niedziela, 24 września 2017

Deszcze niespokojne. 18-24 września

A więc to już oficjalne. Nadeszła jesień. I deszcze niespokojne nieskończone. Jak w lipcu.

jesiennie i przytulnie - koc, świece i kawa

Początek jesieni dla mnie stał się całkiem produktywny. Sporo czasu spędzam, pisząc na bloga, więc w najbliższym czasie nie będziecie raczej narzekać na brak postów. Mi weny też nie brakuje. Raczej czasu na spisanie tego wszystkiego.




Czytanie chwilowo poszło w odstawkę. Znowu skupiłam się na treściach online, nowych blogach i artykułach branżowych. Właśnie skończyłam czytać Byłam służącą w arabskich pałacach. Jak dobrze pójdzie, to może jeszcze dzisiaj zabiorę się po raz pierwszy od dawna za coś spoza Legimi - Social media: Start Tomka Tomczyka.

Mimo że zjechałam go kiedyś za Thorna, do jego książek o blogowaniu nie miałam nigdy większych obiekcji. W końcu to bloger, ma duże doświadczenie w branży i po prostu pisze o tym, co u niego zadziałało. Tutaj nie podważam jego kompetencji i jestem dość pozytywnie nastawiona.

Poza tym przeżyłam świętowanie w firmie dość sporego jubileuszu. Cieszę się, że mogłam dać od siebie ten prawie cały rok pracy i przyczynić się do tego święta. Miałam dobry timing ;-)

Dostałam także kolejnego storczyka. Poprzedni... cóż, próbuję go zreanimować, ale nie wiem, czy coś z tego będzie. Może macie jakiś sposób? O tego drugiego zadbam już lepiej. Bardzo podobają mi się te kwiaty i chcę nauczyć się dobrze nimi zajmować. Marzy mi się kilka storczyków w mieszkaniu za jakiś czas.

Wybrałam się także na konkurs karaoke. Przeszłam do finału, ale... cóż, konkurencja była spora i dość dobra. Poza tym jestem dla tych ludzi kimś całkowicie z zewnątrz. Reszta ekipy się znała. Trudno się przebić w nieznajomym środowisku, a ja raczej nie lubię bawić się w networking wszędzie, gdzie tylko się pojawię. Wystarczy mi to w świecie online.

W sobotę, mimo problemów z samochodem (cóż, kiepsko zniósł te nieprzerwane deszcze), dotarłam na wieś i znów odpoczywam w taki sposób, jaki lubię najbardziej. Obejrzałam The Voice, mój ulubiony talent show. Bardzo podoba mi się formuła, w której niejednokrotnie to jurorzy muszą przekonać uczestnika do siebie. To naprawdę fajne, że choć raz człowiek sam nie musi się przebijać, wybijać i rozpychać łokciami, bo gwiazdy o niego walczą :-)

Czas na mały przegląd internetów.

Dziś urzekł mnie ten filmik. Co prawda, wygląda to na skomplikowane, ale spróbuję sobie kiedyś, z czystej ciekawości. Niewiele mam wspólnego z DIY i tym podobnymi sprawami, ale czasem lubię się kreatywnie wyżyć i upiększyć swoje otoczenie.

Polecam Wam także przepis na wyjątkowo dobry makaron z kurczakiem, szpinakiem i serem pleśniowym. Robiłam w tym tygodniu. Zamieniłam jedynie niezbyt lubiany przeze mnie lazur na camembert, ale kiedyś spróbuję wersji oryginalnej. Podobno warto. Danie jest szybkie i proste w przygotowaniu.

Robiłam też pomidorową z makaronem i naleśniki. Nic nie wyszło. Zupę przesoliłam, makaronu nie dogotowałam, a naleśniki się rozpadały. Piszę, żebyście wiedzieli, że nawet najlepsi mają czasem najgorsze dni ;-)

Temat pracy wciąż mnie kręci, choć mało o tym piszę. Wiecie, teraz jest szum, że Ukraińcy pracę nam zabierajo. Tak naprawdę to nie oni zabierają, tylko po prostu Janusze biznesu próbują znowu przyoszczędzić. Mniej więcej w taki sposób:

janusz small biznesu

Temat small biznesu jest mi bliski, bo dość długo pracowałam dla takich biznesowych płotek ;-) Firm, które ze swoimi szefami nie miały szans na większy rozwój. Ci ludzie wciąż popełniali te same, podstawowe błędy nawet już na etapie rekrutacji. Zaczynało się od spóźnienia na rozmowę z kandydatem - czyli ze mną. Potem był już tylko brak umiejętności delegowania zadań, brak przeszkolenia czy po prostu nieustanne wtrącanie się w rzeczy, o których nie mieli pojęcia (i po to zatrudnili pracownika). A to tylko wierzchołek góry lodowej. W dobie internetu to chyba nie jest takie trudne, żeby sobie czasem coś poczytać o zarządzaniu ludźmi i się rozwinąć?

Nie lubię ludzi, którzy stoją w miejscu. Nie lubię small biznesu. Mało która niewielka firma jest dobrze prowadzona. Po czym to poznać? Te dobrze prowadzone w końcu osiągają sukces i rozrastają się.

O, i nie boją się mieć takich pomysłów:


Teraz trochę motywacyjnie. Czytałam ostatnio post o tym, że ludziom wokół zdaje się, że mamy idealne życie. Tymczasem to, co oni widzą, to nie szczęśliwy traf, tylko kolejny etap naszego rozwoju. Wcześniej przeżyliśmy różne sytuacje, nieraz trudne i to, w jakim miejscu teraz jesteśmy, wynika bezpośrednio z tego, jak na te trudności reagowaliśmy. I dla mnie herezją jest gadanie, że szczęście jest dla wybranych. No chyba dla tych, co potrafią wziąć życie w swoje ręce. Życie Ci się nie przytrafia. Miejsce, w którym teraz jesteś, to efekt Twoich przeszłych decyzji. Może w takim razie czas zacząć podejmować lepsze? I przestać mówić złe rzeczy?

A tu po raz pierwszy spodobał mi się post, który wizualnie nie jest jeszcze jakoś dobrze dopracowany. Mam nadzieję, że autorka bloga ogarnie, bo treść na jej blogu jest naprawdę wartościowa. Oto sposób na zmotywowanie się. U mnie tę funkcję pełni akurat Bullet Journal, ale być może ktoś potrzebuje tylko czegoś motywacyjnego. W takim przypadku pomysł Turkusowej może się świetnie sprawdzić :-)

U Kasi blogowy workflow. Można od niej zaczerpnąć kilka fajnych sposobów na to, w jaki sposób organizować sobie tworzenie nowych wpisów. Smutny fakt jest taki, że na wielu znanych blogach autorki w ogóle się do tego nie przykładają. Potem widzimy efekty: literówki, błędy logiczne, stylistyczne... Mnie to razi. Owszem, jeśli sami sprawdzamy swoje teksty, korygujemy i redagujemy, pewne rzeczy mogą nam umknąć. Nie zmienia to jednak faktu, że przeczytanie przed i po publikacji pozwala nam szybko ogarnąć te najbardziej widoczne potknięcia.

Na blogu w tym tygodniu:

Złe stylizacje i sposoby na pobudkę


Co pomaga na babskie humorki?


Tangle Teezer vs. Tangle Angel


Odkurzamy post, który wzbudza kontrowersje wśród informatyków. Cóż, nie przeczę, że posłużyłam się popularnymi stereotypami, ale tak to wygląda U MNIE w pracy i Z MOJEJ perspektywy. Nie widzę potrzeby obrażania mnie hasłami o głupich lalach z kreacji ;-) Głupia nie jestem, a do lali sporo mi brakuje. Zresztą, nie ja pisałam, tylko Gremlin ;-)

Charakterystyka informatyka czyli dział IT


Psssst! Mam dla Was jeszcze gorące info. Dotarły do mnie przecieki, że ok. 7-10 października Rossmann szykuje promocję -49%. Już ostrzę sobie zęby na kolejne matowe pomadki ;-)

A co u Was? Deszczowo i ponuro czy miło i przytulnie mimo kiepskiej pogody?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 22 września 2017

Tangle Teezer vs. Tangle Angel. Porównanie

Tangle Teezer kontra Tangle Angel? Jak myślicie, kto wygrał? O tym w dalszej części posta, dlatego zostańcie ze mną.

kobieta o pięknych włosach

Moja przygoda ze szczotkami bezboleśnie rozplątującymi włosy zaczęła się od Tangle Teezera. Trafiłam na tyle blogowych peanów na jego cześć, że aż sama się skusiłam. Nie byłam jednak stuprocentowo przekonana, czy taka szczotka spełni moje oczekiwania, dlatego wybrałam wersję kompaktową - Tangle Teezer Compact Styler w kolorze czarno-złotym. Była mniejsza, tańsza, ale też bardzo mi się podobała wizualnie.




Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Szczotka naprawdę rozczesywała włosy i robiła to bezboleśnie. Suche czy mokre - to bez znaczenia. TT naprawdę świetnie sobie radził. Miał tylko jedną wadę - kiepsko go się trzymało w ręce. Łatwo się z niej wyślizgiwał, szczególnie z mokrych dłoni lub przy rozczesywaniu włosów po myciu. Poranny huk upadającej na  podłogę szczotki nieco przeszkadzał współmieszkańcom. Usłyszałam sugestię, by zacząć używać "normalnej" szczotki z rączką. Tego już absolutnie nie brałam pod uwagę. Powrót od TT do zwykłej szczotki byłby jak przesiadka z Lexusa na rower. Postanowiłam zatem poszukać odpowiednika TT z rączką.

W tamtym czasie trudno było w Polsce kupić TT w wersji Ultimate.

W ten sposób trafiłam z powrotem na posty o Tangle Angel. Nie powiem, zawsze podobał mi się jego oryginalny wygląd. Jakimś niepojętym sposobem zdecydowałam się jednak na Tangle Angel Classic, bez tego charakterystycznego wzoru skrzydeł anielskich. Sama się sobie dziwię.

Pierwsze kilka użyć przypominało TT, ale w znacznie wygodniejszej wersji. Wreszcie trzymałam szczotkę pewnie w dłoniach i nie upuszczałam jej co chwila. Po kilku tygodniach jednak TA przestał sobie radzić z moimi włosami. Po jego użyciu plątały mi się niemiłosiernie i kołtuniły. TA w ogóle nie potrafił ich do końca rozczesać. Odstawiłam go zatem na półkę i z podkulonym ogonem wróciłam do TT. I do głośnego upuszczania go na ziemię...

Co jakiś czas próbuję wrócić do TA, ale on sprawdza się tylko do delikatnego rozczesywania. Z mokrymi włosami nie radzi sobie w ogóle. Wszelkie poważniejsze splątania rozczesze tylko TT (mocno już sfatygowany). Niestety, z czasem TT też coraz łatwiej się upuszcza. Przypuszczam, że ząbki się już nieco zużyły i rozczesywanie wymaga nieco więcej siły. Wciąż jednak działa - a mam już swojego TT od dobrych dwóch lat. TA nie wytrzymał  nawet miesiąca...

Nie wrzucę Wam niestety zdjęć moich TT i TA, bo obie są już zbyt mocno zużyte. TT pozbył się już nawet swojej złotej części. Planuję wkrótce kupić nowy. Starcie z TA wygrał bezsprzecznie. TA być może jest dobry do włosów mniej wymagających, krótszych, mniej porowatych i z mniejszą skłonnością do plątania się. TT poradzi sobie nawet z trudnymi przypadkami. Jeśli mnie zapytacie zatem, co polecam - bez wątpienia TT. Nawet mimo mało poręcznej formy, wciąż wygrywa. Liczę jednak na to, że uda mi się wreszcie dopaść wersję Ultimate. I mam nadzieję, że będzie równie dobra, jak kompaktowy TT ;-)

A Wy jakich szczotek używacie? Która w Waszym przypadku wygrywa - TT czy TA? A może klasyczny grzebień? ;-)

Tutaj kupisz szczotki Tangle Teezer oraz Tangle Angel w świetnych cenach:



Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 20 września 2017

Co pomaga na babskie humorki?

Mam ostatnio trudny czas. Coś, w co włożyłam bardzo dużo pracy, niestety wyszło gorzej, niż powinno. Po części to moja wina, po części nie moja, bo cały projekt robiliśmy kompletnie nie tak, jak powinniśmy, ale nie ma co już nad tym płakać. Być może to też urok końca kwartału i widma kolejnego, tego strasznego.

storczyk phalenopsis

Wszyscy dobrze wiemy, co to oznacza. Wszyscy z lękiem patrzymy w Q4, który jest synonimem ciężkiej pracy, nadgodzin, nerwówki i biegania w kółko bez sensu.




I kiedy złoży się na siebie cały stres wynikający z niepowodzenia, zmęczenie, paskudną pogodę, zupę, która wyszła za słona, naleśniki, które się rozlatują, bo brakło mąki... wtedy powstają dni takie jak dziś.

Dni typowego dla bab nastroju, wahającego się od "moje życie jest beznadziejne 😭" do "kill'em all!". I tak przez cały dzień, aż do zwariowania. Nawet trening nie chce na to pomóc.

W takich sytuacjach pomaga tylko jedno magiczne słowo. Zakupy.

Wróciłam z galerii z nowym storczykiem (tym razem w pakiecie z odżywką, więc być może pokój będzie mi zdobił kwitnący storczyk, a nie ususzony...) i śliwkowym cydrem.

I z lepszym humorem. Wreszcie.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 17 września 2017

Złe stylizacje i sposoby na pobudkę. 11-17 września

Hej! Jest niedziela, godz. 12:24. Za oknem pada deszcz, a ja leżę pod kocem i piszę, bo... czas na przegląd tygodnia.

kawa w filiżance

Chyba wreszcie odetchnęłam. Wyluzowałam. Zeszły ze mnie negatywne emocje i stres.

Wyspałam się dopiero wczoraj. Sama sobie jestem winna, bo zamiast chodzić spać o stałej porze, kombinowałam.




W poniedziałek zrezygnowałam z treningu na rzecz relaksu. Dalszy plan był taki, że ćwiczę z dnia na dzień we wtorek, środę i czwartek. W czwartek w końcu też odpuściłam, uznając, że po ponad miesiącu regularnych ćwiczeń raz mogę olać. Główną przyczyną były potworne zakwasy, których się dorobiłam we wtorek i środę. Można zatem uznać, że równowaga w przyrodzie jest. Czasem trzeba umieć odpuścić. Wymaganie od siebie jest OK, ale nie można być dla siebie zbyt surowym.

Ku mojej wielkiej radości, okazało się, że pojawił się w telewizji kolejny sezon Goggleboxa. Będzie się oglądać :-)

Podobnie z Uchem prezesa i Rolnikiem szukającym żony, którego próbuję nadrobić od wczoraj, ale jakoś brakuje mi motywacji. Jak już się za to zabrałam, to mi się coś z internetem zaczęło dziać i ostatecznie obejrzałam tylko pierwszy odcinek. Wizytówki już odpuściłam, bo wywaliło mi obraz. A w reklamie działał :-P

Ogólnie, większość programów z telewizji oglądam raczej na VOD, wtedy, kiedy mnie się chce, ale wyjątkowo ostatnio włączyłam telewizor i przepadłam, bo akurat leciał mój ulubiony Galimatias. Tak, wiem, wstyd się przyznać, ale niech będzie, że obejrzenie go po raz ósmy (czy coś koło tego) to taka moja guilty pleasure.

Żeby nie było, że oglądam tylko kiepskie rzeczy, ucieszyłam się też, że w TVP VOD pojawiła się nowa ekranizacja Moralności pani Dulskiej. Przeczytałam ją jakiś czas temu i naprawdę mi się podobała. Postanowiłam obejrzeć. Zrezygnowałam w momencie, gdy okazało się, że gra tam moja wyjątkowo ulubiona aktorka. Wiecie, Magdalena Drewniecka ;-)

Zaczęłam też słuchać radia. W Gogglebox poleciał fragment jakiegoś festiwalu muzycznego (który był chyba przede wszystkim festiwalem na jak najbrzydszą stylizację) i... okazało się, że nie kojarzę żadnego z hitów. Ani tego Po co, po co Kayah, ani rzępolenia Margaret w dresie, ani jakiegoś wybuchającego Bumerangu Farnej. Nie jest mi z tym jakoś szczególnie źle, ale postanowiłam być nieco bardziej na bieżąco. Może wśród tej radiowej sieczki usłyszę też coś wartego uwagi...

W piątek wybraliśmy się na szybko na Festiwal Beer & Food. Tak, to kolejny pod rząd festiwal piwa w moim mieście. Nie narzekam :-) Kupiliśmy kilka piw na spróbowanie i zjedliśmy kurczaki z foodtrucka, który całkiem pomysłowo się reklamował. Jak? Napiszę Wam wkrótce osobnego posta o tego typu reklamach, bo to całkiem ciekawy temat ;-)

W międzyczasie zdążyłam sobie na naszych cudownych chodnikach rozwalić fleki w szpilkach (dopiero co wymieniane). Na cholerę w mieście kostka brukowa i kocie łby...

Reszta weekendu to bardzo spokojne siedzenie w domu, z piwem do degustacji, książką i najnowszymi Transformersami, przy których... dowiecie się z kolejnych Filmowych inspiracji ;-)

Z racji tego, że zostałam ostatnio wyprowadzona z błędu, że kawa po turecku to zwykła plujka zalana wrzątkiem, postanowiłam spróbować ją zrobić. Polecam - smakuje niesamowicie.

Ogólnie, od kilku tygodni nie piję kawy - z wyjątkiem weekendów, kiedy chcę mieć energię, by nieco dłużej posiedzieć. Dzięki ograniczeniu kofeiny na co dzień zauważyłam, że teraz naprawdę na mnie działa.

Co ciekawego w internetach? Chyba nic. Oprócz oburzenia, że TVP za wcześnie puściła Rolnik szuka żony. Mnie tam nie burzy, bo i tak nie oglądałam w godzinie emisji ;-)

Ogólnie, cisza, mało aferek i rozpierdlolów. Tylko Indahash szaleje.

Agwer napisała dziś, że blogerki kłamią. Jakoś specjalnie mnie to nie dziwi. Bardziej mnie wkurza, że takie gwiazdy nie oznaczają postów sponsorowanych na Facebooku i Instagramie. To nie fair wobec obserwatorów, którzy przecież głupi nie są i widzą, że to ewidentna współpraca, jak na zdjęciu wszędzie jest jedno logo.

Agnieszka z To się opłaca! poleca za to kilka sposobów na pobudkę, która jesienią staje się coraz trudniejsza. Póki co - owszem. Niedługo powinno być lepiej, bo przesuwamy zegary. Niby fajnie, ale i tak uważam, że zmiana czasu dwa razy w roku to pomyłka, bo o ile wstaje się łatwiej, to wychodzi się z pracy, gdy jest już ciemno, a to nie motywuje zbytnio do aktywności.

Maciej kpi sobie nieco z typowych sytuacji w życiu freelancera. Cóż, trudno mu nie przyznać racji. I tego, że świetnie dobrał zdjęcia.

Na blogu w tym tygodniu:

Tydzień dobrych wiadomości


5 książek, które warto przeczytać we wrześniu


Odkurzamy:

Nie bój się lenistwa


A co u Was? Jak znosicie te wyjątkowo jesienne ostatnie dni lata?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

sobota, 16 września 2017

5 książek, które warto przeczytać we wrześniu

Naturalną koleją rzeczy po Filmowych inspiracjach są Książkowe inspiracje, czyli cykl, w którym dzielę się z Wami przeczytanymi ostatnio książkami. W sierpniu nadrabiałam i czytałam dużo. Co polecam, a co niekoniecznie? Sprawdźcie.

jaką książkę przeczytać?

Konan Destylator

Andrzej Pilipiuk
Nasi swojscy bracia Winchester z Wojsławic dalej piją na umór, biją Bardaków i wciąż potrafią wykiwać policję. W międzyczasie robią sobie też wiochę przed całą wiochą, wracają do szkoły, próbują swoich sił w wytwarzaniu swojskiej coli, pokonują policyjnego praktykanta-służbistę i biorą udział w postapokaliptycznej wyprawie. Jest tak, jak zawsze - swojsko, siermiężnie i czasem nawet zabawnie.




Dziennik Kasztelana

Evžen Boček
Po niezwykle zabawnej Ostatniej arystokratce i Arystokratce w ukropie liczyłam, że Dziennik kasztelana również mnie porwie. No niestety. Da się wyczuć, że to pierwsza książka autora. Nawet zbytnio się nie dziwię, że pierwotnie wydał ją pod pseudonimem ;-) Akcja zasuwa jak w Kronikach Shannary, bez ładu i składu. Bywa zabawnie, ale w większości jest dołująco i ponuro.

Facet idealny

Matthew Hussey
Polski tytuł nie mówi nic a nic na temat treści. Nie chodzi tutaj bowiem o to, jak sprawić, by facet stał się idealny, a jak zdobyć odpowiedniego dla siebie faceta (Get the guy) i utrzymać go przy sobie. Autor tłumaczy, jak pewne kobiece zachowania są odbierane przez mężczyzn i które postawy są warte zastosowania, a których należy unikać. Bardzo fajnie przybliża męski punkt widzenia. Wartościowa książka dla wszystkich kobiet, zarówno tych poszukujących, jak i tych, które już znalazły. Czytałam już drugi raz. Bardzo duży plus za obalenie mitu księcia, który przybywa na białym koniu. On nie przybędzie... dopóki nie wyjdziesz z domu i nie zaczniesz poznawać ludzi.

Człowiek zawsze kicha dwa razy. Masażysta też

Agnieszka Dydycz
Zabawny pamiętnik z życia fizjoterapeuty, doktora Marcinka. Żywo opisany, pełen zabawnych historyjek z pacjentami i bliskimi. Opisany niby po męsku, ale to jakaś taka naiwna męskość... Wszystko się wyjaśnia, gdy odkrywacie, że tę historię opisała kobieta. Mimo wszystko - fajna, rozrywkowa lektura na wieczór.


Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera

PigOut
Książka blogera - to nie brzmi dumnie. Mimo wszystko, ta konkretna jest wyjątkowo zacna. Na dodatek, pisana pod pseudonimem, co nie jest zbyt częstym zjawiskiem. Tutaj PigOut w pełni wykorzystuje ten przywilej. Pisze wprost, sarkastycznie, złośliwie i z poczuciem humoru. Nie radzę zagłębiać się w tę lekturę przy jedzeniu, ani tym bardziej przy piciu. Można opluć czytnik. Przeczytałam jednym tchem, z przerwami na wyśmianie się. Polecam!

To wszystko sprawka Bookworma, który również zachwycał się nią na swoim blogu.


Śpij dobrze

Nick Littlehales
Zbiór rewolucyjnych porad, jak się wysypiać, nie poświęcając na to całej doby. Bardzo podoba mi się obalenie mitu 8 godzin snu. Warto!

A Wy co dobrego czytaliście w tym miesiącu? Co polecacie?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 11 września 2017

Tydzień dobrych wiadomości. 4-10 września

Hej. Zdecydowanie to był tydzień dobrych wiadomości.

świętowanie

W tym tygodniu odzyskałam też wiarę.




Nie, nie tę w polską policję, bo tę utraciłam bezpowrotnie. Ale w sprawiedliwość. W karmę. Miałam dziwne przeczucie, że komuś mocno zależy, by ta sytuacja była utajona. Nie myliłam się. Jak wybuchło, to na całego. Tak oto mamy potężną aferę. Cieszę się, że sprawa została tak nagłośniona i bardzo mocno kibicuję poszkodowanym, żeby wszystko poszło po ich myśli. Podobno jeden ze sprawców jest działaczem sportowym i organizatorem imprez charytatywnych... Cóż... obu panom, którzy nie potrafią cicho imprezować, życzę, aby przez resztę życia jedyną ich działalnością charytatywną było dawanie d...py kolegom z celi.

Na szczęście, reszta mojego tygodnia była o wiele bardziej pozytywna, choć powyższy temat wciąż powraca.

Trudno oczekiwać, żeby mój tydzień pracy wyglądał inaczej niż praca-dom, ale tym razem przynajmniej poszalałam w kuchni. Zrobiłam pyszną zupę krem z pieczonej papryki i pomidorów malinowych, a następnego dnia - zupę krem z batatów (w wersji podstawowej, bez ricotty). Nieskromnie powiem, że obie wyszły fenomenalne ;-)

Koniec tygodnia spędziłam na lataniu po galerii. Trzeba było w końcu dokupić kolejne pastelowe markery do Bullet Journal ;-)

Potem trochę odpoczęliśmy i wyruszyliśmy na kolejny etap konkursu karaoke. Sprzyja mi szczęście. Poszło mi lepiej niż myślałam. Na dodatek, wywołałam mocne zaskoczenie dwoma kawałkami, które po raz pierwszy zaśpiewałam publicznie. Wyszły tak dobrze, że zaśpiewam je jeszcze nieraz.

Sama też byłam mocno zaskoczona, bo ogólnie dość źle kojarzę imprezy w tym lokalu. Tym razem jednak, mimo początkowych problemów technicznych, wyszło naprawdę świetne karaoke. Pierwszy raz zostałam tam aż do 2 w nocy - to chyba najlepiej świadczy o tym, jak fajnie było :-)

W sobotę poszliśmy za to na Festiwal Piwa. Taki częstochowski Oktoberfest ;-) I było warto. Popróbowaliśmy trochę różnych smaków, zjedliśmy po hamburgerze (bo i foodtrucki były), zrobiliśmy małe tour de bar (bo czasem trzeba), a resztę wieczoru spędziliśmy u znajomych.

W niedzielę po raz pierwszy w życiu miałam okazję zobaczyć, jak wygląda oddział dla ciężarnych. Nieeee, nie, że ja tam trafiłam. Byłam w odwiedzinach. I zauważyłam dwie rzeczy. Po pierwsze, taka kobieta w ciąży po tygodniu pobytu w szpitalu może się dorobić anemii i awitaminozy. Szpitalne jedzenie jest obrzydliwe - ciągle biały chleb i jakieś paskudne wędliny-mielonki, albo serki topione nieznanej proweniencji, fuj. Druga rzecz: cały klimat szpitala i oddziału, ta cisza (bo przecież TV płatny) i złowroga atmosfera jest najskuteczniejszym środkiem antykoncepcyjnym ever.

W tym tygodniu na blogu:


Natłok pracy, świeżaki i wrzesień


Rok w Polsce. Czy warto było wyjeżdżać?


Dla równowagi podrzucam Wam również nieco starszy tekst, pisany przez Gremlina:

Najgorsi właściciele mieszkań do wynajęcia. Mój top 4


Jeśli chodzi o linki, urzekł mnie kolejny komiks Zucha o cwanym grafiku. Stanowczo za rzadko tam zaglądam :-) Wciąż szukam inspiracji na własny Bullet Journal i dlatego bardzo ucieszył mnie wpis Agnieszki na temat planowania miesiąca w bujo. Zdążyłam już rozrysować tabelki na wrzesień, ale w październiku przetestuję układ zaprezentowany przez Agnieszkę. Wydaje mi się o wiele bardziej przejrzysty niż mój.

Podobał mi się również wpis drugiej Agnieszki na temat jej firmowych celów. Czasem troszkę zazdroszczę jej tak urozmaiconego życia zawodowego, ale potem przypominam sobie, że moje wcale nie jest mniej różnorodne. No i że nie bardzo mam czas na dalsze urozmaicanie :-)

Na koniec coś zabawnego. Odkryłam ostatnio, że ktoś trafił do mnie na bloga po haśle niemcy nago blog. Nie wiem, kto i po co mógłby chcieć bloga z nagimi Niemcami, ale po swoich doświadczeniach powiem jedno: NIE IDŹ TĄ DROGĄ!

A co tam u Was ciekawego? Jak znosicie końcówkę lata, która chwilowo zrobiła się bardziej letnia niż przez całe wakacje? ;-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket


sobota, 9 września 2017

Rok w Polsce. Czy warto było wyjeżdżać?

Uświadomiłam sobie właśnie, że ponad rok temu moja emigracja przeszła do historii. Czy to była dobra decyzja? Czy było warto wyjeżdżać? Czy zrobiłam dobrze, wracając? Czytajcie dalej.

życie na walizkach

W czasie wyjazdów byłam prawie pewna, że to kiepski pomysł. Uważałam wtedy jednak, że nie mam innego wyjścia. Trochę zmieniła mi się optyka, bo trudno nie widzieć licznych korzyści z tych wyjazdów:


Mimo wszystko, życie na walizkach było trudne, dlatego najlepszą decyzją był powrót do Polski. Może niekoniecznie ze względu na panujące tu warunki, bo daleko nam do tych zachodnich, ale z czysto prywatnych powodów.

kobieta z walizką

Kiedy wracałam z wyjazdu, jeszcze nie wiedziałam, że wracam na stałe. Myślałam, że do końca roku jeszcze kilka razy wyjadę, ale informacje o strzelaninie w monachijskim centrum handlowym przekonały mnie, by już tam nie wracać. Spontanicznie podjęta decyzja i tadam, zostaję.

Przez cały czas kontynuowałam zaczętą w Niemczech przygodę z freelancem i pisałam sporo tekstów oraz jeszcze bardziej zawzięcie szukałam zleceń. Zaczęłam budować swoje portfolio i postanowiłam wybić się jako copywriter-freelancer. Różnie to szło, jak to na początku. Czasem ledwo się wyrabiałam, a czasem nie było co robić. Nawet przez chwilę próbowałam znaleźć inną pracę. Wybrałam jednak niewłaściwą branżę ;-)

Ostatecznie, robiłam swoje, a praca znalazła mnie sama. Dostałam namiary na ciekawe ogłoszenie w znanej firmie, więc spontanicznie się zgłosiłam, wysłałam CV i zaproszono mnie na rozmowę. Czułam, że się uda. Po rozmowie napisałam jeszcze dwa krótkie próbne teksty i niedługo potem dowiedziałam się, że tak, udało mi się. Tak oto freelancer nawrócił się na etat.




To jest główny powód, dla którego cieszę się, że tak spontanicznie postanowiłam zostać w Polsce. Ewidentnie to na mnie czekało. Było warto posłuchać intuicji. Czasami bywa trudno, nerwowo i czasem mam dość, ale potem przychodzą kolejne sukcesy i znowu rozumiem, dlaczego to robię.

Bardzo ważne jest też dla mnie to, że znowu jestem przy moich bliskich. Skype to tylko namiastka. Rozmowy na Skypie zawsze są zbyt krótkie, zawsze brakuje na nie czasu. Na żywo można trzymać się za ręce godzinami i rozmawiać do białego rana. Można iść potańczyć. Można obejrzeć wspólnie jakiś głupi program w telewizji. Może to banalne, ale tak dla mnie wygląda szczęście.

O takim życiu marzyłam. Może jeszcze brakuje mi kilku rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że jestem szczęśliwsza, odkąd nie żyję na walizkach. Kiedy nie odliczam kolejnych szybko mijających tygodni do wyjazdu. Kiedy nie odliczam dni do powrotu. Jestem dokładnie tu, gdzie powinnam być, zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Wiem, że to wszystko dzięki temu, że potrafiłam w pewnym momencie wyjść ze swojej strefy komfortu i spędzić trochę życia poza krajem. Nabrałam dzięki temu jeszcze większej odwagi. Polecam :-)

A Wy co myślicie? Bylibyście w stanie rzucić wszystko i wyjechać? Bylibyście potem w stanie wrócić z emigracji?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 4 września 2017

Natłok pracy, świeżaki i wrzesień. 28 sierpnia - 3 września

Ufff, to był dziwny tydzień.

wrześniowy krajobraz

Zaczął się od niewesołej wiadomości, która jeszcze bardziej pogorszyła moje zdanie o polskiej policji. Ta sama policja, która tak ochoczo spisywała ludzi (kulturalnie) pijących piwo przed koncertem, miała opory, by dostać się do mieszkania imprezujących byczków. Kolesie tymczasem nie mieli oporów, by włamać się do mieszkania tego, kto wezwał policję i wymierzyć mu sprawiedliwość. Taką wypaczoną i błędnie pojmowaną.

Dlaczego nawet we własnym domu nie można się już czuć bezpiecznie? Dlaczego liczą się rosnące statystyki, które tak naprawdę oznaczają tylko, że w kraju źle się dzieje, bo jest wiele powodów do interwencji?




Dzień później trafiłam na artykuł o tym, jak to właściciel domu "ukarał" włamywaczy (obrzydliwe, wchodzicie na własną odpowiedzialność). Serwis, z którego pochodzi link, jest przedziwny i dla mnie w ogóle niegodny zaufania, ale nawet jeśli to nieprawda, to i tak dokładnie tego samego życzę nieudolnym policjantom, przez których to się stało oraz sprawcom. To jest ten moment, w którym moje poglądy stają się bardzo radykalne i uważam, że kiedy ktoś włamuje Wam się do domu, powinniście go móc odstrzelić i dostać medal za usunięcie chwasta ze społeczeństwa.

Ta informacja tak mnie wkurzyła, że ćwiczyłam potem jak szalona. Dawno nie zrobiłam tak ostrego treningu, ale musiałam się wyżyć. Po tabacie trochę humor mi się poprawił - czyli to jednak prawda z tymi endorfinami wyzwalanymi po wysiłku fizycznym.

Reszta tygodnia to standardowe praca-dom. Nie działo się absolutnie nic, co byłoby godne wspomnienia. Praca, trening, czytanie i zasypianie z czytnikiem w ręku.

Wciąż próbuję wprowadzić nowe nawyki dotyczące snu, ale tak średnio mi to ostatnio idzie.

Dowiedziałam się także, że nie jestem zbyt dobrze poinformowana. Nie dążę specjalnie do bycia na bieżąco. Uważam, że jeśli coś ważnego się dzieje, to i tak się o tym usłyszę. Raczej nie oglądam wiadomości, nie czytam gazet. O wszystkim dowiaduję się z internetu i to zazwyczaj wystarcza.

Dopiero w tym tygodniu okazało się, że w ogóle nie wiem o tym, że loteria paragonowa się skończyła. Zawzięcie gromadziłam paragony z mocnym postanowieniem, że teraz to już je zgłoszę... Gdy wreszcie zebrałam się w sobie i zalogowałam się na stronę loterii, okazało się, że... nie działa od marca. Cóż, zyskałam przynajmniej dobry powód, by wreszcie wyrzucić te wszystkie papierzyska :-)

Podobnie było z odkryciem, że do bezpłatnych kanałów dostępnych w telewizji naziemnej dołączyła także telewizja WP i coś tam jeszcze. Też bym o tym nie wiedziała, gdyby nie przypadek. Z drugiej strony, i tak się o tym wszystkim w końcu dowiedziałam, więc ograniczenie strumienia informacji ma jednak ciągle sens.

Piątek był wyjątkowo trudnym dniem w pracy. O ile zazwyczaj udaje mi się zrealizować wszystkie punkty "to do" bez jakiegoś wielkiego ciśnienia, tak w piątek kolejka zleceń rosła w zatrważającym tempie. Na dodatek, przybywały same czasochłonne rzeczy: pisanie na podstawie szczątkowych informacji na już, sprawdzanie tekstów... Nie mam pojęcia, jak to zrobiłam, ale udało mi się jednak wyzerować listę zadań. I znowu wybiegłam z pracy z poczuciem ulgi. Co jest z tymi piątkami ostatnio?

Po południu wybraliśmy się na wieś, żeby odetchnąć i mieć taki naprawdę spokojny weekend. Zanim to nam się udało, zajrzeliśmy do nowo otwartej Biedronki. Doznałam szoku - w życiu bym nie pomyślała, że tylu Januszy i Grażyn mamy w tej dzielnicy. Tłum był taki, jakby nagle pół miasta zaczęło mieć po drodze do tego marketu...

Przeżyłam też chwilę grozy, gdy zapytano mnie, czy zbieram punkty na Świeżaki. Boże, nie. Te maskotki są przepaskudne. PigOut pisał w swojej książce o tym, jak to odpowiedź przecząca wywołuje niemal bójki w kolejce. Tego właśnie się obawiałam, ale na szczęście, chyba nikt za mną też nie zbierał punktów. Albo nie dosłyszeli.

W ogóle, Polska oszalała na punkcie Świeżaków. Sami zobaczcie:

oszustwo ze Świeżakami

A podobno Świeżaki dostępne są na Aliexpress. I to całkiem tanio...

Niestety, w piątek się przeziębiłam. To straszne, bo jeszcze całkiem niedawno cieszyłam się, że od dawna nic mi nie dolegało i byłam przekonana, że to ze względu na bardziej aktywny tryb życia. Wychodzi na to, że tak, dopóki temperatury są w miarę przyzwoite. Pierwsze chłodniejsze dni okazały się niemałym szokiem dla mojego organizmu... Jedyny plus aktywności jest taki, że szybko doszłam do siebie i dziś czuję się już naprawdę dobrze.

Próbowałam też nacieszyć się ostatnimi ciepłymi dniami i niemal wpadłam w depresję, gdy tak nagle się ochłodziło. Mam wrażenie, że w ogóle nie udało mi się skorzystać z tego lata. Raz byłam na basenie odkrytym. Opalałam się jakieś 3, może 4 razy. Nad zalewem byłam też tylko raz. W tygodniu upały, w weekendy lało. Jestem sfrustrowana tegorocznym latem.

Zrobię, co mogę, by nacieszyć się jesienią. Owszem, jesień to przenikliwy chłód, ale także ciepłe mieszkanie, gorąca herbata i książka lub film pod kocem :-)

W tym tygodniu na blogu:

Dzień dobry, przegląd!


Filmowe inspiracje #2 - sierpień


Obejrzałam już wszystkie odcinki "The Defenders". Jak mi się podobało? Sprawdźcie:

The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku


Zaczęłam także czytać niezwykle szarlatańską książkę o marketingu... Na pewno Wam o niej napiszę na blogu. Mogłabym już teraz, ale chcę ją doczytać do końca, zanim wydam opinię.

A co u Was ciekawego? Oglądaliście coś ciekawego lub czytaliście?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 1 września 2017

6 filmów, które warto obejrzeć we wrześniu

Nadszedł wrzesień, czas zatem na kolejną odsłonę mojego nowego cyklu. Sierpień przyniósł kolejne 8 filmów, z których część jest godna polecenia, a część - no cóż... tylko jeśli nie macie nic lepszego do roboty. Jesteście ciekawi, jakie to filmy? Zostańcie ze mną.

popcorn i słodycze


Kingsmen: tajne służby

Młody chłopak stara się zostać elitarnym szpiegiem.

Specyficzny film z Colinem Firthem. Podobno pastisz. Dużo akcji. W miarę fajnie mi się go oglądało.





Szpiedzy z sąsiedztwa

Do domu obok wprowadzają się nowi sąsiedzi, którzy przykuwają uwagę całej okolicy.

Momentami śmiesznie, momentami nie. Całkiem przeciętna, ani dobra, ani zła, komedia o szpiegach. Mimo wszystko - całkiem sympatyczna.

Dunkierka

Film historyczny o ewakuacji żołnierzy z Dunkierki.

Film, który oglądasz i odbierasz w pierwszej osobie. Czujesz się jak bohater, który szuka ucieczki. Wojna otacza Cię z każdej strony i przytłacza. Mroczny Nolan. Typowy Nolan. Bardzo dobry film. Zdecydowanie warto.


Ustawka

Dwóch nauczycieli zamierza się pobić po szkole.

Miałka i mało ambitna komedia o dwóch nauczycielach, którzy się znielubili. Od biedy, w sezonie ogórkowym można zobaczyć, ale bez szału.

Strażnicy Galaktyki vol. 2


Za drugim razem wciąż bawią i wzruszają. Wątki stają się bardziej zrozumiałe. Nawet cały ten motyw z Ego-planetą przestaje być boleśnie skomplikowany. Warto i tysiąc razy!

Wilson

Neurotyk w średnim wieku postanawia zmienić swoje życie.

Pogodno-ponury komediodramat o facecie, który szuka przyjaciół i sensu w życiu, a znajduje... nastoletnią córkę i miłość. Refleksyjnie, czasem zabawnie.

Sausage Party

Animacja o jedzeniu z supermarketu, które stara się uniknąć przeznaczenia.

Dziwne jak Seth Rogen. Bywało zabawnie, bywało strasznie, ale przede wszystkim - specyficznie. Film animowany dla wytrwałych.

Bodyguard zawodowiec

Najlepszy ochroniarz na świecie stara się odzyskać dobrą reputację, chroniąc zawodowego zabójcę.

Jedna z najlepszych komedii sensacyjnych, jakie w życiu widziałam. Poważny (no prawie) sztywniak-perfekcjonista i wyluzowany morderca to duet, którego nie można nie polubić. Do tego temperamentna żona przestępcy, która wszystkich potrafi ustawić. Wątek miłosny mocno przesłodzony, ale reszta fantastyczna. W życiu bym nie pomyślała, że Ryan Reynolds i i Samuel L. Jackson tak genialnie się zgrają. Dużo akcji i wiele świetnych gagów. Nie dłużyło mi się ani trochę.

Sprawdź także:

Filmowe inspiracje #1 - lipiec


Z powyższych filmów szczególnie polecam Bodyguarda zawodowca. Znacie? A może macie jakiś inny film wart polecenia?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 30 sierpnia 2017

Dzień dobry, przegląd! 21-27 sierpnia

Ten tydzień zaczął się od zmian. W końcu, kobieta zmienną jest (tak, wiem, że to banał).

piękne światła

Spontanicznie kupiłam buty na obcasie. Tak wciąż mówimy o mnie, osobie, która ostatnio unikała obcasów jak ognia i nawet na wesele poszła w balerinach. Poszłam do sklepu po trampki, wróciłam z trampkami i szpilkami. I okazało się na dodatek, że wybrałam naprawdę udany model, bo szpilki są naprawdę wygodne.

Trampki też, ale mają jedną drobną wadę - farbują. Mój pedicure zmienił się właśnie z monochromu w ombre. Cóż, to i tak mnie nie przekonuje do wywalenia więcej niż 50 zł na trampki. No po prostu nie. Trampki za 100 zł rozwalają się i brudzą dokładnie tak samo, jak trampki za 20 zł. Szkoda kasy.




Takie emocje na początek tygodnia ;-) Poza tym, działo się to, co zawsze. Praca, dom, trening, książki. Ostatnio bardzo dużo czytam. Już wkrótce dowiecie się, co i czy warto.

Dowiedziałam się też, czemu moja administracja tak późno wywiesza kartki o planowanych przeglądach instalacji. Zawsze dzień przed. Dla mnie to nierealne, żeby wtedy być w domu. Okazuje się, że podobno, gdy wywieszą wcześniej, na ich kartki wchodzą złodzieje, podają się za fachowców od przeglądu i okradają staruszki.

Nie zdziwiło mnie to. Żadne wyzwanie podać się za nich. Oni zawsze wbijają na kwadrat z hasłem Dzień dobry, przegląd. Jak się człowiek nie dopyta, to nawet nie wie, co mu właśnie zamierzają przeglądać - gaz, prąd, wentylację czy może faktycznie oszczędności? A było zainwestować w identyfikatory... (i kurs zasad prawidłowej komunikacji).

Robocze dni minęły bardzo szybko i nagle wylądowałam na drugim końcu miasta na koncertach. Najpierw Jula, potem Lady Pank.

Już na jakieś 3 godziny przed koncertami sprzedawano piwo w budkach. Wiecie, takie siki w cenie godnej strefy euro. A wyobraźcie sobie teraz, że gdy tylko klient oddalał się od budki i siadał z tym tak zwanym piwem na trawie, od razu podbijała policja i spisywała delikwenta.

Aż się po tym chce zaśpiewać Boże, daj mi trochę niepamięci. Przykry kraj.

I nie, mnie nie spisali, nie myślcie sobie ;-)

Koncert Juli był całkiem spoko, choć z takiej muzyki raczej już wyrosłam. Podczas jej występu uznałam, że ludzie są chamami. Wszystko szło planowo. Mimo to, sporo przed końcem "czasu antenowego" dla wokalistki rozległy się okrzyki Lady Pank! Lady Pank! Tak, ja też byłam tam głównie dla Lady Pank, ale nie wyganiałam poprzedniczki. Też jej za ten czas zapłacono i chciała dać z siebie wszystko.

Wiecie, co ja bym zrobiła na jej miejscu? Jeszcze trzy bisy.

Koncert Lady Pank też na poziomie. Brakło większego nawiązania kontaktu z publicznością. Poza Dobry wieczór Panas nie mówił nic. Nic, tylko śpiewał, kurczowo trzymając się statywu. Może po tych wszystkich koncertowych skandalach menedżer zabronił gadania? ;-)

Same wykonania bardzo fajne. Miło usłyszeć na żywo wszystkie te znane od lat kawałki. Te, które słyszę w radiu i które sama śpiewam. Na sam koniec zrobili genialny bis z takim typowo koncertowym przedłużeniem piosenki. Bardzo podobały mi się też wyświetlane za nimi animacje z fragmentami teledysków.

Dla klimatu podrzucam Wam inny ich kawałek, który ostatnio bardzo lubię. Niestety, nie zagrali go na żywo.


Mam strasznie dużo weny i pomysłów, o czym mogłabym napisać książkę. Jeśli ktoś mówi, że nadmiar natchnienia jest również szkodliwy, przybijcie mu piątkę. Ja musiałabym chyba nie spać w ogóle w nocy, żeby zdążyć zapisać wszystkie swoje pomysły.

Do pewnego stopnia dążę do tego. Wprowadzam właśnie drobne zmiany w temacie snu, zainspirowane głównie pewną książką. Wkrótce napiszę więcej, tylko dajcie mi czas, żebym sprawdziła sobie to wszystko w praktyce :-)

Niedzielę spędziłam w uroczym markecie meblowym, poszukując idealnej kanapy. Znalazłam dwie.

Na blogu w tym tygodniu:

Powiedziałam "TAK!"


The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku


Drugi wpis będzie na bieżąco aktualizowany, bo mimo wszystko, zamierzam obejrzeć cały sezon.

A co dobrego u Was?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 27 sierpnia 2017

The Defenders. Recenzja odcinek po odcinku

Stało się. Zaczęłam oglądać The Defenders. Nie mam odwagi, by ruszyć pozostałe seriale Marvela, bo wątpię, że cokolwiek spodoba mi się bardziej niż Agenci T.A.R.C.Z.Y. (co za upierdliwy tytuł, spróbujcie to sobie napisać na klawiaturze...) i Agent Carter. The Defenders zapowiadało się na całkiem niezły serial. Czy faktycznie jest warte uwagi? Czytajcie dalej.

The Defenders

Sezon 1

Odcinek 1

52 minuty gadania, które ma nam przedstawić bohaterów. Bez sensu - nawet, jeśli się oglądało seriale Marvela, i tak nie pamięta się wszystkich tych postaci, zwłaszcza drugoplanowych. Ciągle się zastanawiałam, kto to i po której stronie jest. Akcja głęboko śpi. Dopiero pod koniec odcinka leniwie otwiera jedno oko. I wtedy na ekranie pojawiają się napisy końcowe. W towarzystwie cliff-hangera. Gdybym miała teraz podjąć decyzję, nie oglądałabym dalej.




Odcinek 2

44 minuty. Całe szczęście, bo nie cierpię długich, godzinnych odcinków. Akcja otworzyła drugie oko i nawet zdążyła się przeciągnąć przed napisami. Na koniec znowu cliff-hanger. Nadal nie jestem pewna, czy chce mi się oglądać dalej.

Odcinek 3

Zaczęły się pierwsze starcia. Krzyżują się drogi głównych bohaterów. Iron Fist psuje wszystko. Na dodatek, ciągle popyla z gołą klatą i tym paskudnym tatuażem na wierzchu. Ja bym coś takiego ukrywała... Teraz już rozumiem, czemu serial z nim okazał się klapą. Luke Cage trochę się wyzłośliwia wobec Fista i chyba dlatego budzi moją sympatię. Panowie nie potrafią się polubić, a ja nie umiem się zaangażować. Pozostałe postaci są jakieś takie... nijakie. Zbyt neutralne. Nie miałam żadnych oczekiwań co do tego serialu, a i tak jestem nim zawiedziona. Coś się jednak rozkręca i rozum mówi mi, żeby oglądać dalej. Serce milczy.

Odcinek 4

Było względnie dobrze. Tytuł największej piz...y odcinka wędruje do... Daredevila. On też jest z jakiejś innej bajki. Chyba tej, w której Czerwony Kapturek nie wchodzi do lasu, bo słyszał na mieście plotki o złym wilku.


Odcinek 5

Twórcy coś tam mówili o tym, że ten serial to będzie podsumowanie wszystkich poprzednich seriali. Taka kropka nad i, albo nawet wykrzyknik. Teraz rozumiem te interpunkcyjne porównania - więcej tutaj kropek, wykrzykników i innych znaków niż akcji. Same dialogi, jak we Wspaniałym stuleciu.


Odcinek 6

Aktorom wyraźnie się już nie chce w tym grać. Niech ktoś tym Defendersom da własnych Defendersów. Ich trzeba bronić przed nimi samymi...

Odcinek 7

Ten serial został napisany tak, byśmy znienawidzili wszystkich bohaterów oprócz Luke'a Cage'a.


Odcinek 8

Ostatni odcinek bezlitośnie obnażył wszystkie dotychczasowe błędy scenarzystów, bo okazał się po prostu dobry. Wyjaśnił, że nie wszystko było takie, jakie zdawało się być. Właściwie nie tyle wyjaśnił, co podsunął, jak mogło być. Moment, w którym po akcji wszyscy Defenders przechodzą przez drzwi i jeden z nich już nie, to pierwsza scena, która mnie naprawdę poruszyła. Końcówka jest pełna niedopowiedzeń i przez to angażuje, skłania do zastanowienia. Przez cały serial podawali nam wszystko na tacy, a w tym odcinku wreszcie nie - i to jest znacznie fajniejsze.

Słowem - warto dla ostatniego odcinka. Trzeba się najpierw przemęczyć z 7 poprzednimi, ale na końcu czeka nagroda. To trochę tak, jak cheat meal po tygodniu wyczerpującej diety.

Oglądacie też The Defenders albo zamierzacie? Podzielcie się swoimi wrażeniami.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu Notey

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Powiedziałam "TAK!". Przegląd tygodnia 14-20 sierpnia

To trochę dziwny tydzień. Niby krótszy, a jednak jakiś taki... bardziej męczący. Początek był relaksujący i spokojny, końcówka - nietypowo jak na mnie - bardzo towarzyska.

słonecznik na tle nieba

Nietypowo, bo mam dość introwertyczną naturę. Choć tak, macie rację - bardziej ambiwertyczną. Taki wszechstronny introwertyk, który potrafi czasem być ekstrawertykiem ;-)

Do pracy wróciłam w środę, z mocnym postanowieniem, że na razie nie biorę więcej urlopu. Oszczędzam do listopada. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Jeśli moje tygodnie pracy będą wyglądać tak, jak te trzy dni, to ja nie wiem...

Najgorszy z tego wszystkiego był piątek. Nagle wszystko było na JUŻ. Mało brakowało, a musiałabym pracować w weekend - na szczęście, udało mi się ogarnąć chaos i zdążyć ze wszystkim. Rzadko się to zdarza, ale tym razem o 15 wręcz wybiegłam z biura. Z poczuciem ogromnej ulgi. Zadowolona z siebie, ale wykończona.

Udało mi się posprzątać, ogarnąć obiad na dwa dni i trochę poczytać. Znowu nietypowo, bo zazwyczaj unikam robienia porządków w weekend, staram się nimi zająć w środę, albo w czwartek, żeby potem mieć wolne. Później poszliśmy do kina. Miał być Walerian, ale spontanicznie wybraliśmy Bodyguarda Zawodowca. Bardzo trafna decyzja. Fantastycznie się bawiłam na tym filmie. Jeśli jeszcze nie byliście w kinie, to polecam :-)




Potem było jeszcze trochę włóczenia się po mieście, czyli dość nietypowy, jak na mnie, sposób odpoczywania. O dziwo, po tym ciężkim tygodniu taka włóczęga mi naprawdę pomogła zapomnieć o pracy.

Był to efekt wyzwania Tydzień mówienia "TAK" (czyli powiedziałam "TAK!" i to nie raz), któremu starałam się podołać. Polegało na tym, że starałam się jak najczęściej zgadzać, szczególnie w sytuacjach, w których normalnie odruchowo powiedziałabym "Nie" (czytaj: Gdy co chwila ktoś proponuje mi wyjście i spędzenie praktycznie całego weekendu poza domem). Czy było warto? Było i to zdecydowanie. Takie wyzwania pomagają czasem nieco przesunąć nasze "zardzewiałe" granice, otworzyć się na nowe i przede wszystkim - sprawić komuś radość.

W sobotę udało mi się długo pospać - jak nigdy, wstałam o 14. Trochę czytania, odpoczynku, a potem znowu towarzysko i wesoło.

W niedzielę podobnie. Wieczór spędziliśmy ze znajomymi, grając na Kinekcie. Ograłam ich w kręgle oraz w darta, a potem jeszcze raz w prawdziwej kręgielni. Powinnam była skorzystać z tej dobrej passy i puścić totka ;-)

Na blogu pojawiły się trzy posty:

Rozpierdlol w długi weekend


4 najczęściej zlecane typy tekstów


Filmowe inspiracje #1


Krótko mówiąc, to, co zawsze u mnie na blogu - lifestyle, copywriting i recenzje filmów. Przewidywalnie ;-)

Nadrabiałam też zaległości w czytaniu książek i... narobiłam sobie zaległości na blogach. Udało mi się jednak przeczytać wszystkie posty Agnieszki na temat freelance'u. Trafiłam tam z innego bloga i zdziwiłam się mocno, że pojawiły się kolejne wpisy z tej kategorii - m.in. na temat mitu pracy 24/7 czy też emerytury freelancera. Gorąco polecam!

Odkryłam też dość ciekawy blog copywriterki. Niestety, z tego, co widzę, nie jest od kilku miesięcy aktualizowany. Przejrzałam go trochę i jeszcze zamierzam. Czytanie blogów innych copywriterów to wręcz mój moralny obowiązek ;-)

Najbardziej urzekł mnie jednak wpis Lepiej Widocznych, którzy twierdzą, że politycy są tak mocno oderwani od rzeczywistości, że już tylko oni używają podupadającego Twittera. Sama miałam jakieś trzy podejścia do "ćwierkacza", ale wyświetlające mi się co chwila nudne wywody celebrytów mnie zniechęcały. Ostatnio znów rozważałam wystartowanie z blogowym Twitterem, ale uświadomiłam sobie, że nie mam na to czasu. Ten wpis tylko mnie w tym utwierdził.

A Wy co sądzicie o Twitterze? Macie, korzystacie czy wolicie inne miejsca w sieci?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.