środa, 31 maja 2017

Co ma piernik do wiatraka? Co Steve Jobs ma do projektowania koszulek?

Co Steve Jobs miał wspólnego z koszulkami? Już Wam mówię. Wpis opieram na swojej przypadkowo zdobytej wiedzy, głównie z książki Steve Jobs, ale także i z internetów. I będzie ciekawie, gwarantuję Wam.

ciekawe koszulki dla kobiet




1. Drużyna PPJD

Wspominałam Wam ostatnio o fragmencie z biografii Steve'a Jobsa, w którym wpadł w trakcie zebrania do firmy dostarczającej mu chipy (która nagle zaczęła zawalać), krzycząc, że są "pieprzonymi pozbawionymi jaj dupkami". Jego zachowanie zrobiło taką furorę, że owszem, naprawili, co mieli naprawić, a następnie... dorobili się kurtek z napisem "Drużyna PPJD". I ciekawa jestem, co na to Jobs. Niekoniecznie lubił złośliwości wobec siebie, ale... lubił uniformy ;-)


2. Ubrania Apple

W 1986 roku Apple postanowiło zająć się projektowaniem i sprzedażą ubrań. To nie był dobry pomysł.


3. Koszulki teamowe

Steve Jobs miał w sobie jakiś dziwny talent do wywoływania humorystycznych reakcji wśród pracowników. Być może w ten sposób radzili sobie z jego trudnym charakterem. Założyciel Apple zazwyczaj parkował swojego Mercedesa w wyraźnym pośpiechu, na dwóch miejscach i to dla niepełnosprawnych. Jego pracownicy zaczęli z tego żartować, nawiązując do słynnej reklamy Apple "Think different". Stworzyli bowiem znaki drogowe z hasłem "Park different" ("Parkuj inaczej").

Chętnie wymyślali także hasła na koszulki, które podnosiły ciśnienie pomiędzy poszczególnymi zespołami.

A było to tak: w firmie Apple były trzy ważne produkty oraz odpowiednio, trzy grupy ludzi, które się poszczególnymi produktami zajmowały. Poszczególne grupy mocno ze sobą rywalizowały.

Steve Jobs zarządzał zespołem, który miał stworzyć komputer Macintosh. Bardzo wolno im szło, choć wkładali w to naprawdę dużo pracy. Twórca był jednak niezwykle dumny, bo miał wizję czegoś niezwykle kreatywnego, pięknego i innowacyjnego. Jego zdaniem wymagało to poświęcenia. W jego ekipie nie było miejsca na słabość, mierne wyniki czy też lenistwo. Wszystko musiało być absolutnie doskonałe. Team Jobsa w ramach motywacji zamówił sobie koszulki z napisem "90 godzin tygodniowo, i jest super!".

Grupa osób pracujących nad konkurencyjnym komputerem Lisa w odpowiedzi zaczęła nosić koszulki ze złośliwym: "Pracujemy 70 godzin tygodniowo i mamy produkt na rynku".

Zespół trzeci pracował zaś nad starym i kompletnie niepotrzebnym według Jobsa komputerem Apple II. Niby nieważny, niby nic szczególnego, a mimo to świetnie się sprzedawał. Najnudniejszy ponoć team w firmie również dorobił się swoich koszulek: "Pracujemy 60 godzin tygodniowo i zarabiamy na Lisę i Maca".


I trochę teraz żałuję, że w tamtych czasach nie byłoby mnie jeszcze na świecie. Apple zapewniłoby mi być może zarobek, albo przynajmniej - sporo rozrywki. Na szczęście, tworzenie haseł i nadruków na koszulki samo w sobie jest bardzo ciekawym zajęciem, dlatego zapraszam do swoich sklepów: Made For Geek (taki bardziej w temacie technologii i komputerów) oraz Made with love. Sporo nad nimi ostatnio pracuję. I dzięki temu idzie mi tam jeszcze lepiej, niż do tej pory :-)

Zaskoczyłam Was tym powiązaniem? Pewnie bardziej niż Apple wczorajszą konferencją WWDC 2017 i prezentowanymi na niej produktami ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 28 maja 2017

Dlaczego kobiety płakały na Eurowizji? Przegląd tygodnia 22-28 maja

Hej! Dzisiaj nadaję ze słonecznej wsi i raczej będzie krótko. Chcę wybrać się na spacer i wykorzystać to, że słońce się wreszcie u nas zadomowiło. Uznajcie to za efekt mojej perswazji ;-) We wtorek przyszłam do pracy, zmarznięta i ponura, i oznajmiłam, że gdyby tylko wiosna się zmaterializowała, to ja bym jej nakopała do d... za tę paskudną pogodę. Najwyraźniej podziałało...


Energię odzyskałam - gdy tylko pogoda się poprawiła, i gdy przestałam brać lek na alergię. Po nim potrafiłam zasnąć o 18:30, bez niego - spokojnie wytrzymuję do 22-23, zdążę zrobić trening, poczytać, ogarnąć coś, napisać... W tym tygodniu zrobiłam planowo 3 treningi, choć bez biegania. Nie mam jeszcze maski, więc nie mam odwagi ;-)




Odkryłam także prawdę o sobie - to już nie introwertyzm, czy tam ambiwertyzm. To po prostu bycie WWO. Zgadza się zdecydowana większość podpunktów. Może ktoś z Was też tak ma?

Słyszeliście w ogóle o fanpage 'u Nocnej Pizzy? To był temat dnia w zeszłym tygodniu. Teraz - post Cinema City, który, odpowiednio, część ludzi uznała za zabawny, a część za żenujący. Nie dogodzisz.

Wpadłam też w zachwyt, gdy odkryłam tę stronkę. Zabawne definicje miłości, motywacji czy też nadziei skradły moje serce :-)

Ucieszyłam się bardzo, gdy w bardzo wyraźny sposób zaczęło działać ćwiczenie wdzięczności. Nie mogę napisać tak całkiem wprost, o co chodzi, ale po prostu zaczęłam zapisywać w swoim zeszycie wdzięczność za coś, czego chciałabym mieć więcej - i nagle pojawiła się bardzo fajna okazja, która mi to umożliwi. I wiem, że to dopiero pierwsza z takich okazji :-) Czyli serio: bądź wdzięczny za to, co masz, a będziesz mieć tego więcej.

Obejrzeliśmy w tym tygodniu bardzo zabawny odcinek Goggleboxa z fragmentami eliminacji do Eurowizji. Ten festiwal to jakiś inny świat. Najpierw wyskoczył koleś z brodą i w spódnicy, którą w trakcie występu z siebie widowiskowo zerwał (pod spodem miał spodnie, spokojnie), potem jakaś Farsa-Sarsa z różowym mikrofonem i rogami, a potem zwycięzca, czyli ten śmieszny Portugalczyk... Nie wiem, co to miało być, co on śpiewał, ale...:

- Podobno kobiety płakały, gdy wyszedł na scenę...
- Chyba z rozpaczy.

Tak można by podsumować w ogóle całą Eurowizję. I jeszcze te płaskie piosenki, które ni cholery nie wpadają w ucho. Nie wyróżniają się absolutnie niczym. Cieszę się, że widziałam tylko fragmenty, a nie całość.

Oglądaliśmy także Praktykanta. Ogólnie: przyjemny, pogodny film obyczajowy... ale tak bardzo obyczajowy, że o niczym. Niektóre postaci były też totalnie nieprzekonujące (czyt. mąż Jules). Od razu nasunęło mi się skojarzenie z historią z biografii Steve'a Jobsa, jak to jedna firma przestała dostarczać mu na czas chipy, a on wpadł do nich na zebranie, krzycząc, że są "pieprzonymi, pozbawionymi jaj dupkami". Firma się poprawiła, a jej pracownicy dorobili się kurtek z napisem "Drużyna PPJD". W tym filmie chyba niektórzy aktorzy byli z tej drużyny... Nie zrozumcie mnie źle - oglądało się miło, ale jakoś tak... bez celu i bez refleksji.

Byliśmy także na bardzo przyjemnym spacerze w Złotym Potoku. Lubię to miejsce, nawet jeśli przetaczają się przez nie takie tłumy ludzi, jak dzisiaj. A tłumy były naprawdę konkretne, takie, że aż pomyślałam, że może przez przypadek trafiłam na Jurajskie Lato Filmowe? Impreza odbywa się tam co roku i cieszy ogromnym zainteresowaniem, a ja... ani razu na niej jeszcze nie byłam. Może teraz się uda ;-)

Zaczęłam od razu szukać informacji na temat wydarzenia, ale nie udało mi się znaleźć nawet dokładnej daty tegorocznej edycji. Wyczytałam jedynie, że rok temu wraz z festiwalem filmowym odbył się również konkurs karaoke. Zwycięzcy wygrywali pakiet VIP na Festiwal Disco Polo w Olsztynie oraz występowali (!) jako gwiazdy (!!) na ... Święcie Pstrąga. Też w Złotym Potoku. Ta informacja tak bardzo mnie ubawiła, że postanowiłam w tym roku wziąć udział w tym konkursie. A co - też będę gwiazdą! :-D

Swoją drogą, w tym miejscu jest jakaś magia. Jesteście w stanie wyobrazić sobie wytatuowanego, łysego, groźnego harleyowca z różową watą cukrową? Ja już nie muszę. Ja go tam widziałam :-D

Z ciekawostek dorzucę Wam także artykuł o tym, czym się różni copywriter od content writera. Z niego wynika, że bardziej jestem content writerem, niż copywriterem Tak Zwanym Copywriterem, ale mam wrażenie, że te pojęcia zaczynają się ze sobą przenikać i zaciera się granica między nimi. Jak to ujął autor tekstu, różnica między nimi to nie różnica między jabłkiem i pomarańczą, a bardziej jak pomiędzy pomarańczą i mandarynką :-)

Jeśli chcecie wiedzieć, czemu się właśnie zdegradowałam i nazwałam Tak Zwanym Copywriterem - sprawdźcie posty, które pojawiły się w tym tygodniu na blogu:

Komu robię na złość, biegając i co wyniosłam z Festiwalu SEO


Kiedyś byłam copywriterem...


Zaktualizowałam także wpis z recenzjami filmów Marvela o krótki opis Strażników Galaktyki vol. 2.

A dla śmiechu obejrzyjcie sobie psa, który chciał zostać prezenterem ;-)

Co u Was działo się w tym tygodniu? Dajcie znać :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 27 maja 2017

Kiedyś byłam copywriterem... Krótka relacja z Festiwalu SEO 2017

Kiedyś byłam copywriterem, ale już nim nie jestem. Teraz pewnie myślicie, że było tyle mięcha, że nagle stałam się superspecjalistą od seło, juixa, kontentu i innych takich mądrych słów? Ech... Nic z tego. Na Festiwalu SEO zostałam podstępnie zdegradowana do roli Tak Zwanego Copywritera. Tak ujęła to jedna z prelegentek - że coś tam może napisać tak zwany copywriter. Ajaj. Boli bardziej niż zbyt niska premia. Nie mogę się pozbierać, ale wiem, że czas stanąć twarzą w twarz z prawdą o sobie. Kiedyś się z tym pogodzę...

relacja z konferencji

Tak poważnie jednak... Nie no, trudno mi zachować powagę, bo Tak Zwany Copywriter zaorał i Gremlin koniecznie chce pociągnąć temat, ale spróbuję. Na tegorocznym Festiwalu wystąpiło wielu znanych w branży specjalistów (no, może oprócz jednego... ale o nim później). Usłyszałam zarówno o tym, jak ogarnąć SEO dla sklepu, jak też i studia konkretnych przypadków - np. tego, w jaki sposób realizowano "Projekt Denko" z blogerkami kosmetycznymi :-)




Bardzo spodobała mi się pierwsza prezentacja, na której Marcin Duraj z Antygenu podał 10 zasad SEO dla sklepu internetowego. Moim zdaniem, spokojnie można je zastosować również w przypadku innych stron. Sama mam sklepy z koszulkami (dla kobiet i dla geeków-informatyków), więc temat zdecydowanie dla mnie. Całą prezentację możecie przejrzeć u Marcina na blogu.

Najważniejsza rada? Powielone strony są jak dwie kobiety w tej samej sukience. Pobiją się, znienawidzą i żadna z nich nie odniesie zwycięstwa. Mega trafne porównanie, szczególnie dla mnie i koleżanki - bo jakoś tak wyszło, że ubrałyśmy się niemal identycznie. Ale nie pobiłyśmy się i nie znienawidziłyśmy ;-)

Google jednak jest znacznie mniej tolerancyjne dla powielonych treści, a w sklepach internetowych bardzo łatwo o duplikaty. Wystarczy, że masz jeden i ten sam produkt z tym samym opisem (muszę to u siebie poprawić). Również strony filtrów i wynikowe potrafią być odczytane jako osobny content - tutaj sytuację ratuje rel=canonical, którego do tej pory zwyczajnie nie rozumiałam. Po konferencji wreszcie rozumiem - niekoniecznie dlatego, że ktoś to wyjaśnił (choć wyjaśnił). Po prostu mowa o tym była w różnych kontekstach i jakoś to mi pomogło.

Od Katarzyny Baranowskiej z Fox Strategy dowiedziałam się, że warto robić recykling nieaktualnych treści - odświeżać je i aktualizować. Czy ja aktualizuję posty na blogu? Hmmmm.... tak nie do końca. Niestety, nie zdążyłam wiele wynieść z tej prezentacji, bo została przeprowadzona w tempie sprintera. Nie dla notujących...

Usłyszałam także, że dobrze, jeśli opisy produktów do sklepu pisze ktoś, kto te produkty zna - czyli właściciel. To akurat bardzo dyskusyjna kwestia - w moim przypadku sprawdzi się doskonale, bo jestem jednocześnie właścicielem sklepu oraz copywriterem Tak Zwanym Copywriterem. Jednak, jeśli ktoś ma tysiące produktów/wersji produktów, to też ma sam pisać? Bez sensu. Pominę już kwestię Januszy, którzy opiszą wszystko w tak innowacyjny sposób, że zamiast na pierwszej stronie wyszukiwarki, wylądują na Słaba Reklama Blog.

Michał Herok z SEOgroup wyjaśnił, że w prowadzeniu agencji SEO grającej w ekstraklasie najważniejszą umiejętnością jest gaszenie pożarów. I że firma jest tak silna, jak jej najsłabsze ogniwo. Tutaj padło odniesienie do najmłodszych stażem, ale ja to "najsłabsze ogniwo" rozumiem całkowicie inaczej. A Wy jak? Powiedzcie, a też Wam powiem ;-)

Milena Majchrzak z SEMSTORM mówiła o tym, jak firmy działają w Google, na Facebooku i na YouTube, i jakie taktyki się w poszczególnych miejscach (i branżach) najlepiej sprawdzają. Dowiedziałam się między innymi, dlaczego kanał Ikea na YouTube jest znacznie gorzej widoczny niż kanał Mango. Dlaczego? Dlatego, że Mango dodaje do filmu opisy i że w tytule zawiera nazwę produktu, co na YouTube sprawdza się lepiej niż tytuły w konwencji storytellingu.

Kamila Krówczyńska z SalesTube opowiedziała, jak zorganizowano akcję "Projekt Denko". Jakie było zainteresowanie blogerek, jakie wymagania co do nich i dlaczego 500 plus w nieoczekiwany sposób utrudniło realizację projektu ;-) Kolejne ciekawe studium przypadku, bardzo mi bliskie z racji tematyki. Prezentacja bardzo w punkt - jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza. Dobrze wyjaśniła cel takich współprac z blogerami "średniego szczebla".

A potem sobie pojechaliśmy, bo się konferencja opóźniła i przedłużyła, a nam zwyczajnie nie chciało się wracać o północy. Ominęliśmy ostatni blok prezentacji.

A,  nie, czekajcie. Była jeszcze jedna prezentacja, ale tę zostawiłam na koniec (choć była w środku), bo tematyka iście bombowa. Mianowicie, pan Piotr Bomba opowiadał, w jaki sposób zarobić 10 tysięcy złotych na afiliacji. Absolutnie nie było to żadne case study. Wartość merytoryczna prezentacji - żadna. Na poziomie naganiaczy MLM. Dużo obietnic, mało konkretów.

Plus, miałam (i mam) wątpliwości moralne, że tego słuchałam - firma Cash in Pills to program partnerski, który moim zdaniem bogaci się na naiwności ludzi (partnerów, stawiających marne stronki sprzedające jakieś tam suplementy i klientów, którzy chcą schudnąć bez wysiłku lub którym nie staje... zdrowego rozsądku). Był to jednak także główny sponsor Festiwalu i miał prawo do swojego "czasu antenowego". Trudny dylemat moralny - przyjąć kasę i pozwolić na taką prezentację, czy zrezygnować z organizowania konferencji?

Teoretycznie, nawet i z tej prezentacji coś można było wyciągnąć, ale średnio tak, słuchać o marketingu od kogoś, kto zarabia na fatalnych marketingowo działaniach... Jak nie wierzycie, to sobie poszukajcie w internetach stronek tych piguł. Typowy Janusz content. Ale z drugiej strony... pełne dopasowanie do profilu grupy docelowej.

Ogólne wrażenie: na Festiwalu było spoko. Jak na pierwszy raz to spoko. Mogło być też jednak znacznie lepiej, bardziej merytorycznie i bardziej wow. Pojechałam z nastawieniem, że nauczę się czegoś nowego, dowiem, zainspiruję - i tak właśnie się stało. Szkoda tylko, że tym razem trzeba było wydziobywać te wartościowe elementy z morza banałów i coehlizmów (Gdy odpuszczasz, przegrywasz...). Prelegenci sobie nieco przeczyli nawzajem, ale myślę, że to wynika z ich różnych doświadczeń.

Wniosek? Nie ma uniwersalnych rozwiązań. Nie ma jednej metody. Trzeba próbować, słuchając tych bardziej doświadczonych, ale także swojej intuicji. I nie odpuszczać, bo wtedy się przegrywa ;-) No dobra, już sobie nie kpię. Wystarczająco się "nakpiłam" w drodze powrotnej z pozostałymi Tak Zwanymi Copywriterami...

I co? Pojechalibyście na Festiwal? A może ktoś z Was też tam był i chce podzielić się swoimi spostrzeżeniami?

Na koniec podrzucę Wam inne relacje, które udało mi się znaleźć:

Relacja od Grupy Tense
Podsumowanie od 4 People
Relacja od Lepiej Widoczni
Relacja od Fox Strategy
Relacja i streszczenie prezentacji od Linkhouse
Relacja wideo od SeoStation

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 23 maja 2017

Komu robię na złość, biegając i co wyniosłam z Festiwalu SEO. Przegląd tygodnia 15-21 maja

Wiecie, że można "zniknąć" niemal cały tydzień?

Wystarczy pójść na L4 do czwartku. I nagle się okazuje, że przez cały tydzień nie zrobiliście nic, oprócz obejrzenia serii TVN-owskich paradokumentów, napisania jednego posta na bloga i ugotowania kilku prostych obiadów.

biegam na złość ZUS-owi

Wciąż mnie trochę drapie w gardle i mam katar. I mam już chyba winowajcę - pyłki. Ponoć w tym roku sosna pyli tak zawzięcie, że przeszkadza nawet tym szczęściarzom, którzy nigdy nie mieli żadnej alergii. Potwierdzenie mam w pracy. No i ja też należę do tych, którzy zawsze czuli się świetnie i uwielbiali wiosnę, a teraz ciągle brakuje im energii. Póki co, nie potrafię wstać rano z łóżka i się ogarnąć. Niby jestem już zdrowa, a wciąż mam wrażenie, że jestem przeziębiona. Wiem jednak, że już wkrótce znowu będę odporna. Na razie łykam tabsy na alergię i jest trochę lepiej.




Na szczęście, pod koniec tygodnia ogarnęłam się już na tyle, że wyszłam z domu, a nawet - poszłam pobiegać. Na złość ZUS-owi, tak, jak Bookworm. I będę dalej biegać, i ćwiczyć, i poświęcać swój czas na aktywności. Poza tym, wmówiłam sobie, że w ten sposób najlepiej odpoczywam - i jest w tym sporo racji. Ania na swoim Instagramie zwróciła uwagę, że odpoczynek powinien być odwrotnością naszej pracy.

Cóż, ja jestem copywriterem - to oznacza, że codziennie przez 8 godzin płaszczę tyłek przed komputerem, wpatrując się w ekran. Ruchu mam tyle, co po kawę i do toalety, ewentualnie czasem jakiś mały spacerek w przerwie lub latanie po biurach i schodach. Nie ma rady - po pracy trzeba się poruszać. Próbuję sobie również wmówić, że to właśnie dlatego ostatnio byłam ciągle zmęczona - bo nie odpoczywałam aktywnie. Póki co - na tyle sobie wierzę, że jestem minimalnie bardziej wypoczęta. Na tyle, że siedzę i piszę tego posta, zamiast położyć się w łóżku. Czyli że działa.

Muszę tylko dodać, że trudno się biega w żulerskiej okolicy. Niektórzy stali bywalcy monopolki śmierdzą tak, że nawet koledzy po fachu przy nich wstrzymują oddech. A co ma powiedzieć biegacz? Czasem nawet najgorsza zadyszka nie skłoni mnie do zaczerpnięcia powietrza. I tak, wpadłam już na ten pomysł, co Wy. Inni biegacze kupują maski ze względu na smog, a ja kupię ze względu na żuli. Moje życie takie oryginalne, wow ;-)

W nagrodę za bieganie, mimo przeszkód, przyniosłam sobie bez. A co!

Śmieszne, że ja go do tej pory nie dostrzegałam. Rośnie mi prosto w drzwi klatki, wychodzę codziennie wprost na ten bez, mijam go w drodze powrotnej i jakoś go nie zauważałam. Nie wiem jak. Czuć? Też nie czułam, dopóki nie przyniosłam do mieszkania.

Aktywny czwartek przygotował mnie dobrze na intensywny piątek w pracy. Dzień miał zacząć się później, od 10 i trwać też do około 10, ale już wieczorem. I tak też było. Dzięki temu, że poszłam na późniejszą godzinę, miałam czas, żeby pospać nieco dłużej i poćwiczyć przed pracą. Potem poszłam gasić pożary - bo po 4 dniach wolnego to już na nic innego czasu nie starcza. A, i jeszcze ogarniać maila, a w międzyczasie skrobnąć jakieś 2k znaków ze spacjami na zadany temat. I nagle przyszła godzina 14, ustawiłam sobie autoresponder na maila, że wyjeżdżam służbowo i wyruszyliśmy do Katowic na Festiwal SEO.

Sama jestem zdziwiona, że się ostatecznie zdecydowałam, bo jestem introwertyczką/ambiwertyczką-domatorką, która woli spędzić czas z bliskimi w domu, zamiast się gdzieś włóczyć. Jak zwykle, okazało się jednak, że jeśli gdzieś się nie chce jechać/iść, to znaczy, że się powinno. Co prawda, merytorycznie było... hmmmm.... napiszę Wam więcej w osobnym poście, ale... Może inaczej: merytorycznie było tak, że towarzysko mieliśmy duży fun. Przez całą drogę powrotną cisnęliśmy z konferencji, i z siebie samych w kontekście konferencji.

A co wyniosłam z Festiwalu SEO? Kubek, dwa długopisy i notes.

A tak poważnie, wyciągnęłam  parę rzeczy, które przydadzą mi się choćby w działalności moich sklepów. Gratisowe itemy to były już tak całkiem przy okazji i legalnie ;-)

Wróciłam do domu po 22. Tutaj warta wspomnienia jest wyłącznie moja piątkowa kolacja - kanapka z pasztetową, popita białą Kadarką. Wykwintne połączenie, wiem :-D Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że Niewyparzona Pudernica je kartofle ze śmietaną i jeszcze to pokazuje ludziom na Instastory. Można? Pewnie, że można. Ośmiorniczki to nie wszystko.

W sobotę pojechaliśmy na karaoke z okazji Juwenaliów. Bardzo chciałam wystąpić, niestety... studenci nie raczyli poinformować, że na karaoke obowiązują zapisy, nie raczyli udostępnić takiej informacji na swojej stronie na temat juwenaliów (już pominę kwestię, że ją zaktualizowali w ostatniej chwili), a ja nie pomyślałam, żeby szukać info na stronach sponsora.

Studenci! Czemu Wy tacy nieogarnięci?

Tak oto przepadła mi fajna okazja, ale na osłodę było pyszne spaghetti i lody w moim ulubionym miejscu.

Zezłościłam się też, widząc straż miejską. Strażnicy chamsko wykorzystali okazję i zamiast pilnować, żeby nikt się nie bił, nie rzucał butelkami, woleli łapać rowerzystów, którzy jeździli po deptaku (zamiast po ścieżce rowerowej w krzakach, o której chyba nawet nie każdy wie). I tak oto świat stał się lepszy, bo policjanci specjalnej troski (tak od tej pory mówię na straż miejską) złapali paru kolesi na rowerach... Wow.

Ja w sumie chyba też ryzykowałam, bo uparłam się, że chcę zerwać trochę "tych ładnych kwiatków, które rosną na drzewach przy ścieżce". I zerwałam. A potem się dowiedziałam, że te drzewa z ładnymi kwiatkami to głóg dwuszyjkowy, Paul's Scarlett. No zobaczcie sami, jaki piękny. Warto było zaryzykować. Do dziś stoi w wazonie i cieszy oko.

W niedzielę było totalne lenistwo. Takie, że aż mnie zmęczyło. Serio, jest taki rodzaj lenistwa, po którym czuję się bardziej zmęczona niż po pracy. I teraz sobie myślę, że trzeba było wyciągnąć laptopa, i napisać coś, zamiast zamulać. Tak, mogłam też poćwiczyć, ale mam założenie, że ćwiczę tylko od poniedziałku do piątku. Żeby mi się za szybko nie znudziło. Póki co, chyba działa, bo ćwiczyłam już wczoraj, i ćwiczyłam dzisiaj, i dalej uważam, że to lubię i mnie to relaksuje. Oby tak dalej ;-)

Mam dla Was mega zarąbiste linki:

Jak zmniejszyć współczynnik odrzuceń na blogu?

Jakie znane osoby miały problem z prokrastynacją i jak sobie z nią poradzić?

Na blogu pojawił się tylko jeden post:

Długi weekend i jeszcze dłuższy tydzień


To dobra okazja, by odświeżyć nieco starszą notkę:

8 lekcji z życia


A co tam u Was było słychać? Czujecie wiosnę w powietrzu, czy tylko pyłki? :-D

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 15 maja 2017

Długi weekend i jeszcze dłuższy tydzień. Przegląd tygodnia 1-14 maja


Pojęcia nie mam, gdzie mi się podziały ostatnie tygodnie. Najpierw był długi weekend, który w moim przypadku trwał od piątku do czwartku. Potem dwa dni pracy, które miały być proste i przyjemne, a jakimś dziwnym sposobem zmęczyły mnie do granic. Pewnie dlatego, że nie zdążyłam się przestawić na tryb pracy po tak długim weekendzie ;-) Wyciągnęłam wniosek na przyszłość - w przyszłym roku biorę sobie 3 dni urlopu, by mieć 9 dni wolnego. A co!




Na długi weekend się prawie pochorowałam. Na szczęście szybko mi przeszło. Ale i tak spędziłam weekend, śpiąc do późna i raczej nigdzie nie wychodząc. Właśnie na to miałam ochotę - książki, filmy, seriale i lenistwo. I kameralny grill, gdy tylko pogoda pozwoliła ;-)

Zaraz po weekendzie w pracy miałam zaplanowany dość ważny moment, ale... został odroczony. Okazało się, że nie jestem do niego wystarczająco przygotowana. No to przygotowuję się dalej, choć potrzebuję do tego wsparcia z pewnego działu ;-)

Tak oto te przygotowania wyzwoliły we mnie pewną złośliwość. "Wypisałam" ją ostatnio w formie 80 (!) zdań, których nie usłyszy się w mojej firmie. Jednym z nich było: Helpdesk rozwiązał mój problem. Kto ma taki dział u siebie w biurze, pewnie zrozumie ironię ;-)

Po tych dwóch dniach pracy spędziliśmy świetny weekend. Wyskoczyłam na szybkie piwo z ludźmi z dawnej pracy (call center), a potem na Strażników Galaktyki.

Ze spotkania wyciągnęłam nawet budujący wniosek. 4 na 6 przybyłych osób dalej pracuje w call center. 1 bodajże na wyższym stanowisku niż te 5 lat temu, kiedy pracowaliśmy razem. 2 osoby pracują gdzie indziej - jedną z tych osób jestem ja. To piwo uświadomiło mi, że może czasem nie widzę na bieżąco, że robię coś ze swoim życiem - ale najwyraźniej jednak robię, bo jestem dalej niż byłam te kilka lat temu. I uświadomiłam sobie również, że wpływ na to miało wiele czynników. To, gdzie jestem teraz, jest efektem moich decyzji sprzed kilku lat. I chyba w większości były całkiem słuszne ;-)

W niedzielę wylądowaliśmy na partyjce Monopoly, a potem na kręglach. W Monopoly grałam dopiero drugi raz i najwyraźniej podejmuję zbyt mało odważne decyzje, bo zawsze prędzej czy później bankrutuję. Zazwyczaj prędzej - jako pierwsza lub druga osoba. W kręgle raz przegrałam z kretesem, a raz prawie wygrałam. Prawie, bo przy przedostatniej i ostatniej turze wpadłam na bezcenny pomysł rzucania kulą, która ważyła tylko trochę mniej niż samochód. Prawie poleciałam razem z nią przy rzucie i teraz sobie myślę, że może właśnie to trzeba było wykorzystać. Na pewno strąciłabym więcej kręgli niż tą kulą...

Reszty tygodnia za dobrze nie pamiętam. Byłam znowu przemęczona i kładłam się do łóżka bardzo wcześnie, starając się tylko dożyć do piątku. Miałam wrażenie, że cała moja energia znikała zaraz po wyjściu z pracy. Jakoś starczało mi jej na te 8 godzin, ale na życie po pracy to już niekoniecznie. W piątek dopiero odpoczęłam. Zrobiłam pyszny obiad i wyskoczyliśmy na karaoke. A potem wstałam i miałam bardzo przyjemną sobotę. Resztę weekendu spędziliśmy na wsi. Wybraliśmy się na bardzo przyjemny spacer w moje ulubione miejsce - a pogoda była naprawdę cudownie spacerowa. Cieplutko, słonecznie, nawet już nie wiosennie, tylko wręcz jak latem.

A potem znowu się okazało, że przemęczenie było zapowiedzią przeziębienia. I tak oto nadaję do Was chora. Ironia losu - byłam około miesiąc temu na L4 i lekarz mi powiedział, że nie będzie mi przepisywał antybiotyku, bo to tylko grypa, antybiotyk nie pomoże, a potem będę łapać każdy możliwy katar. Chyba zmienię lekarza. Nie jestem fanką brania antybiotyków na wszystko, ale... bez antybiotyku też łapię wszystkie bakterie, jak popadnie. Cóż, zabieram się za poprawienie odporności. Przez całą zimę piłam herbatę z imbirem i nie chorowałam. Wracam do tego i to oficjalnie, bo właśnie wypijam trzeci kubek dzisiaj. I za chwilę z powrotem melduję się w łóżku, z biografią Steve'a Jobsa, którą by już wypadało wreszcie dokończyć, bo wspominam o niej chyba już od dwóch miesięcy ;-)

Na blogu ostatnio pojawiło się kilka postów, w tym bardziej branżowe:

Dobre praktyki ludzi sukcesu


4 sprawdzone sposoby, jak wyzwolić w sobie kreatywność 

(bardzo polecam pierwszy, bo pozwala szybko zaobserwować postępy)

oraz jeszcze:

Czego boi się dres, co robiłam w Niemczech i prześmieszny film


Nie bój się lenistwa


Czas "mogę" i czas "muszę"


Dajcie koniecznie znać, co u Was słychać. Mam nadzieję, że jesteście w znacznie lepszej formie niż ja :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket


niedziela, 14 maja 2017

Jak wyzwolić w sobie kreatywność? 4 sprawdzone sposoby

Zawodowo zajmuję się pisaniem i pamiętam swoje pierwsze miesiące w pracy, kiedy natłok nowych obowiązków sprawił, że zaczęło mi brakować pomysłów. Jest to dość powszechny problem wśród wszystkich tych, którzy zajmują się tworzeniem treści.  Teraz już wiem, gdzie tkwiła przyczyna i o tym napiszę Wam na końcu. Na początku jednak same konkrety i metody na to, jak stać się bardziej kreatywnym człowiekiem.

Chcecie wyzwolić w sobie kreatywność? Sprawdźcie poniższe rady. Trzy zaczerpnęłam z książki Zarządzanie codziennością, a jedna jest moim własnym sposobem, który stosuję od pewnego czasu.

jak wyzwolić w sobie kreatywność

1. Twórz dla siebie


To pierwsza i bardzo ważna rada, która u mnie sprawdziła się doskonale. Jest w dużym stopniu powiązana z codziennym pisaniem Hemingwaya czy też Gretchen Rubin. Chodzi tutaj o to, by zająć się… niepotrzebnym tworzeniem. Zrób coś tylko dla siebie, dla przyjemności, bez cenzury, coś, co nie będzie służyło zarobieniu pieniędzy, a jedynie wyzwoleniu. Daj upust swojej kreatywności. Nie oceniaj tego, co powstaje, nie stawiaj sobie granic i zobacz, w którą stronę to pójdzie. Wykorzystaj swój wolny czas i stwórz coś, na co masz ochotę.

Mogą to być również tzw. poranne zapiski, które poleca w swojej książce Julia Cameron. To polega na tym, żeby usiąść rano i zapisać trzy strony swoich myśli, tak szczerze i nie słuchając swojego wewnętrznego krytyka. Myślę, że to jest po prostu typowe pisanie ekspresywne, o którym wspominała kiedyś Ania. To może być świetnym sposobem na uporządkowanie emocji.

W ten sposób budujesz zaufanie do siebie i swoich pomysłów –  pozwalasz sobie na wszystko, a potem dopiero oceniasz. Jeśli pozwalasz swojemu wewnętrznemu krytykowi od razu ocenić swój pomysł, że jest głupi, tracisz zapał.
Ja zazwyczaj w weekendy mam taki czas, kiedy odpalam Worda i piszę. Czasami coś konkretnego (wpadł mi ostatnio ciekawy pomysł na historię i powoli ją buduję), a czasami po prostu opisuję, co się właśnie dzieje, co czuję. Próbuję znaleźć słowa, by jak najlepiej oddać nastrój chwili lub dobrze rozpisać jakiś zabawny dialog, który niedawno usłyszałam. Czasem znajduję jakieś zdanie i na jego podstawie buduję całą opowieść (ciekawe pomysły można znaleźć na Instagramie na profilu Sfera Copywritera).





2. Po prostu zacznij


Nie czekaj na wenę. Jeśli siedzisz właśnie przed pustą kartką, stwórz chociaż pierwsze zdanie. Niech będzie głupie, nie do publikacji – ważne, żeby było na temat, na który musisz napisać. Zacznij i nagle zobaczysz, że pojawią się kolejne pomysły.

Spisz pierwsze myśli, skojarzenia, które przychodzą Ci do głowy. Twój ostateczny tekst wcale nie musi tak wyglądać – ale właśnie tworzysz jego zarys. Później możesz wybrać najciekawsze elementy, uzupełnić je o potrzebne informacje i w ten sposób stworzyć świetną treść. Wspominał o tym Dariusz Puzyrkiewicz w podcaście MWF – nie pisz, tylko redaguj. Stwórz cokolwiek, a potem to dopracuj. Od pewnego czasu tworzę właśnie w ten sposób i zauważyłam znaczącą różnicę – tak jest łatwiej i wychodzą z tego lepsze rzeczy.

PS. Dariusz Puzyrkiewicz wydał niedawno swoją książkę, Biblię copywritingu. Nie mogę się doczekać, aż wpadnie w moje łapki (a już wkrótce wpadnie) :-)


3. Zrób mapę myśli


Czasami warto obudzić w sobie kreatywność, szukając skojarzeń. W takim przypadku po prostu biorę kartkę, na środku zapisuję temat, którym się właśnie zajmuję i spisuję wszystkie skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy. Tego też nie cenzuruję. Dzięki temu pobudzam swój umysł do pracy i za chwilę już słychać, jak zawzięcie stukam w klawiaturę, by rozwinąć zapisane pomysły :-) To bardzo dobra metoda, gdy chcesz stworzyć coś niezwykłego i wyróżniającego się – ciekawe hasło, dobry lead lub np. treść życzeń.


4. Zajmij się czymś innym


Jeśli nic nie działa, daj sobie czas. Idź na spacer, odpocznij lub po prostu zabierz się za inne zadania. Twoja podświadomość będzie w tym czasie pracować nad problemem i zobaczysz, że nagle pomysł się pojawi. Czasami po godzinie, czasami po kilku dniach… Czasami w najmniej oczekiwanym momencie. Pamiętaj jedynie, żeby go wtedy od razu zapisać, choćby w notatkach w telefonie. Nie chcesz przecież zapomnieć tego świetnego rozwiązania, prawda?


A jak to było ze mną?

Mój problem tkwił głównie w braku zaufania do siebie. Starałam się zbyt mocno dopasować do schematu, jaki poznałam na początku. Gdy zaufałam sobie i zaczęłam odważnie proponować nowe pomysły, nagle moja kreatywność się obudziła. Nagle odkryłam, że tekst nie musi być stworzony zawsze według tych samych reguł i w przepisowej kolejności. Ja tworzę – ja decyduję, jak tekst wygląda. I bronię swoich pomysłów – choć zazwyczaj okazuje się, że są doceniane i wcale nie muszę ich bronić. Słowem – wszystko zaczyna się od siebie, od odwagi, żeby przeciwstawić się temu wewnętrznemu krytykowi, dla którego wszystko jest głupie i złe ;-)

A Wy jak sądzicie? Macie jakieś swoje sposoby na wyzwolenie kreatywności? Podzielcie się nimi w komentarzach :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 13 maja 2017

Czas "mogę" i czas "muszę"

o życiu bez przymusu

Lubię takie soboty, jak dzisiaj. Weekend to mój czas. Czas "mogę", a nie "muszę".




Mogę wstać o 8, ale mogę też o 10. Mogę się opierniczać przez cały dzień. Mogę też zrobić coś, na co miałam ochotę przez cały tydzień.

Oprócz tego, jest jeszcze "mam" i "nie mam". Tydzień to czas "nie mam" (czasu, siły, chęci, pomysłu). Dopiero weekend jest pod znakiem "mam". Bo mam czas i mogę go spożytkować jak tylko zechcę. Mogę zrobić masę produktywnych rzeczy. Mogę napisać nowe opisy do swojego sklepu, uporządkować asortyment, napisać post na bloga, napisać swoje przepisowe 500 słów dziennie, jak Hemingway. Mogę wyciągnąć z szafy tablet graficzny i porysować. Mogę zrobić grilla. Mogę wyjść na miasto.

Mogę też przez cały dzień się obijać. Czasami jedyną rzeczą, jaką zrobię w sobotę, jest obiad. A potem gram w Star Wars Galaxy Heroes na telefonie, czytam lub oglądam filmy.

Czasami męczy mnie natchnienie, które przychodzi w niewłaściwym momencie. Akurat wtedy, gdy muszę stworzyć artykuł w pracy, wpada mi do głowy pomysł na notkę na bloga. Albo gdy mam jakiś kryzys, jak w tym tygodniu i jestem tak zmęczona, że codziennie kładę się spać o 20. I nagle pojawia się wena o 22. No, sorry, nie... Nie reaguję na ponaglający dzwonek do drzwi i przewracam się na drugi bok. Czasem tylko zapiszę szybko w notatkach w telefonie, co chciałam napisać. Ale to już nie będzie takie samo, gdy nie jest pisane od razu, na gorąco.

Czasami to natchnienie siedzi we mnie przez cały tydzień i cierpliwie czeka. I ciągle przypomina o swoim istnieniu, aż wreszcie siądę do laptopa i coś z nim zrobię. I tak mam przez większość tygodni, kiedy na co dzień brakuje czasu. Przychodzi sobie taka sobota, jak dziś, i nagle wstaję o 10, i z radością siadam do komputera. Bez śniadania. Popijam sok pomarańczowy. Siadam i piszę bez końca.

Mam w sobie coś, co każe mi pisać. Niezależnie od tego, czy mi się chce, czy nie, czy mam na to siłę, jest coś, co nie pozwala mi zamknąć bloga. Bo wiem, że choć nie pisałam przez dwa tygodnie, to w końcu siądę i napiszę. I będę z tego zadowolona. Mam w sobie taką skłębioną masę przemyśleń, która koniecznie chce zostać wypowiedziana, zapisana i zapamiętana. I to właśnie tutaj robię.

Nie jestem w stanie zagwarantować regularności, bo choćbym chciała, nie mogę przewidzieć, jak będzie wyglądał ten tydzień. I przede wszystkim - nie zamierzam się zmuszać. Staram się pisać codziennie, ale zazwyczaj piszę do szuflady, dla siebie. Nie wszystko, co piszę, nadaje się do publikacji. Czasami jednak z tego regularnego pisania, które zalecało przecież tak wielu autorów (choćby i wspomniany wcześniej Hemingway) powstaje coś fajnego. I w ten sposób lubię tworzyć. Nie na siłę, bo na siłę nie wychodzi.

Cały ten wpis powstał, po części zainspirowany notką Ekstrawaganckiej. W czasach, kiedy prowadzenie bloga urosło do rangi pracy, nawet, jeśli dany bloger na tym nie zarabia, albo tylko dorabia, wymaganie regularności stało się wręcz przesadne. Przesadne, bo my oprócz tych blogów mamy swoje życie, rodzinę, pracę. I lubimy się dzielić tym wszystkim z czytelnikami, ale czasami potrzebujemy po prostu oddechu. Pasja jest pasją, dopóki poświęcamy na nią czas z własnej woli, a nie z przymusu. I dlatego czasem publikuję po kilka postów tygodniowo, a czasem żadnego. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 3 maja 2017

Nie bój się lenistwa

Dzisiaj spontaniczny post, który powstał z okazji kończącego się długiego weekendu. To była wspaniała okazja do lenistwa. Resetu, którego bardzo potrzebowałam.

nie bój się lenistwa

Wciąż zauważam, że mamy potężny problem z... bezczynnością. Nie potrafimy być bezczynni.




Uważamy również, że nicnierobienie to coś złego, coś, co powinno powodować poczucie winy. Nie można nic nie robić. Trzeba zap...dalać do utraty tchu. Nie ma, że boli. Kto nie zap...dala, ten nie ma.

I tak sobie patrzę na ludzi i czasem pojęcia nie mam, co oni takiego mają z tego zapierniczania?

Mam wrażenie, że powinnam ciągle coś robić, zaharować się na śmierć, ale i tak będzie to za mało. Upraszczam sobie robotę? Work smarter, not harder? Nieeee, to się nie liczy przecież. Bo nie dość, że trzeba zap...dalać, to jeszcze ciężko.

To wszystko budzi we mnie totalny sprzeciw. Wierzę, że mój organizm wie, kiedy powinnam pracować, a kiedy odpocząć. Jeśli nie mam siły i chęci na zrobienie czegoś, to po co mam to robić? Doba ma tylko 24 godziny. Muszę w nie wcisnąć sen i pracę. Zostaje mi jakieś 8 godzin dla siebie. I tak część tego czasu muszę poświęcić na obowiązki domowe, zakupy, gotowanie... A gdzie czas na dobrą książkę? Na rozwój?

Na odpoczynek?

Kiedyś wydawało mi się, że ten sprzeciw powinien budzić we mnie poczucie winy. Że robię za mało, więc nie jestem wartościowym człowiekiem. Od pewnego czasu dopiero rozumiem, że jest czas na pracę i jest czas na kołacze. Jest czas na wysiłek i musi być czas na odpoczynek. Nie da się harować bez przerwy.

Nikt z nas nie jest jak Nokia 3310. Każdemu w końcu bateria się wyczerpuje.

Nie mogę sobie wyobrazić, że dałabym radę pracować w taki sposób. Miałam dość po jednym dniu.

Pracodawców, którzy każą pracować ludziom od poniedziałku do soboty (albo i niedzieli) bez przerwy (i za grosze), powinno się karać - pracą przez bity tydzień bez przerwy. Powiecie, że prawo pracy tego zabrania, że pracodawcy dają dzień wolny za pracujące weekendy? Oj, nie wszyscy, a już na pewno nie ci, którzy zatrudniają ludzi na śmieciówkach. Tam prawo pracy nie obowiązuje. Sama tak miałam i nie było argumentu, że jeśli pracuję w sobotę, to powinnam mieć wolny jakiś dzień w tygodniu.

Zresztą... I tak coś źle sobie zorganizowaliśmy w układzie świata. Przepracowujemy 1/3 doby. Niektórzy z nas spędzają tyle czasu w miejscu, którego nie znoszą, robiąc to, czego nie chcą i w towarzystwie osób, z którymi z własnej woli nie spędzaliby czasu. Też tak kiedyś żyłam i cieszę się bardzo, że udało mi się to zmienić. Mogę powiedzieć, że każdy może coś zmienić w tej kwestii, ale tak naprawdę - wiem, że nie każdy. Bo do tego trzeba odwagi, a czasem nawet brawury. I umiejętności, za które ktoś będzie skłonny nam zapłacić.

Co prawda, od pewnego czasu coraz częściej można usłyszeć o wprowadzeniu krótszego dnia pracy w różnych miejscach. 6 godzin dziennie podobno pozwala na to, żeby z powodzeniem zrobić wszystko to, co w tej chwili robimy w ciągu 8. A potem idę sobie zadowolona do domu i mam dodatkowy czas - dla bliskich, dla siebie, na rozwój...

Dla mnie to świetny pomysł i mam nadzieję, że kiedyś będzie standardem. 2 godziny dziennie mniej to 10 godzin w skali tygodnia. Może po prostu weekendy powinniśmy mieć w takim razie 3-dniowe weekendy? Naprawdę, bardzo bym chciała. Bo w tej chwili, choć uwielbiam swoją pracę, każdy weekend jest za krótki. Nawet tak długi, jak tegoroczna majówka. A te 2 godziny dziennie, w trakcie których raczej nie robimy nic istotnego, składają się w setki godzin rocznie, których już nie odzyskamy - a mogliśmy je spędzić inaczej. Robiąc coś, na co mamy ochotę, ucząc się czegoś nowego lub po prostu - z najbliższymi.

Mamy tylko jedno życie. Musimy w nim znaleźć czas na odpoczynek. Czas dla bliskich nam osób i dla siebie samych. Czas na robienie tego, na co faktycznie mamy ochotę. I jeśli czujemy, że nie chce nam się... to może to znak, że trzeba odpuścić? Może organizm nie ma już siły? Może robienie tego po prostu nie ma sensu? Może trzeba znaleźć jakiś inny sposób?

Lenistwo nie jest zbrodnią. Lenistwo to pytanie, na które musimy sobie odpowiedzieć.

Zgadzacie się ze mną?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 2 maja 2017

Dobre praktyki ludzi sukcesu #1

Ostatnio czytam sporo branżowych książek. Niedawno w moje ręce trafiła świetna pozycja: Zarządzanie codziennością. Zaplanuj dzień, skoncentruj się i wyostrz swój twórczy umysł. Dokładnie tego mi było trzeba! Przeczytałam ją w kilka dni, zrobiłam masę notatek, zmieniłam swój tryb pracy i dziś napiszę Wam, które wskazówki warto zastosować.




W książce została podana cała masa przykładów z życia słynnych twórców. Postanowiłam się z Wami podzielić tymi przykładami. Poniekąd zapisuję je też dla siebie - ta notka to swego rodzaju notatka, do której za jakiś czas na pewno wrócę. W końcu czytam swojego bloga ;-)

jak zostać człowiekiem sukcesu?


1. Zaczynaj dzień pracy w taki sam sposób

Jeśli każdego poranka robisz to samo, by płynnie przejść do pracy, wysyłasz sygnał do swojego umysłu, że powinien się przełączyć w tryb pracy i kreatywności. Potrzebujesz rytuałów, które pozwolą Ci się "włączyć".

Ludzie sukcesu mają swoją codzienną rutynę.

Choreografka Twyla Tarp wstaje wcześnie rano. Następnie zamawia taksówkę i jedzie na siłownię. Poranny trening pozwala jej obudzić twórczy umysł.

Malarz Ross Bleckner również wstaje wcześnie. Czyta gazetę, a potem medytuje. O 8 rano idzie do swojej pracowni i korzysta z porannej ciszy, aby w spokoju popracować.

Pisarz Ernest Hemingway miał w swoim życiu bardzo ważną zasadę. Niezależnie od tego, co się działo, każdego dnia pisał 500 słów. Czy można nie nazwać pisarzem kogoś, kto pisze każdego, absolutnie każdego dnia?

Podobnie robi pisarka Gretchen Rubin: Jako pisarka pracuję każdego dnia, włączając w to weekendy, święta i wakacje. Zazwyczaj piszę przez wiele godzin w ciągu dnia, czasem jednak może to być jedynie piętnaście minut - jednak nigdy nie pomijam ani jednego dnia. Odkryłam, że taka regularna praca pozwala osiągnąć więcej, a jej efekty są bardziej oryginalne.

Codzienna praca, jeśli naprawdę będzie wykonywana każdego dnia, może przewyższyć osiągnięcia sporadycznych Herkulesów.
Anthony Trollope

Pisarz Stephen King również wprowadza się w nastrój do pracy, wykorzystując codziennie te same bodźce: Mam pod ręką szklankę wody lub kubek z herbatą. Zawsze siadam do pracy o tej samej porze, pomiędzy 8:00 a 8:30 każdego dnia. Biorę witaminy, puszczam swoją muzykę, siadam na tym samym krześle i tak samo układam papiery na biurku. Wspólnym celem robienia tych samych rzeczy w ten sam sposób jest powiedzenie mojemu umysłowi: "Wkrótce zaczniesz marzyć".

U mnie w jakimś stopniu każdy poranek wygląda podobnie. Wciąż jednak szukam "swoich" zwyczajów. Myślałam o wstawaniu jeszcze wcześniej, żeby mieć więcej czasu dla siebie, ale w moim przypadku to chyba nierealne ;-)

W pracy faktycznie korzystam z tych samych bodźców. Przychodzę, robię sobie kawę, odpalam Worda i przeglądarkę, wybieram temat i piszę, na bieżąco robiąc też research. Zazwyczaj w trakcie pracy słucham również muzyki, często tej samej ;-)


2. Zaczynaj dzień pracy od pracy. Zapomnij o wielozadaniowości


W książce zostało to ujęte w bardzo trafny sposób - najpierw kreacja, potem reakcja. Do tej pory pracowałam w inny sposób - zaczynałam dzień od sprawdzenia poczty i odpisania na wiadomości. Niezależnie od tego, czy dostawałam ich dużo, czy mało, zajmowało mi to trochę czasu i w jakiś sposób wybijało z trybu "kreacji" na dłużej. Motywację do wprowadzenia zmian znalazłam dopiero po przeczytaniu Zarządzania codziennością.

Kiedyś byłem sfrustrowanym pisarzem - opowiada Marc McGuinness. - Dokonanie tej zmiany zmieniło mnie w pisarza produktywnego. Teraz rozpoczynam dzień od kilku godzin pisania. Nigdy nie umawiam żadnych spotkań na godziny poranne, jeśli jestem w stanie tego uniknąć. Tak więc, niezależnie od wszystkiego, najpierw wykonuję najważniejszą pracę - i patrząc wstecz, mogę stwierdzić, że moje największe sukcesy wynikają bezpośrednio z wprowadzenia tej zmiany.

Twórca zaleca: wyłączcie pocztę i telefon. Musicie się też przyzwyczaić do tego, że zawsze ktoś będzie miał pretensje, bo od kilku godzin nie dostał odpowiedzi na swoją wiadomość. Jednak lepiej rozczarować kilka osób z powodu drobiazgów, niż zamienić swoje marzenia na pustą skrzynkę odbiorczą. W przeciwnym wypadku przehandlujesz swój potencjał za iluzję profesjonalizmu.

Robienie wszystkiego naraz to robienie niczego. Nie da się pracować twórczo, co chwilę przełączając się na reagowanie na e-maile. Potwierdzam - z zamkniętą pocztą pracuję szybciej i wydajniej. W krótszym czasie jestem w stanie napisać więcej. Szczególnie wyraźnie widzę to w podsumowaniu tygodniowym - w tym samym czasie tworzę znacznie więcej treści niż w poprzednich kwartałach.

Pisarz Jonathan Franzen potraktował pokusę wielozadaniowości tak poważnie, że aby napisać swój bestseller "Wolność", zamknął się w bardzo skromnie wyposażonym biurze. Jak powiedział w wywiadzie dla magazynu Time, posunął się do tego, żeby usunąć z laptopa modem i zniszczyć gniazdko ethernetowe za pomocą kleju Super Glue i piły. Zamknął się niczym w kokonie, pogłębiając swoją izolację zatyczkami do uszu i słuchawkami tłumiącymi wszelkie dźwięki.

Zatyczki do uszu plus słuchawki zamknięte? Kuszące ;-) Sama często korzystam ze słuchawek dokanałowych, które dobrze blokują hałas. To mi wystarcza. Potrzebuję słyszeć to, co sama wybrałam i na co mam wpływ - muzykę, zamiast hałasów i rozmów.


3. Pozwól sobie na czas w samotności


W 1845 roku Henry David Thoreau wyruszył do lasu nieopodal Walden Pond, by w samotności rozmyślać i tworzyć. Chciał uciec od zgiełku dziewiętnastowiecznego miasta i jego interesów.

Mam dość mocno introwertyczną naturę (czy tam ambiwertyczną ;-)) i potrzeba samotności jest dla mnie bardzo ważna. Każdego dnia muszę spędzić choć trochę czasu tylko sama ze sobą.

I jest z tym potężny problem. Technologia nam tego nie ułatwia. To, że nie ma ze mną nikogo w pokoju, nie znaczy, że jestem w nim tak naprawdę sama. Mam przecież włączony telewizor lub muzykę, komputer z otwartą pocztą i Facebookiem, czy telefon, który wibruje powiadomieniami z Messengera. To nie samotność. Prawdziwa samotność jest offline. Bez dodatkowych bodźców. Posunęłabym się dalej - nie jestem sama, jeśli kogoś słyszę. Jeśli w mieszkaniu nad głową rozbijają mi się właśnie sąsiedzi. Jeśli pod oknem ktoś mi się wydziera. To dlatego uważam, że najlepszym pomysłem na samotność jest wycieczka w spokojne, odludne miejsce - do lasu lub nad wodę.

To pozwala poukładać myśli. W ciszy, kiedy słyszę jedynie siebie, zaczynam mieć nowe pomysły. W głowie pojawiają mi się rozwiązania problemów i szkice kolejnych tekstów. Umysł, który nie jest bombardowany bodźcami z każdej strony, nagle zaczyna pracować w całkowicie inny sposób. Rzeczy, które wydawały się bardzo ważne, które bardzo poruszały - nagle tracą swoje znaczenie, a ja odzyskuję spokój.


Kim są ci ludzie sukcesu?


Na koniec opowiem Wam coś więcej o tych ludziach sukcesu, których wymieniłam w swoim tekście. Samo napisanie, że to są ludzie sukcesu nic nie znaczy, jeśli o nich nie słyszeliście, prawda?

Twyla Tarp
Swój własny zespół taneczny stworzyła już w wieku 24 lat. Wpisanie jej nazwiska w Wikipedii wywołuje biografię z bardzo długą listą nagród, które otrzymała. Jest autorką choreografii do filmowej adaptacji słynnego musicalu Hair. W tej chwili ma już 75 lat i wciąż pracuje.

Ross Bleckner
Trudno mi było znaleźć jakieś informacje o nim i miałam pewne wątpliwości, czy uwzględniać go w tym poście. Ot, malarz, który żyje w Nowym Jorku. Na jego stronie (która wygląda jak fragment kodu strony, zwłaszcza w części CV... kto grzebie w html-u, ten wie) można znaleźć informacje o licznych wystawach jego obrazów, które można było podziwiać na całym świecie (Belgia, Niemcy, Finlandia, Włochy, Korea...) oraz o tym, że zasłynął dzięki swoim wielkoformatowym obrazom, które hipnotyzują i wciągają. Wikipedia wspomina również o jego filantropii. Skoro jest filantropem, to znaczy, że zarabia na swojej sztuce, a to moim zdaniem najlepszy wyznacznik sukcesu. Nie tylko tworzy, ale umie również swoje dzieła sprzedać. Dlatego o nim również wspominam.

Ernest Hemingway
Na pewno go znacie. Z nim również miałam drobny problem. Gdy doczytałam, że Hemingway popełnił samobójstwo, bez namysłu zapytałam, czy to przez to, że przeczytał Starego człowieka i morze. Nie była to moja ulubiona lektura, ale zważywszy na to, że wiele osób ceni Hemingwaya, zamierzam jeszcze raz spróbować. Może obowiązkowa lektura mnie nie przekonała? A może gimnazjum to za wcześnie na taką książkę? Raczej nie bez powodu stał się znany. Jeszcze za jego życia jego prace zostały włączone do kanonu literatury pięknej. Wiele jego książek doczekało się również ekranizacji.

Gretchen Rubin
Blogerka, mówca i autorka bestsellerów takich jak Lepiej czy też Projekt szczęście. Na jej stronie internetowej można przeczytać, że jej książki rozeszły się w ponad 2 milionach kopii, przetłumaczone na ponad 30 języków. Porusza tematykę szczęśliwego życia i dobrych nawyków. Myślę zatem, że jest zarówno dobrym przykładem człowieka sukcesu, jak i osoby, która potrafi ogarnąć swoje życie.

Stephen King
Kto o nim nie słyszał? Jego horrory przeszły do klasyki gatunku. Zdobył wiele nagród za swoją twórczość. W trakcie studiów zaczął dorabiać, pisząc opowiadania do gazet. Miał spory problem z ukończeniem swojej pierwszej powieści i wyrzucił ją do kosza. Na szczęście jego żona odratowała Carrie i zachęciła go do dalszej pracy nad książką. Gotowy maszynopis King wysłał do wydawnictwa i zapomniał o nim... dopóki nie otrzymał oferty wydania powieści za 2,5 tysiąca dolarów. Niedługo potem drugie wydanie powieści znacząco zwiększyło swoją wartość. Autor sprzedał prawa do niej za 400 tysięcy dolarów. Osiągnął komercyjny sukces i został filantropem.

Marc McGuinness
Trener osób zajmujących się pracą twórczą oraz autor książek na ten temat (Resilience, Productivity for creative people, Motivation for creative people). Mam nadzieję, że zostaną kiedyś przetłumaczone na język polski. Jest jednym ze współautorów książki Zarządzanie codziennością.

Jonathan Frenzen
Pisarz. Twórca okrzykniętej największym wydarzeniem literackim 2010 roku powieści Wolność. Za inne swoje dzieło - Korekty - otrzymał również prestiżową nagrodę National Book Award.

Henry David Thoreau
Pisarz, poeta i filozof. Przeniósł się do samotnej chaty w lesie. Tam stworzył swoje najsłynniejsze dzieło - Walden. Trudno mi go trochę nazwać człowiekiem sukcesu w takim znaczeniu, jakie do mnie przemawia, ale chyba jednak osiągnął swój własny, prywatny sukces - żył po swojemu.


To na tyle, jeśli chodzi o pierwszą część Dobrych praktyk ludzi sukcesu. Na podstawie samej książki jestem w stanie stworzyć jeszcze co najmniej 1 wpis, ale pomyślałam, że będę się dzielić także materiałami z innych źródeł. Chcecie więcej inspiracji z życia ludzi, którzy dużo osiągnęli? Dajcie mi znać. Czekam na Wasze komentarze! :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 1 maja 2017

Czego boi się dres, co robiłam w Niemczech i prześmieszny film. Przegląd tygodnia 17-29 kwietnia

Na dzień dobry podrzucam fajną playlistę na majówkę. Odpalcie i jedziemy: klik.

kwitnąca czereśnia

Ten tydzień uświadomił mi, że jeśli ciągle chodzę zmęczona i nie mogę się wyspać w nocy, to najwyraźniej odporność mi spadła. To nie pogoda (przynajmniej nie bezpośrednio), to nie niskie ciśnienie - to prostu osłabienie, które skończy się grypą, jeśli nic nie zrobię. I tak oto po raz kolejny w sezonie dopadł mnie katar-morderca. Męczyłam się z nim przez dobre kilka dni.






Tylko świadomość długiego weekendu skłoniła mnie, żeby pójść do pracy w piątek. Kusiło mnie strasznie, żeby popracować z domu, ale uznałam, że czeka mnie teraz prawie tydzień siedzenia w domu, więc ten jeden raz jeszcze wyjdę do ludzi. Mam nadzieję, że nikogo nie zaraziłam.

W czwartek kilkukrotnie dzwonił do mnie ktoś z Monachium. Ja z odbieraniem telefonu mam dość spory problem (chyba wynik pracy w cc :-D) i zazwyczaj wolę napisać wiadomość, niż rozmawiać przez komórkę. Tym bardziej, jeśli dzwoni ktoś z obcego numeru.

I miałam przez to też straszną zwiechę w pracy. Wiecie, siedziałam i poprawiałam tekst. Nagle zauważayłam, że dzwoni ktoś z niemieckiego numeru. Jak już przetworzyłam informację, zaczęłam się zastanawiać, jak bym rozmawiała, co bym powiedziała. A potem musiałam się przestawić znowu na polski i poprawianie polskiego tekstu. Zabawne uczucie, polecam ;-)

Tak czy owak, chyba to dobry moment, by wyjaśnić, co ja właściwie robiłam w tych Niemczech. Byłam tam opiekunką starszych osób. Praca dobrze płatna, ale z wielu powodów trudna. Przypuszczam, że dzwonił do mnie jeden z podopiecznych. Na początku pomyślałam, że może chciał złożyć mi życzenia. Albo spytać, czy chcę spadek w Euro (a przecież nie trzeba pytać, wystarczy zapisać :-D).

Potem sobie uświadomiłam, że przecież ten pan zawsze w pewnym momencie jest niezadowolony z obecnej opiekunki i dzwoni po wszystkich pozostałych, czy by nie przyjechały do niego. Inna rzecz, że za ich kadencji też ma etap niezadowolenia (słowem, każda jest najlepsza, której właśnie tam nie ma). Efekt: każda przyjeżdża raz, może dwa i potem jedzie w inne miejsce. Ja jestem dokładnie na tym samym etapie. Zresztą, moje życie rozwinęło się w znacznie fajniejszym kierunku i jestem nastawiona na to, że już nie będę wyjeżdżać za granicę do pracy. Moje miejsce jest tutaj, w tym kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch... ;-)

Teraz przede mną kilka dni błogiego lenistwa. Bardzo mnie to cieszy. Bo wiecie, lenistwo nie jest niczym złym. Każdy się czasem musi zresetować. Ja bardzo szanuję tę potrzebę swojego organizmu i staram się nie zabierać pracy do domu. W weekendy staram się robić to, na co mam ochotę - czytać, oglądać filmy, wyjść gdzieś, a nie sprzątać i prać. Nawet takie rzeczy staram się ogarniać w tygodniu, po pracy, żeby w weekend faktycznie odpocząć.

Dla beki polecam firm Armia ciemności. Ponoć klasyka gatunku. Leciał wczoraj w TV i miałam setny ubaw. Te gadające szkielety i poczucie humoru wujka Janusza. Kiedyś pewnie to był niezły film, teraz już tylko zabawny ;-) Doczytałam potem, że to horror komediowy. Satyra horroru? Nie. Satyra satyry horroru. Coś takiego:

mem z filmu Armia Ciemności

W tym samym celu polecam również przejść się po mojej okolicy. Można zobaczyć wiele ciekawych sytuacji. Na przykład scenkę, gdy pod lombard podjeżdża taksówka, a z niej wysiada pan z wypchaną reklamówą, najwyraźniej pełną fantów pod zastaw. Albo odkryć, że dresy boją się... wampirów. Bo jak wyjaśnić inaczej, że dres miał na szyi zawieszony krzyż - taki drewniany krucyfiks, jakie się wiesza na ścianach? Co prawda, koleś wyglądał raczej na takiego dresa, co to w trakcie jakiejś bójki walnął głową w asfalt i już nigdy nie wrócił do siebie, ale... łysy był, ortalion miał. Dres, jak się patrzy.

Oprócz tego, do kolorytu mojej okolicy można dodać tajemnicze miejsce z przymglonymi szybami. Co jakiś czas pod drzwiami tego lokalu można zobaczyć palące papierosy Ukrainki w szlafrokach. Hmmm, emigracja zarobkowa?

Z racji tego, że ostatnio mało publikowałam, podrzucę Wam linki do trzech nieco starszych wpisów. Mam dla Was coś w sam raz na majówkę - inspiracje podróżnicze, filmowe i książkowe:

6 miejsc, które musisz zobaczyć we Wrocławiu


Uniwersum Marvela. Recenzje filmów


Cytaty z Bloga Niecodziennego, które zachęcą każdego



Miłej majówki Wam życzę, słonecznej i ciepłej. I dajcie znać, co działo się ostatnio u Was :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.