin... i chyba już tam zostanę. Nie da się być nieproduktywnym, mając przed sobą ścianę, biurko i laptopa. Serio. Żadnych rozmów, krzyków, łażących ludzi... Nic, tylko ja i święty spokój, więc zasuwam jak mały robocik i piszę dziennie takie ilości znaków, że sama się sobie dziwię.


Teraz dotarłam do etapu, który sobie wcześniej zanotowałam jako "fajne zdjęcia". Nie pamiętam, o co chodzi, więc lecimy dalej :-D

Dostałam słodką paczkę od Werther's Original. Kilkanaście opakowań cukierków... które rozdaję na prawo i lewo. Mam ostatnio szczęście do tych kampanii testowych ;-)

Nadeszła także wiekopomna chwila i... założyłam sobie skrytkę pocztową. Nieśmiało dodam, że plan na jej założenie pojawił się w lutym 2017, kiedy się przeprowadziłam, bo właściciele nie chcieli mi za bardzo udostępniać skrzynki na klatce, a ja z kolei nie miałam ochoty bawić się w korespondencję kontrolowaną. I tak oto mamy maj 2018, a ja wreszcie mam tę skrytkę. Możecie wysyłać kasę i fanty :-D

Mój czwartek to kolejny dzień, na myśl o którym robi mi się słabo. No słuchajcie, on trwał niemalże bez końca. Wstałam o 5, pojechałam do pracy, zrobiłam, co miałam zrobić, wróciłam, obiad, zakupy, zakładanie tej skrytki (które wymagało wizyty w dwóch oddziałach poczty, bo w pierwszym wolnej skrytki ni chu chu), potem jeszcze raz zakupy... rozpakować te zakupy, ugotować obiad na drugi dzień... i dopiero mogłam paść. A siedziałam jeszcze przed komputerem prawie do północy z maseczką na twarzy, po czym całkiem serio padłam na pysk. Z jednej strony cieszy mnie, że to był aż tak produktywny dzień, ale z drugiej to się czułam jak w pętli czasu...

W piątek natomiast wylądowałam po raz kolejny na Festiwalu SEO. Jak było w zeszłym roku - możecie przeczytać w mojej relacji. Czy w tym roku jakąś napiszę? Szczerze to nie wiem, bo było tak dobrze, że nie ma czego hejtować. Merytorycznie, ale też tak bardzo technicznie, że nie wiem, czy jestem w stanie coś dla Was wydobyć. Ale spróbuję :-)

W weekend wybrałam się na Aleję Smaku, która z założenia jest prezentacją wystawców z jedzeniem. W praktyce była to Aleja Kapciowa, względnie Aleja Pierdoletowa, ponieważ wśród budek z bigosem, kiełbaskami czy pieczywem stały także stragany z klapkami i porcelaną. Dziwne uczucie, kiedy jesteś głodny, a ostatecznie kończysz, oglądając kapcie i durnostojki...

No i jeszcze juwenalia były. Już pomijam kwestię, jak trudno było nam na nie dotrzeć (trochę się sami zagapiliśmy, potem nie było rowerów do wypożyczenia, potem nie mieliśmy gdzie kupić biletów), ale to, gdzie były zorganizowane i w jaki sposób, to woła o pomstę do nieba. Do wejścia ustawiała się kilometrowa kolejka, bo sama impreza odbywała się w najwęższym przejściu, w jakim tylko mogła być. Miejscu, z którego nikt by nie uciekł, gdyby zaistniała taka konieczność. Na dodatek, na tak równym terenie, że ja to sobie mogłam tylko plecy ludzi pooglądać.

Najnowsze wpisy

Na blogu była cisza, w ramach zachowania równowagi po produktywnej majówce. Kiedyś przecież i tak muszę odpocząć, prawda? ;-)

Czego nie robić na majówce


Żebyście się więc nie nudzili, podrzucę Wam inny wpis:

Jak wyzwolić w sobie kreatywność?


Przegląd internetów

Tymczasem w moim mieście w poniedziałek wystartowały turystyczne wycieczki tak zwanym "londyńczykiem". I już w czwartek autobus się rozbił na latarni. Ba, ja nawet widziałam, jak go potem ciągnęła pomoc techniczna MPK... A tymczasem w piątek, gdy jechałam sobie do biura autem, nagle znalazłam się z w/w autobusem w tym samym miejscu, w którym się rozbił. I serio się bałam, że znowu postanowi się władować w coś w pobliżu, i bardzo nie chciałam, aby to był mój samochód. I tuż przed wyjazdem służbowym. Na szczęście, nic się nie stało - najwyraźniej naprawdę już działa.

Kiedyś popełniałam te błędy. Teraz... trochę rzadziej :-D I nie pocieszę Was pewnie, mówiąc, że popełnia je każdy copywriter.

Możecie za to nie popełniać błędów w kwestii organizowania swojego dnia pracy - wystarczy, że przeczytacie, jak zaplanować dzień copywritera. Punkt pierwszy najważniejszy!

A co tam u Was w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
4 typy ludzi, których spotkasz w pociągu nad morze

4 typy ludzi, których spotkasz w pociągu nad morze

Pociąg nad morze urósł już podobno do rangi legendy i czegoś, co trzeba przeżyć. Okazuje się, że całkiem słusznie - dlatego dziś cofniemy się do wakacji 2017 i opowiem Wam, kogo ja w tym pociągu spotkałam, i dlaczego do tej pory pamiętam. Ja, człowiek, który potrafi zapomnieć, co miał zrobić minutę temu.

ludzie w pociągu


1. Oazowa panienka

Już sobie siedzieliśmy wygodnie na fotelach - co w "Słonecznym" jest oczywistością gdzieś tak w połowie trasy. Koło nas jakiś młody warszawiak zgrywał się na takiego z serii "co to ja nie przeżyłem" i zabawiał rozmową w tym stylu pewną panią 40+. Przysłuchiwaliśmy się z kpiącymi minami, gdy z zamyślenia wyrwały nas dziwne dźwięki. 

Dopiero po czasie zidentyfikowałam je jako muzykę religijną - nieopatrznie zaserwowała nam ją współpasażerka, bo jej się słuchawki rozłączyły. W sumie to było trochę dziwne, ale z drugiej strony, laska wyglądała na taką oazową ;-)


2. Kłócąca się para

Tych ludzi nie tyle zauważyłam, co wyczułam z daleka. Przenosili w sobie taką dawkę złej energii, że nie sposób było przejść obok bez siniaków i traumy. Taki tam sobie blondyn z serii "handsome and I know it" w żółtej kurtce oraz wymalowana brunetka. Gościa mocno nosiło. Szczególnie gdy musiał czekać na swoją kolej do toalety... potem się okazało, że to głód nikotyny. Chyba, bo w sumie to byłam prawie pewna, że on był pod wpływem czegoś jeszcze, nie tylko adrenaliny i fajek.

Gdzieś w połowie trasy współpasażerowie mieli nieprzyjemność uczestniczenia w scence pod tytułem: "Spier..., oddawaj klucze, wracam sama". I na tym chyba stanęło, gdy "zakochani" radośnie razem wysiedli.


3. Gość z bagażem

No tak, bo my najpierw jechaliśmy sobie tym pociągiem jak Cygani na tobołach, w przejściu, bo nigdzie nie było wolnych miejsc. I tam wraz z nami, z tym tłumem pozostałych ludzi, dla których brakło siedzeń, koczował też pan 35+ ze słuchawkami nie uszach. Nie wadził nikomu, ot, siedział i kontemplował muzykę, dając dobry przykład kolesiowi w żółtej kurteczce.

Pociąg zatrzymał się na kolejnej stacji. Ktoś tam wysiadł, ktoś tam wsiadł... Minęło kilka minut. Wtem nasz spokojny pan podskoczył, otworzył drzwi i wypruł jak oparzony na peron. 5 sekund później pociąg odjechał, gościa ni widu ni słychu, a bagaż został. Co byście pomyśleli? By my wszyscy ze współpasażerami doszliśmy do mało przykładnego wniosku: "A może to terrorysta?"...


4. Przyjazny koleś z Woodstocku

W sensie, raczej z Woodstocku nie jechał, ani na Woodstock, bo nie słyszałam, żeby impreza odbywała się nad morzem, ale chodzi mi o sam jego wygląd: jakieś tam kolczyki, tatuaże... Taki trochę punkowiec, którego może wyobrazicie sobie na hasło "narkoman". Przybył do przejścia po czasie z pytaniem, czy ktoś pożyczy mu może ładowarkę do telefonu. Podłączył, usiadł na torbie i ładuje. Potem wyciągnął głośnik mobilny i zaproponował, żeby ktoś się podpiął i puścił jakąś muzykę. Zaoferowała się jedna z dziewczyn.

Potem wpadł nam do przejścia koleś w żółtym i zrobił awanturę o tę muzykę (bez powodu: była naprawdę cichutko i nikomu innemu nie przeszkadzała). Pokrzyczał, porzucał się i poszedł tam, gdzie jego miejsce czyli w pizdu.

A nasz punk jeszcze z radości, że sobie naładował telefon, wyciągnął wiśniówkę i zaczął częstować. Wszyscy prawie chlapnęli, oprócz mnie, bo ja się brzydzę tak po nieznajomych i to nie wiadomo skąd. Sorry za stereotypy, ale przezorny zawsze...

A Wy kogo spotykacie w pociągach? Niekoniecznie tych nad morze? ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Czego nie robić na majówce. 30 kwietnia - 6 maja

Czego nie robić na majówce. 30 kwietnia - 6 maja

Długi weekend to cudowna sprawa. Chodzicie spać, o której chcecie, wstajecie, kiedy się wyśpicie i macie całe dnie na robienie, czego tylko dusza zapragnie. Możecie spać dalej, czytać, oglądać filmy lub seriale, spacerować, jeździć na rowerze, siedzieć w domu... albo tak, jak ja, przerabiać i poprawiać formatowanie w 300 wpisach na blogu.

Co ja robię ze swoim życiem? :-D



Przegląd tygodnia

Instagram

No właśnie. Spędziłam dobre 3 dni w czasie majówki na poprawianiu wpisów. Podzieliłam sobie robotę, ale oczywiście najwięcej zrobiłam i tak dopiero ostatniego dnia. Pomysł wziął się stąd, że po pierwsze, założyłam blogowe konto na Instagramie i chciałam je podpiąć pod linki na końcu każdego wpisu. Ostatecznie linki skróciłam - został w nich tylko Facebook, Bloglovin' i obserwowanie w Google+, bo w sumie to nie wiem, co z tym Instagramem jeszcze wymyślę.

Z drugiej strony jednak pomysł na ten profil mam od dawna. Zawsze chciałam mieć takie konto, gdzie zdjęcia będą na maksa spójne i koniecznie czarno-białe. Oczywiście, nie wszystko opłaca się przedstawiać w taki sposób. Na przykład jedzenie kiepsko wygląda w monochromie. Jest jednak sporo zdjęć, które zawsze chciałam opublikować w czarno-białej wersji i nigdy mi nie pasowały do obecnego konta. Z drugiej strony, kocham kolory i nie wyobrażam sobie ograniczania swojej fotografii tylko do dwóch barw :-)

Chcecie zobaczyć te zdjęcia? Znajdziecie je na dole bloga, pod tym wpisem :-)

No i okazuje się, że stworzenie nowego profilu jest bardziej opłacalne samo w sobie - łatwiej gromadzi się obserwujących, a pomysł na profil mam nieblogowy i wyróżniający się na tle wszystkich tych kont z filtrem vintage.

Blog

W ogóle, niby majówka - czas na lenistwo, a jednak okazało się, że dalej swoim najbardziej wymagającym szefem jestem ja sama. Kiedy ktoś ode mnie wymaga, bym zrobiła to, czy tamto, bez problemu potrafię się zbuntować. Podmień grafiki! - Blee! Napisz artykuł o... - Bleee! Zrób raport! - Nieeeee! Gdy sama sobie wymyślę jakieś czaso- i pracochłonne zajęcie, jak to całe edytowanie wpisów, to siedzę i dłubię, dopóki nie skończę. Albo, gdy zmieniam szablon. Albo, gdy tworzę nowe posty.

Z drugiej strony to mój własny wybór. Dzięki temu pracowałam w takich warunkach, w jakich chciałam - sama, na tarasie, wśród śpiewu ptaków (względnie - wycia piły elektrycznej u sąsiada...), tak długo, jak chciałam (do oporu!) i mogłam sobie w każdej chwili przerwać. No i przede wszystkim - zaczynałam dzień od wyspania się, bo przed 10 nie wstawałam. I szło mi naprawdę dobrze!

Majówka

Grill w czasie majówki to oczywiście świętość, więc też był. Nawet dwa razy. Polecam udka z grilla, tylko najpierw polecam też dobrze rozgrzać ruszt ;-)

Zaliczyliśmy też mały wypad do Ogrodzieńca. Jakieś 100 km w obie strony. Przez całą drogę "do" bałam się, że auto nie da rady... W drodze powrotnej cisnęłam 100 km/h gdzie tylko się dało, bo stwierdziłam, że może te 15-20 minut różnicy wystarczy, i jeśli samochód nie da rady, to już na podwórku :-D Ale dał radę i to z każdym kilometrem coraz lepiej. Nawet mimo tego, że jest w moim wieku, zniósł tę trasę znakomicie.

Znacznie lepiej niż ja tłumy ludzi i wydzierające się dzieciaki w Ogrodzieńcu. 500+ jest wszędzie, mówię Wam. I żeby jeszcze sobie przyjechali, pochodzili po dziedzińcu, siedli na trawce... to nie. Ojcowie rodzin pakowali te swoje dwulatki na plecy i włazili na najwyższe baszty. Takimi krętymi, wąskimi schodkami, jak na wieżę na Jasnej Górze, gdzie naprawdę ciężko było zmieścić dwie osoby koło siebie - a i tak było trzeba, bo jedni wchodzili, drudzy schodzili. W akompaniamencie ryków tych dzieci.

Mimo wszystko uważam Ogrodzieniec za całkiem fajne i ciekawe miejsce, i napiszę Wam o nim już wkrótce więcej... i wybiorę się tam pewnie jeszcze raz, ale to już może w jakimś mniej obleganym terminie ;-)

Poniedziałek

W tym momencie przerwałam pisanie przeglądu tygodnia (bo wylądowałam w Poraju nad zalewem), więc dokańczam dzisiaj, w poniedziałek.

I to ciężki poniedziałek. Kompletnie się nie wyspałam, w biurze się niemal ugotowałam, a po powrocie dostałam jeszcze informację, która dołożyła mi obowiązków... Mi, człowiekowi, który dzisiaj o niczym tak nie marzył, jak o tym, żeby legnąć na łóżku po pracy i nic nie musieć.

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu zgodnie z obietnicą działo się więcej niż zwykle. Szczególnie polecam Wam wpis na temat narzędzi dla copywritera i blogera. Został on nawet doceniony przez firmę zapewniającą jedno z lepszych rozwiązań, jakie znam ;-)

Pasteloza, celoza, majówkoza


Narzędzia copywritera... przydatne dla blogera


Częstochowski Rower Miejski - czy warto? Podsumowanie po pierwszym miesiącu


Przegląd internetów


Wnikliwe prawnicze case study, czyli oszuści matrymonialni na Facebooku.

Ciekawie zapowiadający się film, który zamierzam wkrótce obejrzeć.


Słowa znanego polskiego pisarza, które poniosły się mocno po internecie. Rozśmieszył mnie, ale nie przekonał. No, chyba że do tego, że nie zna się na muzyce ;-)

A co u Was? Jak Wam minęła majówka?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Częstochowski Rower Miejski - czy warto?

Częstochowski Rower Miejski - czy warto?

Częstochowa jest ponoć 13. miastem z kolei pod względem powierzchni i liczby ludności, a ambicje ma, nie przymierzając, iście warszawskie. Do tej pory to była tylko przelotówka dla pielgrzymów, którzy idą, sikają gdzie popadnie, a kasę zostawiają wyłącznie na Jasnej Górze. Teraz staje się miejscem przyjaznym dla turystów. Nie szczędzi się tu też ostatnio udogodnień dla mieszkańców. Karta Mieszkańca, coraz to nowsze i ładniejsze autobusy, tramwaje oraz... rowery miejskie.

stacja rowerów miejskich

Częstochowski Rower Miejski wystartował oficjalnie pod koniec marca. W 20 stacjach na terenie miasta rozmieszczono aż 185 rowerów. Operatorem systemu jest Nextbike, który działa także w Warszawie, Wrocławiu czy też w Katowicach. Mija właśnie oficjalnie pierwszy miesiąc projektu i, z racji tego, że aktywnie z niego korzystamy, czas na małe podsumowanie.


Dla kogo Częstochowski Rower Miejski?

Na pierwszy rzut oka to bardzo wygodna opcja dla tych, którzy chcieliby sobie pojeździć. Kto w takim kontekście skorzysta?

  • Osoby, które roweru nie posiadają, bo go nie kupiły (z różnych powodów - z braku zainteresowania do tej pory, braku kasy lub czasu na wędrówki po sklepach...).


  • Turyści, którzy wpadli na chwilę do miasta i po prostu swojego roweru przy sobie nie mają.


  • Studenci, którzy swoje własne rowery zostawili w domach rodzinnych, a tymczasowo przywiało ich do Częstochowy (wbrew pozorom, są tacy ludzie - sama miałam m.in. współlokatorkę z Poznania, która postanowiła studiować w Świętym Mieście).


  • Emeryci, którym na przykład nie po drodze z noszeniem roweru do piwnicy i z powrotem - co innego pojeździć, a co innego nosić potem te kilkanaście kilo po schodach.


  • Rowerzyści, którzy swoje własne pojazdy mają chwilowo niesprawne lub po prostu na chwilę oddali do serwisu.


  • Kierowcy, którzy chcą przetestować zdrowszy i tańszy sposób komunikacji lub mają auto w naprawie.


  • Pasażerowie komunikacji miejskiej - myślę, że to rozwiązanie sprawdzi się także w ramach programu Lepsza Komunikacja i pozwoli uniknąć spóźnienia, gdy np. autobus lub tramwaj nie przyjedzie na czas (pod warunkiem, że w okolicy znajduje się stacja CRM).


  • Wszyscy ci, których nagle natchni, żeby się wybrać na małą przejażdżkę po mieście.


  • Wszyscy ci, którzy muszą dotrzeć gdzieś, gdzie na nogach za daleko, a autobusem za blisko.


I tak, to prawda, że w tej grupie sporo jest osób, które najprawdopodobniej dawno nie miały do czynienia z dwoma kółkami, ale... jak inaczej mają nabrać obycia, jeśli nie jeżdżąc? Niech sobie popedałują, to zrozumieją perspektywę rowerzystów i to, dlaczego ich tak wkurzają piesi na ścieżkach rowerowych czy kierowcy wyprzedzający "na gazetę". Tylko dajcie im chwilę i doedukujcie :-)

Jak zacząć?

Aby móc skorzystać z Częstochowskiego Roweru Miejskiego, trzeba spełnić dwa warunki:

  • podać swoje dane (imię, nazwisko, PESEL numer telefonu, e-mail) i zarejestrować się na stronie,
  • aktywować swoje konto, wpłacając na nie 15 zł przelewem lub podpinając kartę płatniczą.
Przy rejestracji na maila oraz na podany numer telefonu przychodzi Wam pięciocyfrowy numer PIN, który powinniście sobie gdzieś zapisać, ponieważ będzie Wam służył do logowania się na stronę oraz do wypożyczania rowerów.

Jak wypożyczyć rower?

Wypożyczać rowery można na dwa sposoby:
  • za pomocą terminala przy stacji,
  • za pomocą aplikacji mobilnej (tutaj można standardowo wpisać numer roweru lub zeskanować jego kod QR z poziomu aplikacji).
Na jedno konto możecie wypożyczyć jednocześnie aż 4 rowery.

Jak się sprawują rowery?

Cóż... nasze początki z nimi nie były łatwe. Serwisu Częstochowskiego Roweru Miejskiego raczej żaden specjalista od UX nie widział. Jest mało intuicyjny. Kiedy aktywujecie konto z przychodzącego linku na maila, zostajecie od razu automatycznie zalogowani... i nie widzicie tam, czy konto jest aktywne, czy nie. Musicie się wylogować i jeszcze raz zalogować (a próbowała Pani restartować?), by zobaczyć upragniony komunikat "Konto aktywne".

Trudności całego procesu najlepiej dowodzi historia sprzed paru dni, kiedy pod stacją spotkaliśmy panią w wieku ok. 50 lat, która bezskutecznie próbowała wypożyczyć rower. Syn powiedział jej tylko, że wypożyczanie rowerów jest proste i uznał za zbędne poinstruowanie jej na tym pierwszym etapie. Tymczasem nawet my nie byliśmy w stanie jej pomóc, bo choć miała stan konta 15 zł, najwyraźniej gdzieś zaginął jej link aktywacyjny. I konto było nieaktywne.

Prawda jest taka - jeśli coś jest za trudne dla starszych osób, znaczy, że należy to dopracować. Bezwzględnie.

Druga historia: po przejściach z mało intuicyjną aktywacją przychodzimy na najbliższą stację wypożyczyć rower. Akurat został jeden. Wypożyczamy, moja druga połówka wsiada... i po chwili stwierdza, że tym rowerem w ogóle nie da się jechać, bo strasznie ciężko chodzi. Hmmm, może to przez dynamo? Może hamulec się zacisnął? Próbuję sama i faktycznie. Czołgiem by się lżej jechało. Co dalej? No nic, jedziemy na kolejną stację i wymieniamy, bo z tego już nic nie będzie.

Potem się dopiero dowiedziałam, że to była wina przerzutek, które nie chciały się przełączać. Ponoć zostały wymienione/wyregulowane we wszystkich pojazdach już po pierwszym tygodniu. Niestety, ten element nadal jest piętą Achillesową CRM. Ostatnio też trafiliśmy na egzemplarz, który znowu z kolei... sam sobie przełączał biegi, jak chciał. Też do wymiany, bo kto by miał cierpliwość?

Co jeszcze? Przychodzimy na stację, a tam ostatni rower... i z pękniętą dętką. Takie rowery natrafiliśmy dwa razy. Zresztą, widzę już, że powoli robią się z nich składaki, bo można natrafić na egzemplarze, które jedną oponę mają typowo miejską, gładką, a drugą niemalże górską, z wyżłobieniami. I tak, przeciętny użytkownik jest w stanie to dostrzec ;-)

Inna rzecz: przychodzimy na stację, chcemy wypożyczyć konkretny rower (na los nie radzę się zdawać ;)), a tymczasem się nie da wpisać numeru. Nie wiem, czy to taki terminal był, czy miał awarię... Okazał się za to dobrą motywacją, by pobrać apkę.

Do minusów dodałabym jeszcze to, że na stacjach w centrum powinno być więcej rowerów. I że w ogóle powinno być więcej stacji - bo są rejony całkowicie dziewicze, w których rowerów miejskich jeszcze niestety nikt nie widział.

stacja Częstochowskiego Roweru Miejskiego


A czy są jakieś plusy?

No jasne, że tak. Po pierwsze, długi czas darmowej przejażdżki - aż pół godziny. Oczywiście, przy obecnym rozmieszczeniu stacji to wiadomo dlaczego, ale i to i tak miłe.

Same w sobie ceny też nie są straszne, bo po przekroczeniu tych 30 minut płacimy zaledwie 2 złote, a po godzinie - kolejne 6 zł (czyli łącznie 8 zł), co nie jest dużą kwotą. Zazwyczaj raczej nikt nie jeździ dłużej niż godzinę, a w tym czasie raczej swobodnie zdążymy wymienić rower na kolejnej stacji.

Co dalej? Ogólnie te rowery są w porządku. Gdyby nie przerzutki, byłyby idealne. Łatwo można wyregulować wysokość siodełka (z kierownicą gorzej), jest koszyk, rozmiar ramy taki, że i wysoki facet w miarę wygodnie pojedzie, i niska kobieta sięgnie. Brzydkie w sumie też nie są.

Co jeszcze? Sam w sobie pomysł, żeby takie rowery udostępnić w Częstochowie. Dokładnie tego nam tutaj brakowało.

Czy warto skorzystać z Częstochowskiego Roweru Miejskiego?

Jak to ujęła moja druga połówka, pomysł świetny, ale wykonanie takie sobie. Na pewno bardzo propsuję sam projekt, jestem jednak zdania, że mógłby być znacznie lepiej dopracowany. Nextbike nie organizuje przecież tego po raz pierwszy, dlatego troszkę mnie dziwi, że są takie niedoróbki - ale z drugiej strony, są też całkiem szybko naprawiane, więc może po prostu musimy to wszystko zawsze zgłaszać?

No i przede wszystkim dbać o pojazdy, bo "własność wspólna" nie znaczy "niczyja", ale NASZA. Mam niestety wrażenie, że czasem to korzystający zawodzą i zostawiają pojazdy w takim, a nie innym stanie... A szkoda by było je zniszczyć tak, jak np. w Poznaniu. Na pewno wypożyczającym można zarzucić brak umiejętności używania podpórki - która się przydaje, gdy stacja jest przepełniona i rowery przypinamy już z drugiej strony. Tymczasem zastajemy je leżące na ziemi, powyginane, w nieładzie. To nie zachęca do korzystania.

Na co liczę? Na większą liczbę rowerów i stacji (szczególnie w pobliżu mojego biura) oraz na większą dbałość o szczegóły, zarówno w kwestii samego interfejsu, jak i rowerów.

Jeśli muszę więc powiedzieć: warto czy nie warto, to mówię, że warto - ale to nie jest takie zdecydowane, konkretne "WARTO!", tylko takie stonowane, z dużym kredytem zaufania. Nie zepsujcie tego ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket     Photobucket    Photobucket
Narzędzia copywritera... przydatne dla blogera

Narzędzia copywritera... przydatne dla blogera

Każdy copywriter nosi w sobie też cząstkę blogera. Wystarczy poszukać w Google, by zobaczyć, ilu copy pozwoliło tej cząstce dojść do głosu. Ci, którzy nie pozwolili, już dawno wypadli z gry...

Copywriting i blogowanie to całkowicie inne typy działalności, ale mają ze sobą wiele wspólnego. Przede wszystkim w obu przypadkach trzeba umieć pisać. Poza tym tworzy się treści do internetu i... używa się podobnych narzędzi. Dlatego właśnie opowiem Wam dzisiaj, z jakich rozwiązań korzystam jako copywriter i dlaczego przydadzą się również blogerowi.

copywriting i blogowanie

Narzędzia SEO

Wyobraźcie sobie, że piszecie bloga, który... nie trafia absolutnie do nikogo. Nawet spamerzy nie zaszczycają go swoimi wizytami, a robot Google najwyraźniej był raz i też nie pamięta. Zaglądacie do Google Analytics, a tam pustka. Wygląda na to, że swojego bloga czytacie tylko Wy sami przy sprawdzaniu wpisów.


Jest jeszcze druga możliwość. Piszecie wspaniałego bloga kulinarnego, na którym dzielicie się przepisami na przepyszne dania. Takie do zrobienia w pół godziny. Piękne zdjęcia, proste przepisy... No bajka. W komentarzach jednak nieustannie wywiązują się dyskusje na temat wyższości rasy burskiej nad alpejską. Sprawdzacie znowu statystyki - i wygląda na to, że Waszymi czytelnikami są... hodowcy kóz. Dlaczego? Bo najwyraźniej zdarzyło Wam się nieopatrznie użyć słów kluczowych związanych z hodowlą kóz.

* * *

Oba opisy sytuacji są nieco przerysowane, ale miały Wam pokazać, po co blogerowi to SEO. Po pierwsze, chodzi o to, aby dało się Was znaleźć. Ktoś ma problem, klika - i z wyszukiwarki trafia prościutko do Was. Po drugie, po to, aby Ci ludzie należeli do Waszej grupy docelowej - czyli faktycznie byli zainteresowani Waszymi treściami. Dlatego właśnie dbałość o słowa kluczowe wypływające z Waszych blogów jest ważna. Ludzie szukają w internecie różnych rzeczy. Jeśli chcecie, by znaleźli wtedy właśnie Waszą stronę, musicie im w tym pomóc.

Zanim zaczniecie pisać na dany temat, sprawdźcie, jakie słowa kluczowe najlepiej pasują do Waszego tematu. Użycie ich w tytule i treści potrafi znacząco zwiększyć liczbę wizyt na stronie, dlatego magiczne SEO, którego większość blogerów się boi, jest konieczne. I wcale nie takie trudne. A oto narzędzia, które Was w tym całym procederze wspomogą.

Wyszukiwarka Google

Na początek wystarczy. Wpiszcie w niej tę frazę, której chcecie użyć, np. narzędzia blogera, a następnie sprawdźcie Wyszukiwania podobne do: "narzędzia blogera" na dole listy wyszukiwań. To może Wam wiele powiedzieć o tym, czego ludzie faktycznie szukają w internecie i jakich fraz warto użyć we wpisie. W końcu chcecie, żeby poszukujący trafili na Waszą stronę, prawda? Jeśli tak, musicie pomyśleć jak oni i przemówić ich językiem.

Semstorm

Niektórzy porównują go z bezpłatnym Planerem słów kluczowych. Moim zdaniem to jak porównywanie roweru z Jaguarem. Odkąd korzystam z Semstorm, moje oczekiwania wzrosły tak bardzo, że darmowe rozwiązanie nie jest w stanie ich zaspokoić. To rozbudowany kombajn, za pomocą którego sprawdzicie ilość wyszukiwań na konkretne słowa kluczowe, a także pozycję swojej strony i przybliżoną ilość odwiedzin dziennie. Jego zespół nie ustaje w pracach nad swoim narzędziem i udostępnił także niedawno kolejne funkcjonalności. Jeśli chcecie wiedzieć, jakie, obejrzyjcie webinar Jak dobierać słowa kluczowe.

Narzędzia do sprawdzania tekstu

No dobra... słowa kluczowe są, nawet treść już jakaś jest. Publikujemy? Jeszcze nie. Patrzcie: tu błąd, tam przecinka brak, tu ortograf... Wiecie, gdzie jest miejsce byków? Na pastwisku, a nie na blogu. Dlatego czas na kolejny zestaw narzędzi, które pomogą Wam zadbać o to, by tekst był piękny, staranny i by dobrze się go czytało.

Microsoft Word oraz Language Tool

W pracy używam w tym celu obu - zarówno Worda, jak i Language Tool. Bloga zazwyczaj piszę z poziomu edytora Bloggera i raczej nie chce mi się bawić w przeklejanie tekstu do Worda, bo to potrafi nieźle namieszać w kodzie wpisu. Z tego powodu poprzestaję na Language Tool.

Opcję analizy tekstu znajdziecie także w Semstorm. Za jej pomocą sprawdzicie go pod względem jakości i poprawności.

O pozostałych metodach, które pomagają mi dbać o poprawność językową, przeczytacie w poście:

Jak pisać bez błędów? 6 sposobów copywritera


Bank zdjęć

Darmowe banki zdjęć

Śmieszą mnie zachwyty nad moimi zdjęciami w postach... ponieważ te fotografie tak naprawdę wcale nie są moje. A wpis bez zdjęć to trochę tak, jak pizza wegańska - bez laktozy, bez glutenu, bez sensu. Prawda?

Korzystam z darmowych źródeł - w tej chwili przede wszystkim Pexels, Pixabay i czasami ze wspaniałych lifestylowych fotografii Natalii z Jest Rudo. Sama potrafię je robić, ale zwyczajnie mnie to nudzi, więc najczęściej ilustruję swoje wpisy gotowcami z banków zdjęć.

Największym ich plusem jest możliwość łatwego dopasowania szerokości. Z Pexels pobieram grafiki o szerokości 600px, dzięki czemu idealnie pasują do moich postów. Blog dzięki temu zyskał wizualnie - tak bardzo, że firmy swoje propozycje współpracy motywują właśnie jego atrakcyjnym wyglądem. Może nie jest to z ich strony najbardziej rozsądna taktyka, ale miło wiedzieć ;-)

A Wy jakich narzędzi używacie? Znacie te, o których wspomniałam?

Wpis powstał w ramach współpracy z Semstorm

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger