Dzień dobry, przegląd! 21-27 sierpnia

Dzień dobry, przegląd! 21-27 sierpnia

Ten tydzień zaczął się od zmian. W końcu, kobieta zmienną jest (tak, wiem, że to banał).

piękne światła

Spontanicznie kupiłam buty na obcasie. Tak wciąż mówimy o mnie, osobie, która ostatnio unikała obcasów jak ognia i nawet na wesele poszła w balerinach. Poszłam do sklepu po trampki, wróciłam z trampkami i szpilkami. I okazało się na dodatek, że wybrałam naprawdę udany model, bo szpilki są naprawdę wygodne.

Trampki też, ale mają jedną drobną wadę - farbują. Mój pedicure zmienił się właśnie z monochromu w ombre. Cóż, to i tak mnie nie przekonuje do wywalenia więcej niż 50 zł na trampki. No po prostu nie. Trampki za 100 zł rozwalają się i brudzą dokładnie tak samo, jak trampki za 20 zł. Szkoda kasy.




Takie emocje na początek tygodnia ;-) Poza tym, działo się to, co zawsze. Praca, dom, trening, książki. Ostatnio bardzo dużo czytam. Już wkrótce dowiecie się, co i czy warto.

Dowiedziałam się też, czemu moja administracja tak późno wywiesza kartki o planowanych przeglądach instalacji. Zawsze dzień przed. Dla mnie to nierealne, żeby wtedy być w domu. Okazuje się, że podobno, gdy wywieszą wcześniej, na ich kartki wchodzą złodzieje, podają się za fachowców od przeglądu i okradają staruszki.

Nie zdziwiło mnie to. Żadne wyzwanie podać się za nich. Oni zawsze wbijają na kwadrat z hasłem Dzień dobry, przegląd. Jak się człowiek nie dopyta, to nawet nie wie, co mu właśnie zamierzają przeglądać - gaz, prąd, wentylację czy może faktycznie oszczędności? A było zainwestować w identyfikatory... (i kurs zasad prawidłowej komunikacji).

Robocze dni minęły bardzo szybko i nagle wylądowałam na drugim końcu miasta na koncertach. Najpierw Jula, potem Lady Pank.

Już na jakieś 3 godziny przed koncertami sprzedawano piwo w budkach. Wiecie, takie siki w cenie godnej strefy euro. A wyobraźcie sobie teraz, że gdy tylko klient oddalał się od budki i siadał z tym tak zwanym piwem na trawie, od razu podbijała policja i spisywała delikwenta.

Aż się po tym chce zaśpiewać Boże, daj mi trochę niepamięci. Przykry kraj.

I nie, mnie nie spisali, nie myślcie sobie ;-)

Koncert Juli był całkiem spoko, choć z takiej muzyki raczej już wyrosłam. Podczas jej występu uznałam, że ludzie są chamami. Wszystko szło planowo. Mimo to, sporo przed końcem "czasu antenowego" dla wokalistki rozległy się okrzyki Lady Pank! Lady Pank! Tak, ja też byłam tam głównie dla Lady Pank, ale nie wyganiałam poprzedniczki. Też jej za ten czas zapłacono i chciała dać z siebie wszystko.

Wiecie, co ja bym zrobiła na jej miejscu? Jeszcze trzy bisy.

Koncert Lady Pank też na poziomie. Brakło większego nawiązania kontaktu z publicznością. Poza Dobry wieczór Panas nie mówił nic. Nic, tylko śpiewał, kurczowo trzymając się statywu. Może po tych wszystkich koncertowych skandalach menedżer zabronił gadania? ;-)

Same wykonania bardzo fajne. Miło usłyszeć na żywo wszystkie te znane od lat kawałki. Te, które słyszę w radiu i które sama śpiewam. Na sam koniec zrobili genialny bis z takim typowo koncertowym przedłużeniem piosenki. Bardzo podobały mi się też wyświetlane za nimi animacje z fragmentami teledysków.

Dla klimatu podrzucam Wam inny ich kawałek, który ostatnio bardzo lubię. Niestety, nie zagrali go na żywo.


Mam strasznie dużo weny i pomysłów, o czym mogłabym napisać książkę. Jeśli ktoś mówi, że nadmiar natchnienia jest również szkodliwy, przybijcie mu piątkę. Ja musiałabym chyba nie spać w ogóle w nocy, żeby zdążyć zapisać wszystkie swoje pomysły.

Do pewnego stopnia dążę do tego. Wprowadzam właśnie drobne zmiany w temacie snu, zainspirowane głównie pewną książką. Wkrótce napiszę więcej, tylko dajcie mi czas, żebym sprawdziła sobie to wszystko w praktyce :-)

Niedzielę spędziłam w uroczym markecie meblowym, poszukując idealnej kanapy. Znalazłam dwie.

Na blogu w tym tygodniu:

Powiedziałam "TAK!"


The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku


Drugi wpis będzie na bieżąco aktualizowany, bo mimo wszystko, zamierzam obejrzeć cały sezon.

A co dobrego u Was?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku

The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku

Stało się. Zaczęłam oglądać The Defenders. Nie mam odwagi, by ruszyć pozostałe seriale Marvela, bo wątpię, że cokolwiek spodoba mi się bardziej niż Agenci T.A.R.C.Z.Y. (co za upierdliwy tytuł, spróbujcie to sobie napisać na klawiaturze...) i Agent Carter. The Defenders zapowiadało się na całkiem niezły serial. Czy faktycznie jest warte uwagi? Czytajcie dalej.

The Defenders

Sezon 1

Odcinek 1

52 minuty gadania, które ma nam przedstawić bohaterów. Bez sensu - nawet, jeśli się oglądało seriale Marvela, i tak nie pamięta się wszystkich tych postaci, zwłaszcza drugoplanowych. Ciągle się zastanawiałam, kto to i po której stronie jest. Akcja głęboko śpi. Dopiero pod koniec odcinka leniwie otwiera jedno oko. I wtedy na ekranie pojawiają się napisy końcowe. W towarzystwie cliff-hangera. Gdybym miała teraz podjąć decyzję, nie oglądałabym dalej.




Odcinek 2

44 minuty. Całe szczęście, bo nie cierpię długich, godzinnych odcinków. Akcja otworzyła drugie oko i nawet zdążyła się przeciągnąć przed napisami. Na koniec znowu cliff-hanger. Nadal nie jestem pewna, czy chce mi się oglądać dalej.

Odcinek 3

Zaczęły się pierwsze starcia. Krzyżują się drogi głównych bohaterów. Iron Fist psuje wszystko. Na dodatek, ciągle popyla z gołą klatą i tym paskudnym tatuażem na wierzchu. Ja bym coś takiego ukrywała... Teraz już rozumiem, czemu serial z nim okazał się klapą. Luke Cage trochę się wyzłośliwia wobec Fista i chyba dlatego budzi moją sympatię. Panowie nie potrafią się polubić, a ja nie umiem się zaangażować. Pozostałe postaci są jakieś takie... nijakie. Zbyt neutralne. Nie miałam żadnych oczekiwań co do tego serialu, a i tak jestem nim zawiedziona. Coś się jednak rozkręca i rozum mówi mi, żeby oglądać dalej. Serce milczy.

Odcinek 4

Było względnie dobrze. Tytuł największej piz...y odcinka wędruje do... Daredevila. On też jest z jakiejś innej bajki. Chyba tej, w której Czerwony Kapturek nie wchodzi do lasu, bo słyszał na mieście plotki o złym wilku.


Odcinek 5

Twórcy coś tam mówili o tym, że ten serial to będzie podsumowanie wszystkich poprzednich seriali. Taka kropka nad i, albo nawet wykrzyknik. Teraz rozumiem te interpunkcyjne porównania - więcej tutaj kropek, wykrzykników i innych znaków niż akcji. Same dialogi, jak we Wspaniałym stuleciu.


Odcinek 6

Aktorom wyraźnie się już nie chce w tym grać. Niech ktoś tym Defendersom da własnych Defendersów. Ich trzeba bronić przed nimi samymi...

Odcinek 7

Ten serial został napisany tak, byśmy znienawidzili wszystkich bohaterów oprócz Luke'a Cage'a.


Odcinek 8

Ostatni odcinek bezlitośnie obnażył wszystkie dotychczasowe błędy scenarzystów, bo okazał się po prostu dobry. Wyjaśnił, że nie wszystko było takie, jakie zdawało się być. Właściwie nie tyle wyjaśnił, co podsunął, jak mogło być. Moment, w którym po akcji wszyscy Defenders przechodzą przez drzwi i jeden z nich już nie, to pierwsza scena, która mnie naprawdę poruszyła. Końcówka jest pełna niedopowiedzeń i przez to angażuje, skłania do zastanowienia. Przez cały serial podawali nam wszystko na tacy, a w tym odcinku wreszcie nie - i to jest znacznie fajniejsze.

Słowem - warto dla ostatniego odcinka. Trzeba się najpierw przemęczyć z 7 poprzednimi, ale na końcu czeka nagroda. To trochę tak, jak cheat meal po tygodniu wyczerpującej diety.

Oglądacie też The Defenders albo zamierzacie? Podzielcie się swoimi wrażeniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Notey
Powiedziałam "TAK!". Przegląd tygodnia 14-20 sierpnia

Powiedziałam "TAK!". Przegląd tygodnia 14-20 sierpnia

To trochę dziwny tydzień. Niby krótszy, a jednak jakiś taki... bardziej męczący. Początek był relaksujący i spokojny, końcówka - nietypowo jak na mnie - bardzo towarzyska.

słonecznik na tle nieba

Nietypowo, bo mam dość introwertyczną naturę. Choć tak, macie rację - bardziej ambiwertyczną. Taki wszechstronny introwertyk, który potrafi czasem być ekstrawertykiem ;-)

Do pracy wróciłam w środę, z mocnym postanowieniem, że na razie nie biorę więcej urlopu. Oszczędzam do listopada. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Jeśli moje tygodnie pracy będą wyglądać tak, jak te trzy dni, to ja nie wiem...

Najgorszy z tego wszystkiego był piątek. Nagle wszystko było na JUŻ. Mało brakowało, a musiałabym pracować w weekend - na szczęście, udało mi się ogarnąć chaos i zdążyć ze wszystkim. Rzadko się to zdarza, ale tym razem o 15 wręcz wybiegłam z biura. Z poczuciem ogromnej ulgi. Zadowolona z siebie, ale wykończona.

Udało mi się posprzątać, ogarnąć obiad na dwa dni i trochę poczytać. Znowu nietypowo, bo zazwyczaj unikam robienia porządków w weekend, staram się nimi zająć w środę, albo w czwartek, żeby potem mieć wolne. Później poszliśmy do kina. Miał być Walerian, ale spontanicznie wybraliśmy Bodyguarda Zawodowca. Bardzo trafna decyzja. Fantastycznie się bawiłam na tym filmie. Jeśli jeszcze nie byliście w kinie, to polecam :-)




Potem było jeszcze trochę włóczenia się po mieście, czyli dość nietypowy, jak na mnie, sposób odpoczywania. O dziwo, po tym ciężkim tygodniu taka włóczęga mi naprawdę pomogła zapomnieć o pracy.

Był to efekt wyzwania Tydzień mówienia "TAK" (czyli powiedziałam "TAK!" i to nie raz), któremu starałam się podołać. Polegało na tym, że starałam się jak najczęściej zgadzać, szczególnie w sytuacjach, w których normalnie odruchowo powiedziałabym "Nie" (czytaj: Gdy co chwila ktoś proponuje mi wyjście i spędzenie praktycznie całego weekendu poza domem). Czy było warto? Było i to zdecydowanie. Takie wyzwania pomagają czasem nieco przesunąć nasze "zardzewiałe" granice, otworzyć się na nowe i przede wszystkim - sprawić komuś radość.

W sobotę udało mi się długo pospać - jak nigdy, wstałam o 14. Trochę czytania, odpoczynku, a potem znowu towarzysko i wesoło.

W niedzielę podobnie. Wieczór spędziliśmy ze znajomymi, grając na Kinekcie. Ograłam ich w kręgle oraz w darta, a potem jeszcze raz w prawdziwej kręgielni. Powinnam była skorzystać z tej dobrej passy i puścić totka ;-)

Na blogu pojawiły się trzy posty:

Rozpierdlol w długi weekend


4 najczęściej zlecane typy tekstów


Filmowe inspiracje #1


Krótko mówiąc, to, co zawsze u mnie na blogu - lifestyle, copywriting i recenzje filmów. Przewidywalnie ;-)

Nadrabiałam też zaległości w czytaniu książek i... narobiłam sobie zaległości na blogach. Udało mi się jednak przeczytać wszystkie posty Agnieszki na temat freelance'u. Trafiłam tam z innego bloga i zdziwiłam się mocno, że pojawiły się kolejne wpisy z tej kategorii - m.in. na temat mitu pracy 24/7 czy też emerytury freelancera. Gorąco polecam!

Odkryłam też dość ciekawy blog copywriterki. Niestety, z tego, co widzę, nie jest od kilku miesięcy aktualizowany. Przejrzałam go trochę i jeszcze zamierzam. Czytanie blogów innych copywriterów to wręcz mój moralny obowiązek ;-)

Najbardziej urzekł mnie jednak wpis Lepiej Widocznych, którzy twierdzą, że politycy są tak mocno oderwani od rzeczywistości, że już tylko oni używają podupadającego Twittera. Sama miałam jakieś trzy podejścia do "ćwierkacza", ale wyświetlające mi się co chwila nudne wywody celebrytów mnie zniechęcały. Ostatnio znów rozważałam wystartowanie z blogowym Twitterem, ale uświadomiłam sobie, że nie mam na to czasu. Ten wpis tylko mnie w tym utwierdził.

A Wy co sądzicie o Twitterze? Macie, korzystacie czy wolicie inne miejsca w sieci?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
4 filmy, które warto obejrzeć w sierpniu

4 filmy, które warto obejrzeć w sierpniu

Odkąd prowadzę Bullet Journal i zbieram w jednym miejscu obejrzane filmy, jestem zaskoczona. Okazuje się, że w ciągu miesiąca oglądam ich całkiem sporo. Być może zapisywanie zadziałało na mnie motywacyjnie i dlatego zaczęłam oglądać więcej (bo ostatnio miałam kryzys - nic mi się nie podobało i przy wszystkim zasypiałam). Postanowiłam więc, że będę się z Wami cyklicznie dzielić przeglądem tych filmów i ich krótkimi, spontanicznie zapisywanymi recenzjami. Sprawdźcie, co warto zobaczyć, a co lepiej odpuścić.

wzgórza Hollywood


Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Kapitan Jack Sparrow znowu chleje, wyzłośliwia się i traci swoją załogę.

Bardzo fajny, dynamiczny film rozrywkowy. Świetny humor sytuacyjny i dużo zabawnych dialogów. Akcja zasuwa jak szalona i porywa ze sobą. Warto, warto, warto i jeszcze raz warto!




Król Artur i legenda miecza

Nie jestem w stanie opisać fabuły.

Spodziewałam się, że film Guya Ritchiego będzie fajny, przyjemnie szybki i żywy, a dostałam po oczach jakąś młócką. Pojęcia nie mam, o czym był ten film. Akcja zasuwała z nadświetlną prędkością. Mój zmęczony po pracy mózg nie był w stanie jej dogonić. Nie na wieczorny relaks. Na plus tylko dobór aktorów pasujących do kostiumowego filmu oraz efekty specjalne. Reszta była dziwna.

Baby driver

Młody chłopak kochający muzykę pracuje dla mafii jako kierowca. Chce wkrótce odejść.

Spodziewałam się energicznego filmu akcji z dobrą muzyką. Dostałam energiczny film z dobrą muzyką i zbyt prawilnym zakończeniem. Bonny i Clyde postanowili dać młodym dobry przykład i postąpić choć raz legalnie. Film całościowo był świetny, ale to jakże pedagogiczne zakończenie zbiło mnie z tropu. Słowem, kto ma dobre serce, musi wylądować za kratkami...


Jak dogryźć mafii

Bruce Willis lata tu i tam, czasem bez ubrań. Jason Momoa robi z siebie głupka.

Tylko jeden gag szczerze mnie rozbawił. Reszta OK, ale nie bardzo wiem, po co obejrzałam ten film. Nie wiadomo, o co w nim chodziło. Można obejrzeć, ale bez szału. Bruce, dlaczego w tym zagrałeś? Boleśnie niewykorzystany potencjał historii.

W starym, dobrym stylu

Trzech starszych panów po likwidacji systemu emerytalnego postanawia napaść na bank.

Świetna, naprawdę zabawna i bardzo energiczna komedia. Urocza, z pozytywnym przesłaniem, pomysłowa i inteligentna. Takie komedie lubię! Zostawiła mnie w bardzo dobrym nastroju.


Table 19

Przy tytułowym stoliku numer 19 zasiedli goście, których zaproszono, bo tak wypada.

Nie są to najważniejsi goście na tym weselu. Całą imprezę oglądamy z ich perspektywy. Dopiero gdzieś w okolicach 30. minuty filmu mamy okazję zobaczyć... parę młodą. Poznajemy też bliżej życie bohaterów i zaczynamy lepiej ich rozumieć. To dość specyficzna komedia, ale warta uwagi. Scena, w której Walter gratuluje panu młodemu - bezcenna. Film zostawia z dziwną refleksją, ale warto go obejrzeć.


CHiPs

Do drogówki wstępuje tragicznie niezaradny facet. Zostaje partnerem bardzo pewnego siebie gliniarza.

Przedziwna komedia typu buddy-cop. Niezbyt inteligentna, choć miała swoje dobre momenty. Czasem było się z czego pośmiać, ale to zdecydowanie nie mój typ komedii.

Mumia

Nie jestem w stanie opisać fabuły.

Nawet nie próbowałam oglądać. Znudziły mnie już pierwsze ujęcia.

Mam nadzieję, że wśród moich propozycji znajdziecie coś dla siebie. A Wy jakie filmy byście mi polecili? Chętnie obejrzałabym jeszcze jakąś komedię podobną do W starym, dobrym stylu  :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
4 najczęściej zlecane typy tekstów

4 najczęściej zlecane typy tekstów

Gdy próbujesz zacząć zarabiać na pisaniu, trafiasz czasami na zagadkowe nazwy w briefach. W Twojej głowie rodzą się pytania... Co to jest precel? Co ma wspólnego precel z zapleczem? Co jeszcze mogę pisać? Dziś Ci to wyjaśnię.

research na tablecie

Precel

W internecie najłatwiej zarabiało się do tej pory na preclach (czyli tekstach na tzw. presell page), pisanych wyłącznie pod wyszukiwarki. To proste i krótkie treści (zazwyczaj 1000-1500 znaków ze spacjami), w których musisz zawrzeć daną frazę kluczową. Często już same frazy brzmią kulawo - np. fotograf Gdynia. Możesz wybrnąć: Potrzebny Ci dobry fotograf? Gdynia to miasto, w którym go znajdziesz.

Jeśli jednak użyjesz całości w zdaniu, również nic się nie stanie. Wystarczy minimalna poprawność ortograficzna. Precel nie musi pięknie brzmieć i zaskakiwać oryginalnością. To jest coś, co powinieneś napisać w maksymalnie 5 minut. W innym przypadku w ogóle się nie opłaca za to zabierać - są to najmniej płatne teksty, czasami nawet poniżej 1 zł/1000 zzs (choć warto walczyć o wyższe stawki - 2 zł/1000 zzs to już całkiem OK jak na precel). Sam widzisz - tu się liczy szybkość, a nie zgrabne operowanie słowem.

Co jest najważniejsze?
Nie piszesz tego dla ludzi, a dla wyszukiwarki. Pisz szybko.





Zaplecze

Kolejny z serii "łatwych" tekstów. Różni się od precla tylko tym, że możesz na nim więcej zarobić (stawki od 3 zł za 1000 zzs, ale bywa, że i trafisz na 6-7 zł/1000 zzs). Musi być poprawny merytorycznie. O ile w preclu może Cię nawet fantazja ponieść, o tyle w zapleczu musisz pisać prawdę. Są to teksty, które lądują na tzw. stronach zapleczowych, z których linkuje się do pozycjonowanych stron.

Kiedyś były podstawą pozycjonowania. Im więcej takich linków się zdobyło do swojej strony, tym wyżej strona znajdowała się w Google. Warto było mieć wiele zapleczy, nawet kiepskiej jakości. Obecnie ta praktyka ma raczej równie średni sens, co tworzenie presell page, bo algorytmy Google się zmieniły. W tej chwili dla wyszukiwarek ważniejsza jest jakość linków do Twojej strony, a nie ich ilość. Nie zmienia to jednak faktu, że jeszcze pisze się zaplecza. Wciąż istnieją pozycjonerzy, którzy działają w podziemiu na zapleczu ;-)

Taki tekst również jest głównie dla wyszukiwarki. Nie musi brzmieć doskonale, ale byłoby miło, gdyby jakoś brzmiał - bo może go przeczytać także jakiś zbłąkany internauta, który w poszukiwaniu informacji trafił na krańce internetu.

O, na przykład takie:


Portable donkey boombox? Takie rzeczy tylko w internecie ;-)

W swojej karierze napisałam bardzo dużo zapleczy. Czasami tekst musiał dotyczyć prostych zagadnień dotyczących stomatologii i w treści zawierać frazę "dentysta Gdynia". Dość karkołomne, ale dało się ogarnąć. Pisałam również treści, które miały pomóc wypozycjonować dość popularne sklepy internetowe z ubraniami lub wypożyczalnie samochodów. Średnia długość tekstów to 2 000 zzs.

Co jest najważniejsze?
Umiejętne wplecenie frazy i szybkie pisanie.

Artykuł

Dalej mamy już artykuły. Te proste wymagają nie tyle znajomości tematu, ile umiejętności wyszukania informacji. Mogą to być na przykład treści dotyczące domowych sposobów na przeziębienie. Nie potrzebujesz do nich fachowej, medycznej wiedzy - wystarczy, że potrafisz zrobić szybki research i wykorzystać zdobytą wiedzę.

Takie artykuły płatne odpowiednio do wysiłku. Płaci się za nie lepiej niż za zaplecza i precle, ale głównie dlatego, że są dłuższe i po prostu - lepiej napisane (przynajmniej z założenia). Można zarobić zazwyczaj ok. 30-100 zł. Ich długość to zazwyczaj 3 000-5 000 zzs.

Nie przypominam sobie, żebym pisała wiele tego typu tekstów... Wpadło mi kiedyś zlecenie na recenzje filmów na jakiś portal. Na szczęście, oba znałam, przypomniałam sobie tylko szybko ich fabułę i zaczęłam pisać. Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu. Uwag po wysłaniu też nie było.

Co jest najważniejsze?
Nawet prosty artykuł musi być atrakcyjny dla czytelnika. Pisz swobodnie, a potem dokładnie przeczytaj. Dobrze sformatuj tekst. Świetnie sprawdzają się tutaj wszelkie listy i wypunktowania oraz pogrubienia ważnych fraz.

Artykuł specjalistyczny

Kolejna kategoria to artykuły specjalistyczne. Do ich napisania trzeba mieć konkretną wiedzę - np. medyczną, techniczną. Mogą to być na przykład treści dotyczące leków, które pomagają na przeziębienie - wymagają wtedy wiedzy farmaceutycznej.

Artykuły specjalistyczne są dla Ciebie, jeśli znasz się szczególnie dobrze na jakiejś dziedzinie. Koniecznie staraj się dążyć do pisania tekstów na "swój" temat - to najbardziej opłacalne rozwiązanie. Oszczędzasz czas, bo w czasie researchu nie musisz googlować wszystkiego od A do Z. Na dodatek, zarabiasz więcej dzięki specjalizacji, tematyce, w którą nie każdy jest w stanie się wgłębić. Tutaj ceny zaczynają się od 100-150 złotych. Ich długość to 5 000-15 000 zzs.

W tej chwili zajmuję się pisaniem takich właśnie specjalistycznych tekstów. Piszę o tym, co lubię i na czym się znam. Wymaga to jednak ode mnie stałego uaktualniania wiedzy i bycia na bieżąco. W tym celu czytam książki, inne artykuły oraz śledzę portale i blogi branżowe.

Co jest najważniejsze?
Po pierwsze - wiedza. Po drugie - podanie tej wiedzy Czytelnikowi w atrakcyjny sposób.

To najczęściej pojawiające się w zleceniach typy tekstów. Mam w planie kolejny wpis na ten temat, bo jest jeszcze co najmniej kilka typów, które są warte wspomnienia. Masz w związku z tym jakieś pytania? Chcesz, żebym napisała o jakimś konkretnym rodzaju?

Chcesz nauczyć się pisać dobrej jakości teksty i zarabiać w internecie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Rozpierdlol w długi weekend. Przegląd tygodnia 7-13 sierpnia

Rozpierdlol w długi weekend. Przegląd tygodnia 7-13 sierpnia

Poniedziałek - czyli czas na przegląd tygodnia. W galerii telefonu tym razem raczej pusto, co mogłoby sugerować, że niewiele się działo. Spróbujmy zatem sobie przypomnieć...

leżaki nad morzem i mewy

Na pewno sporo pracowałam. To był jeden z nielicznych pełnych tygodni pracy w te wakacje - bo kiedy tylko mogę, korzystam z przedłużonych weekendów. Właśnie cieszę się ostatnim długim wakacyjnym weekendem... Najbliższe dwa miesiące planuję przepracować bez urlopowania się, bo chcę zostawić sobie kilka dni na zapas. Zobaczymy, jak to wyjdzie - mój organizm dość regularnie żąda odpoczynku.




Po pracy dalej próbowałam odpocząć. Wciąż bardzo fajną metodą na odpoczynek są treningi. Ćwiczę trzy razy w tygodniu od ponad miesiąca. Widzę już pierwsze efekty i mam więcej energii. Robię, co mogę, by pogodzić treningi z życiem. Czasami wymaga to dość dużego pośpiechu (wpadam z pracy do domu, przebieram się w dres, ćwiczę, biegnę pod prysznic, ogarniam się i wybiegam z kanapką w zębach na ulicę, żeby zdążyć). Czasami wymaga dobrego zaplanowania i wychodzi, że zamiast ćwiczyć w poniedziałek, środę i piątek, ćwiczę w środę, czwartek i piątek - tak będzie w tym tygodniu. I tak warto. Samo poczucie, że robię coś dla siebie i na dodatek, daje to efekty, jest bezcenne.

Pierwszy raz w te wakacje udało mi się wyskoczyć na odkryty basen. Całkiem fajnie było, choć bardzo tłoczno.

Pod koniec tygodnia zrobiło się całkiem towarzysko. Wychodzi na to, że jak się dobrze dobierze ekipę, to babskie piwo może być całkiem sympatyczne i kulturalne ;-) Fajnie było i liczę na powtórkę.

W niedzielę postanowiliśmy uciec z miasta, które zostało właśnie najechane przez pielgrzymów. Pierwsze korki zaczęły się już w piątek. Swoją drogą, moje miasto jest fatalnie zorganizowane pod kątem tych pielgrzymek. Trudno się dziwić, że mieszkańcy ich nie lubią - ten miesiąc po prostu kompletnie dezorganizuje nasze życie. Na szczęście, tym razem po drodze widzieliśmy tylko dwie pielgrzymki. Nigdzie nie utknęliśmy.

Nikt też nie obudził mnie religijnymi śpiewami pod oknem o 7 rano. Niebywałe, ale wspaniałe. Tak trzymajcie ;-)

Obejrzałam też trzy filmy. Byłam w kinie na Dunkierce. W domu oglądałam Ustawkę oraz znowu - Strażników Galaktyki vol. 2. Więcej o tych filmach napiszę Wam już wkrótce :-) O Strażnikach przeczytacie we wpisie z recenzjami filmów Marvela.


Jeśli się zastanawiacie, tak - publikuję w poniedziałki, środy i piątki. W tej chwili to dla mnie najlepszy system :-)

Słyszeliście o tej aferze z Tigerem? Żyje nią cały marketingowy świat. Byłam przekonana, że to wyreżyserowana akcja (jak większość takich niby-wpadek, które mają sprawić, żeby mówili), ale argumentacja Przemka Pająka mnie przekonuje.

Sam pomysł na kreację był fatalny i bardzo nie na miejscu. Inna rzecz, że bojkot marki należał się im już za sam Sebixowy sposób prowadzenia komunikacji (rozpierdlol, serio?), choć podobno Sebixy były głównym odbiorcą...

Nie przekonuje mnie  za to pół miliona, tak samo, jak nieudolna próba bojkotu przez "dziennikarza" TVP Info.

Najgorszym pomysłem było jednak wywalenie z pracy osób, które stworzyły tego posta. To poważny błąd w zarządzaniu. Kolejny błąd i to po stronie agencji znowu. Stworzyć to sobie mogły (szczególnie gdy dostały wytyczne, że ma być buntowniczo i rewolucyjnie). Nie miało to jednak prawa zostać zatwierdzone. Jeśli ktoś w tej sprawie powinien wylecieć, to content managerowie czy też inne osoby decyzyjne, które udzieliły zgody na publikację. Być może także i po stronie Maspexu. To nie jest podręcznikowy sposób działania - tu się z Przemkiem nie zgadzam. Na przełożonych ciąży większa odpowiedzialność - za błędy własne oraz błędy ich podwładnych. Dlatego to przełożeni powinni ponieść konsekwencje, a nie szeregowi pracownicy.

Z nieco innej beczki - bardzo spodobał mi się podcast Agnieszki, w którym dzieli się 10 sposobami na wykorzystanie czasu bez zleceń. Motywująco! W treści znajdziecie zarówno nagranie, jak i transkrypcję. Po części właśnie ten odcinek zachęcił mnie do ogarnięcia tego, na co nie mam czasu - dokumentów. Spontanicznie kupiłam segregator, zestaw koszulek i wreszcie poukładałam wszystkie papierzyska.

Część o własnym produkcie przypomniała mi, że mam zaledwie kilka miesięcy, by napisać książkę i tak, zabrałam się za to - zaczęłam pisać książkę dla dzieci na konkurs Biedronki. Kiedy jak nie teraz? :-)

A co u Was? Jak Wam mija długi weekend?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Ustka - jak dojechać, gdzie spać? Recenzja obiektów

Ustka - jak dojechać, gdzie spać? Recenzja obiektów

Wspominałam Wam ostatnio, że byłam w Ustce. Wybrałam się tam już po raz drugi. Znowu wróciłam zachwycona tym pięknym miastem. Nawet mimo błędów, które popełniłam w trakcie organizacji tego wyjazdu. Dziś opowiem Wam więcej o moich doświadczeniach z dojazdem i noclegiem, byście mogli zrobić to lepiej, niż ja. Zaczynamy!

mewy nad morzem

Dojazd do Ustki i z Ustki

Dojazd pociągiem

Za pierwszym razem pojechaliśmy pociągiem. Najpierw InterCity do Warszawy, a potem przesiadka do Słonecznego Kolei Mazowieckich. Z konieczności podróżowaliśmy I klasą IC (brakło miejsc w klasie II). Tym razem udało nam się znaleźć miejsca w II klasie i... nie zauważyliśmy różnicy. Miejsca takie same, niektóre z blatami, gniazdka elektryczne (działające), pani z wózkiem z kawą, WARS tak samo blisko, wi-fi działające lepiej niż w I klasie... Serio, nie wiem - za co płaci się więcej w I klasie?

Słoneczny - pociąg ze stolicy nad morze. Piętrowy. Oblegany. O wiele bardziej w weekendy niż w tygodniu. W zeszłym roku jechaliśmy w poniedziałek, w tym roku - w sobotę. Różnica była zasadnicza. Już przy wsiadaniu na drugiej stacji na trasie brakło miejsc siedzących. W zeszłym roku znaleźliśmy je od razu. Druga różnica jest też taka, że rok temu nie było możliwości kupienia biletów online. W tym już tak, ale to wciąż nic nie zmienia - brak obowiązkowej rezerwacji. To znaczy, że nawet jeśli kupicie bilet wcześnie, możecie spędzić sporą część podróży na stojąco. Duży błąd ze strony przewoźnika - mam nadzieję, że Koleje Mazowieckie się poprawią w tej kwestii :-)




Powrót autokarem

Wracamy zazwyczaj autokarem. Zwyczajnie nie chce się nam bawić w przesiadki w drodze powrotnej. W zeszłym roku zarezerwowaliśmy powrót autokarem AD EuroTrans. Ogólnie - dobra cena, szybki powrót. Mogłoby być trochę więcej miejsca dla pasażera (faceci nie wiedzą, co zrobić ze swoimi nogami), ale to jedyny minus.

W tym roku brakło miejsc w AD i pozostał nam jedynie PKS Słupsk. Kupiliśmy bilety online, niemal połowę tańsze niż AD i... autokar nie przyjechał. Chwilę przed planowanym odjazdem pojawił się autobus podmiejski PKS Słupsk i kierowca oznajmił, że PKS do Zawoi (czyli nasz) zepsuł się i mamy się zabrać podmiejskim, a w Słupsku przesiądziemy się do właściwego pojazdu.

W podmiejskim było ciężko. Wyobraźcie sobie - tłum ludzi i walizki stojące w przejściu. Autobus nie miał luku bagażowego podobno i nie było gdzie schować swoich tobołów.

We właściwym autokarze brak toalety. W sensie, była chyba, ale zamknięta ciągle. A tymczasem cała trasa autokaru od Ustki do Zawoi to dobre 14 godzin jazdy... Przerwy zaczęto robić dopiero wtedy, gdy ktoś się upomniał. No i standardowo - mało miejsca. Oprócz tego, reszta była OK. Dojechaliśmy z 20-minutowym opóźnieniem, ale to przez remont na trasie. Kiepsko się zaczęło, ale ostatecznie wrażenia całkiem pozytywne.

Nocleg w Ustce

Pensjonat Artus

pensjonat Artus w Ustce

W zeszłym roku na Booking.com znaleźliśmy pensjonat Artus, w Ustce Zachodniej. Do plaży mieliśmy ok. 1 km przyjemnej drogi przez las. Do centrum trochę dalej, ale to dlatego, że chodziliśmy naokoło z powodu awarii mostu w porcie. Ale wyszło nam to na dobre, bo przynajmniej był powód do spacerowania ;-)

Zresztą, z bagażami też tam jakoś doszliśmy, choć z perspektywy czasu stwierdzam, że trzeba było jednak wziąć taksówkę. Na początku byliśmy trochę zawiedzeni, że tak daleko, ale nie wiedzieliśmy jeszcze, że można dalej... O tym doczytacie niżej, przy opisie naszego tegorocznego noclegu.

Obiekt - typowy pensjonat, mieszczący się w domu. Mieliśmy pokój na poddaszu. Było trochę duszno, ale poza tym w porządku. W pokoju łóżko, meble, telewizor, dodatkowa kanapa. Łazienka całkiem wygodna, choć nieduża. Do pokoju dostaliśmy klucze, więc mogliśmy wracać, kiedy tylko chcieliśmy. Spokojnie i cicho. Współmieszkańców spotykaliśmy na śniadaniu. Poza tym nie było ich w ogóle słychać, ale myślę, że to kwestia całkiem przyzwoitego wyciszenia pokojów.

Właściciel na początku nieco bucowaty i nieuprzejmy. Potem to nadrobił i był już nad wyraz miły.

Dobre śniadania - standardowo, szwedzki stół, ale praktycznie każdego dnia coś innego. W pokoju były również sztućce, talerze, kubki, czajnik i lodówka, więc można było sobie spokojnie ogarnąć jakieś kanapki i herbatę do kolacji.

Obiady jedliśmy w pobliskiej Starej Pierogarni. Dobre, choć dziwacznie udekorowane. W tym roku też tam byliśmy raz i dostaliśmy pierogi z mięsem przystrojone kawałkami... kiwi. Co dalej? Pierogi z jagodami przyozdobione skwarkami? ;-)

Raz też zawitaliśmy do stołówki w pobliskiej szkole. Niestety, tam obiad był fatalny. W sumie, można było się spodziewać. Wodnista pieczarkowa ze zwarzoną śmietaną i niedogotowane ziemniaki. Bardzo tanio i bardzo niedobrze.

Resident Rene

Resident Rene w Przewłoce koło Ustki

W tym roku wylądowaliśmy w Resident Rene. Obiekt nowoczesny i ładny. Wręcz fancy. Aspirujący do miana hotelu. Pokoje piękne i starannie urządzone. Dokładnie takie same, jak na zdjęciach. Wyposażenie - łóżko, kanapa, stół i pojemne meble. Do tego lustro w pokoju i w łazience. Łazienka przestronna i czysta. Jedynym problemem było to, że słabo wentylowana. Niby wentylacja połączona z oświetleniem, ale nie dawała sobie rady. Ręczniki i kostiumy kąpielowe w ogóle nie schły.

W pokojach ładnie i czysto, choć trochę duszno. Brakowało lepiej przemyślanego wyposażenia. Mały kosz na śmieci w łazience i tylko tyle. Sam fakt, że w łazience - miał sens (bo, mówiąc wprost, nie śmierdziało śmieciami w pokoju), ale skoro tak, to kosz powinien być większy. Brak rolet w oknach, tylko zasłony - ładnie, ale rolety są moim zdaniem bardziej praktyczne. Lepiej zaciemniają pokój. Telewizor zawieszony kompletnie bez sensu - nad wezgłowiem łóżka. Ani pooglądać, ani się zrelaksować (nie pomagała świadomość, że te kilkadziesiąt cali może mi zlecieć na głowę).

Łóżka - wygodne, gdy się już do nich przyzwyczaiło. Jeśli ktoś woli twarde i niskie łóżko, może mieć problem z wysokim materacem (podobno siedmiostrefowym). Ja miałam, potem się przyzwyczaiłam, ale na dłuższą metę męczyłabym się tylko. Rozważałam ściągnięcie tego materaca.

Brakowało też bardzo w pokojach wyposażenia takiego jak czajnik, kubki, jakieś sztućce czy talerze. Ja wiem, że to celowe - by goście korzystali z wyżywienia płatnego w obiekcie, ale jednak wolę, gdy daje mi się wybór. Lodówką też bym nie pogardziła.

Na plus - siłownia w cenie noclegu. Można było biegać na bieżni, ćwiczyć na orbitreku, atlasie, na fitball lub z hantlami, podnosić sobie ciężary albo boksować w worek. Bardzo fajna sprawa dla kogoś, kto próbuje być fit niezależnie od okoliczności ;-) Kolejnym dużym plusem była także wypożyczalnia rowerów - rowery, wiadomo, raczej budżetowe, ale w pełni sprawne. Przy takiej odległości od morza - świetny pomysł. Najbardziej spodobała mi się jednak możliwość skorzystania z jacuzzi. Coś wspaniałego.

Jedzenie w obiektowej restauracji na dole. Śniadania (również w formie szwedzkiego stołu) naprawdę dobre, choć nieco mniej zróżnicowane. Zdarzyło nam się zjeść też tam kilka obiadów, które dla gości były nieco tańsze. Mięso dobre, ale dodatki już takie sobie. Ziemniaki ewidentnie spędzały cały dzień w bemarze i były mocno rozwodnione, rozmiękłe. Mało apetyczne. Surówki - zjadliwe, oprócz tej z czerwonej kapusty, która miała jakiś dziwny posmak. Zaniepokoił mnie na tyle, że po dwóch kęsach odpuściłam. Jak na obiad za ok. 30 zł to słabo. Stołówkowa jakość..

Za to drinki w barze - bardzo dobre. Zdecydowanie warte swojej ceny (ok. 15-20 zł). Piwa zaś całkiem tanie - 6 zł to nie majątek przecież. W pobliżu baru dwa pokoje rozrywki, z bilardem, cymbergajem, piłkarzykami i tenisem stołowym. Można było bezpłatnie korzystać. W pobliżu także piękny taras.

Największym minusem i zawodem całego pobytu było to, że obiekt zawzięcie twierdzi (choćby na swojej stronie internetowej), że znajduje się w Ustce... a znajduje się w Przewłoce. Może i wciąż to gmina Ustka, ale miejscowość już inna i jednak trochę oddalona. Mew nie było, świeżej morskiej bryzy też już nie - i strasznie mi tego brakowało.

Odległość na tyle duża, że od razu postanowiliśmy wziąć taksówkę. Złapaliśmy jakąś pierwszą lepszą pod PKP... i nie dość, że pan (starszy dziadek w okularach, podobno dość znany w Ustce) nie wiedział, gdzie chcemy jechać i musieliśmy używać własnego GPS-a, by go poprowadzić, to skasował nas na 30 złotych za kurs. Za 2,5 km. Gorzej niż w Zakopanem. Na szczęście, potem w obiekcie nam podano wizytówkę do innego taksówkarza. Za tę samą drogę zapłaciliśmy 15 zł... Śmieszne jest też to, że kiedy się wymeldowaliśmy, jednocześnie pod RR podjechał "dziadek". Wyobrażacie sobie, że miał pretensje, że go nie zamówiliśmy? Bezczelny. Tego pana nie polecam.

Obiekt na Booking.com miał też dużo nieaktualnych danych. W ogóle nie zadbano o to, żeby informacje podane w internecie zgadzały się z rzeczywistością. Duży minus - to, co się pisze o obiekcie, wywołuje całkiem konkretne oczekiwania. A co wywołują niespełnione oczekiwania? No właśnie...

Wyciszone pokoje - ni cholery. Gdy ktoś gadał w którymś  z dalszych pokoi albo na schodach, przy recepcji, czy na zewnątrz, wszystko było słychać. Wyciszone pokoje to ma np. Best Western. Tam naprawdę dźwięki z zewnątrz nie docierają, albo przynajmniej - są  mocno przytłumione. Zresztą, nawet w prostym Artusie było ciszej.

Recepcja czynna przez całą dobę... Na dzień dobry, po opłaceniu pobytu, zapowiedziano nam, że recepcja jest czynna do północy i jeśli planujemy wrócić później, to powinniśmy dać znać. Skrzywiłam się tylko. Jestem na wakacjach i mam spowiadać się, jak małolata rodzicom? Ostatecznie, nie skorzystaliśmy nawet z tej opcji, bo wracaliśmy maksymalnie o 22, ale... Na wejściu był przecież czytnik do odbicia się kartą magnetyczną. Wystarczyłoby, żeby działał. Obiekt mógłby być bezpiecznie zamknięty na noc, a goście wracaliby, o której by chcieli.

Śniadanie w pokoju. Też nie. Śniadanie było między 8:30, a 10 rano w obiektowej restauracji. I na stołach kartki z prośbą o niewynoszenie jedzenia i naczyń poza restaurację. Krótko mówiąc, albo wstajesz rano i idziesz na śniadanie, albo Ci przepada. Szkoda, bo w Artusie po prostu wystarczyło powiedzieć, że pożycza się talerz i można było zabrać coś na śniadanie dla tych, którzy nie lubią wcześnie wstawać...

Obsługa miła i profesjonalna, bardzo pomocna.

Złożenie w całość wszystkich  plusów i minusów skończyło się tym, że mam bardzo mieszane uczucia co do tego obiektu. Jego położenie nie zachęca mnie jednak, żeby tam wrócić. Za daleko od morza. Ogólnie, jest tak - kiedy hotel/pensjonat twierdzi, że do morza idzie się od nich 20 minut, pomnóżcie to sobie razy dwa.

Nie zrozumcie mnie jednak źle. RR jest fajnym miejscem, które istnieje dopiero od 2 lat. Właściciele powoli uczą się na błędach i myślę, że za jakiś czas będzie tam jeszcze lepiej. Na tę chwilę jest to miejsce dobre dla ludzi, którzy przede wszystkim chcą odpocząć z dala od tłumów, albo przyjeżdżają samochodem.

Czekam z niecierpliwością na maila z Booking.com z prośbą o opinię dla RR. Na pewno będzie szczera :-)

Dla mnie osobiście wygrywa Artus. Po prostu tam mieliśmy tam znacznie większą swobodę i wybór, a właściciel bardzo szedł na rękę. To miejsce mogę polecić z czystym sumieniem, jeśli ktoś chce mieć ciszę, spokój i dostęp do mniej obleganej i niekamienistej plaży ;-)


Jak znaleźć nocleg nad polskim morzem?

Następnym razem zrobimy to jeszcze lepiej. Wystarczy po prostu rezerwować nocleg tak z 3 tygodnie przez wyjazdem. Jeśli spontanicznie - można też spróbować sprawdzić sobie na mapach Google pensjonaty i obdzwonić te, które są najbliżej morza. Albo jechać "na pałę" i skorzystać z poleceń "naganiaczy", którzy oczekują na podróżnych na dworcu PKP.

Można też sprawdzić na Booking.com noclegi w Ustce, które mieszczą się przy morzu - tutaj głównie polecam ulice Mickiewicza i Chopina. Bardzo dużo pensjonatów, a wszystkie dosłownie o kilkaset metrów od morza. Sprawdźcie koniecznie :-)



Booking.com


Wybieracie się nad morze w tym roku? Ustka czy jakaś inna miejscowość?
Znajdź już teraz nocleg nad polskim morzem

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Zdjęcia obiektów pochodzą z serwisu Booking.com
Najważniejsza wskazówka, dzięki której zaczniesz zarabiać

Najważniejsza wskazówka, dzięki której zaczniesz zarabiać

Pewnie widziałeś już masę postów, jak zacząć zarabiać na pisaniu. Różne porady, kursy i artykuły o rodzajach tekstów. Co się szybciej pisze, co nie wymaga wiedzy, a na czym najszybciej można zarobić pierwsze pieniądze. Jak konstruować tytuły. Jak redagować treści. Jak się wyceniać. Masa wartościowej wiedzy.

kobieta pracująca w domu przed komputerem

Z racji swojego zawodu często czytam o copywritingu i zarabianiu w internecie na pisaniu. Temat nośny. Co chwila ktoś czuje się zobowiązany, by dzielić się swoimi mądrościami z początkującymi copywriterami/freelancerami. Tak, ja też ;-) Zakładam jednak, że Ty, który to czytasz, chcesz jak najszybciej zacząć zarabiać prawdziwe pieniądze na tym, co piszesz. I przyszło mi do głowy ostatnio, że w natłoku dobrych rad zapominamy o tej jednej, jedynej, najważniejszej.

Przestań czytać kolejne artykuły o freelansie, zarabianiu na pisaniu i copywritingu. 

Zostań wreszcie tym, o kim czytasz!





To tak, jak z nauką pływania. Nie musisz mieć doświadczenia. Nie potrzebujesz szczegółowej wiedzy o składzie chemicznym wody, stopniu jej zasolenia, ani też znajomości wszystkich istniejących stylów pływackich. Po prostu wchodzisz do wody i uczysz się utrzymywać na jej powierzchni. Potem możesz się doskonalić, trenować, poznawać nowe style i uczyć się teorii. Ale zaczynasz od działania.


Zacznij już teraz


Nie za godzinę, nie jutro, nie za rok. Zarejestruj się w jakimś dobrym portalu, pisz teksty i sprzedawaj. Realizuj zlecenia. Zostań tym, kim chcesz zostać. Bo wiem, że chcesz.

Ale gdzie mam zacząć?!

Tu albo tu.

A co się stanie, jeśli nie klikniesz w żaden z powyższych linków? No nic. Po prostu nie zaczniesz i nie będziesz zarabiać. Być może uda Ci się za jakiś czas, ale jeszcze nie teraz. A co wolisz - mieć pieniądze za rok, czy teraz? No przecież to jasne, że TERAZ!

Dlatego zacznij już teraz. Zrób pierwszy krok, a potem zastanawiaj się, jak iść. Zacznij pisać i zarabiać, a potem dąż do tego, by zarabiać więcej. Za rok możesz być tam, gdzie chcesz. Za rok możesz wiedzieć więcej niż autorzy tych wszystkich postów i artykułów.

Zacznij już teraz.

Przebieraj w zleceniach dla copywriterów lub zarabiaj dobre pieniądze na pisaniu

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Atrakcje, rewolucje i wakacje. Podsumowanie lipca

Atrakcje, rewolucje i wakacje. Podsumowanie lipca

Hej. Przyszły wakacje, a wraz z nimi - czas na odpoczynek. Odpoczywałam tak skutecznie, że przez chwilę nawet nie pojawiało się nic na blogu. Dziś przyszła kolej na przegląd tygodnia - ale zamiast niego będzie podsumowanie miesiąca.

okulary słoneczne na plaży

W tym czasie między innymi odkryłam kolejną część siebie. Nie jestem tylko WWO, ale i empatką... Tak, źle to brzmi, ale chodzi o to, że z łatwością odbieram cudze emocje, mam dobrze rozwiniętą intuicję i szybko poznaję się na ludziach. Wniosek jest taki, że to właśnie ten zbiór cech i duża podatność na odbieranie cudzych nastrojów jest dla mnie męcząca. Mogę nie robić nic specjalnego przez cały tydzień, ale jeśli przebywam w dużych skupiskach ludzi - będę przemęczona. I to się faktycznie sprawdza.

Postanowiłam także zacząć prowadzić Bullet Journal. Widzę, że temat jest bardzo modny i przewija się przez różne blogi. Czy ja będę wrzucać coś ze swojego? Być może. Może będzie się nadawać, choć zależy mi głównie na tym, żeby był funkcjonalny. Ozdabianie go to całkowicie poboczna kwestia, chociaż daje mi to dużo radości.





Odkryłam także, że bar, do którego chadzałam na karaoke (i narzekałam, że prowadzą je tak od niechcenia) zniknął z mojego miasta. Rzucili jeszcze nieco dramatycznym postem na Facebooku, z którego wynikało, że w Śniętym Mieście (pisownia oryginalna) nie warto nic robić... Oj nie. Nie do końca. Owszem, jest to trudne miasto dla biznesów, ale jeśli się chce i się do tego przykłada, to się da. A myślę, że tej knajpie nie do końca się chciało. Kto chodził - ten wie i na pewno odczuł ten klimat :-) Szkoda, no ale cóż...

W pracy mieliśmy taki jeden zabawny dzień, kiedy dział HR wreszcie przekonał mnie do siebie. Słodzili nam przez cały dzień - dosłownie. Najpierw jakieś pianki, bezy, potem lody... Ot tak, żeby nas zachęcić do wypełnienia pewnej ankiety. Gratuluję pomysłu ;-)

Byliśmy na kolejnym weselu. Najfajniejszy był drugi dzień imprezy, kiedy wszyscy wyluzowali. Świetnie się bawiłam. Grał tam najlepszy zespół weselny, jaki w życiu słyszałam. Wokalista nawet wyskakiwał do ludzi na parkiet i dawał im pośpiewać do mikrofonu. A ja nawet pośpiewałam nieco dłużej... Postanowiłam dać młodym taki spontaniczny prezent od serca ;-)

Byłam na szkoleniu Internetowe Rewolucje. Fajny pomysł, zwłaszcza, że bezpłatny (także sprawdzajcie, czy w Waszym mieście też się nie szykuje). Warto, jeśli niewiele wiecie o e-marketingu. Ja najwyraźniej wiem już całkiem sporo, bo mało było dla mnie jakichś odkrywczych rzeczy. Ale mimo to - polecam. Dodatkowo, można potem zorganizować sobie indywidualne konsultacje ze szkoleniowcami i dopracować wspólnie z nimi stronę internetową swojej firmy tak, żeby była lepiej widoczna w Google. Bardzo fajna inicjatywa.

Udało mi się też wyskoczyć na krótki urlop. Wzięłam 3 dni, żeby przedłużyć sobie nieco weekend i wyruszyliśmy nad morze. Spotkaliśmy masę dziwnych ludzi, popełniliśmy dobre parę błędów przy organizacji wyjazdu, ale i tak było warto.

Do pracy wróciłam w środku tygodnia, ale na szczęście - tylko na dwa dni. Z nastawieniem, że dalej wyluzowuję i zachowuję się po pracy tak, jakbym miała urlop.

Wyszło mi to tak, że w sobotę dobre 8 godzin (z przerwami) spędziłam nad blogiem i okołoblogowymi sprawami. Pracoholizm w czystej postaci, ale tak mam, kiedy wena przyjdzie. I wciąż wierzę, że warto ten czas w bloga inwestować :-)

Przy okazji odkryłam też fantastyczną playlistę. Jeśli lubicie lekkiego, starego (ale nie tylko) rocka, też Was zachwyci: Soft Rock na Spotify.

A co u Was dobrego słychać?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Jedziesz nad morze? Tych błędów lepiej nie popełniaj

Jedziesz nad morze? Tych błędów lepiej nie popełniaj

Nawet organizację krótkiego wypadu nad morze da się zepsuć. Jestem fanką uczenia się na cudzych błędach, dlatego dziś dam Wam okazję, byście nauczyli się czegoś na moich. Wybieracie się w najbliższym czasie na urlop? Sprawdźcie, czego nie robić. I tak, jest też parę rzeczy, które nam się udały. O nich również wspomnę. To co, startujemy?

plaża nad Bałtykiem

1. Naiwna wiara w Accuweather

Pojechaliśmy nad polskie morze - do Ustki. Z drżeniem serca, bo prognozy pogody wciąż się zmieniały. I tu jest już pierwszy błąd - poleganie na AccuWeather. Aplikacji, która potrafi pokazywać burzę, mimo, że świeci słońce i na niebie nie ma ani jednej chmurki. I nie będzie. Aplikacja równie konsekwentnie twierdziła, że w sobotę, kiedy przyjedziemy na miejsce, będzie słonecznie. Było pochmurno, chłodno i w pewnym momencie zaczęło padać. Potem jeszcze wiele razy widzieliśmy rozbieżność między pogodą zapowiadaną w aplikacji, a doświadczaną przez nas w rzeczywistości...





2. Wyjazd w weekend

Drugi błąd to wyjeżdżanie w sobotę. O wiele lepiej byłoby jechać w poniedziałek i zostać np. do piątku. Pierwszym powodem jest pogoda, która jakoś w tym roku zawzięcie psuje się na weekend. W tygodniu jest pięknie, słonecznie, ciepło. Przychodzi weekend - zaczyna lać. Widziałam to już tyle razy, że naprawdę powinnam była zapamiętać kolejność...

Kolejna kwestia to też to, że w weekend pociągi są bardziej zawalone. W Słonecznym, należącym do Kolei Mazowieckich, był tłok taki, że przez pierwsze 3 godziny siedzieliśmy jak Cygani na tobołach.

Ja przez chwilę siedziałam też na schodach, z perfekcyjnie dopasowaną reklamą nad sobą:

reklama Urofuraginum nad schodami w pociągu

Nie wiem, czy zadziałała siła sugestii, czy po prostu zimno schodów, ale szybko z nich wstałam.

Skąd wiem, że pociągi są zawalone w weekendy? Bo widziałam. W zeszłym roku jechaliśmy w poniedziałek, tymi samymi liniami, o tych samych godzinach. W Słonecznym całkiem łatwo znaleźliśmy miejsca i siedzieliśmy przez całą drogę. W InterCity zresztą też, choć wolne miejsca były już tylko w I klasie. Dzięki temu mam jednak porównanie. I poważną zagwozdkę - za co dopłaca się w I klasie, skoro zasadniczo wygląda identycznie jak II? Nawet wi-fi było tym razem szybsze...


3. Przypadkowy nocleg

Trzeci błąd to rezerwowanie pierwszego lepszego miejsca na dwa dni przed wyjazdem. Cena niby jeszcze w miarę OK, ale mieliśmy dobre 2 km do plaży. Jeszcze więcej do centrum. Na dodatek, obiekt mieścił się tak naprawdę w sąsiedniej miejscowości. Było na tyle daleko, że nie było czuć już tego cudownego morskiego powietrza, ani nawet mewy nie dolatywały. Już wkrótce na blogu pojawi się recenzja tego obiektu i nie tylko. Z niej dowiecie się również o piątym błędzie, który popełniliśmy podczas wyjazdu...

Znajdź lepszy nocleg nad polskim morzem


4. Późne rezerwowanie przejazdu powrotnego

Czwarty błąd to rezerwowanie powrotu w ostatniej chwili. W efekcie nie udało się nam znaleźć miejsca w autokarze, którym chcieliśmy wracać. Pozostał nam do wyboru jedynie PKS Słupsk, który na dzień dobry się zepsuł...


A co zrobiliśmy dobrze?

Przede wszystkim - pojechaliśmy.

Kolejna rzecz: nie zrażaliśmy się odległościami, pogodą, Januszami, Niemcami (i czym tam jeszcze) i mimo wszystko wychodziliśmy na plażę. Dzięki temu w poniedziałek przez dłuższy czas mogliśmy się opalać na całkiem pustej plaży. Dopiero potem się zaparawaniło ;-)

Na dodatek, wypożyczyliśmy rowery. Dzięki temu znowu aktywnie spędziliśmy dzień i udało się nam trochę pozwiedzać miasto.

No i najważniejsze, co najbardziej nam się udało: znowu wybraliśmy Ustkę. Do tej pory byłam nad morzem tylko w Ustce i Gdyni, ale jestem przekonana, że żadne inne miasto nie jest w stanie zachwycić mnie bardziej niż Ustka. Gorąco polecam :-)

A Wy gdzie byliście na wakacjach? A może dopiero się wybieracie?

Sprawdź również:

Ustka - jak dojechać, gdzie spać? Recenzja obiektów


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Giełda Tekstów - czy warto zostać Super Autorem?

Giełda Tekstów - czy warto zostać Super Autorem?

Na Giełdzie Tekstów osoby sprzedające teksty oraz wykonujące zlecenia nazywane są Autorami. Autorzy dzielą się na tych zwykłych oraz na Super Autorów. Aby zostać Super Autorem, trzeba spełnić kilka warunków.

Giełda Tekstów

Co zrobić, by zostać Super Autorem?


  • dodać co najmniej 150 tekstów na sprzedaż
  • poprawnie wykonać co najmniej 10 zleceń
  • nie mieć żadnego odrzuconego przez moderatora tekstu w ciągu ostatnich 14 dni
  • nie mieć żadnej uznanej reklamacji w ciągu ostatnich 30 dni
  • dodać co najmniej 5 gotowych tekstów na sprzedaż w ciągu ostatnich 30 dni
  • być aktywnym w serwisie - logować się, przeglądać zlecenia i zgłaszać się do ich wykonania.





A co daje status Super Autora?


  • wyróżnienie Waszych tekstów w wyszukiwarce
  • możliwość przedłużenia czasu na wykonanie zlecenia o dodatkowe 20 minut
  • szybsze zatwierdzanie tekstów, bez konieczności czekania na moderację
  • dostęp do specjalnych zleceń, których zwykli Autorzy nie mogą podejrzeć, ani tym bardziej zrealizować.


Czy warto być Super Autorem na Giełdzie Tekstów?

Cóż, ja tego statusu nigdy nie uzyskałam. W sumie, spełniam wszystkie warunki oprócz ilości treści dodanych do sprzedaży. Raczej nie widzę opcji dodania aż 150 tekstów i potem regularnego dodawania po 5 kolejnych artykułów w ciągu miesiąca. Zmieniła mi się optyka. To nie ma sensu, bo sprzedaż idzie tam bardzo wolno. Wszelkie zalegające mi na komputerze teksty poprawiłam i dodałam, ale nie było ich aż 150 sztuk ;-)

Jedyne, co mi dolega, to brak dostępu do tych lepiej płatnych zleceń - choć nie zawsze zlecenia dla Super Autorów są takie znowu dobrze płatne ;-) Jest ich jednak na tyle mało, że i bez nich zarabiałam na Giełdzie Tekstów całkiem sporo.

Możliwość przedłużenia czasu na realizację zlecenia - cóż, zwykłemu Autorowi przysługuje jakieś 10 minut i więcej nie było mi potrzeba. W bardziej kryzysowych sytuacjach po prostu pisałam do BOK :-)

Tak sobie teraz pomyślałam, że może i moje teksty sprzedawałyby się szybciej, gdybym miała status Super Autora, ale jednak... warunki osiągnięcia go są wciąż mocno przesadzone w porównaniu z korzyściami, więc nawet nie próbuję. To wręcz nienaturalne dla mnie, ale cóż - w życiu trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić ;-)

Krótko mówiąc, owszem, można zostać Super Autorem, ale po co? Ja sobie świetnie dawałam radę i bez tego statusu :-)

A Wy co sądzicie? Jesteście Super Autorami na Giełdzie Tekstów? Warto czy nie warto?

Sprawdź pozostałe posty na temat Giełdy Tekstów:

Dobry sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy


Giełda Tekstów - czy można na niej zarobić? Konkrety!


Giełda Tekstów - jak zacząć?


Najważniejsza wskazówka, dzięki której zaczniesz zarabiać


4 najczęściej zlecane typy tekstów


Chcesz nauczyć się pisać dobrej jakości teksty i zarabiać w internecie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger