Firmy, które nie umieją w komunikację. 22-28 stycznia

Firmy, które nie umieją w komunikację. 22-28 stycznia

Niby nowy telefon, nowy aparat, to i motywacji do robienia zdjęć przybyło... a jednak jakoś tak mało ich było w tym tygodniu. I znowu muszę odtwarzać wszystko z pamięci :-) No cóż, spróbujmy!

komunikacja


Przegląd tygodnia

Chyba udało mi się wreszcie przejść do porządku dziennego nad codziennością - wiecie, taką rutynową, momentami nudną, że rano pobudka, 8 godzin w pracy, potem obiad, sprzątanie, jakiś spacer, napisanie czegoś na bloga... i nagle dzień się kończy. Powoli jednak zaczynam się godzić z tym, że zmieszczę w dniu wszystko to, co bym chciała tylko, jeśli doba się rozszerzy, albo ja przestanę spać.



Postanowiłam wrócić do regularnych treningów. Bez wymówek, że nie mam czasu. Na razie w domu, ale zamierzam również zakopać topór wojenny z obsługą mojego do niedawna ulubionego basenu i zacząć znowu regularnie pływać. No dobra, z tym toporem wojennym to akurat hiperbola, ale po starciu z ich marnymi umiejętnościami komunikacyjnymi pozostał taki niesmak, że od prawie dwóch miesięcy tam nie byłam. A karnet stygnie...

Nie mogę rezygnować z tego, co lubię, tylko dlatego, że obsługa nie umie w komunikację ;-)

Dbam też ciągle o to, by robić codziennie te 8 tysięcy kroków. I nawet wychodzi, choć nie jest łatwo pogodzić to z treningami i resztą życia. Ale nie poddaję się.

Tydzień minął, nawet nie wiem kiedy. Być może dlatego, że w piątek miałam wolne. I tak wcześnie wstałam - trochę z konieczności, a trochę z braku umiejętności spania dłużej niż do 8 ;-) Choć z tym to też różnie bywa i reszta weekendu pokazała, że jednak potrafię.

No i popełniłam zbrodnię - w dniu urlopu poszłam na chwilę do pracy. Tłumaczy mnie jedynie fakt, że tylko po przesyłkę, którą przekierowałam na adres domowy, wiedząc, że będę akurat w domu, ale GLS (mój ulubiony!) to przerosło i postanowili dostarczyć ją do biura. Cóż, była okazja do spaceru :-)

W piątek ogólnie pobiłam swój mały rekord, bo łącznie zrobiłam aż 13 tysięcy kroków. Wszystko dlatego, że wylądowałam na firmowej imprezie. Potem przenieśliśmy się do innego lokalu, a potem przybyła moja druga połówka i powędrowaliśmy jeszcze dalej :-D Nie wiem, czy kręgle, czy to łażenie przypłaciłam bolesnymi zakwasami, ale jakoś daję radę. Byłam nastawiona na zwycięstwo, ale nie udało mi się rzucić ani jednego strike'a...

Spałam też kiepsko, ale już udało mi się dojść do siebie :-) Odespałam przy oglądaniu najnowszego Thora - nie udało mi się dotrwać do końca, choć dalej twierdzę, że film świetny.

Najnowsze wpisy

W tym tygodniu na blogu:

8 rad dla aspirujących konkursowiczów




Przegląd internetów

W blogosferze zawrzało. Najpierw polska aferka z pustostanami, teraz ta bardziej europejska z hotelem... Ogólnie - nie mogę patrzeć na tę panienkę, bo przez tę sztuczną opaleniznę i makijaż nude wygląda, jakby albinoska z anemią, ale... i tak staję po jej stronie. Została chamsko potraktowana. Gość dość szybko wyczuł okazję do zyskania rozgłosu - no i zyskał. Co prawda, przede wszystkim sławę największego ciula w Dublinie, ale jednak - zyskał. Cały ciąg dalszy tej historii pachnie mi próbą wybicia się na skandalu.

Pamiętajmy, że to koleś, który już zabronił wstępu do swojej kawiarni weganom ;-) Teraz do listy doszli blogerzy.  Chciał powiedzieć "nie"? Wystarczyło odpisać na jej maila, bez publikowania odpowiedzi na FB (bo pewnie nie była to pierwsza taka wiadomość od blogera). To, że nie opublikował jej danych, wcale go nie wybiela.

Jej błędem było zaś napisanie maila bez wcześniejszego sprawdzenia, do kogo pisze - a to mogłoby jej oszczędzić stresu. Może akurat znalazłaby info o jego podejściu do wegan i zaświeciłoby się w jej głowie ostrzegawcze światełko?

Przy okazji natrafiłam na artykuły na temat dwóch miejsc, które kompletnie nie umieją w obsługę klienta: miejsce pierwsze, miejsce drugie. Nawet do pewnego stopnia mnie to śmieszy, ale taki sposób prowadzenia biznesu to PR-owe samobójstwo. Moim zdaniem zbyt mocno nienawidzą ludzi i powinni dać sobie spokój z taką działalnością. Najlepiej niech wypierda...ją w ch...j w Bieszczady i zostaną je...anymi pustelnikami.

Na sam koniec podrzucam coś, co mam ochotę zalinkować również w swojej zakładce "Współpraca" - jak proponować współpracę blogerom? Wszystko przez to, że takich maili spływa do mnie coraz więcej i niektóre są wyjątkowo słabe. Jeden tak zwalił mnie z nóg, że niemal natychmiast odpisałam "To chyba jakieś żarty!". I wcale nie jest mi za to wstyd. To tak, jak z kobietą, której facet składa niemoralną propozycję - to on się powinien wstydzić, nie ona. Chyba że propozycję przyjęła...

A co u Was?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Ten człowiek dawał z siebie więcej niż wszystko. "Najlepszy" [RECENZJA SPOILEROWA]

Ten człowiek dawał z siebie więcej niż wszystko. "Najlepszy" [RECENZJA SPOILEROWA]

Zachęcona świetnymi Bogami Łukasza Palkowskiego wiedziałam, że chcę zobaczyć jego kolejne dzieło - Najlepszego. Spodziewałam się dynamicznej fabuły, dobrego montażu, świetnej muzyki i postaci z krwi i kości. Dostałam znacznie więcej.

kadr z filmu "Najlepszy"

Film opowiada o życiu Jerzego Górskiego. Poznajemy go jako młodego chłopaka z trudnej rodziny, który kiedyś osiągał sukcesy w sporcie, a teraz szuka ucieczki w imprezach i narkotykach. Jest zakochany w Grażynie, córce milicjanta i wciąga ją w swój nałóg. Spędzają ze sobą dużo czasu, mimo braku błogosławieństwa ze strony ojca. W wolnych chwilach poza spotkaniami Jurek lubi powkurzać milicję: poskakać im po radiowozach, pośpiewać "Zawsze i wszędzie milicja je...ana będzie" (to prawie jak scenka z Egzorcysty, albo Blok ekipy) i trochę przed nimi pouciekać. Tutaj szybkie bieganie się przydaje...



Widzimy cały proces, od "niewinnego" brania narkotyków aż po zaćpanie się i zniszczenie sobie życia. Grupka wesołych znajomych staje się pospolitą bandą ćpunów, osowiałych, chorych i przegranych. Oczywiście, nie obejdzie się bez dodatkowych problemów: Grażyna zachodzi w ciążę. Wtedy w Jurku coś się zmienia i postanawia ogarnąć swoje życie. Oczywiście, nie jest to takie proste, jak myślał. Trafia kilka razy do szpitala i wciąż wraca do nałogu. Potem umiera jego przyjaciel, również z powodu narkotyków. Dopiero wtedy główny bohater pozwala sobie pomóc i wybiera się do ośrodka leczenia uzależnień.

Tu, po długim wstępie, który uwiarygodnił nam, z czym Jurek walczył, widzimy, jak jego życie powoli się zmienia.

W ośrodku poznaje reżim niczym w więzieniu. Możecie wyjść, drzwi zawsze są otwarte - ale jeśli zostajecie, stosujecie się do reguł. Jeśli zawalicie, wracacie do statusu nowicjusza - golicie głowy, nosicie uniformy, myjecie gary, sprzątacie i siedzicie na podłodze, zamiast przy stole. Odwyk przez to staje się jeszcze trudniejszy. Jurek odkrywa, że potrafi przetrwać znacznie więcej niż myślał. Jego organizm jest w kiepskim stanie po latach ćpania. W sumie, nie służy mu nic. Gdy biega wspólnie z innymi, zaczyna wymiotować krwią. I co? Wstaje i idzie biegać dalej. I potem tak robi już zawsze.

Kilkukrotnie zostaje zdegradowany do roli nowicjusza. Wciąż jednak zostaje w ośrodku i walczy o siebie. Nikt nie obiecał, że będzie łatwo.

Znajduje pasję: sport. Zaczyna biegać, pływać i jeździć na rowerze, a potem bierze udział w swoich pierwszych zawodach triathlonowych. Na metę dobiega jako ostatni, ale jednak dociera - i jeszcze bardziej daje się pochłonąć swojej pasji. Uparcie pływa, niemalże bez końca. Ten upór i wytrzymałość zostają zauważone, więc trafia do klubu sportowego i pod opiekę trenera. Dzięki temu zaczyna osiągać pierwsze sukcesy. Gdy dowiaduje się o zawodach Iron Man, już wie, że chce w nich wziąć udział. Trenuje jeszcze ciężej, żeby pobić europejski rekord i dostać się na zawody w USA.

kadr z filmu "Najlepszy"

W międzyczasie umiera Grażyna, której nie udało się pokonać nałogu. Jurek bardzo to przeżywa, ale postanawia być silny dla ich córeczki, by móc kiedyś się nią zająć. Na razie dziadek dziecka robi, co może, by trzymać je z dala od byłego narkomana. Nie potrafi mu wybaczyć.

Podczas jednego z treningów nasz bohater ulega wypadkowi. Jest w ciężkim stanie, lekarze twierdzą, że być może nawet już nie będzie chodził, a co dopiero biegał. W tym momencie się poddaje - ale tylko na chwilę. Podnosi się z pomocą ostatniej osoby, po której by się jej spodziewał wyciągniętej ręki. Upiera się, że zacznie znowu chodzić, próbuje, przewraca się milion razy... aż w końcu zaklina rzeczywistość tak skutecznie, że staje na nogach. Wraca do treningów i znowu daje z siebie więcej niż wszystko.

Jest jednak w jeszcze gorszym stanie niż był. W jego sytuacji udział w tak ciężkich zawodach, w których umierają ludzie zdrowi i wysportowani, jest co najmniej głupi. Nikt nie chce go puścić do USA, w końcu "nawet biega na kredyt". Jurek o tym nie wie i oczywiście - osiąga swój cel. Niestety, okazuje się, że tym razem dystanse zostały podwojone. Nawet to nie skłania go do wycofania się - jego życie to nieustanne pokonywanie wyzwań, czasem nawet takich wyjątkowo lekkomyślnych.

Czy poradzi sobie z jeszcze trudniejszym wyścigiem?

Pewnie już znacie odpowiedź.

Film jest świetnie zrealizowany. Żadnych dłużyzn - to już chyba znak rozpoznawczy Łukasza Palkowskiego. Historia porywa i nie chce puścić aż do ostatniego ujęcia. Muzyką zajął się znów Bartosz Chajdecki i tym razem zaserwował nam zestaw starych rockowych przebojów, ciężkiego metalu oraz klimatycznych gitarowych solówek, mocno inspirowanych Dżemem. Doskonale dopasowany soundtrack do historii.

Postaci są z krwi i kości, proste, mało cukierkowe, mało poprawne politycznie. Niektóre czarno-białe - albo je lubicie, albo nie. Niektóre bardziej skomplikowane - przechodzą przemianę w trakcie filmu.

Główny bohater jest jak ten trzmiel, który lata, bo nie wie, że nie może. Nie dopuszcza do siebie myśli, że coś mu się nie uda - zawzięcie walczy, by to osiągnąć. I osiąga. Magia?

Ku mojemu zdziwieniu, Magdalena Cielecka doskonale sobie radzi jako zmęczona życiem matka Jurka. Pierwszy raz podobała mi się jej rola, która najwyraźniej oscylowała z jej aktorską wrażliwością (w którą do tej pory wątpiłam - ale zwracam honor).

Szymon Piotr Warszawski jako trudny, choć skuteczny wychowawca Jurka w ośrodku jest niemalże taki sam, jak w Belfrze, ale pasuje idealnie.

Janusz Gajos jako Marek Kotański - nikt nie zagrałby go lepiej.

Arkadiusz Jakubik wreszcie nie udaje zdegenerowanego kretyna. Doskonale odnajduje się jako swojski i zabawny w tej swojej swojskości trener Jurka.

No i popłakałam się ze śmiechu, gdy na ekranie pojawił się Tomasz Kot w roli działacza sportowego. Ten garnitur, te pekaesy!

Tomasz Kot w filmie "Najlepszy"

Cała ta barwna historia i obsada zostaje pokazana w mało kolorowej rzeczywistości PRL. Szare budynki, szara rzeczywistość, pałowanie na komendzie, godzina policyjna... Przez to chyba błyszczy, lśni i wyróżnia się jeszcze bardziej.

Jak oceniam? Najlepszy to świetne widowisko, 20/10 - za fabułę, za postaci, za przesłanie. Takich polskich filmów chcę więcej.

To opowieść o tym, jak wpieprzyć się w bagno, z którego już niewielu wychodzi, a potem wyjść z niego. Na początku wypełznąć, wyczołgać się, z trudem i bólem, potem wstać na kolana, podnieść się, opierać o wszystko, co po drodze, by na końcu iść przez życie tanecznym krokiem.

Możecie się potykać, gubić rytm - najważniejsze, żebyście zawsze chcieli go potem odnaleźć. Da się wyjść z najtrudniejszego położenia, da się wszystko zmienić - trzeba tylko chcieć. Niemożliwe jest tylko to, w co nie wierzycie. Dawno nie widziałam czegoś aż tak motywującego i na  pewno obejrzę go jeszcze raz.

A Wy już oglądaliście Najlepszego? Jak Wam się podobał?

Zdjęcia pochodzą z serwisów Telemagazyn.pl oraz film.dziennik.pl

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Tydzień panów na K. 15-21 stycznia

Tydzień panów na K. 15-21 stycznia

Pamiętacie, pisałam Wam w zeszłym tygodniu o oczekiwaniu. Dzisiaj dowiecie się, czy było na co czekać :-) Poza tym opowiem Wam o mózgu, który stał się towarem ekskluzywnym oraz o tym, jak zwątpić w autorytet.

klimatyczne zdjęcie na blogu

Przegląd tygodnia

Ogólnie, to był tydzień jednocześnie spokojny i pełen emocji. Na szczęście tylko tych dobrych :-)

Zacznijmy więc od ich przyczyny - było na co czekać :-) Wygrałam konkurs i jeszcze w tym tygodniu dotarła do mnie wspaniała nagroda: nowy telefon. Tym sposobem dziadek Zenfone Max poszedł na emeryturę. O jego następcy napiszę Wam wkrótce więcej, ale pozwólcie, że jeszcze trochę go potestuję. Cieszę się bardzo!


Mojej radości nie przyćmiły nawet hejty, jakie się na mnie posypały. Cóż, nawet ja jednego dnia stanęłam po obu stronach barykady. W sumie czekałam wtedy na wyniki dwóch konkursów.

Pierwszego niestety nie wygrałam.

O, i przy okazji teraz Wam opowiem, jak organizatorzy wkurzają konkursowiczów ;-)

Mianowicie, skomentowali  WSZYSTKIE zgłoszenia (a na Facebooku zazwyczaj sugeruje to, że się wygrało) czymś w stylu "Hej, są wyniki: [LINK]". Już mi się zrobiło miło, że najwyraźniej jestem na liście zwycięzców... no niestety. Chamstwo. Jeśli komuś serio zależało na nagrodzie, to na pewno śledził ich stronę i nie trzeba było tak dawać nadziei.

Plus - wybrali najmniej estetyczne i udane prace ever (oprócz jednej). To mój wielki ból w konkursach - staram się, dbam o wszystkie aspekty swojej pracy, o poprawność językową, estetykę... a wygrywa jakieś grafomaństwo. Masakra.

No ale mimo wszystko nie hejtowałam zwycięzców na Facebooku :-D

Parę k...rew mać później dzień osłodziła mi informacja o wygranej w innym konkursie. Tam organizatorzy nie wywoływali wilka z lasu na darmo ;-) Gdy zajrzałam pod post z ogłoszeniem wyników, okazało się, że jakieś buraki już hejtują...(oczywiście, że to nie byli ludzie, którzy mieli rację, tylko jakieś buraki ;)) Ktoś tam pojechał, że bzdetny wierszyk (wtedy się właśnie dowiedziałam, że stworzyłam wierszyk), ktoś inny przekopał się przez internety, żeby tylko sprawdzić kim jestem i zarzucił mi, że "to nie fer", bo ja mam dostęp do fachowych narzędzi...

Dżizas... najbardziej fachowym  (i najwyraźniej także ekskluzywnym) narzędziem, jakiego użyłam tworząc zgłoszenie, był mój mózg. Teoretycznie, każdy miał tak zaawansowany sprzęt do swojej dyspozycji. W praktyce - cóż...

PS. Nie udało mi się dowiedzieć, cóż takiego błyskotliwego napisali moi hejterzy. Albo pousuwali, albo w ogóle nic nie potrafili zgłosić, albo hejtowali już z fejkowych kont. Olałam temat i czekałam z niecierpliwością na nagrodę.

W międzyczasie zrobił się z tego jeden wielki tydzień kurierów - czyli tytułowych panów na K. Przyznać się, co sobie pomyśleliście? :-D Nagle spłynęły wszystkie nagrody, na które ostatnio czekałam. W tym także nowy smartfon - został wysłany błyskawicznie!

Tym sposobem reszta tygodnia mija mi z telefonem w ręku (no może nie w tej chwili), bo nie mogę się nim wciąż nacieszyć :-) Znowu robię masę zdjęć, a nawet wróciłam do grania w Pokemony. W sumie to całkiem fajny powód do wyjścia i zrobienia tych 8 tysięcy kroków.

Weekend spędziłam dość leniwie. Miałam zaskakująco dużo czasu dla siebie, więc wreszcie przysiadłam na chwilę do bloga. A dalej - spałam do późna, nic nie robiłam i resetowałam swoje fachowe narzędzie ;-)

Najnowsze wpisy

W tym tygodniu na blogu:

Tydzień wielu małych kroków


Odkurzamy moje blogerskie złośliwostki, ponieważ mam ostatnio kosę z blogerinami, którym się nagle w d...ach poprzewracało:




Ujmę to tak: jest blogerka, którą lubiłam, a która ostatnio strzela fochami na wszystkie strony. I ją za to odlubiłam, bo kiedyś czytelnikowi się cierpliwość kończy. #CofamSuba

Przegląd internetów

Na szczęście i tak mam co czytać ;-)

Po pierwsze, ciągle sprawdzam, kiedy te niedziele wolne od handlu. Swoją drogą, to całkiem często wyszukiwana fraza w wyszukiwarce, z tego, co widzę ;-) Sprawdzam, bo się boję, że kiedyś zapomnę, pomyślę w piątek "Nie chce mi się iść do sklepu, najwyżej dokupię chleb w niedzielę"... i pocałuję klamkę. Nie przemawia do mnie żadna argumentacja w tym temacie oprócz "wreszcie pracownicy będą mieć wolne" (i nie mówcie, że jeśli pracowali w weekend, to mieli wolne w tygodniu - pracodawcy mają swoje sposoby i ja niestety tego kiedyś doświadczyłam...).

Dowiedziałam się też dziś, że Częstochowa nie jest gotowa. Na co? Na wegetariańskie żarcie. Dziwne? Mnie z jednej strony nie dziwi - odkąd zrobiłam zdrowe jaglane brownie o smaku tektury, też brakuje mi zaufania do tego, co fit i wege ;-)

A co u Was w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
8 rad dla aspirujących konkursowiczów

8 rad dla aspirujących konkursowiczów

Próbujesz swoich sił w konkursach, ale nic nie wygrywasz? A może chcesz wygrywać więcej i częściej? Nie zamierzam Ci wmawiać, że jesteś zwycięzcą (hłe hłe), ale mogę się z Tobą podzielić kilkoma skutecznymi wskazówkami.

W zeszłym roku wzięłam udział w jakichś 62 konkursach. Wygrałam w 7. To jest całkiem niezły wynik, znacznie lepszy niż w 2016 (2 wygrane na 100 konkursów). Z drugiej strony, jestem dobra w wygrywaniu w epicki sposób, czyli dużych nagród (np. rower), a nie jakichś popierdółek. Tak sobie powtarzam i wtedy już nie boli, że nie wygrywam 100/100 ;-)

jak wygrywać kreatywne konkursy?

To dobra okazja, by podzielić się z Tobą kilkoma wskazówkami, które mi pomogły.


1. Przeczytaj regulamin

Pierwsza i najważniejsza zasada. To w regulaminie znajdziesz informację, do kiedy trwa konkurs, kiedy wyniki (najczęściej pojawiające się pytanie pod postami konkursowymi...) i w jaki sposób zostaną ogłoszone, jak ma wyglądać zgłoszenie, czy można wysłać więcej niż jedno oraz jakie dodatkowe warunki trzeba spełnić.

Czasami dopiero tam pojawia się informacja o tym, że mail ze zgłoszeniem konkursowym powinien mieć określony tytuł. Spotkałam się też z sytuacją, kiedy konkurs odbywał się na Facebooku, a w regulaminie pojawił się wymóg, by po napisaniu komentarza wysłać również mail na określony adres z oświadczeniem (akceptacja regulaminu i takie tam). No i wielokrotnie napatrzyłam się na zgłoszenia wysyłane już po czasie, albo... w niewłaściwym miejscu (gdy np. marka ogłasza konkurs na FB i podaje maila, na którego chce otrzymywać konkursowe wypowiedzi). Czytanie ze zrozumieniem to niezbędna cecha skutecznego konkursowicza.

2. Sprawdź, co napisali pozostali

Zazwyczaj wygrywają wyróżniające się odpowiedzi. Jeśli pozostałe zgłoszenia są publikowane, zobacz, co pisze konkurencja i ugryź temat w całkowicie inny sposób. Im bardziej zaskakująca i oryginalna wypowiedź, tym większe masz szanse (jeśli tylko organizator zastrzegł, że zwraca uwagę na kreatywność).


3. Wyślij więcej niż jedno zgłoszenie

Jeśli można (zazwyczaj jest to wprost określone w regulaminie), wyślij więcej zgłoszeń. To po prostu zwiększa Twoje szanse. Postaraj się też zróżnicować poziom swoich prac konkursowych - wyślij zarówno takie ciekawsze, jak i słabsze. Nie zawsze wygrywają te najlepsze. Niektóre nagrody wygrywałam dzięki strasznym banałom ;-) Bardziej zaawansowani konkursowicze twierdzą, że w większości konkursów jest chyba jedno i to samo jury, bo wygrywają podobne prace: smutne, ckliwe historyjki, miłosne opowiastki oraz rymowanki.

4. Wyróżnij się

Poniekąd już wspominałam o tym w punkcie 2. Tutaj mam jednak na myśli to, że w natłoku zgłoszeń warto też wyróżnić swoje zgłoszenie wizualnie. Jeśli dodajesz komentarz na Facebooku, sformatuj go w inny sposób niż pozostałe osoby, na przykład tworząc 1-zdaniowe linijki. Jeśli wysyłasz maila ze zgłoszeniem konkursowym, napisz jego tytuł wielkimi literami, albo kombinacją wielkich i małych liter. Jeśli w regulaminie nie jest wymagane użycie konkretnego tytułu (typu "konkurs"), wymyśl tytuł wzbudzający ciekawość (np. przypominający clickbaitowy nagłówek).

W konkursach Facebookowych możesz też wykorzystać na swoją korzyść algorytmy portalu i to, że domyślnie sortuje komentarze od najpopularniejszych. Jak? Zdobądź trochę lajków od znajomych. Dobrze też, jeśli Twoja wypowiedź jest na tyle długa, że wymaga rozwinięcia. Każda osoba, która kliknie "Rozwiń", poprawia Twoje statystyki. W efekcie Twoje zgłoszenie będzie jednym z pierwszych, jakie zobaczy komisja. Jeśli będzie dobre, na pewno zwrócą na nie uwagę. Jeśli bardzo dużo osób walczy o nagrodę, Twoje szanse... rosną, bo najprawdopodobniej jury nie będzie miało czasu na wczytywanie się w setki komentarzy.

5. Unikaj zlotów konkursowiczów

Raczej staram się nie brać udziału w konkursach, w których kilkaset osób walczy o 1-2 nagrody. Jeśli na dodatek możesz wysłać tylko jedną pracę, masz jakiś ułamek procenta szans na wygraną. Zazwyczaj to się to po prostu nie opłaca, bo głównym celem takiego konkursu jest zwiększenie ilości komentarzy pod postem, ruchu na stronie itd., ewentualnie zebranie danych ;-) Zdarzyło mi się wygrywać w takich konkursach, nie powiem, ale pomagało mi w tym zastosowanie pozostałych zasad.

Unikam też konkursów z udostępnianiem postu i lajkowaniem fanpage'a (bo to nawet nie jest legalne), oraz tych, w których trzeba zgłosić pracę, a potem zwycięzca i tak jest losowany. To nie ma sensu.


6. Dostosuj się

W sensie: "dostosuj swoje zgłoszenie do profilu organizatora". Inne oczekiwania będzie mieć wydawnictwo, inne sklep online, a jeszcze inne - marka sprzedająca słodycze. Przeanalizuj też najpierw jej sposób komunikacji w internecie - na ich stronie, na Facebooku, a także to, jak piszą o zorganizowanym przez siebie konkursie. Czy wypowiadają się w sposób bardziej formalny czy na luzie, jak do kolegi? Są poważni czy pozwalają sobie na żarciki? Stwórz pracę, która będzie z tym zgodna.

7. Nie poddawaj się

Konkursy potrafią dać wiele radości, ale czasem także uczą pokory. Z tym punktem mam trochę problem, bo jednak czasami aż przykro patrzeć, gdy wyślę świetne zgłoszenie, a wygrywa jakieś pierwsze lepsze. Cóż, cała rzecz zazwyczaj polega na tym, że komisja/organizatorzy to zwykli ludzie i po prostu nie mają czasu na przeglądanie wszystkich zgłoszeń. To właśnie dlatego wyróżnienie się z tłumu jest tak ważne. Jeśli przyciągniesz uwagę do swojej pracy, zwiększasz swoje szanse na wygraną. Czasami o tym zapominam i potem się wkurzam. Staram się jednak pamiętać, że konkursy nie są sprawiedliwe dla wszystkich. Zawsze będą w nich wygrani i przegrani.


8. Nie hejtuj zwycięzców

Ten podpunkt dopisuję po konkursie, w którym niedawno wygrałam. Dość szybko przekonałam się, co oznacza ludzka zazdrość.

Sama byłam już po obu stronach barykady. Często wysyłałam naprawdę dobre zgłoszenia - a wygrywały jakieś słabe rymowanki, brzydkie zdjęcia i oklepane motywy. Uważam jednak, że hejtowanie zwycięzców tak publicznie pod postem konkursowym jest strzałem w kolano. Bardzo możliwe, że ten, kto zajmuje się profilem marki, zapamięta sobie Ciebie (bo łatwiej zapamiętujemy negatywne rzeczy) i nawet jeśli wyślesz na kolejny konkurs wyjątkową pracę, nie będziesz mieć w nim cienia szans.

Zwycięzcy zaś Twój hejt i tak nie rusza - radość z wygranej potrafi przyćmić wszystko inne.

Jeśli uważasz, że zwycięska praca nie jest zgodna z wymaganiami (np. pod względem długości), możesz zgłosić oficjalną reklamację. Informacje, jak to zrobić, znajdziesz w regulaminie. Ja się w to nigdy nie bawiłam i szczerze - nie chce mi się. Jeśli jednak mam jakieś zastrzeżenia (np. gdy wydawnictwo spośród wielu świetnych prac wybiera te najbardziej niepoprawne językowo), to piszę im o tym w PW. Ale najpierw zastanawiam się milion razy, czy warto i czy jestem gotowa zamknąć sobie drogę do kolejnych konkursów.

To mój wielki ból: gdy jurorzy nie zwracają uwagi na estetykę i poprawność językową wygranych zgłoszeń. Kiedy jednak wygrywa ktoś, kto zrobił coś naprawdę z pomysłem i widzę, że to jest jeszcze lepsze niż moje zgłoszenie, nigdy nie mam pretensji. Ot, taka jestem wymagająca ;-)

Myślę sobie też jednak, że jeśli teraz czegoś nie wygrałam, to i tak wkrótce pewnie nadarzy się kolejna okazja. Mam otwarte oczy i uszy (oraz przeglądarkę) i poluję. I zazwyczaj za którymś razem się udaje :-)

A Wy? Bierzecie udział w konkursach? Macie jakieś swoje sposoby, by wygrywać? Podzielcie się swoimi wrażeniami!

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Tydzień wielu małych kroków. 8-14 stycznia

Tydzień wielu małych kroków. 8-14 stycznia

Co się działo w tym tygodniu? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie robiłam zbyt wielu zdjęć... Mam ich w telefonie może z 5. Z całego tygodnia, jak na mnie - to stanowczo za mało. No cóż, spróbujemy to jakoś odtworzyć z pamięci :-)


Przegląd tygodnia

Przede wszystkim, to był spokojny tydzień. Chyba już weszłam w tryb pracy i przyzwyczaiłam się do codziennego pojawiania się w biurze. Póki co, nie czuję potrzeby urlopu i całkiem nieźle daję sobie radę. Dziwne, no ale - całkiem niedawno miałam przecież kilkanaście dni wolnego :-)

Szybko przeszłam do porządku dziennego po imprezie. Niektórzy mieli z tym chyba problem, wnioskując po zasłyszanych w kuchni rozmowach ;-) Nie żałuję, że byłam tak krótko - są obowiązki i są priorytety, i nie zawsze znajduje się między nimi znak równości. Fajnie, że zajrzałam na tę imprezę i fajnie, że szybko z niej wyszłam. Kilka lat temu pewnie balowałabym do samego rana, ale teraz jestem pełnoprawną domatorką ;-)


W kwestii konkursów też nie działo się nic szczególnego. Oczekuję.

Oczekiwałam także rozwiązania pewnego ważnego dla mnie konkursu (świetna i bardzo przydatna dla mnie nagroda!), ale się przeliczyłam. W regulaminie była mowa, że zostanie rozwiązany w ciągu 10 dni ROBOCZYCH, a nie 10 dni. To znaczy, że jeszcze kilka dni muszę poczekać :-) To właśnie dlatego warto czytać regulaminy.

Wielką radość sprawił mi mój nowy gadżet - smartband. Odkąd go mam, zaczęłam więcej chodzić. W końcu aż miło popatrzeć, że się zrealizowało swój dzienny cel. Od razu czuję się bardziej w formie, a opaskę mam dopiero od kilku dni.

Przewiduję recenzję za jakiś czas ;-)

Poza tym, bardzo dbałam o relaks i w wolnym czasie głównie odpoczywałam. Także przy grze. Główną kampanię w Battlefront już skończyłam, teraz zabrałam się za dodatek. Słyszałam nieco krytycznych głosów na jej temat, ale mnie się bardzo podobało. Mimo że utknęłam w jednym punkcie na dłużej, ostatecznie udało mi się przebrnąć. Co dalej? Dodatek, a potem... przechodzę kampanię jeszcze raz, ale na najwyższym poziomie. A co! :-)

A relaks popłaca, bo czuję, że wrócę do pracy wyspana, wypoczęta i pełna energii. Chyba tego ostatnio mi brakowało. O mój wolny czas walczy wiele rzeczy - blog, konkursy, gry, dbanie o kondycję oraz lenistwo, które jest mi też bardzo potrzebne. Pogodziłam się z tym i bardziej słucham swojego organizmu, gdy mi mówi "Olej. Odpuść. Zrobisz jutro". Pewnie blog na tym trochę ucierpi, ale nic nie poradzę. I tak jest nieźle, bo raz- dwa razy na tydzień go aktualizuję. To i tak dużo :-)

Najnowsze wpisy

W tym tygodniu na blogu:

Powolny start w nowy rok


3 filmy, które warto obejrzeć w styczniu


Odkurzamy:

Nie bój się lenistwa


Przegląd internetów

Konkursy tak bardzo pochłonęły moje życie, że w tym tygodniu znowu czytałam głównie o nich.

W pierwszej kolejności przypomnę Wam tutaj o wpisie Pawła, którego rady naprowadziły mnie na właściwy tor na początku mojej konkursowej drogi. Facet wie, co mówi pisze! :-)

Odkryłam fajnego bloga na temat konkursów. Niestety, nie jest już od paru miesięcy aktualizowany, ale warto go przejrzeć i poczytać przynajmniej poradnikowe artykuły. Bardzo warto! :-)

Bardzo polecam również wpis Joanny, w którym przytoczyła również swoje zwycięskie odpowiedzi. Dobrze pokazują, co się najlepiej "sprzedaje" i jak ważne jest dopasowanie swojej wypowiedzi do profilu organizatora. Poza tym - jestem pełna podziwu, że właśnie w ten sposób spełniła swoje wielkie marzenie. Zresztą - to na tym właśnie polega. Za dobre (mam nadzieję, bo z tym różnie bywa!) zgłoszenie dostajemy coś, na co normalnie musielibyśmy długo odkładać. Dlatego tak bardzo je lubię :-)

A co u Was ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
3 filmy, które warto obejrzeć w styczniu

3 filmy, które warto obejrzeć w styczniu

Tego chyba jeszcze nie było. W grudniu w ogóle nie zapisywałam w Bullet Journal oglądanych filmów. Sama nie wiem, czemu. Cóż, tym razem ich opisy powstają w chwili tworzenia posta.

Dawno się też nie zdarzyło, żebym w Filmowych inspiracjach opisywała same nowości. Jakoś tak wyszło, że ostatnio więcej czasu poświęcałam na granie, więc jeśli już coś oglądałam, to były to nowe, tegoroczne produkcje i zazwyczaj w kinie. No i grudzień to niezmiennie miesiąc premier pewnej serii, której nie mogłam przegapić ;-)

film

Najlepszy

Młody narkoman odmienia swoje życie i zostaje sportowcem wyczynowym.
Co to był za film... dowiecie się z tego wpisu z recenzją. Ale tytuł zobowiązuje, wierzcie mi.


Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

Luke powraca.
Dzieło, które ściąga ludzi do kina już tylko z sentymentu... Dokładnie takie miałam wrażenia po Przebudzeniu Mocy, i to ja, osoba, która Star Wars po prostu lubi, a VII epizodem była zawiedziona... To co w takim razie czuli fani?

Takie kino ściąga ludzi już tylko z sentymentu, ale ściąga ich wielu, dlatego blok reklamowy tym razem trwa jeszcze dłużej... Od tego się zaczęło.

Potem mieliśmy Luke'a z niestrawnością (niemiłosiernie zrzędliwy!), Kylo Rena z depresją, jak zawsze zabawnego Chewbaccę oraz wciąż tego samego i działającego bez zarzutu Sokoła Millenium. Nie brakowało elementów bezdennie głupich i niezgodnych z tym, do czego przyzwyczaiły nas poprzednie części. To trochę tak, jakby ktoś próbował z dwóch kompletów puzzli ułożyć coś fajnego.

Jakby w tej jednej części były zawarte dwie różne opowieści.

Jedna z nich bardzo mi się podobała. Działo się coś, co robiło na mnie ogromne wrażenie... po czym znowu natrafiałam na puzzle z drugiego opakowania i czar pryskał. I tak ciągle: od zachwytu po zawód. Ostateczne wrażenie było dobre, ale jednak - wpływy Disneya odcisnęły tutaj swoje piętno, oj odcisnęły ;-)

Kingsman: Złoty Krąg

Tajemnicza organizacja walczy z narkotykowym gangiem.
Tym razem to ich poniosło... Pierwsza część była już mocno specyficzna i nie tak całkiem w moim guście, ale ta to już naprawdę dla koneserów. W tamtej nie do końca ogarniałam, o co biega i dlaczego, ale w tej... Powiedzmy tak: było warto, ale było też dziwnie. Na przykład gangiem dowodziła niemiłosiernie słodko-pierdząca panienka. Aż miałam ochotę zrobić z nią to samo, co ona robiła z wrogami nieposłusznymi współpracownikami. Domyślam się jednak, że to zamierzony efekt. Ogólnie polecam, ale wywołuje mindfucka.

A Wy co ostatnio oglądaliście i polecacie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Powolny start w nowy rok. 1-7 stycznia

Powolny start w nowy rok. 1-7 stycznia

Czas na przegląd pierwszego noworocznego tygodnia. Jak to noworoczny tydzień - przyniósł długie poranki i powolny start w kolejne aktywności.

nowy rok

Na szczęście, zaczęłam go dopiero od środy. Rozruch był naprawdę powolny.

Przegląd tygodnia

Cały tydzień minął mi spokojnie - wiadomo, praca, podsumowania, drobne zmiany w organizacji pracy. Q1 jest fajny, bo pozwala na wytchnienie po intensywnym Q4.


W piątek wylądowałam na firmowej imprezie. Nasłuchałam się opowieści z krypty na temat poprzedniej imprezy... tymczasem było całkiem spokojnie. Jedyny minus - ogromne kolejki do baru. Z drugiej strony - plus, bo to między innymi dzięki temu było spokojnie, jak przypuszczam ;-)

Byłam przez jakieś 2 godziny - z czego godzinę spędziłam w kolejce. Nudziło mnie stanie i obserwowanie, tańczyć nie chciałam, więc jak rasowa domatorka wyszłam wcześniej. Nie było mi dane jednak szybko znaleźć się w domu - musiałam jeszcze przewędrować dobry kawał miasta w poszukiwaniu otwartego sklepu (w które moja okolica nie obfituje, szczególnie o północy).

Wróciłam wykończona, ale szczęśliwa. Reszta weekendu była raczej (zamierzenie) dość nudna. Ot, oglądanie, gotowanie i miło spędzony czas. Tak, jak lubię :-)

Przegląd internetów

Znowu narobiłam sobie ostatnio blogowych zaległości, ale już je prawie nadrobiłam.

Tym razem jednak podzielę się z Wami artykułami o tym, co mnie ostatnio najbardziej jara - o życiu zawodowych konkursowiczów. Mnie jeszcze daleko do tego miana - owszem, często biorę udział w konkursach, ale jeszcze nie umiem ich aż tak rozkminiać jak zawodowcy. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek zostanę w tej dziedzinie zawodowcem - choć wiem, że byłabym w stanie ;-)

Ta opowieść brzmi mi trochę ściemniacko ;-) Ogólnie, konkursy SMS kojarzą mi się dość podobnie jak przeciętnemu Polakowi - choć może i faktycznie wyłożenie na nie potężnej kasy pozwala wygrywać. Może to naprawdę bardziej inwestowanie niż granie i poleganie na losie? ;-)

Ta wizja życia konkursowicza jest już nieco bardziej realistyczna w moim odczuciu. To prawda, że jest to zajęcie, które wymaga wiele zaangażowania. Można być amatorem, który wyśle 1-2 zgłoszenia i zdaje się na los (jak ja w tej chwili), a można faktycznie poszukać luk w regulaminie.

Najbardziej rozsądny wydaje mi się jednak ten artykuł. Wciąż jestem zdania, że konkursowicz to człowiek, który może i wkłada dużo wysiłku w wygrywanie, ale też i musi wciąż polegać na szczęściu. Jeśli jednak na czymś mocno mu zależy, potrafi to wygrać, ale - czasami musi się też umieć pogodzić z porażką.

A co skłania gracza do ciągłego grania? Cóż... To trochę taka forma hazardu, z tą różnicą, że nie ryzykujesz pieniędzy, a jedynie dobre postrzeganie ze strony twego najbliższego środowiska. Bawi mnie nieco sformułowanie "konkursowa mafia", ale coś jest na rzeczy :-D

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu było wyjątkowo spokojnie:

Nowy rok, nowy wpis


Odkurzamy:



A co u Was w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nowy rok, nowy wpis. 25-31 grudnia

Nowy rok, nowy wpis. 25-31 grudnia

To był cudowny tydzień. Niekończący się, spokojny i pełen relaksu.

klimatyczne światełka

Przegląd tygodnia

W zeszłą sobotę zaczęło się moje łącznie 11-dniowe wolne. Nie uznaję pracy między Świętami a Sylwestrem. Taka przerwa, kiedy nic nie musimy, jest niezbędna dla równowagi i powinniśmy je mieć znacznie częściej. Albo chociaż te moje wymarzone, wyśnione trzydniowe weekendy ;-)


Niemal cała ta przerwa mi minęła na graniu. Spaniu, graniu i nicnierobieniu. Posiadanie konsoli i najnowszego Battlefronta daje mi wiele radości, szczególnie gdy udaje mi się przejść kolejne misje. Ostatnio oboje utknęliśmy w tym samym miejscu. Chwilowo nie do przejścia - ale wymyślę jakiś sposób. Na razie odpoczywam od gry. Jest fajna, ale wiele innych rzeczy w życiu - również.

Nadrabiałam też zaległości. Obejrzałam między innymi jakieś dwadzieścia starszych odcinków Blok ekipy. To jeden z tych seriali, do których trzeba mieć spory dystans. Zazwyczaj nie lubię takiego poczucia humoru, ale tutaj wyjątkowo mnie bawi. Bardzo fajny odmóżdżacz.

Spędziłam także fantastycznego Sylwestra. Takiego, o jakim marzyłam w zeszłym roku. Przetańczona cała noc i doskonałe towarzystwo. Było najlepiej na świecie! :-)

Pamiętając, jak ciężko było w zeszłym roku wrócić do pracy 2 stycznia, postanowiłam wziąć sobie wolne. Co prawda, ten dzień powinien być ustawowo wolny od pracy... ale skoro jeszcze nie jest, to sama o to zadbałam.

No i mam poczucie, że szykuje się bardzo fajny rok :-)


Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Nieproduktywnie, leniwie, świątecznie


Co dotyka introwertyka?


Niedzielno-sylwestrowe podsumowania


Przegląd internetów

W internecie wszyscy wszystko podsumowują... dlatego sama się zastanawiam, czy zamierzam to robić, tak jak w zeszłym roku. Może przeczekam tę największą falę ;-)

Urzekło mnie jednak podsumowanie Marka, jak i zresztą cały jego blog. Wyjątkowo podoba mi się to, w jak niewymuszony sposób go prowadzi. Wszelkie porady z serii "musisz mieć konto na..." albo "musisz pisać regularnie po 5 postów tygodniowo" ma w głębokim poważaniu... i słusznie. Domyślam się, że ograniczony czas robi swoje, ale - to zdecydowanie jeden z najbardziej dopracowanych blogów w sieci. Aż miło zajrzeć, gdy przychodzi powiadomienie z Bloglovin' :-)

Z racji zawodowych zainteresowań śledzę z wielkim zainteresowaniem bloga Michała. Okazuje się, że o technologii można pisać w bardzo lekki, zabawny sposób. Trzymam kciuki - zapowiada się świetnie!

A jeśli jednak upieracie się, żeby podsumowywać rok -  podsumujcie go jak Monika. Z natury bardziej pamiętamy to, co złe, dlatego powinniśmy robić, co się da, by zachowywać w pamięci dobre rzeczy. Ja je zapisuję, a Wy?

Jak Wam minął ten czas między Świętami a Sylwestrem? Pracowaliście czy odpoczywaliście?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger