Wiosenny przegląd tygodnia, a właściwie miesiąca

Wiosenny przegląd tygodnia, a właściwie miesiąca

Uwaga, będzie banał: WIOOOSNA PRZYSZŁA! #hellospring

hello spring

OK, już więcej nie będzie. Chyba.

Jeśli zastanawiacie się, co się ze mną działo ostatnio i dlaczego tak mało... oj nie, wcale nie było mało. Sami zobaczcie.






Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie znowu czasem odpoczynku od bloga. Serio, nie miałam kiedy go pisać. Musiałabym zarywać noce, a tego nawet dla pracy bym nie zrobiła, a co dopiero dla bloga ;-) No chyba, że ktoś by mi za niego płacił. Opłacane hobby jest jedynym słusznym argumentem ;-)

Co się działo? Przede wszystkim goniłam do końca Q1, usiłując się wyrobić ze wszystkim. Miałam jakieś takie poczucie, że już zrobiłam wszystko, a potem nagle się okazywało, że w sumie to wciąż jest co robić. To trochę tak, jak ze sprzątaniem w domu - planuję tylko odkurzyć, a potem się okazuje, że trzeba jeszcze ogarnąć kuchnię i łazienkę, bo jakoś tak syfiaście się w nich zrobiło...

Kolejny weekend spędziłam na wsi. Wyspałam się za wszystkie czasy (i za ten weekend, w który byłam chora). Teraz byliśmy w mieście i stwierdzam, że to tego potrzebowałam. Weekendu, w który nie muszę się znowu pakować (i czegoś zapomnieć) i który spędzam w miejscu, gdzie wszędzie jest blisko. Można wyjść do sklepu, można na spacer. A pogoda była iście spacerowa ;-) Poczułam się jak w lecie i wyciągnęłam z szafy letnie ubrania.

Gotowałam także dobre rzeczy. Tutaj na przykład makaron z sosem krewetkowo-serowym.

makaron z krewetkami

Robiłam pierwszy raz i doszłam do wniosku, że krewetki to coś, czego naprawdę nie można spieprzyć. Musiałabym je chyba przypalić. Uwielbiam krewetki. Najlepsze pod słońcem.

Robiłam także mini-ciasto. Rafaello. Mini, bo w takiej uroczej małej foremce.

ciasto Rafaello w kształcie serca

Jest bardzo ładna i praktyczna. Wszelkie bardzo słodkie ciasta mają sens tylko w niewielkiej ilości. Ich nie da się zjeść dużo.

Byliśmy w kinie na Ghost in the shell. Ja i anime? To ze sobą nie gra. Nie spodziewałam się, że się zachwycę i faktycznie. Historia spoko, ale za bardzo walili mi po oczach kolorami. Ogólne wrażenie - takie, że nawet nie chce mi się pisać recenzji. Nie mój klimat.

Obejrzeliśmy także Steve'a Jobsa oraz Teda 2. Ten pierwszy - spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, bo książka, na której podstawie był kręcony, jest naprawdę fajna. Tymczasem był tak straszliwie przegadany, że wystarczyło nie zobaczyć dosłownie kilku linijek napisów, by się pogubić. Ted 2? Zazwyczaj nie oglądam tak kiepskich filmów. Mało śmieszne, bardzo banalne. Jak Sąsiedzi, American Pie i tym podobne...

Było też całkiem towarzysko. W niedzielę odwiedzili nas znajomi z zaproszeniem na swoje wesele. Będzie, będzie zabawa ;-)

Deadline'y w pracy podopinałam. I zaliczyłam kolejną zmianę miejsca w biurze. W sumie, całkiem korzystną.

Miałam też bardzo głupi wypadek: do oka wpadł mi owad. Z dość mocnym impetem. Wyciągnęłam go sama w domu i przez dwa dni było OK. W niedzielę oko zrobiło się czerwone i zaczęło mnie boleć. Bardzo kiepsko spałam przez to w nocy, ale i tak poszłam w poniedziałek do pracy (#pracoholizm). Rano było całkiem dobrze, ale nagle w ciągu dnia zrobiło mi się słabo i musiałam wyjść do domu. Popędziłam do okulisty i zderzyłam się z realiami polskiej służby zdrowia - czyli odsyłaniem mnie wszędzie, byle nie tu. I zbierałam opieprz praktycznie na każdym etapie działań. W każdej rejestracji.

Wzrok jest jednak poniekąd moim narzędziem pracy, więc zawzięłam się, że choćbym miała wywołać pożar, to się do tego okulisty dostanę i to właśnie dziś. No i wywołałam: awanturę.

Wiecie, w filmach z czasów PRL można było zobaczyć, jak panie ekspedientki w pustych sklepach są chamskie wobec klientów, bo im nie zależy. W tej chwili podobną postawę przejawiają pracownicy służby zdrowia. Kto nie usłyszał bezosobowego "Poda", "Zgłosi się", albo wręcz "I tak pani dziś nie przyjmie, jutro przyjść na 6 rano, ustawić się w kolejce"? Niech ktoś zrobi w końcu w służbie zdrowia szkolenia z profesjonalnej obsługi pacjenta... Chociaż... tam jest już taki burdel, jak w publicznej toalecie pod koniec dnia. Po przejściu kilkunastu pielgrzymek. Nie ma co sprzątać, lepiej od razu wyburzyć.

Na szczęście, skończyło się tylko na nerwach i strachu. Musiałam spędzić kilka dni z dala od komputera. Tak szczerze, to nawet nie byłam w stanie się w niego wpatrywać. Miałam straszną nadwrażliwość na światło. Taką, że w pochmurny, deszczowy dzień chodziłam w ciemnych okularach. Pewnie byłam niezłą sensacją na mieście, ale to nieważne. Ważny był mój komfort, a nie cudze zdziwienia.

W ciągu tego prawie miesiąca zdążyłam także napisać swoje pierwsze opowiadanie. Ogólnie, od dawna wiem, że dobra jestem w relacjonowaniu i opisywaniu różnych spraw. Okazało się jednak, że dobrze sobie radzę również z kreowaniem rzeczywistości. I spodobało mi się :-) Być może nawet niektóre swoje opowiadania zacznę tu publikować.

Byliśmy także na gamingowej imprezie - Let's Play. Jeszcze niedużej, ale myślę, że może się rozrosnąć. Całkiem przyjemnie. Miałam tylko wrażenie, że atrakcje skończyły się zbyt szybko. Ot, przeszliśmy przez całą halę i "Ale to już wszystko??"

Wygraliśmy dwa plakaty, ja dostałam jeszcze jeden (który zawiśnie na honorowym miejscu, bo tak bardzo mi się podoba) i zagraliśmy w fajną planszówkę - Klask. Bardzo mi się podobało, że organizatorzy podeszli do sprawy całościowo i na gamingowym wydarzeniu uwzględnili zarówno gry komputerowe, jak i tradycyjne. Ciekawa jestem, jak to wydarzenie będzie wyglądać za kilka lat.

Przeczytałam Magię słów. Wartościowa książka, ale do korekty mogliby się bardziej przyłożyć. Strasznie to było nieprofesjonalne - książka o pisaniu, w której można znaleźć błędy? Hmmm. Ale poza tym, sporo przydatnych porad, które warto zastosować. Teraz trafiła do mnie kolejna, którą zaczęłam czytać, ale napiszę o niej więcej, gdy dobrnę do końca.

Zrobiłam także masę wiosennych zdjęć.





Wiosna to bardzo fotogeniczna pora roku. Na nowo znalazłam motywację, by jak najczęściej cykać fotki. I chyba znalazłam wreszcie swój fotograficzny styl, bo te najnowsze zdjęcia są naprawdę spójne. Będzie więcej :-)

Jestem też z siebie niezwykle dumna, bo udało mi się wcisnąć w swój plan dnia podcasty (których do tej pory bardzo nie lubiłam). Słucham ich po prostu w trakcie prasowania, gotowania, sprzątania czy też malowania się przed wyjściem do pracy. Podobnie robię z YouTube - nie oglądam, tylko słucham. I dzięki temu jestem w miarę na bieżąco :-)

Zaczęłam od tych podcastów (dawny blog Biznesowe Info) i bardzo mi się podobają. Zawiódł mnie tylko jeden, bo zbyt mocno zostały powielone treści, o których już czytałam wcześniej. Może tak miało być - często podcasty docierają do nieco innej grupy docelowej, niż zwykłe posty na blogu.

A co tam u Was dobrego się działo?

Przy okazji - Wesołych Świąt! Przede wszystkim, pięknej wiosennej pogody i dużo wypoczynku Wam życzę :-)

Podrzucam też bardzo przyjemną playlistę, która mi właśnie towarzyszy w pisaniu :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger