Niedzielno-sylwestrowe podsumowania

Niedzielno-sylwestrowe podsumowania

Ważne info dla wszystkich tych, którzy tak, jak ja, tego w ogóle nie czują: dziś jest niedziela.

Ja mam wrażenie, że to środek tygodnia, normalny, roboczy dzień.


Dziwnie tak. Sylwester w niedzielę? Ale za to potem wszystko będzie tak równiutko i po kolei, jak lubię: pierwszego w poniedziałek, siódmego też w niedzielę itd. Jak od linijki.



Sylwester, podobnie jak i dzień przed, przywitał mnie atrakcjami. Tlenek węgla znowu na pokładzie... Mam jednak teraz dwa czujniki. Jeden wykrywa stężenia już od 30 PPM, czyli jeszcze nieszkodliwe, drugi - od 300 PPM, czyli takie z serii "Wietrzyć i spieprzać". No i się okazuje, że dobrze mieć ten bardziej dokładny, bo od razu alarmuje, gdy cośkolwiek się pojawi.

A pojawia się, cholerstwo. Zaskakująco chętnie i oczywiście w najmniej odpowiednich momentach (np. wtedy, kiedy chcę umyć głowę przed wyjściem na Sylwestra i zdążyłam ją zmoczyć).

Już obiecałam piecykowi, że osobiście go zdemontuję i wyeksmituję przez okno.

Czujniki swoją drogą, ale i ja też stałam się wyczulona. To tylko ułamek sekundy, gdy dolatuje do mnie zapach ni to gazu, ni to chloru... Taka specyficzna mieszanka. Jeszcze przed czujnikiem wiem, co jest grane.

I tak oto dzisiaj chyba już kawy nie potrzebuję.

Poza tym jednak jest dobrze. Być może popełnię jeszcze jakieś podsumowanie tego roku, takie bardziej dokładne, ale na razie ogólnie: jest dobrze. Może nie było lekko, ale wszystko to, co złe, obracało się ku dobremu. No i przydarzyło mi się dużo świetnych rzeczy.

Jestem już prawie tam, gdzie powinnam być.

Odkryłam siebie jeszcze bardziej i zrozumiałam wiele rzeczy.

Najlepsza decyzja tego roku? Myślę, że branie udziału w konkursach. Przyniosło mi to bardzo dużo radości.

Prowadzenie bloga ma swoje wzloty i upadki, ale wciąż to lubię. Ciągle robię to w inny sposób: raz piszę bardziej "poradnikowo", potem znowu próbuję bawić się w felietony, tak jak teraz... Chyba wciąż szukam swojej drogi w tej dziedzinie. I wiecie, że to jest całkiem fajne?

Niedługo zbieram się na imprezę, więc życzę Wam w nowym roku wszystkiego najlepszego, a to co, złe, niech obraca się zawsze ku dobremu i prowadzi do wspaniałych rzeczy. Dużo szczęścia i bawcie się dzisiaj szampańsko!

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Co dotyka introwertyka?

Co dotyka introwertyka?

Już po Świętach. Chyba już wszystko przetrawiłam i przestałam składać się z sernika i sałatki jarzynowej, jak każdy Polak o tej porze. Kończy się też Q4. Właściwie, dla mnie się skończył tydzień temu. To chyba największa zaleta tego czasu w roku - najpierw jest pracowicie i ciężko, a potem prawie pół miesiąca wolnego (o ile zostawiło się sobie parę dni urlopu).

Mi się w tym roku nawet udało ;-)

introwertyk z drugą połówką

Czeka mnie teraz sporo dużych imprez. Najpierw Sylwester, a potem jeszcze dwie firmowe imprezy. Jedna duża, druga nieco bardziej kameralna, działowa.

To dość trudne dla introwertyka.




Właściwie, nie mam tego problemu z Sylwestrem - owszem, będzie głośno i tłocznie, ale idę z drugą połówką. W najlepiej sobie znanym i ulubionym towarzystwie, w którym zawsze czuję się swobodnie. To wiele ułatwia :-)

W przypadku firmowej imprezy... cóż, uwierzycie, że do tej pory zawsze je omijałam? W każdej firmie, w jakiej pracowałam. Potem słuchałam, co się na tych imprezach działo i... wcale nie żałowałam, że nie byłam.

W tym roku przełamałam się i chyba pójdę. Na chwilę.

Ogólnie, dla mnie to za dużo. Nowa sytuacja, kompletnie nieznana. Za duży stres. Za dużo ludzi, z którymi i tak spędzam dużą część dnia. Większość z nich widzę przez jakieś 40 godzin tygodniowo. Dla mnie to naturalne, że czas, który pozostaje mi po pracy, chciałabym spędzić z bliskimi, a nie z ludźmi z biura...

W tym miejscu trochę nie rozumiem, czemu nie organizuje się imprez firmowych, na które można pójść ze swoim partnerem. Wtedy - wilk syty i owca cała. Niestety, w całej swojej karierze jeszcze nie spotkałam się z takim rozwiązaniem.

Hmmm, że tajemnice firmowe? A kto powiedział, że trzeba wtedy poruszać takie tematy?

Ja taką imprezę spędziłabym tak, jak zawsze - tańcząc z moją drugą połówką. O rozmawianiu w tym hałasie to chyba raczej można pomarzyć. No i zresztą... ujawnione tajemnice firmowe sprawiają problem raczej wtedy, gdy docierają do konkurencji. Nie słyszałam jednak, żeby ktokolwiek z mojej firmy był związany z kimś z konkurencji.

No chyba że dobrze się z tym kryją.

A Wy co o tym sądzicie? Chodzicie na takie wielkie firmowe imprezy czy niekoniecznie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nieproduktywnie, leniwie, świątecznie. 18-24 grudnia

Nieproduktywnie, leniwie, świątecznie. 18-24 grudnia

Jak nigdy mam ochotę zacząć ten post od słodkiego blogerskiego "Cześć, kochani!" i "Jak Wam minęły Święta?", ale z racji tego, że mam wyjątkowo małe serce (o ile w ogóle), to mieści się w nim wyłącznie jedna osoba do kochania. Niestety, tysiące czytelników muszą się z tym pogodzić ;-) Ograniczę się zatem do nie mniej słodkiego "Witajcie, moi mili!". I ponawiam pytanie :-)


Przegląd tygodnia

U mnie ogólnie cały tamten tydzień był już bardzo świąteczny. Trudno myśleć o czymkolwiek innym, kiedy spodziewa się dwutygodniowego odpoczynku od pracy. I tak, ciągle bardzo lubię swoją pracę, szczególnie że ostatnio wypuściłam świetny tekst, ale jednak - czasem trzeba od niej troszkę odetchnąć. Zwłaszcza po Q4, który w tym roku był nieco lżejszy niż zeszłoroczny, ale wciąż dawał się we znaki.



W ogóle, chyba cała rzecz z tym strasznym Q4 polega przede wszystkim na zmęczeniu. Niemalże pół roku po urlopie, wolne jakieś było niby w listopadzie, ale bez szału, bo 11.11 wypadł w sobotę... Wtedy najbardziej czuję, że potrzebuję dłuższych weekendów i przydałoby się ich więcej w tej drugiej połowie roku.

W poniedziałek wybrałam się na małą wycieczkę rowerową. Rower w grudniu? Całkiem niezły pomysł :-) Przy okazji wreszcie wykorzystałam swoje kupony na hot dogi w Żabce za 10 gr. Kupony dostałam z trnd, gdy zakwalifikowałam się do swojego pierwszego projektu. A hot dogi całkiem dobre ;-)

W środę zrobiłam to, czego miałam nie robić - wybrałam się do centrum handlowego po prezenty. Cóż, nie było tak źle, jak się spodziewałam ;-) Ogarnęliśmy także swoje plany na Sylwestra... trochę na ostatnią chwilę, ale cóż, zdarza się. Ważne, że ogarnięte.

Piątek był z tego wszystkiego najfajniejszym dniem. Było całkiem luźno, mieliśmy małe świąteczne spotkanie przy kawie, a na sam koniec jeszcze wyszłam trochę wcześniej i oficjalnie zaczęłam Święta. I jeszcze Mikołaj mnie odwiedził ;-)

A potem zaczął się... GAMING.

Nigdy nie byłam graczem, wręcz unikałam tematu - teraz wiem, że to z braku odpowiedniego sprzętu. Odkąd wygrałam konsolę, praktycznie codziennie w coś gram. W Święta odkryłam Battlefront II - fantastyczna gra. Ze wszystkich, w które grałam, spodobała mi się najbardziej. Ja i strzelanka? Strzelanka na konsoli? Da się ;-) I to jak...

Przegląd internetów

W internetach też wszechobecny był temat Świąt. Na szczęście, w różnych kontekstach. 

Bardzo spodobał mi się wpis Agnieszki o magii Świąt. Nie macie też takiego wrażenia, że wszyscy kreują się jak mogą i udają, że mają takie idealne, instagramowe Święta? Jak wszystko zresztą... A czy o to chodzi? Myślę, że nie do końca. 

Fajnie, jeśli otaczamy się ładnymi przedmiotami i choinka oraz mieszkanie wyglądają tak, jak nam się podoba. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest nie to, żeby meble były perfekcyjnie białe, okna wymyte na błysk, ani żeby na pięknie ustrojonym stole wylądowało 12 idealnie fotograficznych potraw, tylko żeby spędzić ten czas z bliskimi - i mam tu na myśli nie tyle bliskich w sensie krewnych, a tych, którzy są naprawdę najbliżsi naszemu sercu. Wtedy Święta będą udane - nawet, jeśli mało instagramowe wizualnie ;-)

Bliskie jest mi też to, co napisała druga Agnieszka o Świętach. Szczególnie część z pakowaniem prezentów - sama od zeszłego roku również pakuję je w papier, jak najstaranniej, bo uważam, że tylko wtedy ich odpakowywanie jest magiczne. Z drugiej strony jednak zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma czas i umiejętności, więc luz - torby prezentowe też są OK. Zresztą - patrzcie akapit wyżej. Nie ma jednej idealnej recepty na Święta, a ich wizualna strona mimo wszystko nie jest najważniejsza :-)

Z nieco innej beczki: wpis o dziewczynie, której praca jest jej pasją... ale nie jedyną. Mam trochę wrażenie, że o mnie mowa - też tak łapię kilka srok za ogon i chyba nie potrafię inaczej. I też nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi :-)

Najnowsze wpisy

Wciąż odpoczywam i uczę się nie robić nic. Poza tym brakuje mi wciąż weny. Chyba dopiero dziś coś jeszcze napiszę na zapas, bo natchnienie zdaje się wracać. 

Ogólnie, te Święta miały być dla mnie bardzo produktywnym czasem, a okazały się wyjątkowo leniwe. Nie mam jednak z tego powodu wyrzutów sumienia. Czasem tak trzeba :-)

Na blogu w tym tygodniu:

Tydzień kurierów


Moje aplikacje #1


Odkurzamy wpis sprzed roku:

Instrukcja dla niezadowolonych z prezentów i świąteczne rozkminy



A u Was co nowego w tym tygodniu? Dojadacie resztki? ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Moje aplikacje #1

Moje aplikacje #1

Sama lubię tego typu posty u innych, bo dzięki temu odkrywam fajne aplikacje. Zresztą, lifestyle to także pokazywanie, co się u nas sprawdza, prawda? Zazwyczaj jest tak, że jeśli coś mam na telefonie, to jednak może sporadycznie, ale tego używam. Wszystko, czego nie potrzebuję, wyłączam lub odinstalowuję. Sprawdźcie, z jakich narzędzi korzystam.


Aliexpress

Mimo że płatność przelewem jest wyjątkowo niewygodna mobilnie (przenosi do strony w wyszukiwarce), to uwielbiam tę aplikację. Pozwala mi być na bieżąco z promocjami, próbować swoich sił w losowaniach, sprawdzić status przesyłki i po prostu - szybko wyklikać zamówienie, na dodatek taniej niż w wersji na komputer. Nie zaglądam tam ostatnio zbyt często, ale też nie widzę potrzeby, by ją odinstalowywać.

Aparat

Podstawowa aplikacja w moim telefonie. Używam domyślnej apki ASUS-a, która umożliwia mi robienie zdjęć w trybie HDR, nagrywanie time lapse czy też skanowanie kodów QR. Bardzo fajna. Mogłaby być jedynie nieco bardziej intuicyjna.

BatOn

Niewielka apka, która służy mi do sprawdzenia poziomu naładowania akcesoriów. Niestety, działa tylko z moimi słuchawkami Bluetooth. Z głośnikiem już niekoniecznie, ale to bardziej wina głośnika. Używam jej jednak na tyle rzadko, że chyba odinstaluję. Jakoś mnie nie kupiła i wizualnie też nie zachwyca ;-)

Chrome

Moja ulubiona przeglądarka. Używam jej na służbowym laptopie i na swoim własnym. Prywatną wersję mam również zsynchronizowaną ze smartfonem, dzięki czemu mogę zaczęty artykuł dokończyć na telefonie, lub po prostu sprawdzić coś, co wcześniej przeglądałam na komputerze. Bardzo mądre i wygodne rozwiązanie. Często też z poziomu Chrome sprawdzam i poprawiam posty, bo oryginalna aplikacja Bloggera do niczego się nie nadaje. No chyba że przez ostatnie 3 lata coś się zmieniło :-)

Bloglovin'

Nic tak nie ułatwia śledzenia ulubionych blogów. To podstawa mojej codziennej prasówki. Ustawiłam sobie powiadomienia przy wybranych blogach i dzięki temu szybko dowiaduję się o najnowszych wpisach.




Dysk Google

Po kilku resetach telefonu powinnam się już nauczyć robić kopie zapasowe na dysku, ale... jakoś opornie mi to idzie. Mimo to mam tam bardzo dużo plików i zdjęć, których nie chciałam już trzymać na telefonie. Bardzo fajnie, że Google Drive miałam od samego początku na telefonie i że jest aż tak bardzo intuicyjny w obsłudze, niczym standardowa galeria zdjęć.


Evernote

Nie powiem, mam pewne wątpliwości co do tej aplikacji, ale póki co - żadna jej nie dorównała. One Note jest wyjątkowo toporne w użytkowaniu moim zdaniem, a Google Keep odstrasza mnie tym paskudnie żółtym layoutem.


Facebook

Musi być. Przez długi czas nie potrzebowałam i nie miałam go na telefonie (zawiniły coraz to większe aktualizacje, które przestały mi się mieścić w pamięci urządzenia), ale ostatecznie po restarcie (i odzyskaniu sporego kawałka przestrzeni) wróciłam do mobilnego Facebooka i czasami przeglądam, co tam się na nim dzieje.


Funkcja oszczędzania baterii

Aplikacja wbudowana w mój telefon i chyba nawet nie da się jej usunąć. Pozwala mądrze zarządzać funkcjami smartfona, tak, by bateria starczała na dłużej. Od pewnego czasu nie widzę różnicy, zresztą, przy telefonie, który i tak spokojnie wytrzymuje dwa dni bez ładowania, nawet nie bardzo jest potrzeba, by cokolwiek jeszcze bardziej optymalizować. Przez pewien czas bawiłam się harmonogramami i automatycznie wyłączałam internety na noc. Teraz mi się nie chce.

Galeria

Po prostu wbudowana galeria zdjęć w moim smartfonie. Jest na tyle przyjazna i wygodna w obsłudze, że nie potrzebuję zamienników. Bardzo podoba mi się opcja edycji zdjęć (te filtry!).


Google

Od niedawna dopiero używam wyszukiwarki na ekranie głównym. Długo się do niej przekonywałam. Do aplikacji z poziomu menu weszłam może z raz. Wciąż wygrywa widget.

Instagram

Jedna z moich najbardziej ulubionych aplikacji. Sama raczej rzadko dodaję zdjęcia, ale lubię sobie poobserwować swoje ulubione konta i Instastory. Najwięcej inspiracji co do wystroju mieszkania, książek do przeczytania, potraw oraz manicure znajduję właśnie tam.


Kalendarz

W sumie używam go sporadycznie, żeby podejrzeć jakąś datę lub dla przypomnień. Oparty na kalendarzu Google, więc można go sobie zsynchronizować i korzystać na kilku urządzeniach. Może kiedyś bardziej się pobawię. Na co dzień wolę analogowe metody planowania :-)


Kalkulator

Mam go także w górnej belce. I cóż tu się więcej rozwodzić? Kalkulator, jaki jest, każdy widzi. Prosty i czasami się przydaje.

Kreator audio

Jedna z funkcji mojego telefonu i wbudowanych aplikacji, których użyłam przez te ponad 2 lata jakieś 2 razy. Nie mogę odinstalować ani wyłączyć, więc sobie jest...


Laser ruler

Laserowa linijka. Użyłam może z 3 razy, ale zawsze mi się wydaje, że kiedyś może mi się przydać, więc nie usuwam i nie wyłączam.

Nie chciałam Was od razu zarzucać wszystkimi moimi aplikacjami, bo trochę ich jest, więc bądźcie na bieżąco - już wkrótce kolejna część :-)

Które z tych aplikacji najbardziej Was zainteresowały?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Tydzień kurierów. 11-17 grudnia

Tydzień kurierów. 11-17 grudnia

Tym razem nie poszło już tak, jak bym chciała i przegląd piszę dopiero teraz, w poniedziałek o prawie 19. Cóż, nie zawsze da się wszystko zrobić tak, jakby się chciało :-)

świąteczne zdjęcie

Mam wrażenie, że w tym tygodniu prawie w ogóle nie byłam w pracy. Prawda jest taka, że byłam w poniedziałek na chwilę, w czwartek przez jakieś 2 godziny i dopiero w cały piątek. Wtorek i środę przepracowałam z domu, co z założenia jest zazwyczaj mniej męczące niż wyprawy do biura. Tym razem jednak też mocno dało mi się we znaki.



Przegląd tygodnia

Było naprawdę męcząco. Przez te kilka dni dotarło do mnie, co się ostatnio stało i kompletnie nie potrafiłam się pozbierać. A musiałam...

W poniedziałek przyjmowałam pierwsze kontrole ze spółdzielni. Zaskakująco szybko, choć na początku mieli wywalone ("Pani sobie zorganizuje we własnym zakresie, kominiarza i gazownika..."). Myślicie, że znaleźli przyczynę? A gdzieżby tam. Wentylacja działa, piecyk działa... No może trochę zakurzony jest, trzeba by przeczyścić...

W tym momencie zirytowałam się na gazownika. To ten sam facet, który był w maju na kontroli. Wtedy popatrzył tu i tam, wypisał protokół i odjechał w stronę zachodzącego słońca. Jakoś nie raczył ściągnąć obudowy i zasugerować czyszczenia. Z jego słów teraz wynikało, że ten kurz może sprawiać, że czujniki nie zadziałają i w razie cofnięcia się spalin piecyk wciąż będzie działać, zamiast się wyłączyć. Hm, no to kto tu zawinił?

Na drugi dzień w mieszkaniu pojawił się serwisant, który zajął się czyszczeniem tego piecyka i stwierdził, że piecyk jest w pełni sprawny, a zakurzenie raczej nie miało na nic wpływu. Wydał atesty, zapowiedział, że wkrótce piecyk może zacząć cieknąć i że wtedy trzeba będzie pomyśleć o wymianie. I nie, to nie zagraża.

W środę nagle spółdzielnia się obudziła i postanowili zrobić na drugi dzień jeszcze jedną kontrolę, kominiarz i gazownik naraz. I znowu trzeba było specjalnie przyjechać, żeby ich przyjąć - to dlatego w pracy byłam tylko przez dwie godziny. Przez resztę dnia pracowałam z domu. Udało mi się też wreszcie po tym wszystkim posprzątać (nawet sobie nie wyobrażacie, jak mi te delegacje nabrudziły) i ustroić mieszkanie na Święta.

I nie, nie mam choinki. Znowu :-) Ale bardzo mnie kusi taka biała, drewniana z Biedronki (ta z gwiazdkami). Piękna, prawda?



W piątek nawet mimo drobnego starcia z naszym specjalistą do spraw wszelakich miałam świetny humor. Pewnie dlatego, że był to dzień kurierów. Właściwie to był tydzień kurierów.

W poniedziałek odebrałam swoją nagrodę z Radia Zet.


Tak, to Xbox One X. Nagroda, która sprawiła mi ogromną radość :-)

W środę, gdy nie było mnie w pracy, dotarł mój wygrany koc-flądra koc-syrena. Jest wspaniały i idealnie pasuje do mojego mieszkania :-)

Dotarły do mnie jeszcze dwie wygrane - w tym karton piwa, o którym wspominałam w poprzednim przeglądzie. Już jest rozbrojony - miałam się z kim dzielić ;-)

W tym tygodniu na razie się nie zanosi na kolejne wizyty kurierów, a szkoda. Fajnie tak sobie wygrać coś i to odebrać, zwłaszcza,  że te nagrody są pięknie pakowane. Dla takiej estetki jak ja to też bardzo ważne :-)

W piątek oglądałam Ostatniego Jedi i spędziłam bardzo miły wieczór. Ten piątek był dokładnie taki, jaki miał być - odbiliśmy sobie za to, co ostatnio się działo. A Ostatni Jedi? Cóż, były momenty, które mnie zachwycały i takie, które totalnie mnie zawodziły. Ale warto go zobaczyć.

Sobotę spędziłam zaś, grając w 5 sekund. Znacie tę grę? Jeśli nie, to macie 5 sekund, by sprawdzić!

Najnowsze wpisy

W tym tygodniu na blogu:

Nie ogarniam


3 książki, które niezmiennie polecam


Odkurzamy:

3 utwory, które kojarzą mi się świątecznie, a nie powinny

czyli wpis z muzyką, która co roku w okresie Świąt sprawia mi ogromną radość. Mam z nią bardzo miłe skojarzenia :-)


Przegląd internetów

Pewna kobieta burzy się, że Śpiąca Królewna jest bajką nieodpowiednią dla dzieci. Cóż, idąc tym tropem, Pinokio też i to tym bardziej (if you know what I mean...). Niby rozumiem argumentację, ale które dziecko wie o tym, skąd się wzięła cała historia?

Tutaj znajdziecie konkurs, który wyjątkowo mnie zaciekawił. Ustka jest pięknym miastem i chętnie bym tam wróciła, zwłaszcza do tak luksusowego miejsca :-)

I tak, zostałam konkursomaniaczką. Nie ma w sumie dnia, kiedy nie wyklikam czegoś - chyba, że w weekend. I wiecie co? Daje mi to dużo radości :-) Polecam, jeśli teraz, przy jesieni (a już prawie zimie) macie wrażenie, że brakuje Wam powodów do radości. Jeśli tak, to zacznijcie walczyć o nagrody w kolejnych konkursach - to nadaje życiu jakiś cel. A ile radości jest, gdy dostajecie maila lub telefon, że wygraliście!

A co u Was słychać w tym tygodniu? Czekacie już na Święta, czy jesteście tak zajęci przygotowaniami, że chcecie mieć to już za sobą?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
3 książki, które niezmiennie polecam. Wyjątkowe Książkowe Inspiracje #0

3 książki, które niezmiennie polecam. Wyjątkowe Książkowe Inspiracje #0

Tym razem mam dla Was coś ekstra - pierwsze, niepublikowane dotąd Książkowe inspiracje. Wisiały sobie na blogu w wersjach roboczych i kompletnie o nich zapomniałam (o wpisie, nie o książkach - o nich nie dało się zapomnieć!) - a szkoda by było, bo tytuły całkiem fajne. Zobaczcie, co czytałam kiedyś i co nadal polecam.

książki

Haruki Murakami
Wypatrzona w Biedronce przed Świętami, podobnie jak Reputacja Pilipiuka. Oczywiście, ostatecznie znalazłam ją na Legimi i całkiem szybko przeczytałam. Wydaje mi się jednak, że tytuł nie do końca jest adekwatny - przynajmniej ja spodziewałam się po nim i po opisie czegoś całkiem innego. Jednak... jest to zbiór opowiadań japońskiego twórcy, zatem w sumie powinnam była być gotowa na coś nieco dziwnego, jak wszystko, co japońskie ;-)

Mam bardzo nieco mieszane uczucia co do tej książki, ani nie spodobała mi się jakoś szczególnie, ani nie jestem w stanie jej znienawidzić. Wiem jednak, że jej nie zapomnę.




Japonia

Martyna Wojciechowska
Czy ja już wspominałam, że wszystko, co japońskie, jest dziwne? Kto przeczyta tę króciutką książkę Martyny, zrozumie. Co prawda, brakuje mi tego podziału na tradycyjne Kioto i nowoczesne Tokio, jaki był w telewizyjnej wersji opowieści o Japonii (dostępna tutaj: część 1, część 2), jednak to, co zostało opisane, jest zadziwiające.

Trochę trudno mi zrozumieć tę specyficzną, japońską mentalność, gdzie dorosły facet nosi przy telefonie breloczek z Hello Kitty, albo 20-letnia dziewczyna przebiera się za nieśmiałą 12-letnią lolitkę. Jest to jednak na swój sposób ciekawe.

Jeśli chodzi o podobieństwo książki i materiału filmowego, jest spore, jednak są też elementy, które się nie powtarzają w obu miejscach. Warto więc przeczytać tę krótką opowieść, oraz zobaczyć obie części wersji telewizyjnej, żeby mieć pełen obraz. Trochę tylko drażnił mnie styl wypowiedzi Martyny, bardzo potoczny, aż wydawał się wręcz łopatologiczny. Można się jednak przyzwyczaić :-)

Australia

Martyna Wojciechowska
Oto historia miejsca, gdzie można wszystko zacząć od nowa. Mało tu na szczęście typowo atlasowych informacji. Martyna skupiła się bardziej na historii bohaterki. Zwykłej kobiety, matki pracującej w korporacji, która nagle postanowiła zmienić swoje życie i zaczęła bić rekordy w sportach ekstremalnych. Zajęła się base jumpingiem i skokami na spadochronie. Robi wrażenie, co?

To niesamowita opowieść o tym, jak to nigdy nie jest za późno na zmianę swojego myślenia i pokonanie słabości. Jeśli ktoś potrzebuje motywacji do zmian, ta historia może go zainspirować.

Które książki równie dobrze zapamiętaliście?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Nie ogarniam. 4-10 grudnia

Nie ogarniam. 4-10 grudnia

Tym razem nie bardzo wiem, od czego zacząć ten przegląd tygodnia. Być może najlepiej będzie od początku...

To był bardzo dziwny tydzień. Niby leniwy, ale ogólnie działo się dużo i to takich rzeczy, że aż nie wiedziałam, jak o nich napisać. Dlatego przegląd pojawia się dopiero dziś. Być może brzmi to trochę ponuro i mało motywacyjnie, ale to nie tak. Myślę, że kiedy doczytacie do końca, to zrozumiecie :-)

przegląd tygodnia w grudniu

Przegląd tygodnia

Było sporo lenistwa. Wiecie, jak się zasuwa przez kilka tygodni włącznie z weekendami jak mały robocik, w pewnym momencie ten "haj" opada i trzeba się na chwilę wyłączyć, zresetować i zebrać siły na nowo. To już chyba do końca tygodnia mi się nie udało i jechałam na oparach.

W poniedziałek standardowo - praca, basen, a po basenie miły mail, informujący o kolejnej wygranej. Tym razem zgarnęłam dwa kartony Heinekena - dla mnie i dla wybranej przeze mnie osoby. Bardzo miła wiadomość po wyjściu z basenu :-) Jeśli chcecie zgarnąć swój zestaw, zajrzyjcie tutaj. Powodzenia :-)

W czwartek dowiedziałam się również o kolejnej wygranej, która wyjątkowo mnie ucieszyła - tym razem był to koc-syrena. Sama pewnie bym go nie kupiła, ale mocno mnie ciekawił, zwłaszcza że zazwyczaj lubię się w koc owijać, jak naleśnik (co bardzo bawi moją drugą połowę). Zobaczymy, jak się sprawdzi. Ten konkurs również jest dalej aktualny i do wygrania pozostaje jeszcze wiele atrakcyjnych nagród, więc zaglądajcie na instagramowe konto Ofeminin.pl i próbujcie swoich sił. Powodzenia! :-)

Mogę Wam też polecić ten konkurs - fajny, kreatywny, przyjemny temat i wartościowe nagrody :-)


W piątek najpierw było całkiem OK, ot, dzień jak co dzień. Potem jakoś dopadło mnie zmęczenie. W zestawie z hałasem wokół (uroki openspace) oraz bez przerwy migającym Skype'em okazało się nie do przejścia. Pod koniec dniówki miałam serdecznie dosyć. Marzyłam już tylko o tym, żeby wyjść i jechać prosto na basen.

No i pojechałam. I niestety, ale się nie dostałam, bo akurat były prowadzone jakieś zajęcia dla dzieci, przez co strefa, w której pływam (tak, ten basen jest jedną niecką, podzieloną na strefy, głębszą - tory do pływania, oraz tzw. strefę rozrywki, gdzie jest nieco płyciej) jest niedostępna. Póki co, brakuje mi odwagi, żeby pływać na torach (choć wcale nie są bardzo głębokie dla mnie), na dodatek byłam już i tak zdemotywowana dniem w pracy, więc zrezygnowałam. Cały dzień w sumie ustawiłam pod ten basen o 15 i nic z tego, bo zapomniałam, żeby sprawdzić grafik.

Inna rzecz, że powinni sobie jednak najpierw rozbudować pływalnię o dodatkowy brodzik dla dzieci, w którym mogliby prowadzić takie zajęcia. Mam nadzieję, że kiedyś to zrobią...

W złym humorze wróciłam do domu. Poprawił mi go dopiero mój mężczyzna oraz wizyta w kinie. Oglądaliśmy "Najlepszego".

W międzyczasie jeszcze na chwilę popsułam sobie humor, sprawdzając wyniki kolejnego konkursu na hasło. Wysłałam jakieś 111 (!) propozycji, świetnych i takich bardziej przewidywalnych, z przekonaniem, że na pewno jakaś wygra. No i się wkurzyłam, że wygrały jakieś suchary ;-) Szkoda, bo fajne nagrody, szkoda wysiłku, no ale trudno. Może byłam w tym zbyt arogancka i zbyt mocno nastawiona na sukces. Choć zazwyczaj to się sprawdza ;-)

Spędziliśmy jeszcze sporo czasu w galerii, na zakupach i oglądaniu książek. Po powrocie chcieliśmy sobie odpocząć przy muzyce i kolejnym odcinku Egzorcysty. Miał być kolejny, spokojny wieczór, z dobrą domową kolacją, po którym pójdziemy spać i wypoczniemy. Nie spodziewałabym się, że zakończy się w taki sposób...

W mieszkaniu zaczął nam się wydzielać tlenek węgla, najprawdopodobniej z piecyka gazowego w łazience. Nie zauważyłabym tego, gdyby nie mój mężczyzna, który zwrócił uwagę na dziwny zapach podczas korzystania z ciepłej wody. Zbagatelizowałam to na początku, bo zapach zdarzał się już wcześniej.

Tak, to było głupie.

Skalę problemu zrozumiałam, gdy oboje źle się poczuliśmy. Od razu otworzyłam okno i drzwi do łazienki (to był błąd). Miałam przewietrzyć mieszkanie, ale niestety - najwyraźniej czad dotarł także do pokoju, w którym siedzieliśmy. Złe samopoczucie wcale nam nie mijało, a po sprawdzeniu w internecie już byłam prawie pewna, co jest jego przyczyną. Zadzwoniłam na pogotowie, podałam objawy i pytam, czy to może być zatrucie czadem - rejestratorka potwierdziła, szybko pobrała dane i wysłała do nas karetkę oraz jednostkę straży pożarnej.

Po sprawdzeniu mieszkania czujnikiem okazało się, że stężenie tlenku węgla w mieszkaniu mamy bardzo wysokie. I nie tylko u nas - wykryto je również u tych, którzy mieszkają pod nami lub nad nami. Być może poszło od nas z piecyka, być może zawiniła słaba wentylacja, a być może czad wydzielał się u sąsiadów i dotarł do pozostałych mieszkań. Tego jeszcze nie wiadomo.

W efekcie spędziliśmy noc na SOR-ze, pod tlenem i kroplówkami. Wiecie, nie było tak źle, kontaktowaliśmy i w ogóle, ale to głównie dzięki temu, że dość wcześnie wezwaliśmy to pogotowie.

Noc na SOR-ze jest strasznym doświadczeniem, ale przetrwaliśmy ją jakoś, bez snu (ja niemalże bez snu, bo udało mi się jakieś 1,5 godz. z przerwami przespać). I ma wyjątkowo mało wspólnego z tym, co widzimy w "Szpitalu" w TVN ;-) Żadnych emocji, zdrad, intryg, rodzinnych perypetii, ani seksów w toalecie. Tylko bardzo fajna ekipa ratowników. Nie mam pojęcia, w jaki sposób oni byli w stanie mieć tak dobre humory i takie fajne podejście do pacjentów.

Nie bardzo wiem, co jeszcze mogę na ten temat napisać. Cieszę się po prostu, że wszystko dobrze się skończyło, wierzę, że z tej sytuacji wynikną już tylko same dobre rzeczy i czekam na zamówiony czujnik tlenku węgla. I Wam też polecam coś takiego mieć w domu - można sobie oszczędzić sporo nerwów, złego samopoczucia i wielu innych atrakcji (hashtag #spółdzielnia, ale o tym może w kolejnym przeglądzie).

Najnowsze wpisy

Cała ta sytuacja wytrąciła mnie trochę z równowagi, dlatego mam nadzieję, że rozumiecie chwilową ciszę na blogu :-)

W tym tygodniu:

Dobry tydzień i grudzień [LINK PARTY]

Linkowe party wciąż jest aktywne - możecie dodawać swoje linki :-)

4 filmy, które warto obejrzeć w grudniu


A co u Was? Mam nadzieję, że Wasz tydzień był spokojniejszy, a jeśli jednak pełen wrażeń, to tylko tych dobrych :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
4 filmy, które warto obejrzeć w grudniu

4 filmy, które warto obejrzeć w grudniu

W listopadzie byłam tak produktywna, że nie miałam już kiedy oglądać filmów. To dlatego lista jest wyjątkowo krótka. Na szczęście, wszystkie filmy są bardziej lub (tylko trochę) mniej godne polecenia. Zaczynamy?

taśma filmowa

X-men: Apocalypse

Jakaś dziwna maniana ze starożytnym bogiem.
X-meni cofnęli się jeszcze bardziej, niż można by się spodziewać. Zawsze, kiedy oglądam kolejną część X-menów, myślę sobie, że nie można już bardziej namieszać... wtedy przychodzi ich reżyser i mówi: "No to patrz". Trochę mętny był ten motyw z tym całym bogiem, ale film i tak całkiem nieźle zrealizowany. Warto, nawet dobrze się ogląda.

X-men geneza: Wolverine

Ciężkie przeżycia Wolverine'a od dzieciństwa do dojrzałości.
Trochę tandenty i kiczowaty, niezbyt zgodny z resztą uniwersum (np. Profesor X chodzi i jest w pełni sprawny), ale można obejrzeć. Sama w sobie historia Wolverine'a jest naprawdę wciągająca.


Liga sprawiedliwości

Batman, Wonder Woman, Flash, Cyborg i Aquaman razem w jednym wonder-teamie.
Tytuł zasugerował mi zebranie się drużyny, która na ulicach jakiegoś strasznego miasta (może Gotham?) będzie się starała zaprowadzać sprawiedliwość. Tak bardzo się zasugerowałam, że nie bardzo pamiętam, o co właściwie w tym filmie chodziło. I nie, oglądanie go po imprezie nie ma tu nic do rzeczy... chyba. Mimo wszystko 6/10, więc wciąż warto.


Barry Seal: król przemytu

Wzloty i upadki króla przemytu.
Na początku nie chciałam oglądać i żądałam dostępu do swojego telefonu (słowem, film uznałam za tak kiepski, że lepiej go przesiedzieć z nosem w smartfonie niż normalnie oglądać). Potem przyzwyczaiłam się do formuły filmu (trochę w stylu Guya Ritchiego) i mnie wciągnęło, a telefon odłożyłam na bok. Tom Cruise nie pasował mi do tej postaci, ale ostatecznie mnie przekonał i świetnie sobie poradził. Okazuje się, że życie przemytnika to nie tylko ucieczka i stres, ale także luksusy, imprezy i duuuuużo kasy. Wielki plus za aktora dobranego do roli BJ'a: budzi niechęć i od razu wiemy, czego się po nim spodziewać. Na dodatek, jest cholernie obleśny. Cały film: dobry, żywy, energiczny i porywający. Zdecydowanie produkcja wysokich lotów ;-)

A Wy jakie filmy polecacie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Dobry tydzień i grudzień. 27 listopada - 3 grudnia [LINK PARTY]

Dobry tydzień i grudzień. 27 listopada - 3 grudnia [LINK PARTY]

Po kilku ciężkich tygodniach, kiedy brakowało mi zarówno humoru, jak i siły, przyszedł tydzień, kiedy nie byłam może zbyt produktywna - raczej umiarkowanie - ale to, czego się dotykałam, niemalże zamieniało się w złoto. To były naprawdę dobre dni i mam nadzieję, że w tym ostatnim miesiącu roku będzie takich więcej.

biały kalendarz adwentowy

Dobre jest też to, że tym razem udało mi się ogarnąć przegląd tygodnia już w sobotę ;-)


Przegląd tygodnia

Najpierw był poniedziałek. Wiem, że to odkrywcze. Praca, potem szybkie tankowanie, nieco mniej szybki korek, w którym utknęłam, basen, pyszna kolacja i znowu szybkie ogarnianie bloga. Pod basenem zaczęła się moja dobra passa - teraz czekają na mnie lepsze miejsca na parkingu. O tyle lepsze, że nikt nie jest w stanie zaparkować 3 mm od moich drzwi.




Wygląda na to, że oficjalnie przyszła zima. Nie da się tego zauważyć, no chyba że jesteś jednym z nich...


Zima zaskakuje drogowców, jak ASAP-y copywriterów.

A ja tymczasem przez te kilka zimowych dni jeździłam do pracy... rowerem. I nie, nie mam zimówek. Raczej dość gładkie opony miejskie, ale skoro piszę do Was te słowa, to znaczy, że żyję i rąk nie połamałam.

Tak poważnie, dopóki nie wjeżdżałam na warstwę śniegu czy lodu, było OK. W mieście raczej z założenia jest cieplej między budynkami, dlatego śnieg tam szybciej topnieje. Drogi dość szybko były czarne, choć... nie zaszkodziłoby im posypanie piaskiem, bo wieczorami robiło się już ślisko. Tymczasem piaskarki chyba mają jakiś limit pustych przebiegów do wyrobienia, bo sobie po prostu jeżdżą w kółko. Nie widziałam, żeby sypały. Nikt nie widział. Najwyraźniej wraz z jajkami i masłem zdrożał też i piasek, i trzeba go oszczędzać...

No chyba że jeżdżą i czekają, aż ta słynna zima przyjdzie ;-)

Najpiękniejszym dniem tego tygodnia był czwartek. Właściwie, zaczęło się już w środę... Wtedy to, o jakiejś 10:40 dostałam telefon z radia Zet, że nazajutrz chcą do mnie zadzwonić w sprawie konkursu, w którym wzięłam udział. Oczywiście, że po takiej wiadomości nie byłam w stanie myśleć już o niczym innym.

W czwartek faktycznie zadzwonili. Raz, że za moment zadzwonią, by ze mną porozmawiać na antenie, a potem już faktycznie po to, żeby ze mną pogadać. Oczywiście, że za drugim razem mój telefon odmówił posłuszeństwa i postanowił przestać odtwarzać dźwięk dzwonka. Uratowało mnie to, że akurat spojrzałam na telefon i zauważyłam, że dzwoni. Wyleciałam gdzieś w korytarz i czekałam na swoją kolej ;-) Półtorej minuty do wejścia.

W trakcie słyszałam, co się dzieje na antenie i leciało akurat Échame La Culpa, które teraz wyjątkowo dobrze mi się kojarzy.

Oczywiście, że miałam masę pomysłów, co powiedzieć na antenie i żadnego nie zrealizowałam. Szczerze, to nie bardzo do mnie docierało, co się dzieje. Jak przez mgłę. Podobnie było, gdy oficjalnie usłyszałam, że wygrałam. A co wygrałam? Pokażę, gdy dotrze do mnie przesyłka ;-) Zdecydowanie to jest jedna z moich najlepszych nagród, oprócz roweru, i jestem z siebie wyjątkowo dumna.

Taki sukces potrafi człowieka wyłączyć z życia na kilka dni. Całe napięcie zeszło ze mnie, gdy już oficjalnie dostałam maila i wtedy dopiero poczułam się przemęczona. Przez resztę dnia zamulałam i ledwo byłam w stanie coś zrobić. No i bardzo szybko padłam wieczorem. Silne emocje potrafią zmęczyć.

Piątek był bardzo sportowym dniem. Zaczęło się od porannego cardio czyli wykopywania auta spod półmetrowej warstwy śniegu (stało od wtorku, a śnieg padał bez przerwy). Wykopywania, bo copywriter ;-) Dłużej odśnieżałam, niż jechałam do pracy. Oczywiście, że reszta śniegu stopniała w ciągu dnia, gdy auto sobie na mnie czekało pod biurem... Po pracy - basen. Pełen relaks, bo koniec tygodnia, zapachniało weekendem... Jakoś źle to tylko ogarnęłam, bo po basenie jeszcze pojechałam na zakupy do Biedronki - a to, zwłaszcza w piątek, ma niewiele wspólnego z relaksem. Już wolę tych Januszy na basenie niż w Biedrze...

Reszta wieczoru minęła wyjątkowo spokojnie i znowu szybko padłam. Jestem jakaś niedospana, ale to chyba dlatego, że przez większą część tygodnia melduję się w pracy już przed 7.

Udało mi się też dostać wreszcie do pierwszego projektu w trnd - dostałam info, że paczka w drodze. Z czym? Wspomnę wkrótce ;-)

Dziś zaczęłam dzień od gotowania, a teraz siedzę nad blogiem. Chcę jeszcze ogarnąć komentarze i coś podziałać, a potem już oficjalnie relaks. Może jakiś film, albo książka :-)


Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Życie poza strefą komfortu


Jaki powinien być dobry tekst?


Odkurzamy:

Bądź miły dla pana z paczką. Dzień z życia kuriera

(wpis w sam raz na grudzień, kiedy kurierzy są zawaleni robotą i naprawdę warto być dla nich miłym)

I tak, widziałam ten filmik ;-) Nawet na żywo...

Przegląd internetów

Co nowego w internetach? Cóż, dzisiaj, z racji mojego dobrego humoru mam dla Was kilka rzeczy, które Was popsują.

Poznajcie pana, który pracuje w czasie wolnym od bezrobocia, a przez pozostałe 6 dób w tygodniu pozostaje bezrobotnym. Gdyby to się działo w czasach internetu, pewnie by został celebrytą, a tak... cóż, można trafić na niego przypadkiem w internetach.

Poznajcie także prezentera radiowego, który jest moim mistrzem. Mnie rozpoznanie piosenki zajęło znacznie więcej czasu.

Dotarła do mnie kiedyś opowieść, jak to do jakiejś polskiej stacji radiowej zadzwonił pan z lekko przepitym głosem i poprosił o piosenkę. Niestety, zapomniał tytułu:
- To była piosenka taka... taka...
Prowadzący bez namysłu puścił to. Ostrzegam - earworm!

A co u Was dobrego? Dajcie znać i dołączcie do link party :-) Mamy w końcu pierwszy poniedziałek miesiąca.


Zasady linkowego party:

  1. Naciśnij przycisk Add your link.
  2. W polu URL wpisz adres swojego wpisu.
  3. W polu Name wpisz TYTUŁ swojego posta.
  4. W polu E-mail podaj swój adres e-mail (nie będzie widoczny na stronie).
  5. Kliknij Submit link.
  6. Odwiedź co najmniej jeden z pozostałych zalinkowanych wpisów i zostaw pod nim swój komentarz.
  7. Możesz wrzucić więcej niż jeden link, ale w takim przypadku skomentuj też więcej wpisów.






Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

Życie poza strefą komfortu. Przegląd tygodnia 20-26 listopada

Życie poza strefą komfortu. Przegląd tygodnia 20-26 listopada

Są takie fajne tygodnie, kiedy udaje mi się napisać przegląd tygodnia już w sobotę, a są też takie, kiedy zaczynam go tworzyć dopiero w poniedziałek po 19. Tak, jak dzisiaj.

strefa komfortu

Przegląd tygodnia

Do niedawna moje poniedziałki były raczej dość spokojne, żeby nie powiedzieć - nudne. Praca-dom. Może ewentualnie jakiś trening w domu. Karnet z OK System wywrócił moje życie do góry nogami i wywlókł mnie siłą z mojej strefy komfortu.

Od jakichś trzech tygodni co poniedziałek ląduję gdzieś. Na początku trafiłam na siłownię, na której, wbrew pozorom, było całkiem w porządku. W zeszły poniedziałek spontanicznie wyruszyłam na swój ulubiony kiedyś basen... okazało się, że nadal jest ulubiony i tak oto siłownia poszła w odstawkę, bo dwa razy w tygodniu chodzę sobie popływać.

Jestem przeszczęśliwa, bo czuję, że to jest to, to jest ta aktywność, która sprawia mi przyjemność i przy której wypoczywam tak bardzo, że nie chcę próbować nic innego. Nie ma nic lepszego, niż zrobić te kilkadziesiąt basenów (z każdą wizytą coraz więcej), a potem wejść na 15 minut do jacuzzi. Wychodzę po tym tak niesamowicie zrelaksowana...




Czar pryska, gdy na dworze sypie śniegiem, a na parkingu ktoś mi stanie na drzwiach. Wsiadanie do auta przez szyberdach ma akurat mało wspólnego z relaksem...

Ogólnie, jazda autem chyba też. Przez cały tydzień jeździłam do pracy samochodem. Mija się to z celem, bo muszę jechać naokoło i w efekcie jadę dłużej niż np. rowerem, ale moje auto jest jak taki dziadek, który ma swoje przyzwyczajenia. Zmianę oleju z mineralnego na półsyntetyczny dziadziuś zniósł wyjątkowo kiepsko i zaczął mieć problemy ze startowaniem, szczególnie gdy postoi sobie przez całą dobę na zewnątrz. Dorobił się, biedny, reumatyzmu, w silniku mu strzyka, ale co się dziwić, jak taka pogoda...

Niezawodnie działa tylko wtedy, gdy jest regularnie, codziennie odpalany. Przez cały tydzień lało, więc w sumie nie widziałam problemu w tym, żeby chwilowo z roweru przesiąść się na auto. To dało mi możliwość zaobserwowania całej masy przypadków skrajnego debilizmu innych kierowców. Zdecydowanie, jazda samochodem nie jest już dla mnie relaksującą czynnością. Lubię to, ale jednak... obejrzyjcie sobie najnowszy odcinek Ucha prezesa i zobaczcie, jak jeździ jego szofer. Ja jeżdżę dokładnie tak samo (no może oprócz ciągłego wbijania się w inne auta, bo zazwyczaj trzymam je na dystans).

W piątek miałam dzień wolny. Mocno się wahałam, czy akurat wtedy odbierać, bo Black Friday i ogólne szaleństwo w pracy, ale... skoro trzeba odebrać w listopadzie, no to trzeba. I to była bardzo dobra decyzja. Ominęło mnie szaleństwo, ominęły mnie korki (co się działo wieczorem pod Galerią!), w miarę się wyspałam, zrobiłam dobry obiad, a potem siebie na bóstwo, zdążyłam ogarnąć zakupy i wylądowałam na imprezie. Na krótko, bo potem jeszcze poszłam do kina na jedną z nowości... ;-)

W sobotę wyruszyliśmy na imprezę poza miastem. Parapetówka okazała się fajniejsza, niż się spodziewałam. Z każdą kolejną godziną bawiłam się coraz lepiej. No i okazało się również, że mam nosa do prezentów, bo to, co kupiliśmy (lampka, koc i świeczka) idealnie się wpasowało w kolorystykę salonu znajomych :-) A kupowaliśmy na pałę...

Oczywiście, że niedziela po imprezie była wyjątkowo trudnym dniem. Przybyło mi ostatnio energii na te wszystkie aktywności, ale jednak - w niedzielę całe powietrze ze mnie zeszło. Zamulałam do wieczora, a potem... oczywiście, że nie mogłam zasnąć do północy. Ech...

Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Tydzień idealny jak życie z Instagrama


Giełda Tekstów - jak na niej zarabiać i wypłacać pieniądze? 

(będzie update, bo znowu się pozmieniało)

Copywriter, który pisze z błędami?


Przegląd internetów

Magda Gessler radzi, po czym poznać dobrą restaurację. Wiem, ta pani bywa chamska i rzuca talerzami (oraz urwami), ale myślę, że ma pojęcie o tym, o czym mówi. Może ten jej nowy program z seksownym gotowaniem, w którym wysysa mózgi krewetkom, jakoś mnie nie urzeka, ale Kuchenne rewolucje zawsze chętnie obejrzę. Można się nauczyć paru fajnych trików, zarówno w kwestii rozpoznawania dobrych restauracji, jak i po prostu gotowania.

Od kilku miesięcy usiłuję znaleźć udane trio: korektor, podkład, puder. Głównym kryterium było krycie i trwałość. Nie uśmiecha mi się ciągłe poprawianie makijażu w pracy, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Chyba wreszcie mi się udało, choć nie obyło się oczywiście bez błędów - i to wszystkich tych, o których pisze Daria. Jeśli macie problemy z trwałością podkładu, sprawdźcie. Być może przyczyną jest coś innego niż problematyczna cera :-)

A teraz czas na Was: podzielcie się jednym linkiem do artykułu, który zwrócił Waszą szczególną uwagę w tym tygodniu :-)

Zapraszam Was także do obserwowania mnie na Snapie: pomyslowa.blog. Coraz częściej się tam udzielam!

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copywriter, który pisze z błędami?

Copywriter, który pisze z błędami?

Czy copywriterzy popełniają błędy? Oczywiście, że... tak. A czy w ogóle mają prawo je robić? Myślę, że każdy ma. Także ludzie, którzy zarabiają na znajomości języka i na sprawnym posługiwaniu się nim. Ważne jest tylko to, by nad sobą pracować i dokształcać się na bieżąco. Dlatego dzisiaj się spowiadam i przytoczę Wam kilka wyrażeń, które sprawiały mi problem - żeby Wam już nie nie sprawiały. Czytajcie dalej.

pisanie

Jakich błędów nie powinien popełniać copywriter?

Przede wszystkim świadomych. Jeśli wiem, że coś jest błędem, ktoś mi zwrócił uwagę milion razy, a ja nadal tak mówię/piszę, to słabo. No chyba że jest to celowy zabieg albo cytat.





Poza tym copywriter absolutnie nie powinien używać brzydkich słów.





Ten pan raczej nie jest copywriterem :-)

A jakie błędy ja popełniałam?

1. ... tak że nawet mnie zdarza się napisać coś z błędem


Największy problem sprawiało mi "tak że". Uparcie pisałam "także...". 

Np. Idę do sklepu, także tak że kupię mleko.

Błąd: Idę dziś do sklepu, także kupię mleko = Idę do sklepu, również kupię mleko. (także = również)

Prawda, że brzmi co najmniej głupio?

Powinno być: Idę dziś do sklepu, tak że kupię mleko. = Idę do sklepu, więc kupię mleko. (tak że = więc)

Nie rozdzielamy przecinkiem tak i że.

2. ... szczególnie że nie jestem alfą, ani romeo


Znacznie częściej zdarza mi się używać ponadprogramowych przecinków niż o nich zapominać. Zawsze mam jakieś w zapasie ;-)

Bardzo konsekwentnie stawiałam je (niepotrzebnie) w spójnikach złożonych: szczególnie że, mimo że, chyba że/no chyba że albo po poza tym lub oprócz tego. Szczególnie na początku zdania. Language Tool równie uparcie mi podkreślało te błędy i w końcu się nauczyłam.

3. ... "na co dzień" też można źle napisać


To mi się często zdarzało, gdy poprawiałam tekst poza Wordem i nie mogłam korzystać z podkreślenia błędów. Wtedy właśnie pisałam "na codzień" zamiast "na co dzień". Ba! Przez pół życia byłam przekonana, że piszę to poprawnie, i nie wiem w sumie, czy coś się zmieniło, czy tylko ja to sobie źle zapamiętałam ;-)

Nie popełniajcie moich błędów! Ani na co dzień, ani od święta ;-)

Czy można uniknąć pisania z błędami? Jasne, że tak. Tutaj zdradzam Wam kilka wskazówek:

Jak pisać bez błędów? 6 sposobów copywritera


A Wam jakie błędy zdarzają się najczęściej?

Psssst! Chcesz nauczyć się pisać dobrej jakości teksty i zarabiać w internecie?



Sprawdź pozostałe serwisy, które polecam do zarabiania na pisaniu:




Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket

Giełda Tekstów - jak na niej zarabiać i wypłacać pieniądze?

Giełda Tekstów - jak na niej zarabiać i wypłacać pieniądze?

W tej chwili mówienie o Giełdzie Tekstów w kontekście zarabiania pieniędzy wydaje mi się nieco śmieszne. Przeważają tam ostatnio zlecenia typu 2,50 zł za 2000 znaków bez spacji i to jest klasyczny przypadek stawek, których wstydziliby się nawet w Indiach. Nie zmienia to jednak faktu, że czasem wśród wyzysku trafiają się również fajniejsze zadania z ciekawszymi zarobkami. Dziś opowiem Wam, jak zarabiać na Giełdzie Tekstów, ile można na niej zarobić oraz jak wypłacać zarobione pieniądze.

pisanie na komputerze

Ile można zarobić na Giełdzie Tekstów?

Sama najlepiej wspominam zlecenia, gdzie za 5 tekstów po 2300 znaków ze spacjami (czyli łącznie 11 500 zzs) zarabiałam 34 zł. Po przeliczeniu wychodziło 2,95 zł/1000 zzs, czyli na granicy rozsądku, ale... wszystkie teksty dotyczyły jednego tematu (np. były to opisy jednej miejscowości turystycznej), co oznaczało, że każdy kolejny pisało się coraz szybciej. Zresztą, gdy nabrałam wprawy, potrafiłam napisać te 5 tekstów w godzinę, albo nawet i 50 minut. Tym sposobem w niespełna godzinę zarabiałam te 34 zł. To niemal tyle, co na korepetycjach ;-)




Plusem był jeszcze walor edukacyjny - mogłam się dowiedzieć wielu ciekawostek o różnych miejscowościach: od Ustki przez Toruń, Wrocław, Leszno, aż po Kraków.

Poza tym, na Giełdzie Tekstów można też zarabiać na sprzedaży tekstów (czyli wpadnie czasem te 5 czy 8 zł) oraz na programie partnerskim, gdy z Waszego linka zarejestruje się ktoś - zarabiacie wtedy 5% od jego transakcji. Zazwyczaj są to groszowe sprawy, typu 0,16 zł, ale potrafi się z tego uzbierać dobre parę złotych. Wniosek - przede wszystkim wykonujcie zlecenia.

Jak wypłacać pieniądze na Giełdzie Tekstów?

Pamiętajcie: żeby wypłata przeszła, musicie najpierw uzupełnić swoje dane na koncie w Giełdzie Tekstów. Koniecznie - imię, nazwisko i numer rachunku bankowego, na który chcecie otrzymywać pieniądze.

Gdy już uzbieracie te minimum 100 zł update:75 zł do wypłaty, wchodzicie w Konto-Transakcje-Wypłata środków. Tam wpisujecie w okienku kwotę brutto -  np. 102.00 (koniecznie w takim formacie, z kropką zamiast przecinka i bez skrótu "zł"). Następnie zaznaczacie Wygeneruj rachunek automatycznie, nadajecie mu numer (np. 1/08/2017, co oznacza, że jest to pierwszy rachunek wygenerowany w sierpniu 2017) i klikacie Wypłać.

Od tego momentu mija kilka dni na to, by wypłata została zrealizowana i znalazła się na Waszym koncie. Do mnie trafiała po mniej więcej 3-5 dniach roboczych.

Lepiej wypłacać mniejsze kwoty, czy większe?

Tutaj jeszcze nasuwa się pytanie - czy nie lepiej uzbierać więcej pieniędzy i wypłacić sobie na przykład 300 zł albo 600 zł? Ja tak robiłam na początku, ale jednak czas oczekiwania na zgromadzenie środków, plus czas oczekiwania na zrealizowanie wypłaty jest już wtedy dość długi. Znacznie lepiej wypłacać częściej mniejsze kwoty, szczególnie że takie wypłaty są realizowane szybciej niż te większe.

Drugą rzeczą jest też to, że takie serwisy potrafią szybko zbankrutować. Znacie Textmarket? No właśnie. Kiedyś był bardzo słynny, teraz nie istnieje. Niestety, nie miałam okazji na nim podziałać, ale myślę, że po prostu nie nadążył za zmianami na rynku. Giełda Tekstów też nie do końca nadąża, co widać często po ilości i rodzaju zleceń. Myślę, że słabo się też reklamują i stąd tych zleceń nigdy nie jest tam dużo. Efekt możemy zobaczyć za jakiś czas - może to być niestety kolejny serwis, który padnie. A że nigdy nie wiadomo, kiedy może coś się stać, lepiej wypłacać sobie pieniądze na bieżąco ;-)

Update: Wiedzcie, że coś się dzieje, bo od sierpnia wisi komunikat, że dozwolona jest tylko jedna wypłata w miesiącu.


Czy opłaca się działać na Giełdzie Tekstów?

W tej chwili mam do wypłaty ledwie 4,50 zł za jakiś sprzedany tekst. Jak dobrze pójdzie, to może wkrótce zrobię sobie jakieś zlecenie, tak dla rozruszania się. W tej chwili nie działam tam zbyt aktywnie i mocno przebieram w zleceniach. Nie chcę po prostu poświęcać swojego wolnego czasu na jakieś nic niewarte precle, za które zarobię w porywach 2,50 zł. Ostatnie zlecenia robiłam pod koniec października 2016 i wtedy też wypłacałam 100 zł. Do realizacji zgłaszałam się gdzieś w sierpniu tego roku.

Tutaj wspomnę po raz kolejny o tym, że jeśli naprawdę chcecie zarabiać, zarejestrujcie się w jeszcze przynajmniej dwóch dodatkowych serwisach. Jak w jednym nie ma zleceń, zawsze możecie podziałać coś w drugim. Godne polecenia są przede wszystkim Textbookers, w którym napisałam całkiem sporo zapleczy i praktycznie zawsze są tam jakieś zlecenia, oraz Goodcontent, w którym można znaleźć znacznie lepiej płatne zlecenia.

Co jeszcze chcecie wiedzieć na temat Giełdy Tekstów?
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger