Jesień, którą pokochałam. 1-14 października

Jesień, którą pokochałam. 1-14 października

Czasami miłość pojawia się znienacka. Czai się gdzieś pomiędzy ciepłymi myślami. Spogląda w milczeniu i cierpliwie czeka, aż ją dostrzeżesz. I ja zauważyłam. Nagle krajobraz wokół mnie wybuchł kolorami. Wszędzie złoto, czerwono, pomarańczowo. Niebo błękitne jak nigdy. 

Przegląd tygodnia

Zapomniałam o tym, że rano jest zimno i mgliście. Że już o 18 robi się ciemno. Nagle, niespodziewanie dla siebie samej, pokochałam jesień. Tak po prostu i z zaskoczenia. Zachwyciłam się tym wszystkim, choć najbardziej to jednak ciepłem, którym nas rozpieszcza tegoroczny październik. I oby jak najdłużej.

Jak to się stało? Zobacz na moim Instagramie, a zrozumiesz ;-) I nie jest to absolutnie miłość z rozsądku, która kiedyś przyjść musiała, albo bym ją sobie wmówiła. To dojrzałe uczucie, świadome wad i zalet. Wiem, że przyjdą kiedyś ponure i ciemne dni - ale przeżyję je, mając w pamięci te najpiękniejsze. I wiedząc, że wkrótce wrócą.

Zaczęłam nowy Bullet Journal, o którym wkrótce Ci napiszę. Zdjęcia już mam, muszę tylko je obrobić, a do tego, przyznam szczerze, jakoś szczególnie mi się nie spieszy. Tyle rzeczy do zrobienia, a czasu jak nie było, tak nie ma.

Każdy mój dzień to typowy dla Q4 maratonosprint przez zadania. Po czymś takim naprawdę można ocipieć... Stąd pomysł na zerwanie z rutyną i nieustanne poszukiwanie kolejnych rzeczy, dzięki którym wracam do normalności po pracy. Jedną z nich są treningi, które pomagają mi poukładać myśli i uspokoić umysł.

Dalej dbam o to, by nie dać się rutynie. Zauważyłam, że mam więcej energii każdego dnia i chęci, by rozwalać kolejne zadania, zamiast je odkładać. Wkrótce napiszę u siebie na blogu podsumowanie tego wyzwania. Wciąż możesz dołączyć - tylko pamiętaj o oznaczeniu swoich postów hashtagiem #miesiacbezrutyny, bym mogła je na Instagramie zobaczyć. Ewentualnie po prostu je do mnie podeślij ;-)

W ramach wyzwania i wprowadzanych zmian wróciłam też do tabletu. Moje początki blogowania to był właśnie prosty, niemiecki tablet Medion. To właśnie na nim pisałam swoje pierwsze teksty i mam do tego typu sprzętów ogromny sentyment. Może nie do końca słusznie, bo był leniwy, powolny i miał słabej jakości ekran. Teraz jednak tablet posłuży mi głównie do czytania i codziennej prasówki.

Wyśmiałam całkiem sporo rzeczy na InstaStories. Opowiedziałam trochę o najszkaradniejszym rusycyzmie na świecie, języku profesjonalistów i dwóch postawach blogerów - godnej naśladowania oraz takiej kompletnie niegodnej. Nie chcesz przegapić moich kolejnych rozkmin? Dam Ci proste i darmowe rozwiązanie: szybciutko leć na Insta i mnie zaobserwuj, ot co ;-)

Wymieniłam swoją inteligentną opaskę - z Mi Band 2 na M3s. I jestem zawiedziona. W sensie, ta M3s mogłaby być naprawdę fajna, gdyby ktoś tak porządnie przysiadł i ogarnął jej aplikację. Albo gdyby miała te funkcje co teraz, ale działała tak sprawnie, jak Mi Band.

Ach, no i jeszcze usiłowałam zmienić domenę bloga. W końcu kiedyś by wypadało, nie? Tak mi to "wyszło", że szkoda gadać, ale jak tylko się uporam z tematem i transferem, to wszystko tutaj pięknie opiszę. Po co masz popełniać moje błędy, skoro możesz się na nich nauczyć?

Najnowsze wpisy


Na blogu w tym tygodniu:

Wywiad, sesja i zero rutyny


Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada


Tym ostatnim wpisem zamykamy cykl o Bułgarii. Wszystkie pozostałe wpisy znajdziesz również w powyższym poście, możesz więc je sobie poskładać w jedną, wielką opowieść o moich pierwszych w życiu wakacjach all inclusive z biurem podróży.

W ramach odkurzania postów przypomnę Ci:

Co powinien bloger?


A co powinien? Na przykład monitorować wzmianki o sobie w Internecie, by na nie szybko i przykładnie reagować. Nie zalecam tu oczywiście jakiegoś fan-terroru, ale to po prostu miłe, gdy nawet po kilku dniach otrzymujesz odpowiedź na swój wpis. Pytałam o to na InstaStories i wyszło na to, że większość zapytanych przeze mnie osób lubi, kiedy wzmiankowany autor książki czy bloger reaguje na ich posty. Większość również oczekuje takiej reakcji.

Przegląd internetów

Dopiero minęły pierwsze 2 tygodnie wyzwania, a ja już czuję, że mam masę ciekawych pomysłów na bloga i na siebie. To bardzo rozwijający challenge, bo codziennie trzeba wymyślić coś, co zrobię inaczej. 

Ależ miło mi to słyszeć! Więcej o wrażeniach Marty z wyzwania #miesiącbezrutyny przeczytasz tutaj: Miesiąc bez rutyny - jak się jej pozbyć i moje małe podsumowanie pierwszej połowy


Czy często otrzymujecie wiadomości w stylu:
Witam, Kontaktuję się z ciekawą propozycją zawodową. Pani/Pana obecne stanowisko dokładnie wpisuje się w oczekiwania naszego Klienta. Chętnie opowiem o szczegółach oferty.
Oto najbardziej żenująca praktyka rekruterów. Dlaczego oni wciąż to robią? Czy warto? O tym przeczytasz w artykule.

PS. Tak, zaczynanie maili od "Witam" również jest żenujące.


Pracodawcom się to nie podoba, uważają, że tak się nie robi, koledzy z pracy krzywo patrzą. Pracownicy słyszą, że nie mają pasji, że tak się nie pracuje, tym podobne gadanie. Człowiek czuje się jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to trzeba było harować, ale wszyscy się przecież cieszyli, że w ogóle mogą się rozwijać. Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów, roszczeniowa młodzież.

To nic, że w umowie jak byk stoi, że osiem godzin pracy i koniec.

Niewolnictwo i pańszczyzna w XXI wieku w Polsce. Teoretycznie przeszły już do historii. W praktyce? No cóż... A my, okropni, roszczeniowi milenialsi to tylko kasą naprawdę się interesujemy. Gdzieś mamy dobro pracodawcy, który przecież nieba nam uchyla. Nie raczymy popracować dla niego nawet tylko troszkę dłużej. Na przykład o dodatkowe 8 godzin każdego dnia. Najlepiej za darmo.

Albo jeszcze za nie dopłacić, bo przecież jak to tak, wymagać zapłaty? Przecież on nam już zapewnia stanowisko, możliwość rozwoju w młodym, dynamicznym zespole, darmową kawę i porywającą ideę, dla której możemy żyć!


via GIPHY


Co sądzisz? A może Ciebie też ostatnio jakiś artykuł poruszył w takim samym stopniu? Podziel się nim ze mną :-)

I jeszcze raz przypominam: dołącz do wyzwania bez rutyny! Kiedy, jak nie teraz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada

Nauka nie poszła w las... ale polska wycieczka już tak. Bułgarska biesiada

Bułgarska biesiada - brzmi dobrze, czy nie bardzo? A jeśli dodam jeszcze, że w samym środku lasu? Czy coś takiego może wygrać z nieprzerwanym plażowaniem? Czy warto wybrać się na wycieczkę zakończoną wielką imprezą dla turystów? Przeczytaj.

wycieczka lokalna z Itaką - restauracja na przylądku Kaliakra

Na fotografii tytułowej znajduje się restauracja na przylądku Kaliakra, ale to dlatego, że nie mam żadnego ładnego zdjęcia z lasu ;-)

Zobacz część pierwszą tej historii:

Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką


Zobacz także:

Kawarna - restauracja Piknik Bivaka

Wyobraź sobie, że w Polsce ktoś buduje restaurację w środku lasu. Wszyscy wokół pukają się w czoło. Kto to widział, restauracja w lesie? W lesie to dziki i sarny, a nie... No debil, po prostu debil. Widzisz to? No właśnie. A tymczasem w Bułgarii ktoś wpadł na równie głupi pomysł... i zaczął organizować duże imprezy dla turystów i wesela.



Mam wrażenie, że Bułgarzy nie boją się myśleć nieszablonowo i dzięki temu tak rozbudowali sobie turystyczne miejscowości. To szczególnie fajne, zważywszy na to, że nie żyje się im lekko. Najniższa pensja odpowiada naszym 1020 zł, natomiast takie przyzwoite średnie wynagrodzenie to tyle, co u nas najniższe - w przedziale 1500-2000 zł. Bezrobocie sięga natomiast do 20%,  a to naprawdę dużo. Bułgaria przeżyła podobną przemianę ustrojową jak i  Polska - nagle z komunizmu i własności państwowej musiała przestawić się na kapitalizm i własność prywatną, a potem weszła jeszcze do Unii Europejskiej. Efekty są bardzo podobne jak w Polsce...

Wróćmy jednak do tej pomysłowej restauracji. Zostaliśmy przywitani chlebem, solą i kieliszkiem rakiji. Następnie zasiedliśmy przy dużych, wieloosobowych stołach. Wokół nas siedzieli uczestnicy innych wycieczek: drugiej polskiej z Itaki, a także rosyjskiej i...  irańskiej. O tej ostatniej jeszcze dziś przeczytasz ;-)

Na stołach znajdowały się już lokalne przysmaki: sałatka szopska oraz banica. Jedno i drugie przepyszne. Do picia mieliśmy wodę w dzbankach, colę, cholernie słodką lemoniadę, a także... czerwone i białe wino oraz rakiję, które nalewaliśmy sobie do dzbanków z beczek. Bez ograniczeń!

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, beczki z alkoholem

Sałatka szopska: ser szopski (sirene, taka bułgarska feta), pomidor i ogórek. Siła tkwi w prostocie.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, sałatka szopska

Zawijaniec z bułgarskim serem, czyli banica.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, banica

Danie główne czyli kurczak. Góra jedzenia, jak dla ciężko pracującego chłopa.

bułgarska biesiada na wycieczce, restauracja Piknik Bivaka, danie główne

W międzyczasie rozpoczął się występ zespołu, który zaprezentował nam lokalne tańce w wykonaniu pań i panów.

Potem na stołach wylądowało danie główne: połowa tuszki pieczonego kurczaka z pieczonymi ziemniakami. Niby całkiem normalna potrawa, ale dobrze doprawiona i bardzo sycąca.

Występy trwały podczas posiłku i co jakiś czas zapraszano uczestników, aby również nauczyli się lokalnych tańców.

Tutaj chciałam wrzucić zdjęcie, ale tańce były dynamiczne, a zdjęcia - rozmazane.

Wśród stołów krążyła też dwójka fotografów, dziewczyna i facet. Pan wyglądał jak Janosik. Miał długie włosy, paradował w skórzanej, góralskiej kamizelce i z gołą klatą. Wyglądał na lokalnego bułgarskiego amanta, a zważywszy na to, że wiele Bułgarek miało identyczny, wieeeeelki nos jak on, podejrzewałam, że naprawdę był amantem i płacił alimenty połowie kraju ;-)

Gotowe zdjęcia nasi fotografowie wywiesili na tablicy. Można było kupić te, na których się było, za jakieś 5 czy 10 lewów. Skusiłam się, bo to fajna pamiątka do ramki.

Później zaczęła się dyskoteka dla turystów. Parkiet momentalnie się zapełnił... tak, także tymi dziadkami, z którymi jechaliśmy na wycieczkę. Zszokowało mnie to, z jaką energią wywijali. I tylko DJ puszczał jakieś przedziwne miksy, w których słychać było rosyjskie przeboje, Arasha (to pewnie dla Irańczyków) i... Zenka Martyniuka czy też Weekend. Impreza rozkręciła się bardzo szybko i nie wiem, czy przez ograniczony czas (mieliśmy wyjeżdżać o 23, więc na dyskotekę zostały niespełna 2 godziny), czy przez nieograniczoną ilość alkoholu.

W pewnym momencie tańce zostały przerwane. Przyszła kolej na pokaz chodzenia po rozżarzonych (tak, w tym miejscu zrobiłam właśnie pierwszy błąd ortograficzny od lat) węglach.

Pierwotnie to chyba miał być taniec. Ostatecznie pani przebiegła kilka razy po węglach, nieco poirytowana przez polaczków, którzy, mimo zwracania uwagi, żeby nie włączać flesza, uparcie cykali zdjęcia z lampą. Pokaz się skończył, na stołach wylądowały owoce na deser i można było dalej tańczyć. Na parkiecie, nie na węglach.

Ciekawą grupą byli Irańczycy. Ewidentnie muzułmanie, bo kobiety siedziały tam w luźnych strojach i z chustami na głowach. Zajęci panowie dotrzymywali towarzystwa żonom. Ci wolni bardzo szybko wyskoczyli na parkiet... i zaczęli napastować wolne panie. Zresztą, te "niewolne" też.

A gdy się ściemniło... irańskie żony zrzuciły chusty i też zaczęły tańczyć.  Z mężami, jak coś ;-) Podobno muzułmanie uważają, że po zmroku Allah nie widzi, więc robią wtedy to, co normalnie jest im zakazane - tańczą, piją alkohol... Najwyraźniej to prawda, a nie legenda.

Tymczasem impreza trwała - ale nie dla Itaki. Nam kazali się zbierać. Wesoły autobus został zapakowany i wrócił do hotelu, choć wszyscy chcieli jeszcze się bawić. Nic dziwnego, impreza rozkręciła się nader szybko i była naprawdę fajna. Pewnie jednak nie chcieli wieźć "trupów", dlatego zarezerwowano na zabawę tak mało czasu ;-)

Powiedziałabym nawet, że za mało. Ale może dlatego bardziej doceniam? Ogólnie fajnie wyszło. Myślę, że przy zwiedzaniu Nessebaru tak dobrze bym się nie bawiła. Jeśli mnie zapytasz, czy było warto - wielkie, zdecydowane "TAK!"

A teraz ja zapytam: wybrałbyś się też na taką wycieczkę czy wolisz tylko zwiedzać? A może jednak na własną rękę?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Wywiad, sesja i zero rutyny. 17-30 września

Wywiad, sesja i zero rutyny. 17-30 września

W ten piękny poniedziałkowy wieczór opowiem Ci o pozbywaniu się rutyny, dlaczego czytam mało porywające książki i o wyzwaniu, które zaplanowałam na październik. Chcesz dobrze zacząć jesień? Zostań ze mną do końca wpisu i dołącz do mojego wyzwania!

zero rutyny

Przegląd tygodnia

Zasadniczo to nie działo się nic takiego aż do czwartku, choć na początku miałam wrażenie, że będzie bardzo intensywnie. Zaczęło się od fuckupu w pracy oraz silnego postanowienia, że będę ćwiczyć, bo muszę mieć wreszcie czas dla siebie i okazję do wyżycia się po służbowych stresach.





Przyspieszyło w czwartek: nagle wylądowałam w Gliwicach, pracowałam wieczorem (tak, też w Gliwicach) i było kompletnie inaczej, niż zwykle. Do tego jeszcze wrócimy ;-)

W weekend byłam natomiast na rodzinnej imprezie i korzystając z tego, że nie co dzień się tak odstawiam, zrobiłam jeszcze kolejną sesję zdjęciową. Testuję też właśnie dwa sprzęty, w tym smartfon z bardzo dobrym aparatem, więc tym bardziej skorzystałam z okazji. Efekty sesji możesz podziwiać na Instagramie :-)

Z powodu imprezy piątek był szalony, bo świadomość, że w weekend nie będzie czasu na to, co zawsze, skutecznie mnie zmotywowała. Inna rzecz, że w sobotę obudziłam się o 7 rano i jednak czas miałam.

Zrobiliśmy cydr. Znaczy, nastawiliśmy i teraz sam się robi.

Czytałam pewną mało porywającą książkę do pracy - mało atrakcyjną, ale wypełnioną wiedzą po brzegi. Dlatego w ogóle dalej ją czytałam, zamiast odłożyć na bok. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo mnie boli, kiedy książki o pisaniu są napisane kiepsko.

Najnowsze wpisy

Na blogu wyśmiałam Martynę Wojciechowską, jej pracę dla idei i niby-personalizowane wiadomości oraz podzieliłam się świetnymi lifehackami:

Praca dla idei, będzie do portfolio i personalizowany spam


6 genialnych lifehacków, które odmienią Ci życie


Z racji tego, że właśnie zamówiłam nowy notes do Bullet Journal i wodoodporny cienkopis (bo ileż można się bawić w rozmazywanie zakreślaczem), przypominam Ci także nieco starszy wpis z moim wyposażeniem do BuJo. Już wkrótce powstanie kolejna odsłona, w której pokażę Ci mój nowy planer, tymczasem możesz sprawdzić, czego niezmiennie do niego używam:

Mój nowy Bullet Journal - co się zmieniło? Nowy notes w kropki i akcesoria


Przegląd internetów

Czy to jeszcze legalne? Czy za chwilę naprawdę będziemy świadkami rozmów takich jak ta?

- Za co siedzisz?
- Udostępniłem link.
- Szacun!
Ale chyba jeszcze można ;-) Zapraszam Cię więc na mały wywiad ze mną:

Absolutnie nie chodzi tu o żebry w stylu „fajny wpis/zdjęcie, zapraszam do mnie”. To żenada i nie działa, chyba że jak płachta na byka na blogerów, u których tak się promujesz ;-)

Komentuj od serca, na temat i daj coś od siebie. Jak to zrobisz rzetelnie, ludzie przyjdą do Ciebie.

Opowiedziałam w nim, jak pisać, jaki wpływ ma moja praca (copywriting) na blogowanie i jak zostałam copywriterem. Wszystko to znajdziesz u Martielifestyle:

Jak pisać, żeby ludzie chcieli to czytać i do Ciebie wracać?


Swoją drogą, wyjątkowo lubię jej bloga. To, jak Marta pisze, jest wręcz definicją lekkiego pióra - dlatego koniecznie zajrzyj tam także do innych wpisów.


Czas na krótką historię o odwadze, którą podzieliłam się już na Stories, ale myślę, że warto zapisać ją także tutaj:

27 lat jak na członkinię starego szkockiego rodu z Northumberland i kobietę epoki wiktoriańskiej, to wiek dość zaawansowany i raczej bez widoków na małżeństwo. Reputacji dziewczyna nie miała najlepszej – jej odejście z dworu królowej okraszone było szczyptą plotki i niesmaku. 

Szczęście jednak uśmiechnęło się i do Florence. A zaczęło się od nieszczęścia. Nagle poważnie zachorował jej ukochany piesek Sun i nie znalazłszy weterynarza, zabrała go do zwykłego lekarza. Profesor Salvatore Cacciola, po początkowych protestach widząc desperację właścicielki, zgodził się i uratował pupila. I zaiskrzyło.

Teoretycznie pójście z chorym pieskiem do "ludzkiego" lekarza jest wyjątkowo głupie. W praktyce: jeśli coś jest głupie, ale działa, to wcale nie jest głupie. A więcej o Florence Travalyan i przyczynach jej wątpliwej reputacji przeczytasz we wpisie Śladami angielskiej lady na blogu Sycyliada.pl.


Najważniejszym celem filozofii lean jest eliminacja wszelkich nieregularności, które wpływają na zachwianie przepływu informacji i materiałów w firmie. Efektem tej nieregularności jest nadmierne obciążenie pracą. To z kolei powoduje pojawianie się marnotrawstwa.

Lean management. Upraszczanie, optymalizacja i eliminowanie biurokracji. Słowem: podejście, które jest mi wyjątkowo bliskie.


Jakiś czas temu pomogłam znajomej zacząć blogować z głową. Określiłyśmy oś tematyczną dla bloga, podpowiedziałam, jak powinien funkcjonować sklep, pomogłam nakreślić założenia biznesowe, pogadałam o SEO, wyglądzie, UX itd… Sporo tego!

Naprawdę do omówienia jest wiele zagadnień i każde wydaje się ważniejsze od poprzedniego. Na początku to może przytłaczać.

Jeśli tak, jak ja ostatnio, masz potrzebę rozwoju, zajrzyj także do Natalii i zobacz, jakie książki chciałaby przeczytać, zaczynając blogowanie. Niektóre z nich mam już za sobą i również polecałam je u siebie na blogu!

I nieważne, czy już zacząłeś blogować, czy dopiero zamierzasz - każdy moment jest dobry na wybranie czegoś dla siebie. A gwarantuję Ci, jest z czego wybierać.


Mam też ostatnio potrzebę nowości. To dlatego pojechałam ni stąd, ni zowąd do Gliwic i pracowałam wieczorem, czy też ćwiczyłam na stepperze w weekend - choć zazwyczaj weekendy to świętość i święte lenistwo. Ale czasem trzeba zrobić coś inaczej niż zwykle, żeby... pobudzić kreatywność. Dlatego postanowiłam zorganizować wyzwanie: Miesiąc Bez Rutyny. Dołączasz? Jeśli tak, pokaż, jak pozbywasz się rutyny ze swojego życia. Co nowego i nietypowego robisz? Oznacz mnie w swoich postach na Facebooku i Instagramie oraz w relacjach, i dodaj hashtag #miesiacbezrutyny. Już ja Cię po nim znajdę! I udostępnię ;-)

A więcej przeczytasz u mnie na Facebooku lub Instagramie.

Co u Ciebie ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
6 genialnych lifehacków, które odmienią Ci życie

6 genialnych lifehacków, które odmienią Ci życie

Życie to sztuka. Czasami realizowanie codziennych obowiązków wymaga sporej dawki kreatywności. But obetrze, pokrywka do garnka pęknie, albo coś innego nieprzewidzianego wymaga szybkiej reakcji. Jak wybrnąć? Dziś podzielę się z Tobą kilkoma lifehackami, które stosuję w kryzysowych sytuacjach. Większość z nich odkryłam sama.

6 genialnych lifehacków

1. Aby życie miało smaczek...

Obiad nie ma smaku, choć już go przyprawiłeś? Sprawdź, co masz w lodówce i kombinuj. Ja sama dodawałam już pesto z Biedronki do pieczarkowej i powidła śliwkowe do sałatki z winegretem. Za te dwa patenty mogę ręczyć.


2. Obietnica z pokryciem

Nie masz pasującej pokrywki do garnka? Ja też nie, bo mi kiedyś epicko pękła i do dziś nie kupiłam nowej. Ale to nic. Bo garnek można też przykryć folią aluminiową i to sprawdza się genialnie.

Tylko dobrze dopasuj brzegi, żeby się nie zapaliły!

3. Na otarcie łez

But Cię obciera? Przyklej w jego wnętrzu... kawałek wkładki higienicznej (albo nawet i całą). Pomysł powstał naprędce, na bazie jakiegoś amerykańskiego triku, ale - działa. No chyba że idziesz w gości... To w takim razie czas na kolejny trik:

Jeśli but Cię obciera i przykleiłeś w jego wnętrzu wkładkę higieniczną, a właśnie jesteś w gościach i buta wypadałoby zdjąć... pamiętaj, że ludzie w przedpokojach mają szafki ;-) No dobra, już sobie nie kpię.

4. Szybciej, mocniej, lepiej

Nie masz czasu na oglądanie filmów z YouTube czy naukę z kursów wideo? Oglądaj je na przyspieszeniu. Szczególnie te mało wartościowe materiały z YT. Ale i kursy dobrze się tak ogląda. Najlepiej z przyspieszeniem 2x. Wszystko dociera. Poza tym w moim odczuciu intensywne skupienie w krótszym czasie przynosi więcej korzyści. No i trwa to o wiele krócej.

5. Uwolnij weekend

Masz wrażenie, że całe Twoje życie to nieustanna gonitwa? Praca, dom, a w weekend do tego pranie, sprzątanie, zakupy i zero odpoczynku? 

Rób tak, jak ja: pranie tylko w tygodniu, sprzątanie i zakupy w czwartek. To jest bardzo fajny dzień. Taki mały piątek. Wciąż jednak całkowicie roboczy - dlatego ogarnięcie domowych obowiązków wtedy tak nie boli. A weekend caaaaały dla Ciebie. Robię tak od dawna i gorąco polecam.

6. Prasuj mądrzej, a nie więcej

I skoro już jesteśmy przy praniu, to warto wspomnieć o prasowaniu. Nie lubię go bardzo i unikam, jak mogę. Nie prasuję dżinsów, skarpetek i innych rzeczy, które wystarczy nałożyć na siebie, żeby się rozprostowały. Ratuje mnie przed tym także włączanie trybu "łatwe prasowanie" w pralce - dzięki któremu wyciągam znacznie mniej wymiętolone ubrania. 

Kolejną ważną kwestią jest dokładnie strzepnięcie ich po wyjęciu z pralki i staranne rozwieszenie - zazwyczaj to załatwia sprawę. Pozostałe przypadki sporadycznie dbają o to, żebym nie zatraciła umiejętności prasowania ;-)

A, i jeszcze jedno: prasowanie parą. Żadnych żelazek, desek i innych tego typu rzeczy. Tylko prasownica. To naprawdę jest szybsze i wreszcie nie walczę ze znienawidzonymi kantami na rękawach.

A teraz może Ty polecisz mi jakiś swój trik, który ułatwia Ci życie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Praca dla idei, będzie do portfolio i personalizowany spam. 1-16 września

Praca dla idei, będzie do portfolio i personalizowany spam. 1-16 września

Jeśli miałabym już zawsze zaczynać swoje wpisy według jednego schematu, tak, jak ten z zeszłego tygodnia, to musiałabym właśnie napisać, że za oknem słońce, w garnku ziemniaki... nie, nie idźmy tą drogą :-D

wrzesień i wrzosy w doniczce

Postanowiłam stworzyć coś luźniejszego, żebyście na pewno wiedzieli, że żyję i że się nie opierdalam. No to jestem i piszę. Dzisiaj lifestyle i duuuuuużo linków. I choć formuła wpisu typu "przegląd tygodnia" jest wyjątkowo prosta, to samo jego tworzenie zajęło mi chyba z 5 godzin już ;-)

Przegląd tygodnia

Co z tymi ludźmi jest nie tak? Jeszcze nigdy nie dostałam tak wielu wiadomości prywatnych, które kwalifikowałyby się jako spam. Zaczynam obserwować jakieś obiecujące konto na Insta? BUM, "Zapraszam Cię do grona ambasadorek marki-którą-znam-tylko-ja/Widzę, że interesuje Cię możliwość zarabiania w internecie/If you'd like to join to illuminati...". I tak, to ostatnie to cytat dosłownie z życia wzięty, bo i taką wiadomość dostałam. Albo wypowiem się raz na grupie dla profesjonalistów i potem priv: "Widzę, że udzielasz się na grupie X, a ja założyłem grupę Y. Poszukuję osób zainteresowanych tematem. Może dołączysz?"

A tymczasem, gdybym odpowiadała na taki spam, brzmiałoby to mniej więcej tak:

1. Nie.
2. Nie.
3. Nope.
4. Nie.

Po prostu bokiem mi już wychodzi to "personalizowanie przekazu" w internecie, szczególnie gdy ktoś robi to źle. Albo niewystarczająco dobrze.

Ale niektórzy nie potrafią też targetować reklam... Obserwuję całą sytuację z dużym smutkiem i cieszę się, że choć agencja nabrała wody w usta, to sam producent postanowił przeprosić. I z drugiej strony, przykro mi, że istnieją TACY... hmmm, mężczyźni? Chyba jednak nie.

Zaczął się rok szkolny. Mam poczucie, że nowe idzie, że jesień, że po wakacyjnym luzie wracamy porządnie do pracy (bo Q4 coraz bliżej), ale to jest coś innego niż kiedyś. I 1 września, zamiast stać w białej bluzce i granatowej kiecce na nudnym apelu, podróżowałam. Odkryłam cudowne miejsce. Piękny zalew, plaża, mało ludzi... dlatego nie napiszę tutaj, gdzie to jest, bo nagle tych ludzi tam drastycznie przybędzie. (Protip: Ale info znajdziesz na moim Instagramie ;-)).

Mam też dobry moment na kreatywne działania. Tematy na Stories i wpisy, a nawet pomysłowe lifehacki pojawiają mi się w głowie niemal same. Tymi ostatnimi również się podzieliłam ;-)

Rozwiązałam też ostatnio problem z blogami, które lubię, cenię i chciałabym być na bieżąco z tym, co publikują... ale nie mają Bloglovin'. Wybrnęłam, gdy ktoś polecił mi Feedly do zapisywania artykułów na później. Przetworzyłam to po swojemu i stwierdziłam, że może zadziała. I tak, działa - bo blogi na Bloggerze i Wordpressie mają kanał RSS. W ogóle, większość stron ma, więc można sobie aktualizacje z nich zbierać w jednym, wygodnym miejscu. Warto!

Najnowsze wpisy





W ramach odkurzania starych postów:

Znacznie częściej zdarza mi się używać ponadprogramowych przecinków niż o nich zapominać. Zawsze mam jakieś w zapasie ;-)

Nie tylko mnie sprawia to problem. Aż założyłam ostatnio w pracy skup niepotrzebnych przecinków ;-) A kiedyś o błędach napisałam:

Czy copywriter może robić błędy?


wrzesień i wrzosy w doniczce

Przegląd internetów



Właśnie sobie pomyślałam przy tym artykule, że trzeba być cholernie kreatywnym człowiekiem, żeby tak pisać. Czytanie ich nagłówków i tekstów nigdy mi się nie nudzi.



I tutaj mam pewien dysonans poznawczy, bo myślę, że jestem nawet bardzo dobra :-P


A jeszcze większy mam, kiedy czytam coś takiego:

– Niby wszyscy świetnie się prezentują, mają pasję, chęć do pracy, chcą się rozwijać - w CV znakomicie to wygląda, w rzeczywistości jest już jednak gorzej. U młodych dominuje postawa roszczeniowa. Millenialsi wiele oczekują i wiele chcą, ale nie potrafią się odnaleźć na rządzącym się swoimi prawami rynku – opowiada. (...) Co więcej, milenialsi chcą pracować za pieniądze, a przecież nie to jest najważniejsze.


Co za bzdura! Czemu wszyscy są tacy chętni do płacenia nam w ideach, misjach i "będzie do portfolio", ale do przyjmowania w nich zapłaty już nie? 

To jest kwintesencja Janusz-biznesowego podejścia. Droga Grażyno Martyno... Chyba czas przestać odkrywać krańce świata, a zacząć odkrywać krańce Polski. Zobaczyć te wszystkie miasteczka, wioski... To dobrze robi na oderwanie od rzeczywistości.


Zawsze zadaję tym ludziom to samo pytanie: "Dobrze. Ty kochasz pracować 14 godzin na dobę. Mógłbyś nie wychodzić z pracy. A co na to twoi bliscy? Przyjaciele? Partner, partnerka, dzieci? Ile straciłeś ostatnio ważnych wydarzeń z ich życia?"



Pamiętam, że pewnego razu, na początku działania firmy, dostałem zaproszenie na spotkanie zapoznawcze w Lublinie. Pognałem z wywieszonym jęzorem. 484 kilometry z Wrocławia, gdzie mam siedzibę. 5 godzin i 45 minut w samochodzie w jedną stronę, 20 minut u potencjalnego klienta i kolejne 6 godzin drogi powrotnej. Oczywiście, nic z tego nie wyszło.


Paweł Tkaczyk radzi, tłumaczy, co to jest koszt alternatywny i - jak zawsze - opowiada historie. Bardzo mądry artykuł. Szczególnie przydatny dla freelancerów, ale nie tylko - bo i w firmach często rzuca się wszystko dla tego jednego przedsięwzięcia, które za chwilę umrze śmiercią naturalną, bo nie daje takich efektów, jakich oczekiwaliśmy.


Maurycego Wlazło czy Maurycego Wlazła? Grzegorza Turnau czy Grzegorza Turnaua? Nazwiska w języku polskim potrafią przysporzyć problemu (szczególnie tym, którzy żyją z pisania), dlatego podrzucam sprytną stronkę.


Na Twitterze odnalazłam się doskonale. Mam problem z tylko jedną rzeczą: użyciem hashtagów. Mam nadzieję, że to narzędzie wreszcie mi w tym pomoże. Wygląda obiecująco:


Co u Ciebie słychać? Może podzielisz się też ze mną ciekawym artykułem? Może być Twój własny ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
5 filmów, które warto obejrzeć we wrześniu

5 filmów, które warto obejrzeć we wrześniu

W ogóle nie zapisuję ostatnio, co oglądam. Lecę teraz kompletnie z pamięci. Być może więc coś nieciekawego z niej nieopatrznie wyrzuciłam... ale dzięki temu wszystkie filmy, które pojawiły się w poniższym wpisie, są warte obejrzenia (bardziej lub mniej, nie może być zbyt cukierkowo). Chcesz wiedzieć, co to za produkcje, prawda? To kubek w dłoń i czytaj dalej.

oglądanie

Ant-Man i Osa


Z aresztu domowego do innego wymiaru.

Krótki opis moich wrażeń znajdziesz tutaj, w recenzji zbiorczej filmów Marvela.



Mission Impossible: Fallout


Ethan Hunt ratuje świat przed bronią nuklearną.

Serię Mission Impossible oglądam, jak popadnie. Jedną część zobaczę, pięciu nie - i dobrze mi z tym. Wypadło akurat na Fallout. W kinie robiło wrażenie. Było śmiesznie, strasznie i emocjonująco, a twórcy trochę sobie pogrywali z widzem. Nawet trochę bardzo. I bardzo bawiły mnie wąsy Henry'ego Cavilla. Polecam. Naprawdę dobry film akcji.

303. Bitwa o Anglię


Brytyjskie spojrzenie na słynny polski dywizjon 303.

Mam mieszane uczucia. Ogólnie nie było tak źle - nawet w miarę akcja się posuwała, coś się działo i jakąś historię to opowiadało. Z niecierpliwością czekałam na sceny podniebnych walk - i pożałowałam, gdy tylko je zobaczyłam. Jakość efektów specjalnych okazała się wyjątkowo słaba. Utrzymuję jednak, że Przemysław oglądał jakiś inny film, bo czas trwania sekwencji nie był aż tak krótki, jak Spider's Web zapowiadał.

Zadziwił mnie Ivan Rheon mówiący po polsku - ale głos podłożono dobrze i w niewielu momentach dało się zauważyć, że to dubbing. Najbardziej zaskakujące było jednak zakończenie, w którym Brytyjczycy przyznali się do kiepskiego potraktowania Polaków. Ogólnie - jest nieźle, ale mogłoby być o wiele lepiej.

Jurassic World: Upadłe królestwo


Wyspa, dinozaury i źli ludzie.

Isla Nublar została już prawie zapomniana... Nie, jednak nie. Bo ktoś wpadł na pomysł, że te dinozaury to mogą się jeszcze do czegoś przydać. Do czegoś złego, rzecz jasna...

Oglądałam jednym okiem, bo to mało angażujący film, ale jak ktoś chce się odmóżdżyć, to spoko. Bywa śmiesznie, bywa wzruszająco i akcja czasem też rusza z miejsca.

Nie jestem łatwy


Seksista i nałogowy podrywacz nagle sam staje się ofiarą.

Niespodziewana zamiana ról - gość, który naprawdę się nie oszczędza w temacie podrywu, ląduje w alternatywnym świecie. Tam rządzą kobiety. To one noszą garnitury, są głowami rodzin, prowadzą firmy, gwiżdżą na ulicy na przystojnych mężczyzn i awansują tych, którzy się z nimi prześpią. 

Faceci natomiast chodzą w przykrótkich spodenkach albo w chustach, depilują się i zajmują głównie dbaniem o wygląd oraz strzelaniem fochów. I byciem dyskryminowanym. Nie ma feministek - są za to maskuliniści, którzy walczą o równe prawa dla panów. Zamiast gliniarzy mamy gliniarki, zamiast śmieciarzy - śmieciarki (!), a jak chcesz kogoś obrazić, to nie mówisz skurwysynu, tylko kurwia córko.

Wszystko odwrócone. Generuje to serię mniej i bardziej zabawnych zdarzeń. Dziwny film momentami, ale sam pomysł robi wrażenie. Warto obejrzeć.

A Ty jaki film polecasz? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Mój nowy Bullet Journal – co się zmieniło? Nowy notes w kropki i akcesoria

Mój nowy Bullet Journal – co się zmieniło? Nowy notes w kropki i akcesoria

Nowy notes, nowa energia do działania – tak najprościej mogę opisać swoje odczucia po wymianie notesu do Bullet Journal. Poprzedni sprawdzał się świetnie, jednak zapisałam go niemalże do granic. Przyszedł zatem czas na wymianę – a wraz z nią zmieniły się też nieco akcesoria, jakich używam, tworząc swój BuJo. I o nich Ci dzisiaj opowiem.

notes w kropki do Bullet Journal

Poprzednią odsłonę wpisu na temat wyposażenia do Bullet Journal znajdziesz tutaj:

Ile kosztuje Bullet Journal? Notes w kropki i inne akcesoria do BuJo


A na zdjęciu wszystko, czego obecnie używam.

notes w kropki i akcesoria do Bullet Journal


Notes w kropki

Pamiętasz mojego Memobooka? Był całkiem fajny i dobrze się w nim rysowało. Miał jednak kilka wad: zbyt duży rozmiar, brak gumki na długopis, brak miejsca na luźne karteczki oraz mało atrakcyjny wzór na okładce. Na początek był OK, z czasem jednak zaczęłam wymagać więcej. Już prawie pogodziłam się z losem, że czas zainwestować w Leichtturma w niedorzecznej cenie… gdy w Empiku znalazłam ideał: piękny, niewielki notes w ładnej okładce i ze wszystkimi dodatkami takimi jak gumki czy koperta. Za jedyne 25 zł! 


Nie było się nad czym zastanawiać.

Od tej pory korzystam z notesu Antra Romantyzm, w czerwonej okładce. Do wyboru miałam kilka modeli z różną liniaturą, u mnie jednak oczywiście wygrały kropki. I to jest dokładnie to, czego potrzebowałam.

Akcesoria do pisania

Zwykły czarny długopis
Po prostu. Używam go na co dzień do wpisywania planu dnia i uzupełniania tabelek.

Znów wróciłam do cienkopisów Faber Castell (i tak, kolejny właśnie wymiękł na metalowym szablonie). W planach mam zakup czegoś wodoodpornego – właściwie, to już kupiłam marker do płyt z końcówką cienkopisu, ale jakoś mnie nie urzekł. Chyba trochę zbyt gruba ta końcówka. FC natomiast są OK, tylko niestety rozmazują się pod zakreślaczami.

Moja kolekcja jeszcze trochę się wzbogaciła – o kolor turkusowy. I w tym momencie mogę już powiedzieć, że jestem dobrze zaopatrzona i mam wszystko, czego potrzebuję. Ostatecznie i tak w widoku miesięcznym staram się ograniczać ilość kolorów do podobnej tonacji. Mam wrażenie, że wtedy BuJo jest bardziej przejrzysty.


Dodatkowo korzystam też z kolorowych flamastrów. Ostatnio wybieram kolor niebieski, tak, aby pasował do błękitnego zakreślacza. Flamastry jak flamastry – kupiłam kiedyś dwa opakowania, chyba oba w Kiku za grosze. Nie ma tutaj czego wymagać. W linku podrzucam inne mazaki, warte uwagi.

Flamastry pędzelkowe
Ech… Kupiłam je w Flying Tiger. Niestety, to, co tam sprzedają za grosze jako flamastry pędzelkowe to najzwyklejsze w świecie mazidła. Mogłyby za zakreślacze co najwyżej robić. Wspominam o nich tylko z czysto kronikarskiego obowiązku, żeby Cię przestrzec – a sama szukam ideału (znaczy: nie za drogo i dobrze). Kusi mnie mocno brushpen Tombow Fudenosuke.

Dodatkowe akcesoria

Jestem dokładna i staranna, więc bez niej się nie obejdzie. Ciągle używam tego samego modelu, który opisałam w poprzednim wpisie. Zresztą – linijka to linijka, nie ma się nad czym rozwodzić.

Miałam ambitne plany, żeby jeszcze jakieś dokupić, ale okazało się, że nawet tego używam raczej dość sporadycznie. Tym sposobem nie inwestuję – to taki miły dodatek, który przydaje się tylko od czasu do czasu i ten jeden wystarcza mi w zupełności. Gdyby tylko tak jeszcze cienkopisów nie niszczył…

Dla mnie niezbędny. Nie pytaj, ile razy pisałam nie tę nazwę miesiąca czy myliłam cyferkę w roku. Ba, nawet sobie termin urlopu wpisałam o tydzień za wcześnie. Słowem: albo będę kreślić, albo zmazywać w jakiś bardziej kulturalny sposób. I wybrałam to drugie.

A czego Ty używasz do swojego BuJo? Wygrywa minimalizm czy maksymalne wyposażenie od a do zet?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Stories, live'y i oszustwa na Instagramie. Przegląd tygodnia 20-30 sierpnia

Stories, live'y i oszustwa na Instagramie. Przegląd tygodnia 20-30 sierpnia

Końcówka sierpnia. Popołudnie. Za oknem słońce, ja w sukience, a kuchnia pachnie waniliowymi babeczkami. Rzadko piekę, ale akurat dziś mnie naszło. Czy to dobry moment na przegląd tygodnia? Powiedziałabym, że nawet idealny. Kawa w dłoń i zaczynamy!

Stories, live'y i oszustwa na Instagramie

Przegląd tygodnia

Czy Ty wiesz, że robiłam ostatnio live'a o copywritingu i social mediach? A nie wiesz, bo mnie nie obserwujesz na Instagramie. Kto jeszcze nie kliknął "Obserwuj", ten teraz biegnie i klika tutaj. Żeby Cię kolejne live'y i porady w Stories nie ominęły!


A jeśli jeszcze dalej się zastanawiasz, to opowiem Ci, o czym mówiłam:
  • jak to się stało, że zostałam copywriterem i jak zacząć w tej branży
  • jakie książki przeczytać na początek swojej copywritingowej drogi
  • co ja właśnie czytam i czy warto
  • jak pisać maile ofertowe
  • jak użytkownicy Instagrama oszukują - i nie było tu tylko o botach, bo pojawiły się bardziej wyrafinowane metody ;-)
Nie uwierzyłabym, gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że będę nagrywać gadane Stories i live'y. No popukałabym się w czoło. To, jak zaczęłam, to spontan kompletny i opowiadałam o tym na poprzednim livie.

Poza tym to był fajny tydzień. Przez cały czas jeździłam nowym autem do pracy (bo przecież trzeba je przetestować w różnych warunkach ;-)). Oprócz tego intensywnie przerabiałam kurs, o którym napiszę Wam wkrótce osobny post. Frustrowałam się - a tych frustracji we mnie ostatnio coraz więcej...

W celu ich odreagowania wyruszyłam na małą wycieczkę do Koszęcina. Przede wszystkim na odkryty basen - co na początku wywołało we mnie jeszcze większą frustrację, bo pogoda się załamała tuż przed moim wyjazdem. Ale na szczęście wyjazd doszedł do skutku, spędziłam bardzo miły czas, zanim znowu się zachmurzyło i zaczęło padać ;-) Zobaczyłam też pałac w Koszęcinie, w którym się obecnie mieści siedziba Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk", a także zjazd kamperów, który się tam wtedy odbywał.


Ciekawa sprawa w ogóle, te kampery, ale ze wszystkich osób, które znam, jest tylko jedna, z którą mogłabym spędzić kilka dni w tak mikroskopijnej przestrzeni i nie zwariować ;-)

A, byłam jeszcze w kinie, bo mi skapnęły vouchery, i obejrzałam sobie 303. Bitwa o Anglię. Nie było tak źle, jak mi zapowiadano, a Przemysław zdecydowanie pomylił filmy, bo sekwencje podniebnych walk wcale nie trwały około 40 sekund. Powiedziałabym nawet, że było ich całkiem sporo, całkiem długie i tylko sama jakość efektów zaplecza nie urywała.

A potem złapało mnie paskudne uczulenie i pierwszy raz w życiu dowiedziałam się, co to pokrzywka. Wierzcie mi, ta nazwa nie powstała przypadkowo. Nie polecam.

Najnowsze wpisy

Dla kogo jest regularność i gdzie byłam, jak mnie nie było


Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką


Jak zorganizować konkurs i uniknąć hejtu? 4 wskazówki dla organizatora


Przypominam Wam też o wpisie odrobinę tylko starszym:

Elvis żyje i kupuje bułgarską Viagrę. Wakacje z Itaką w Złotych Piaskach


Można było przejść się do centrum - pełnego różnych knajp, stoisk i pamiątek. Nie brakowało tam również przerażających barów z niemiecką muzyką rozrywkową, która idealnie nadawała się do puszczania więźniom w Guantanamo ;-) Wystrój przed nimi również był koszmarny...

Im dalej w las... to znaczy, w centrum, tym więcej reklam z wyginającymi się paniami i podpisów typu "strip club", "erotic club" oraz banerów kierujących do stoisk oferujących - a jakże by inaczej - na przykład Viagrę. Bez zażenowania. Podobno zdarzało się też, że sprzedawcy nagabywali młodych ludzi na plaży i proponowali im narkotyki...

Przegląd internetów


Starszy aspirant Poliński wiele już w życiu widział. To miało być kolejne rutynowe zgłoszenie. Pijany, agresywny kierowca, którego zatrzymali przechodnie. Nic nowego.

Niespiesznie wsiadł do radiowozu, wypił łyk mineralnej i ruszył spod komendy. Gdy dojechał na miejsce i podszedł do starego Forda, oniemiał. Tego jeszcze nie było...

Czyli o kierowcy wyczynowym, który założył sobie protezę nogi na rękę i tak kierował samochodem. A tutaj link do info z gazety na ten sam temat.

Chcesz założyć firmę, jednakże zastanawiasz się, na co się zdecydować? Jaka branża? Jaki klient? Sprawdź artykuł Jak wymyślić własny biznes na 4 sposoby? Problem tkwi w tym, że kiedy przeczytałam całość, miałam już 4 pomysły w głowie...

Na Instagramie od kilku dni popularne stają się posty, w których rzekome firmy odzieżowe, zachęcają ludzi do zostania ich własnym ambasadorem marki. W zamian "oferują" promocję profilu, wynagrodzenie finansowe czy przesyłanie darmowych zestawów produktów. Brzmi podejrzanie? To jednak dopiero początek.

To właśnie są te oszustwa, które ostatnio stały się popularne na Instagramie. Proste i całkiem wydajne. Profile, które próbują w ten sposób zbierać społeczność, są regularnie usuwane, ale szybko powracają i nadrabiają straty.

W 1961 r. ukazała się w USA kolorowanka dla dorosłych zatytułowana The Executive Coloring Book i będąca satyryczną opowieścią o życiu pracownika korporacji. Książka na tyle się spodobała, że kilka tygodni spędziła wtedy na liście bestsellerów magazynu The New York Times. Mimo iż od jej wydania minęło już ponad pół wieku, to ogólna jej wymowa wydaje się jak najbardziej aktualna.

A co tam u Ciebie dobrego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Jak zorganizować konkurs i uniknąć hejtu? 4 wskazówki dla organizatora

Jak zorganizować konkurs i uniknąć hejtu? 4 wskazówki dla organizatora

Organizujesz konkurs? Boisz się po raz kolejny mierzyć z komentarzami niezadowolonych uczestników, gdy ogłosisz wyniki? Widzisz, że liczba fanów rośnie tylko na czas rywalizacji, a po niej drastycznie spada? Skorzystaj z perspektywy konkursowicza i poznaj moje wskazówki.

wskazówki dla organizatora konkursu


1. Rymowanka to nie wysiłek

Prosisz o kreatywną formę, a potem wygrywa rymowanka? Obrażasz w ten sposób wszystkich tych, którzy poświęcili wiele godzin i stworzyli rysunek, filmik czy oryginalną wypowiedź. Napisanie kilku wersów z częstochowskimi rymami to żaden trud, szczególnie jeśli wzorujesz się już na istniejącym wierszyku. Wystarczy mieć jako takie wyczucie rytmu i dostęp do serwisu podpowiadającego rymy do wyrazów. 5 minut i gotowe.

Każda Grażyna na hasło "konkurs" odruchowo zaczyna rymować: "Wygrać bardzo bym chciała/bom tostera jeszcze nie miała/więc będę go używała... ała, ała, ała".

Umiem przegrywać, ale nie ze słabszymi od siebie - i myślę, że nie tylko ja tak mam. Dlatego właśnie uczestników tak bardzo boli, gdy oczekujesz kreatywności, a potem przyznajesz główną nagrodę temu, kto był najmniej twórczy.



2. Nie pomagaj tym, którzy nie przeczytali regulaminu

Z tym spotkałam się stosunkowo niedawno. W regulaminie organizator prosił o umieszczenie w wypowiedzi konkursowej zgody na regulamin. Oczywiście, większość osób w ogóle zasad nie przeczytała... 

I nagle zobaczyłam, jak organizator pod komentarzem każdej z nich prosił o dodanie formułki. Można to potraktować jako swego rodzaju zachętę do nieczytania regulaminu i nieprzestrzegania go, prawda?

A czy to było fair wobec tych, którzy zapoznali się z regulaminem i postąpili zgodnie z nim? No raczej, że nie. Kto nie przeczytał, ten nie może mieć pretensji, gdy nie wygra. Frycowe się płaci.

3. Nie przedłużaj

To jest największy koszmar konkursowicza - brak informacji, kiedy będą podane wyniki. Albo informacja jest, ale organizator przedłuża w nieskończoność i przekracza termin.

Rozumiem, że czasem zainteresowanie konkursem przerasta Twoje oczekiwania, ale w takim przypadku zwiększasz ekipę, która wybiera zwycięzców i ogłaszasz wynik na czas. W innym przypadku zyskasz opinię niepoważnego albo wręcz oszusta, który tylko zebrał dane.

4. Nie wybieraj pierwszego lepszego

Nie dziw się, że leci hejt, jeśli prosisz o kreatywną formę i zapowiadasz, że wybrana zostanie najlepsza praca, a wybierasz potem słabą, albo co najmniej średnią. Pozostali uczestnicy sprawdzają, co napisały inne osoby i mają pojęcie, które prace były na ich poziomie, które lepsze, a które w ogóle nie stanowiły konkurencji. 

Tym bardziej są zdziwieni, jeśli przy wartościowej nagrodzie wygrywa byle co. Nie mówię tutaj już o rymowankach, bo to inna kategoria, ale o obiektywnie słabym zgłoszeniu.

Pierwszą moją myślą w takiej sytuacji jest: "Najnowszy komentarz, daleko nie szukali..."albo "A Wy tych zwycięzców to losujecie czy jak?"

Boisz się, że wybierzesz coś słabego? Zorganizuj kilka osób i wybierajcie wspólnie, a na koniec spytaj kogoś jeszcze, czy wybrana praca jest dobra, czy były od niej lepsze. Bądź sprawiedliwy.

I tak, hejt jakiś zawsze się może pojawić. Ale powiem Ci z doświadczenia: kiedy wybrane jest dobre zgłoszenie, mało osób się doczepi. Jeśli nawet będzie im żal, że to nie oni wygrali, i tak pogratulują zwycięzcom - bo będą wiedzieli, że po prostu wygrał lepszy, a nie ten, którego komentarz pojawił się ostatni.

Czasami nawet, jak schrzanisz, nie zbierzesz hejtu - wtedy możesz uznać, że masz szczęście. W uczestnikach się gotuje, ale są na tyle kulturalni, że żółć wylewają poza Internetem. Nie zawsze jednak jest aż tak pięknie.

Teraz już wiesz, o co chodzi uczestnikom konkursu? :-)

Hej, konkursowicze! Wiem, że tu jesteście! Dodajcie jeszcze coś w komentarzach - niech ten wpis będzie maksymalnie praktyczny :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką

Zakręcone odkręcanie i bułgarskie alkohole. Wycieczka lokalna z Itaką

Kiedy już naprawdę serio znudziło się nam leżenie na plaży i opalanie (czytaj: kiedy spaliłam sobie plecy), postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę. Do wyboru mieliśmy bardzo wiele różnych ofert i ostatecznie padło na zwiedzanie starożytnego Nessebaru.

widok na Morze Czarne z ogrodu botanicznego  w Bałcziku

Wycieczkę zarezerwowaliśmy na stronce. Owszem, można ją było też wykupić u rezydenta, ale ceny były ciągle podawane w euro, których nie mieliśmy przy sobie, więc sobie nawet nie zawracałam głowy przeliczaniem i rezerwacją osobistą.


Niemiłe dobrego początki...

Nadeszła środa. Wstaliśmy o 7 rano, co na wakacjach jest strasznym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli poszło się spać o 1 w nocy. Szybko zjedliśmy, wypiliśmy kawę i wyszliśmy przed hotel. Towarzyszyło mi jakieś nieokreślone przeczucie, że coś nie wyjdzie.

Po 15 minutach czekania autokar nie przyjechał. Zadzwoniliśmy więc do lokalnego organizatora, który... przeprosił i oznajmił, że wycieczka jest przełożona na niedzielę z powodu braku wystarczającej liczby chętnych. No spoko, tylko że w niedzielę to my będziemy już w Polsce.

Trzeba było to jakoś odkręcić. A proces odkręcania okazał się szaleńczo zakręcony.

Najpierw zadzwoniliśmy do rezydenta. Najwyraźniej go obudziliśmy, bo nie do końca kminił, o co chodzi. Postanowiliśmy więc zadzwonić na numer infolinii Itaki obsługujący wycieczki fakultatywne - ale najpierw musieliśmy poczekać, aż infolinia zacznie pracę, bo było jeszcze rano, a my w innej strefie czasowej.

Po kilku rozmowach, w których trudno było ustalić te same szczegóły (pamiętaj, osobne jednostki organizacyjne everywhere), i bezpośrednim kontakcie z rezydentem, udało się wreszcie załatwić satysfakcjonujące rozwiązanie. Organizator pieniądze przeniesie sobie sam na poczet innej wycieczki, na którą jedziemy po południu.

Totalnie niewyspani (jak ten rezydent) spędziliśmy zatem miłe przedpołudnie na basenie, zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy na miejsce zbiórki. Z niego mieliśmy jechać do Bałcziku, na przylądek Kaliakra oraz na bułgarską biesiadę. Na zdjęciu: przylądek Kaliakra.

widok z przylądka Kaliakra w Bułgarii

Jedziemy na wycieczkę

Na miejscu zbiórki trochę się wystraszyliśmy, widząc, że otaczają nas ludzie o średniej wieku 60+. W autokarze tym bardziej: to był dosłownie oddział geriatryczny. Ci wszyscy ludzie razem mieli z kilka tysięcy lat... 

Naszym przewodnikiem był Bułgar Vasco, który wyglądał wypisz wymaluj jak Albert Einstein w hawajskiej koszuli, względnie Ernest Hemingway. Bardzo dobrze mówił po polsku. Sprzedał nam w czasie drogi i oprowadzania dużo ciekawostek o mijanych miejscach, i właściwie to gadał bez ustanku.

Bałczik

Podobno to Białe Miasto, ale jakoś nie zauważyłam ;-)  Odwiedziliśmy letnią rezydencję rumuńskiej królowej - Ciche Gniazdo - oraz okalający ją przepiękny ogród botaniczny. Znajdowały się w nim także niewielkie winiarnie. Do jednej z nich zawitaliśmy na degustację win: śniegowego, figowego i malinowego. Mieliśmy także okazję spróbować migdałowego likieru amaretto i 18-letniej rakiji.

ogród botaniczny w Bałcziku w Bułgarii

Po tej ostatniej to aż oczy łzawiły i to mimo picia we właściwy sposób ;-) Nie jest tajemnicą, że Polacy rakiji pić nie potrafią. Traktują ją jak wódkę albo bimber i wychylają na hejnał, zapijając sokiem lub gazowanym napojem. Tymczasem rakija uchodzi za bułgarską brandy i należy ją pić powoli, sączyć i delektować się. W innym przypadku bardzo szybko uderza do głowy. Cóż, ja wyznaję zasadę, że delektujemy się tym, co nam smakuje, a ten alkohol smakował mi wyłącznie w drinkach z colą. Sam wypalał wnętrzności ;-)

Za to bułgarskie wina są przecudowne. Śniegowe było winem wytrawnym, z winogron zbieranych po pierwszym śniegu... a smakowało jak półsłodkie, albo słodkie, niezwykle łagodnie i orzeźwiająco. Coś wspaniałego.

W winiarni otaczały nas też półki z coraz to starszymi winami. Kusiło mnie strasznie jedno z mojego rocznika, bo ponoć choć raz w życiu powinno się wypić wino w swoim wieku ;-)

Przylądek Kaliakra

To taki bułgarski Hel, ale bez fok, tylko z delfinami. Weszliśmy na klif znajdujący się ok. 100 metrów  nad poziomem morza i zachwycaliśmy się otaczającą nas z trzech stron wodą.

Po drodze minęliśmy restaurację z przecudownym widokiem na morze, jedną z najpiękniejszych, jaką w życiu widziałam. Nie sprawdzałam, jakie tam mieli ceny, bałam się ;-)

bułgarska restauracja z widokiem na morze na przylądku Kaliakra

Na przylądku jest wyłożona śliskimi kamieniami droga, dlatego trzeba włożyć wygodne buty, z nieślizgającą się podeszwą. Po deszczu raczej bym tam nie łaziła.

Ze szczytu cypla mogliśmy obserwować przez barierki wspomniane delfiny, które walczyły z mewami o swój posiłek. Co prawda, nie znajdowały się zbyt blisko nas, ale i tak było je całkiem nieźle widać. Wspaniała sprawa.

Kawarna - restauracja Piknik Bivaka

O tej wycieczce napiszę osobny post.

Podsumowując, dobrze wyszło, że nie pojechaliśmy do Nessebaru, tylko do Bałcziku, na Kaliakrę i bułgarską biesiadę. Podobno to znacznie ciekawsza wycieczka ;-) Nie stałoby się tak jednak, gdyby nie pomoc rezydenta, który z całej firmy najbardziej przyłożył się do tego, by nam pomóc.

Jeśli kiedykolwiek będziesz w Złotych Piaskach, wybierz się na taką wycieczkę. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawić, szczególnie że bardzo dobrze wypośrodkowano zwiedzanie i imprezowanie. Bardzo, ale to bardzo warto! :-)

Zobacz także:

Elvis żyje i kupuje bułgarską Viagrę


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger