Olśniewające okna, festiwal żenady i zapach PRL. 16-22 kwietnia

Olśniewające okna, festiwal żenady i zapach PRL. 16-22 kwietnia

Pierwszy tydzień w nowym miejscu minął błyskawicznie. Z naciskiem na "błysk", "blask" i wszystkie inne słowa kojarzące się ze światłem. Tak się kończy pierwszy szok związany z tym, że wreszcie w biurze mam okna... i szok stopniowo ustępuje miejsca zachwytowi.

okna

Przegląd tygodnia

A skąd te zachwyty? Bo nie tylko okna, ale i miejsca więcej. Bo lepiej przemyślane. Bo krzesła wygodniejsze. Bo przestrzeń ładniejsza. Ogólnie wszystko jest całkiem nieźle zaprojektowane i znacznie bardziej komfortowe niż w poprzednim miejscu. Nawet sobie nie wyobrażałam, że tak to będzie wyglądać - i jestem bardzo miło zaskoczona.


Ogrom tego miejsca i wygód sprawił, że wszyscy poczuliśmy się jak wieśniaczki w "Damach i wieśniaczkach", które przyjeżdżają do wielkiego miasta i robią "Łaaaał, takie to ja tylko w telewizji widziała..."

Tak mnie zatkało, że przez chwilę aż brakło mi contentu na bloga... ale tutaj niezawodna rzeczywistość i moja cudowna administracja mi go dostarczyła.


Dopadła mnie też znowu bezsenność, w wyniku której w piątek obejrzałam i sfotografowałam piękny wschód słońca, i wylądowałam w pracy już po 6 rano... czego akurat wcale nie żałuję, bo i wyszłam dzięki temu wcześniej. Po pracy standardowo - zakupy, potem wpadła mi jeszcze kontrola gazu, z której jak zawsze nic nie wynikło i spędziłam miłe popołudnie z blogiem, a potem w plenerze z książką.

Weekend znowu był połowicznie rowerowy. Zrobiłam wszystko to, co zawsze chciałam i na co zazwyczaj nie było czasu. Odkryłam też, że mamy w mieście sklep, w którym aż czuć zapach PRL-u. Dosłownie. A oprócz tego pustka na półkach, dziwna atmosfera... i wielka atrapa żubra w kącie. Dziwnie. Czułam się, jakbym nieopatrznie wsiadła do wehikułu czasu.

Najnowsze wpisy


Wychylam się przez okno na świat


Prasownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania?


Oprócz tych dwóch wpisów zmieniłam także treść zakładek Współpraca oraz O mnie, a to w sumie prawie tak, jakbym jeszcze dwa wpisy zrobiła ;-)

Przegląd internetów

Najpierw epickie plakaty filmowe z Afryki. To znaczy, nie wszystkie są epickie... ale Desperado jest. I co oni zrobili z Tomciem Cruisem??

Jeśli się obawiacie płacenia kartą w internetach, to sprawdźcie, co o tym pisze Niebezpiecznik. Wychodzi na to, że to jednak bezpieczniejsze niż przelewy. Pod warunkiem, że nie dacie się nabrać na darmowego iPhone'a z MediaMarkt.

No i oczywiście nie mogę pominąć tego, jak Jakub Żulczyk zaorał Taco Hemingwaya. Ogólnie, nie przepadam za twórczością żadnego z panów, ale kiedy odpaliłam T.H. na YouTube to też miałam wrażenie, że wsadziłam sobie do gęby dwie wedlowskie czekolady. I chyba w ogóle nie po drodze mi z tymi Hemingwayami, bo za dziełami Ernesta też nigdy nie szalałam.

I nie będę już linkować, ale mamy na TT telenowelę - bloger się rozwodzi i nie potrafi się powstrzymać przed nieustannym informowaniem o tym świata wszem i wobec. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo nawet plemię ludzi Cujareno będzie o tym rozmawiać. Że-nu-ją-ce.

A co tam u Was ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Parownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania? Opinia

Parownica stojąca Philips - czy stanęła na wysokości zadania? Opinia

Nie lubię domowych obowiązków. Nie lubię jednak też bałaganu. Staram się to wszystko ogarnąć w stylu "Work smarter not harder". Zgodnie z tą zasadą unikam, jak mogę prasowania... albo przynajmniej żelazka. Tak, jestem żelazkosceptykiem, mam żelazkofobię i jeśli żelazka są u władzy, to ja należę do opozycji.

garderoba

Jestem też zdania, że w większości przypadków ubrań nie trzeba prasować - wystarczy je strzepać po wypraniu i dobrze rozwiesić. Ta taktyka sprawdza się znakomicie. Tak naprawdę prasuję tylko nieliczne koszule i bluzki, którym powyższe zabiegi nie pomagają. Nie jestem jednak jakimś superpedantycznym typem, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Multipotencjał ma w końcu swoje prawa ;-)


W sumie to już od ponad roku nie używam zwykłego żelazka. Nigdy nie lubiłam tego mozolnego prasowania na desce. Kanty na rękawach i niedokładnie rozprasowane marszczenia... a potem zastanawianie się po wyjściu: "Czy ja w ogóle wyłączyłam żelazko?". A, no i właśnie żelazkiem załatwiłam sobie nową sukienkę... Dlatego właśnie przestawiłam się na prasowanie parowe. Mam niewielki turystyczny prasowacz parowy, a od kilku dni także parownicę stojącą Philips.

Urządzenie po wyjęciu z kartonu trzeba sobie oczywiście poskładać - ale jest to na tyle proste, że praktycznie nie zaglądałam do instrukcji.

Parownica stojąca Philips

Konstrukcję prasownicy naprawdę mocno przemyślano. Urządzenie posiada zarówno wbudowany wieszak na ubrania, zamontowany na stabilnym, podwójnym stelażu, jak i miejsce na zwykły wieszak na ubrania. Oprócz tego uwzględniono także zamontowanie deski do prasowania - i to jest fantastyczny pomysł. Czasami brakowało mi właśnie czegoś takiego - płaskiej powierzchni pod materiałem. To zdecydowanie ułatwia cały proces. W zestawie jest także rękawica ochronna oraz nasadka ze szczotką.

Korzystanie z prasownicy Philips jest również bardzo proste. Wystarczy wyciągnąć pojemnik na wodę, napełnić go (można wodą z kranu, chyba że macie bardzo twardą wodę - wtedy jest raczej zalecane korzystanie z wody destylowanej), włożyć na miejsce, włączyć urządzenie i przekręcić gałkę, by ustawić pożądany poziom pary. Teraz wystarczy chwilkę poczekać, aż prasownica nagrzeje wodę (i przygotować sobie w tym czasie ubrania do prasowania wraz z wieszakami).

Parownica stojąca Philips

Czas na prasowanie. Zawieszamy ubranie na wbudowanym wieszaku lub na haczyku na wieszak, blokujemy go i prasujemy. Zablokowany wieszak ułatwia zadanie, bo ubrania się nie przemieszczają. Regulacja wyrzutu pary pozwala dostosować ją do potrzeb i rodzaju tkaniny. Sama używam tej największej, bo jest najskuteczniejsza.

Prasowanie parowe jest nieco szybsze niż tradycyjne: unikamy rozkładania deski i mozolnego jeżdżenia po częściach trudnych do wyprasowania. Prawda jest taka, że wystarczy kilka razy przejechać parą po tkaninie, żeby wyraźnie się rozprostowała. Dlatego właśnie można z prasownicy skorzystać nawet w pośpiechu przed wyjściem. Tylko w przypadku grubszych materiałów może to potrwać nieco dłużej. Zadanie ułatwi nałożenie końcówki ze szczoteczką.

I co, pewnie chcecie zobaczyć efekty? Proszę bardzo. Tak wyglądają ubrania po szybkim odświeżeniu (bo na dłuższe oczywiście nie miałam czasu).

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Parownica stojąca Philips

Generalnie prasownica Philips zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem tylko nieco zawiedziona jej mocą - turystyczne urządzenie parowe ma znacznie silniejszy wyrzut pary. Zapewne o tej sile decyduje przede wszystkim konstrukcja urządzenia - w prasowaczu parowym droga pary od jej wytworzenia do wyjścia jest po prostu krótsza. Na szczęście ostateczny efekt użycia obu urządzeń jest podobny. Drugi, jeszcze mniejszy zawód to deska do prasowania, która wygląda jak biała pielucha nieatrakcyjnie - to jedna z nielicznych rzeczy, które w bieli są takie sobie, szczególnie że jest to biel "wzbogacona" jakimś nieciekawym dla mnie wzorem. Na szczęście, cała reszta prezentuje się dobrze :-)

Poza tym jednak jestem pozytywnie zaskoczona. Gdybym miała osobną garderobę, takie urządzenie na pewno znalazłoby w niej swoje miejsce. Prasowanie parą jest naprawdę szybsze i wygodniejsze, i nic nie przekona mnie już do tradycyjnego żelazka. No i pamiętajmy wciąż, że prasowaczem nie da się spalić ulubionej sukienki, a to jest już naprawdę niezaprzeczalna zaleta.

Słowem: mój entuzjazm jest raczej umiarkowany, ale jestem zdecydowanie po stronie prasownicoentuzjastów.

A jak tam u Was? Prasowanie tradycyjne czy parowe? A może ktoś z Was też się przyznaje do bycia żelazkosceptykiem? ;-)

Post powstał w ramach współpracy

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Wychylam się przez okno na świat. 9-15 kwietnia

Wychylam się przez okno na świat. 9-15 kwietnia

Pogoda is a bitch, ponieważ dopóki pracowałam w biurze bez okien, było ładnie. Dziś spędziłam pierwszy dzień w nowej siedzibie i co? Oczywiście, że zrobiło się pochmurno i zaczęło padać. Jednak wciąż szokujące jest dla mnie to, że w ogóle widzę, jaka pogoda jest na zewnątrz. Kto nie pracował choćby przez chwilę "w podziemiu", ten nie zrozumie.


Przegląd tygodnia

Słowo, że nie ma nic lepszego, niż praca w miejscu, w którym nie brakuje naturalnego światła. Nie zdajecie sobie sprawy, jakie ono jest istotne, dopóki nie zostaniecie go pozbawieni. Ja byłam pozbawiona przez jakieś 1,5 roku przez 1/3 doby i to mi wystarczyło, by z wielką radością powitać nowe biuro. Ale żeby móc witać nowe miejsce, trzeba było najpierw pożegnać stare.


Przez cały tydzień przestępowałam nerwowo z nogi na nogę. Było trudno - na dworze pięknie i słonecznie, a ja aż się wyrywałam na zewnątrz. Byle jak najwcześniej wyjść z pracy i iść na spacer lub na rower. Przecież nie można marnować słonecznego dnia, kiedy tak bardzo brakuje mi słońca, prawda? Tak odkryłam kilka fajnych rowerowych tras, bo po godzinach prawie nie złaziłam z roweru.

Byłam też w kinie na Player One i zastanawiam się właśnie, czy dam radę napisać jakąś szybką recenzję.

Długo wyczekiwany piątek nadszedł szybciej niż myślałam. Ledwo minęło południe i nagle zrobił się u nas potężny chaos. Wszyscy latali z taśmami, etykietami i kartonami, bo trzeba było spakować swoje rzeczy i przygotować do przeprowadzki. Myślałam, że zajmie mi to maks. pół godziny, a ze swoim (wcale nie tak wielkim) dobytkiem walczyłam prawie półtorej godziny. Być może dlatego, że zaczęłam od sklejenia kartonu nie tak, jak trzeba? ;-)

Przez cały tydzień walczyłam ze sobą i zastanawiałam się, czy chcę jechać na otwarcie nowego biura, ale w końcu się złamałam. Jedyna taka okazja... no i ciekawość, jak to wszystko wygląda, okazała się silniejsza ;-) Było warto. Zwłaszcza że firmowa impreza okazała się dobrym wstępem do nie mniej towarzyskiego wieczoru.

Najnowsze wpisy

Nie jestem w stanie rozciągnąć doby, choć bardzo bym chciała. Czasu mam tyle, co zawsze, ale że ostatnio postanowiłam go spożytkować na częstsze pisanie na fanpage'u, blog na tym troszkę ucierpiał. To chyba się nazywa kanibalizm ;-) Z drugiej strony, zaczynam rozumieć blogerów takich, jak Pigout, który pisze głównie na fanpage'u - jest to mniej wymagające (ot, napisać, poprawić, zarzucić grafikę), a odzew jest większy i zasięgi rosną szybciej. A co innego może bardziej zmotywować do działania, jak nie szybko widoczne efekty?

Na blogu w tym tygodniu:

Ładowanie baterii na wiosnę


Koszulki wstydu. Moje początki na Cupsell


Przegląd internetów

... a w nim


No i po raz pierwszy od bardzo dawna nie mogę się doczekać pójścia jutro do pracy, ale nie bójcie się - w końcu mi przejdzie :-D

Co tam u Was nowego?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Koszulki wstydu. Moje początki na Cupsell

Koszulki wstydu. Moje początki na Cupsell

Jak niektórzy z Was wiedzą, zajmuję się nie tylko copywritingiem i blogowaniem, ale także tworzę koszulki dla kobiet i dla informatyków. A jak w ogóle do tego doszło? Dziś opowiem Wam więcej o tym, w jaki sposób wylądowałam na Cupsell i zaczęłam tworzyć chwytliwe hasła na koszulki. Zobaczycie także te najmniej udane, debiutanckie egzemplarze ;-) To co, zaczynamy?

koszulki dla informatyków, koszulki dla kobiet

Dwa lata temu moje życie wyglądało kompletnie inaczej. Powiedziałabym, że było znacznie mniej uporządkowane: spędzałam około 2 miesiące, pracując za granicą, a potem mniej więcej tyle samo, siedząc sobie bezczynnie w domu. Stąd zrodziła się potrzeba zrobienia czegoś fajnego ze swoim wolnym czasem i pomysłami, które ciągle przychodziły mi do głowy. Pewnego dnia powiązałam fakty: Cupsell, wolny czas, nadruki na koszulki... i założyłam swoje dwa sklepy. Jeden z T-shirtami dla kobiet, a drugi - dla informatyków, z racji tego, że świat IT zawsze był mi bardzo bliski ;-)


Jednym z pierwszych wzorów, które stworzyłam, była koszulka z hasłem Ja mam szczęście w kartach, a Ty w miłości. Skąd taki tekst? Z życia! Pewnego wolnego popołudnia grałam w karty z moją drugą połówką i ciągle wygrywałam. Rozgrywkę podsumowałam właśnie tym hasłem. I tak mocno wryło mi się w pamięć, że kilka miesięcy później przy zakładaniu sklepu wiedziałam, co będzie jednym z pierwszych nadruków :-)

Wśród kobiecych koszulek są także moje pierwsze próbki rysowania na tablecie graficznym oraz nadruki bez tekstu (np. koszulka z gwiazdami lub koszulka z sercem), których chcę zrobić więcej, bo podoba mi się efekt. Tak bardzo, że chcę zamówić je także dla siebie.

Właściwie, najchętniej to zamówiłabym wszystkie, ale liczba sztuk ograniczona ;-)

W przypadku koszulek informatycznych, które były moim pierwszym sklepem... cóż. Te pierwsze hasła nie były zbyt udane. To właśnie jest koszulka wstydu - w sumie jedyna aż tak kiepska.



I tak, zapomniałam, że po angielsku to "łaj-faj" ;-)

Ale są takie debiuty, z których jestem już całkiem zadowolona - właściwie to cała reszta nadruków. Agent RJ-45 to chwytliwy szyfr zrozumiały dla tych, którzy zajmują się sieciami. RJ-45 to inna nazwa dla portu Ethernet - innymi słowy, gniazdka internetowego, które macie np. w komputerze i podłączacie do niego internet po kablu.

A już najbardziej dumna jestem z rozszyfrowania skrótu IT ;-)

Słowem: nie każdy debiut musi być nieudany. A nawet, jeśli jest - i tak można wszystko poprawić i dopracować.

Na przestrzeni tych dwóch lat moje sklepy mocno się zmieniały. Dodawałam i usuwałam kolejne wzory koszulek. Układałam je w porządku, by sklep wyglądał atrakcyjnie i przejrzyście (choć na Cupsell wcale to nie takie proste, bo ten ich edytor jest dość przaśny ;-)). Zmieniałam opisy (pamiętam te kilka sobót, które na to musiałam przeznaczyć...). Pracowałam też nad identyfikacją wizualną obu sklepów. Prowadziłam strony na Facebooku i oczywiście śledziłam kolejne wpadające zamówienia. Tych z roku na rok jest coraz więcej, mimo że ostatnio niewiele robię, a fanpage'e obu sklepów leżą odłogiem. W sumie to szukam na nie pomysłu, ale chyba po zmianie algorytmu nie bardzo jest sens coś tam robić.

Ważne, że te koszulki się podobają i mam na nie klientów. Dzięki temu, że dzielę się swoimi pomysłami, ludzie mogą nosić T-shirty z fajnymi, humorystycznymi nadrukami - i wychodzi na to, że ludzi z podobnym do mojego poczuciem humoru jednak trochę jest ;-) I w tym jest największa radość.

Które z moich koszulek podobają się Wam najbardziej?

Zobacz moje sklepy: koszulki dla informatyków oraz koszulki z nadrukami dla kobiet

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Ładowanie baterii na wiosnę. 2-8 kwietnia

Ładowanie baterii na wiosnę. 2-8 kwietnia

Święta, święta... i po zimie. Całe szczęście. W sumie to nie wiem, jak to się stało, że tak nagle po śniegu przyszło słońce i 23 stopnie, ale co ja tam będę wnikać... Cieszę się bardzo. Jest cudownie!

wiosenne pąki na drzewie

Przegląd tygodnia

Pamiętacie Lany Poniedziałek? To był dzień, który mówił: "zapomnij o wiośnie, mieszkasz w Polsce". Obudziłam się o 7 rano i okazało się, że... spadł śnieg. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy rozespana wstałam z łóżka i przecierałam oczy ze zdumienia, wyglądając przez okno. Może jednak wcale nie powinnam się tak dziwić, bo tegorocznej zimie ewidentnie zepsuł się kalendarz i przyszła, ale zdecydowanie nie na czas. Zegar biologiczny jej się rozregulował i przychodziła tak kilka razy, najwyraźniej licząc, że w końcu trafi. No i trafiła - jak kulą w płot. Śnieżną kulą.

A potem rozświeciło się słońce, śnieg stopniał i wreszcie zaczęłam mieć nadzieję.


W drugi dzień Świąt było rodzinnie i całkiem ciekawie. I dość głośno, co ja zazwyczaj kiepsko znoszę, ale tym razem nawet mi się podobało. Lubię ludzi o szerszych horyzontach, dlatego wybaczyłam im nadmiar decybeli ;-)

A po Świętach wróciłam do pracy... i znowu się pochorowałam. Myślicie, że to skłoniło mnie do wizyty u lekarza? No nie bardzo. Jakoś nie mam ochoty siedzieć w kolejkach z pewnie jeszcze bardziej chorymi ludźmi i wdychać jeszcze gorszych zarazków dla świstka gwarantującego mi święty spokój na następnych kilka dni.

Tym razem jednak pozbierałam się szybciej. Na tyle mi się to udało, że nawet byłam w stanie wyjść na stand-up Rafała Paczesia. Po raz pierwszy byłam w ogóle na takim występie na żywo i zdecydowanie wybiorę się jeszcze, bo było świetnie. Wyśmiałam się tak, że bolała mnie szczęka, mimo że Rafał poczucie humoru ma raczej mało kobiece. Ale ja też.

Pracowałam z domu przez chwilę. Znowu nie wyszło przekierowanie przesyłki i musiałam zajrzeć po swoją paczkę do biura. Przyszłam, zobaczyłam... i powiedziałam głośne: "O kurwa", bo spodziewałam się czegoś wielkości lodówki turystycznej, a nie całej lodówkozamrażarki. A co było w środku? No nie, nie lodówkozamrażarka. Będzie wpis na ten temat, więc cierpliwości ;-)

Do biura wróciłam w piątek... i okazało się, że od tej pory pracuję w biurze bez klamek.

Spędziłam też fantastyczną sobotę. Hasło-klucz: Częstochowski Rower Miejski. Niestety, pierwszy testowany egzemplarz najwyraźniej już po pierwszym tygodniu zaliczył awarię. Na szczęście, wszystkie pozostałe działały. Jestem zachwycona tym pomysłem i mam nadzieję, że stacji przybędzie.

Trochę niedzieli też udało mi się spędzić na dworze. Odkąd tylko zrobiło się słonecznie i ciepło, czuję niepohamowaną potrzebę wyjścia z domu. Dosłownie, jakbym była na baterie słoneczne i próbowała je naładować ;-)

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Święta, swing i śnieg


Mieszkasz w bloku? Bądź człowiekiem


inkBOOK Classic 2. Czy warto? Recenzja czytnika


Przegląd internetów


Każdego ranka powtarzam modlitwę Stachury. "Dopomóż mi Boże, żebym się nie władował w jakąś historię, która mnie raczej nie obchodzi." A co ciekawe, niektórzy z własnej woli zawzięcie się ładują w nasze historie... by nie dać nam żyć inaczej niż wszyscy.

Kto jeszcze używa papierowych wizytówek? Ta pani używa, ale zdecydowanie wie, jak to robić!

Jakbyście siebie opisali, gdybyście musieli to zrobić w 40 znakach ze spacjami?

śmieszne ogłoszenia matrymonialne - "najbrzydsza w Siedlcach"

Mnie te opisy w ogłoszeniach matrymonialnych w jakiś sposób urzekły - bo ktoś potrafił zawrzeć clue w zaledwie kilku słowach. Ciekawa jestem, jakby się te panie opisały w CV na 40 zzs ;-) A Wy?

Co u Was ciekawego w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
inkBOOK Classic 2. Czy warto? Recenzja czytnika

inkBOOK Classic 2. Czy warto? Recenzja czytnika

Pytania z serii "czy warto coś kupić" rzadko doczekują się jednoznacznej odpowiedzi. Większość recenzji sprowadza się do dwóch punktów: "jeśli potrzebujesz tego, a tego, wybierz to" oraz "jeśli nie chcesz tego, a tego, nie wybieraj tego". Finito, zdecyduj sobie sam. Moja dzisiejsza recenzja zdecydowanie nie wpisuje się w ten nurt. Ale po kolei.

inkBOOK Classic 2

inkBOOK Classic 2 towarzyszy mi już od ponad roku. W tym czasie zdążyłam mieć kilka bardzo dobrych czytelniczo miesięcy, jak i kilka takich sobie, kiedy tylko leżał i się kurzył. Jeden z tych miesięcy właśnie trwa... gdzieś tak od listopada. Cóż, nie było mi ostatnio po drodze z Legimi.


Właśnie - Legimi to jest tutaj słowo-klucz. Klucz do wyboru modelu. Kiedy kupowałam czytnik, wiedziałam, że jestem skłonna do pewnych kompromisów na rzecz działającej aplikacji. To z góry wykluczyło Kindle'a oraz wszystkie nietypowe modele czytników. W tej chwili nadal wyklucza - wiem, że Legimi w fantastyczny sposób obeszło temat Kindle'i, ale to wciąż nie dla mnie, bo musiałabym zmienić pasujący mi idealnie abonament 1500 na Bez limitu, którego absolutnie nie potrzebuję, bo nie mam aż tyle czasu na czytanie.

Wiedziałam też z góry, że na pewno nie chcę tabletu udającego czytnik. Czasami można znaleźć takie "czytniki z kolorowymi ekranami", które tak naprawdę są bardzo słabej jakości tabletami: z wyjątkowo kiepskimi wyświetlaczami, parametrami i ogólnie - wszystkim. To nie wchodziło w grę, bo czytanie na podświetlanym LED ekranie na dłuższą metę bardzo męczy. Been there, done that.

W grę wchodził zatem albo inkBOOK, albo PocketBook. Z racji, że ten pierwszy łatwiej mi było kupić w korzystnej cenie, zdecydowałam się właśnie na niego. Wybrałam model Classic 2, który był wtedy jeszcze dość nowy, świeży i fajny.

czytnik inkBOOK Classic 2


Zainstalowanie Legimi było rzeczą najprostszą pod słońcem. Ot, włączyłam czytnik, zaktualizował się, po czym w liście proponowanych aplikacji pojawiło się Legimi. Wystarczyło kliknąć, by po chwili aplikacja nadawała się do użytku.

Czytnik robi świetne pierwsze wrażenie. Dobrze wygląda, jest smukły i leciutki. Lżejszy niż mój telefon ;-) Zapowiadał się na bardzo wygodne w obsłudze urządzenie - i po roku użytkowania potwierdzam, że każda sesja z lekturą jest naprawdę przyjemna. Ręce nie bolą, oczy zresztą też.

czytnik e-booków inkBOOK Classic 2


Dotykowy ekran e-ink faktycznie zachowuje się jak kartka w papierowej książce. Jedyne, co mi w nim nieco przeszkadza, to żółtawy kolor. Dotykowość też jest raczej dość umowa - owszem, te większe rzeczy, kiedy np. chcemy zmienić stronę, działają raczej bez zarzutu. Gorzej z zaznaczaniem cytatów, bo tutaj trudno o precyzję. W pozostałych przypadkach sytuację ratują fizyczne przyciski, które są bardzo mądrze rozmieszczone i zaprogramowane. Można też dostosować ich działanie do swoich potrzeb.

Brakuje mi też podświetlenia - no ale to był już mój świadomy wybór, ograniczony budżetem. Widziałam jednak na żywo także inkBOOK-a Prime i jego wyświetlacz podoba mi się bardziej. Przede wszystkim - jest bardziej czytelny (z tego, co pamiętam, kwestia lepszej rozdzielczości) oraz ma ładną, białą barwę. Podświetlenie sprawia, że można go używać nawet w ciemności. Tego mi trochę brakuje, bo czasami chciałoby się poczytać na noc, już bez lampy ;-)

W użytkowaniu jest również całkiem w porządku. Kilka miesięcy temu wyszła aktualizacja, która umożliwia personalizację ekranu głównego oraz wygaszacza. Ot, przyjemne dodatki, które umilają korzystanie z urządzenia.

Moja tapeta to tak naprawdę plakat i znalazłam ją we wpisie Karoliny.

inkBOOK Classic 2


Doczepić bym się mogła jedynie problemów z szybkością działania - która również jest bardzo umowna. Ja wiem, że płynności to sobie mogę oczekiwać od flagowego smartfona z ośmiordzeniowym procesorem, ale... kiedy aplikacja się zawiesza, przerzuca strony za daleko lub nie chce ich zmieniać, to po którymś razie łapię lekkie zniecierpliwienie. Z drugiej strony jednak, takie rzeczy działy się tylko w Legimi, więc dopuszczam myśl, że problem jest po stronie aplikacji.

Urządzenie samo w sobie nie jest jednak szybkie. Jego włączanie chwilę trwa, tak samo jak otwieranie książek. Jestem z tym pogodzona, bo w końcu nie dla szybkości kupuje się czytnik, ale czasami mogłoby to działać nieco sprawniej.

Ogólne wrażenie jest jednak bardzo dobre. Tym bardziej - za taką cenę. W momencie, kiedy go kupowałam, czytnik kosztował ok. 350 zł. W tej chwili znajdziecie go już za jakieś 320 zł, a jak dobrze poszukacie, to może jeszcze taniej. W tej cenie trudno o urządzenie, które jednocześnie będzie sobie dobrze radzić z tym, do czego je stworzono i na dodatek dobrze wyglądać. Zawsze trzeba pójść na jakiś kompromis i jestem tego świadoma. Czy inkBOOK Classic 2 jest wart polecenia? Moim zdaniem jak najbardziej. To dowód na to, że można stworzyć urządzenie, które jednocześnie będzie budżetowe i dobre. Bardziej niż wystarczające.

Do szczęścia przydałyby się tylko jeszcze jakieś dedykowane akcesoria. Ja na razie posiłkuję się usztywnianym etui na tablet (7 cali), które doskonale spełnia swoją funkcję. Poza tym jednak - czytnik ma wszystko to, co powinien mieć, działa i radzi sobie jak należy. A cena zachęca... ;-)

A Wy jak sądzicie? Znacie inkBOOK-a? Lubicie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Mieszkasz w bloku? Bądź człowiekiem

Mieszkasz w bloku? Bądź człowiekiem

Każdy wie, że lepiej mieszkać w swoim domu, niż w cudzym bloku z obcymi za ścianą. Ja też. Ale czasami nie bardzo jest opcja, żeby wszystko wyglądało tak w 100%, jak powinno, przynajmniej na jakimś etapie. Mnie życie po ponad 20 latach mieszkania w domu na zadupiach przedmieściach rzuciło do wielorodzinnych molochów ze ścianami z tektury i sąsiadami z nosaczy. Materiału mam już na dobrą powieść, a nie tylko na wpis na bloga... Dziś postaram się jednak w miarę ograniczyć do kilku krótkich porad, jak nie być chujem w bloku - bo może to i trudne, ale nie niemożliwe.

blok mieszkalny

1. Nie hałasuj

Na klatce, na schodach, pod cudzymi drzwiami, we własnym mieszkaniu... No po prostu postaraj się być w miarę cicho. Nie tłucz przedmiotami po ziemi i nie przesuwaj krzesła, jeśli możesz je podnieść. Szczególnie jeśli ktoś pod Tobą mieszka. Co innego na parterze - tam to hulaj dusza. No prawie, bo jak puścisz telewizor na wszystkie decybele, to sąsiedzi mogą mieć coś przeciwko temu, że im właśnie okna z framug wylatują... ale suwanie, szuranie, tupanie i cała reszta serii podłogowych dźwięków w takim przypadku raczej nie jest kłopotliwa, bo przeszkadzasz co najwyżej myszom w piwnicy.

No i pamiętaj, że cisza nocna to nie jest tylko jedna z opcji, a obowiązek. Jeśli koniecznie chcesz zrobić coś hałaśliwego, to postaraj się z tym wyrobić między tą 6 rano, a 22, a nie na odwrót... Słabo, gdy o północy rozkładasz tapczan i budzisz tym sąsiadów z dołu (sytuacja prawdziwa i powtarzająca się regularnie).

I nie gadaj na korytarzu z każdą przechodzącą koło Twoich drzwi sąsiadką albo... z własnymi kotami. Szczególnie o 8 rano w sobotę.


2. Daj znać, gdy planujesz remont albo nocną imprezę

Tylko tyle i aż tyle. Nic mnie tak nie wkurwia, jak uporczywe wiercenie, które nagle się zaczyna i nie wiem, kiedy się skończy. Szczególnie gdy próbuję pracować. Albo głośna impreza nade mną do 3 rano. Nie irytowałabym się jednak tak bardzo, gdyby szanowny sąsiad był człowiekiem i dał znać wcześniej, że ma coś takiego w planach.

3. Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy

Tu znowu ukłony do sąsiadki z parteru, która z racji swojego "zaczepialstwa" wie zawsze o wszystkim. I uparcie do tego dąży. Naprawdę, nie da się przejść koło jej mieszkania tak, żeby nie wyściubiła nosa zza drzwi - a że mieszka na parterze, ma od razu 100% do skuteczności. Tylko mnie już nie zaczepia, bo jestem mało chętna do rozmów. Co ją interesuje, kim jestem, z kim jestem, gdzie pracuję i skąd pochodzę? Po to mieszkam w mieście, żeby mi się obcy ludzie w życie nie wtrącali... a wróć, to chyba tak w blokach nie działa.

Całą tę energię mogłaby znacznie lepiej zużyć: pójść do kościoła, zapisać się do chóru, zająć się wolontariatem. Tylu ludzi czeka na jej marnowaną uwagę!

Oczywiście, tu jest jeden wyjątek. Jeśli u sąsiadów ktoś kogoś bije, ktoś woła pomocy albo robi sobie melinę i baluje przez tydzień, to się wtrąć. Koniecznie! Wzywaj policję i orientuj się, co się dzieje (ty mówię o przypadku "woła pomocy", w pozostałych raczej nie warto, a i bezpieczne to też nie jest). Kiedy zatruliśmy się czadem, byłam miło zaskoczona, że sąsiad z dołu zauważył pogotowie i straż pożarną, i zajrzał zapytać, co się dzieje. Tymczasem wspomniana sąsiadka z parteru... udawała, że jej nie ma. Ot, priorytety.

4. Nie zagaduj kogoś, jeśli nie ma na to ochoty

Dzień dobry, Do widzenia, Proszę, Dziękuję, Przepraszam - tyle wystarczy do udanej komunikacji z sąsiadami. Nie trzeba dodawać: A skąd Pani pochodzi? A Pani narzeczony to skąd? A gdzie Pani pracuje? Wszystko można dograć. Pod warunkiem, że ktoś nie próbuje Cię przy okazji zagadać na śmierć, bo chce wydobyć z Ciebie informacje i realizować przeciwieństwo punktu 3. Nie każdy lubi small talk. No i myślę, że dopóki nie taszczę czarnych worków po schodach, a z mojego mieszkania nie dochodzą podejrzane krzyki, to raczej nie ma się czym interesować.


5. Posprzątaj po sobie czasem w mieszkaniu i wietrz

Wiesz, że w niektórych mieszkaniach rury pionu grzewczego idą przez trochę zbyt duże otwory w podłodze i suficie? I to tak duże, że do sąsiadów pod Tobą i nad Tobą docierają wszelkie zapachy  z Twojego mieszkania. Zwłaszcza te najbardziej upierdliwe i najmniej atrakcyjne: smród papierosów, gotowana kapusta, kiszone ogóry z toną czosnku... No i kurz. Dlatego właśnie warto posprzątać i wietrzyć, jeśli się ma mocne aromaty w mieszkaniu, bo być może zrobisz tym dobrze nie tylko sobie. Ja przez pół życia zastanawiałam się, czemu w pięć minut po odkurzeniu meble mam znowu całe w kurzu... a okazało się, że sąsiedzi z dołu w ogóle nie sprzątają.

Co byście dodali jeszcze do tej listy?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger