piątek, 30 czerwca 2017

Blog lifestylowy. Czy to takie łatwe?

Z okazji dwóch lat prowadzenia bloga (które minęły kilka dni temu), postanowiłam wyjaśnić wreszcie, dlaczego prowadzę blog lifestylowy. Temat podobno kontrowersyjny. Mówią, że lifestyle dobrze sprzedaje. Mówią też, że jest to pisanie o niczym. A co ja mówię?

lifestyle

Blog lifestylowy to blog, na którym tak naprawdę znajdziemy najszerszy przekrój tematyki. To nie jest blog stricte modowy, blog kosmetyczny czy też blog książkowy. Blog ekspercki? Być może, ale to tylko jeden z elementów. Autor w treści dzieli się nie tylko tym, na czym się zna, ale także po prostu - swoim życiem. Pokazuje jak żyje, a niekoniecznie mówi innym jak żyć (zakładam ten pozytywny wariant). Pisze o tym, co mu akurat w duszy gra. O tym, o czym na przykład nie może pisać w pracy (to o mnie).




Tak naprawdę próbuję blogować od wielu lat. Ten blog jest już moim trzecim miejscem w sieci. Pierwotnie, dawno, dawno temu był sobie blogiem, na który próbowałam wrzucać zabawne historyjki z życia wzięte. Wrzuciłam może ze dwie i odpuściłam. Potem nagle natchniło mnie znowu, zmieniłam nazwę i postanowiłam pisać. Głównie o emigracji. W trakcie spodobało mi się tak bardzo, że już wiedziałam, że chcę dalej blogować i że z tym blogiem będzie inaczej. Do tej pory zaczynałam pisać, wrzucałam 2-3 posty, a potem cisza i w końcu usuwałam. Ten blog dalej istniał.

Wciąż też jednak szukałam swojej drogi. Odnalazłam ją jakiś rok temu, zmotywowana przez Blogierkę do ogarnięcia szablonu (poprzedni był straszliwie nieczytelny - kto widział, ten na pewno potwierdzi). Uznałam, że to również dobra okazja, by zmienić nazwę (wymyślaną spontanicznie i szczerze przeze mnie nielubianą) i być może określić profil bloga. Do tamtego momentu miałam opory, by nazywać go blogiem lifestylowym. Dopiero z czasem pogodziłam się z tym, że tutaj będzie zawsze bardzo szeroka tematyka i że trudno to nazwać inaczej, niż lifestylem.

Z czasem zrozumiałam też, że blog lifestylowy to nic złego. To nie jest tak, że tylko piszę, w jakiej restauracji byłam i co kupiłam. Dokumentuję tutaj swoje życie, owszem, ale nie tylko. Piszę również o tym, co mnie rusza, o tym, na czym się znam - o copywritingu i marketingu, którymi zajmuję się zawodowo. Piszę o muzyce, której słucham i recenzuję filmy, które oglądam. Jeśli czytam jakąś fajną książkę, albo własnie przeczytałam - na pewno się podzielę swoją opinią. Chcę się wypowiedzieć na jakiś gorący temat? Wypowiadam się. I zrozumiałam, że nie jestem w stanie prowadzić bloga w jakichś ramach tematycznych. Muszę mieć swobodę, a tę zapewnia mi jego forma - blog lifestylowy.

I zrozumiałam też, że blog lifestylowy to wcale nie musi być jakieś daremne pieprzenie o swoim życiu godnym pozazdroszczenia. To nie musi być perfekcyjny lifestyle w rytmie slow i tak dalej. Wcale nie muszę się chwalić instagramowymi fociami z idealnymi śniadankami i co tam jeszcze. Jeśli mam ochotę, to robię tak, ale jeśli nie, odpuszczam i korzystam z banków zdjęć. Lubię proste, estetyczne zdjęcia, ale nie zawsze chce mi się bawić w robienie takich typowo blogerskich fotek.

Blog lifestylowy ma też wiele zalet. Największą jest to, że tu najłatwiej odkryć jakąś nietypową dla siebie pasję. Jeśli lubisz autora, czytasz wszystko, co pisze, nawet, jeśli porusza nieinteresującą Cię tematykę. I nieraz umiejętnie ją odczarowuje. Umiejętnie i niespodziewanie - element zaskoczenia w blogu lifestylowym jest normą. Nigdy do końca nie wiesz, o czym przeczytasz w kolejnym poście.

Szeroka tematyka może (choć nie musi) oznaczać wszechstronne uzdolnienia i zainteresowania. Mówi się, że człowiek może być naprawdę dobry tylko w jednej dziedzinie, ale moim zdaniem - niekoniecznie. I blog lifestylowy jest świetnym rozwiązaniem dla takich ludzi renesansu, którzy odnajdują się w różnych tematach. To nie jest coś tylko dla miałkich lasek, które chcą się pochwalić, co kupiły.

Mnie blog lifestylowy pomaga się "wyżyć" twórczo. Piszę tutaj o wszystkim, o czym mam ochotę. Czasami pisze Gremlin i odreagowuje. I chyba nie wyobrażam sobie już życia bez bloga. Czasami jest trudno go prowadzić, ale jednak - jestem pewna, że warto. I nie wstydzę się już powiedzieć, że na tym blogu króluje lifestyle :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 25 czerwca 2017

Giełda Tekstów - czy warto zostać Super Autorem?

Na Giełdzie Tekstów osoby sprzedające teksty oraz wykonujące zlecenia nazywane są Autorami. Autorzy dzielą się na tych zwykłych oraz na Super Autorów. Aby zostać Super Autorem, trzeba spełnić kilka warunków.

Giełda Tekstów

Co zrobić, by zostać Super Autorem?


  • dodać co najmniej 150 tekstów na sprzedaż
  • poprawnie wykonać co najmniej 10 zleceń
  • nie mieć żadnego odrzuconego przez moderatora tekstu w ciągu ostatnich 14 dni
  • nie mieć żadnej uznanej reklamacji w ciągu ostatnich 30 dni
  • dodać co najmniej 5 gotowych tekstów na sprzedaż w ciągu ostatnich 30 dni
  • być aktywnym w serwisie - logować się, przeglądać zlecenia i zgłaszać się do ich wykonania.





A co daje status Super Autora?


  • wyróżnienie Waszych tekstów w wyszukiwarce
  • możliwość przedłużenia czasu na wykonanie zlecenia o dodatkowe 20 minut
  • szybsze zatwierdzanie tekstów, bez konieczności czekania na moderację
  • dostęp do specjalnych zleceń, których zwykli Autorzy nie mogą podejrzeć, ani tym bardziej zrealizować.


Czy warto być Super Autorem na Giełdzie Tekstów?

Cóż, ja tego statusu nigdy nie uzyskałam. W sumie, spełniam wszystkie warunki oprócz ilości treści dodanych do sprzedaży. Raczej nie widzę opcji dodania aż 150 tekstów i potem regularnego dodawania po 5 kolejnych artykułów w ciągu miesiąca. Zmieniła mi się optyka. To nie ma sensu, bo sprzedaż idzie tam bardzo wolno. Wszelkie zalegające mi na komputerze teksty poprawiłam i dodałam, ale nie było ich aż 150 sztuk ;-)

Jedyne, co mi dolega, to brak dostępu do tych lepiej płatnych zleceń - choć nie zawsze zlecenia dla Super Autorów są takie znowu dobrze płatne ;-) Jest ich jednak na tyle mało, że i bez nich zarabiałam na Giełdzie Tekstów całkiem sporo.

Możliwość przedłużenia czasu na realizację zlecenia - cóż, zwykłemu Autorowi przysługuje jakieś 10 minut i więcej nie było mi potrzeba. W bardziej kryzysowych sytuacjach po prostu pisałam do BOK :-)

Tak sobie teraz pomyślałam, że może i moje teksty sprzedawałyby się szybciej, gdybym miała status Super Autora, ale jednak... warunki osiągnięcia go są wciąż mocno przesadzone w porównaniu z korzyściami, więc nawet nie próbuję. To wręcz nienaturalne dla mnie, ale cóż - w życiu trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić ;-)

Krótko mówiąc, owszem, można zostać Super Autorem, ale po co? Ja sobie świetnie dawałam radę i bez tego statusu :-)

A Wy co sądzicie? Jesteście Super Autorami na Giełdzie Tekstów? Warto czy nie warto?

Sprawdźcie pozostałe posty na temat Giełdy Tekstów:

Dobry sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy

Giełda Tekstów - czy można na niej zarobić? Konkrety!

Giełda Tekstów - jak zacząć?


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

Dwa lata bloga i źli kierowcy. Przegląd tygodnia 19-25 czerwca

Tydzień po imprezowym weekendzie potrafi być trudny. Spodziewałam się tego i uznałam, że wezmę wolne również na poniedziałek. I to był świetny pomysł!

rowerowy lifestyle

Poniedziałek był zatem bardzo leniwym dniem, który poświęciłam przede wszystkim na pisanie. Napisałam jakieś 6 postów na bloga. Dwa z nich już opublikowałam, a pozostałe - już wkrótce. Oprócz tego, trochę ogarnęłam jedną kwestię, która mocno mnie już na blogu denerwowała. Jeszcze zostało mi jakieś kilkanaście postów do poprawki i zajmę się tym chyba dzisiaj :-)




Kilka dni temu (dokładnie 19 czerwca) minęły dwa lata bloga. Napiszę Wam z tej okazji coś specjalnego (właściwie, to napisałam wczoraj, ale wymaga jeszcze redakcji).

Swój poniedziałek miałam we wtorek. Wszystko przez to, że zamiast iść spać o jakiejś 22-23, siedziałam nad blogiem do dobrej północy. Wstawanie rano było trudne, ale za to reszta dnia - całkiem w porządku. Wieczorem postanowiłam wyskoczyć na rower. Zanosiło się na deszcz, ale na szczęście zdążyłam pojeździć przez dobrą godzinę.

Reszta tygodnia była dość leniwa. Odczuwałam dość mocno to niedospanie ;-) W czwartek byliśmy w bardzo fajnej restauracji (pierwotnie chcieliśmy iść na otwarcie pewnej dobrze zapowiadającej się, ale okazało się, że jeszcze nie jest otwarta - kwestia niejasnych komunikatów na Facebooku). Odkryliśmy fantastycznego drinka z cydru. Na drugi dzień sama go robiłam. Teraz tylko zastanawiam się, czy powinnam zrobić na blogu kategorię "Drinki" i zbierać najlepsze przepisy, czy też w ogóle jakieś "Gotowanie" lub "Kuchnia" i dzielić się też takimi rzeczami?

Na mieście widziałam też bardzo niezwykłą parkę. Względnie, parkę-to-be, bo jeszcze nie wyglądało to na szczególnie mocno zaawansowaną relację. Ich widok sprawiał, że mimowolnie przez głowę przelatywała myśl - Ten koleś musi mieć naprawdę dużo kasy. Był po prostu straszliwie obleśny, a towarzysząca mu dziewczyna - bardzo ładna. Żeby obleśności stało się zadość, koleś ubrany był jak typowy bywalec dyskotek (wiecie, jasne dżinsy i obcisły T-shirt z dekoltem w serek), przypakowany i wytatuowany. Wiem, nieładnie tak oceniać, ale kurczę - jestem zdania, że gość był w stanie zrobić coś np. ze swoją fryzurą, by wyglądać lepiej. Nie musiał się tatuować - to nie pomagało. Wyglądał jak postać z kreskówki...

W piątek byłam w pracy tylko przez 4 godziny, bo dzień wcześniej dowiedziałam się, że mój dowód osobisty jest już gotowy do odbioru. Urząd miejski w mojej rodzinnej miejscowości jest niestety czynny krócej w piątki, więc musiałam poświęcić swój czas pracy, żeby tam pojechać. Przyjechałam, poszłam do odpowiedniego wydziału i zastałam co? Zamknięte drzwi. Na szczęście, po chwili pojawiła się odpowiednia pani.

Wyprawa do tego miasta okazała się mocno stresująca. Już pomijając kwestię, że jeszcze nie wyjechałam od siebie, a już ciągle ktoś zajeżdżał mi drogę, albo zamulał do granic możliwości, albo robił inne dziwne rzeczy. Na przykład taka sytuacja: jadę lewym pasem, bo za chwilę będę skręcać, a z naprzeciwka, również lewym pasem jedzie czerwona mazda. Koleś zatrzymuje się nagle na skrzyżowaniu. Wszyscy za nim trąbią, bo tamuje ruch. Gość gwałtownie otwiera drzwi, wyskakuje mi prawie pod koła... i pędzi, żeby otworzyć maskę swojego auta. Na początku się wkurzyłam, no ale jeśli coś płonęło mu pod maską, to chyba rozumiem ten pośpiech...

Moja rodzinna miejscowość to ponoć zagłębie kiepskich kierowców. I do tej pory ich broniłam, ale od piątku przestaję. W żadnym miejscu jeszcze nie widziałam tylu idiotów wyprzedzających w ostatniej chwili, na górce i na zakręcie (albo 2 w 1).

Wczoraj zaczęłam dzień od przejażdżki rowerem. W końcu w weekend plan dnia wywraca się do góry nogami - normalnie czas na to mam wieczorem, a w weekendy - z rana. Potem spędziliśmy dzień na wsi ze znajomymi. Zrobiliśmy grilla i pojechaliśmy pozwiedzać okolicę. Fajnie było :-)

Na blogu w tym tygodniu stworzyłam nową kategorię - Codziennik. Będę do niej wrzucać spontaniczne wpisy zainspirowane życiem. Taki lifestyle na szybko. Niejednokrotnie będzie pewnie pisał Gremlin ;-) Poza tym:

Krótki tydzień, długi weekend i gorączka sobotniej nocy


Starsze pokolenie i goryl w Peugeocie


Giełda Tekstów - jak zacząć?


O Giełdzie Tekstów jeszcze będę pisać i to całkiem sporo, bo ciągle ktoś mnie o nią pyta. Co prawda, nie działam tam w tej chwili, bo nie bardzo mam na to czas, ale śledzę zlecenia i zasady. Zresztą, niewiele się tam zmieniło od zeszłego roku :-)

Co u Was w tym tygodniu? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 21 czerwca 2017

Giełda Tekstów - jak zacząć?

Dostaję od Was sporo e-maili w sprawie pisania na Giełdzie Tekstów - jak zacząć, jak pisać, co robić, żeby się tam wybić? Opowiem Wam, jak ja to zrobiłam.

Przeklikałam się ostatnio przez różne zlecenia. Ich profil nieco się zmienił, a niektóre są nawet dość epickie... Na końcu zobaczycie screen do jednego z najciekawszych ;-)

Jednak zasady pozostają bez zmian. Od czego tam zaczynałam?

pisanie artykułów na Giełdzie Tekstów


Sprzedaż artykułów


Najpierw dodałam różnego rodzaju teksty do sprzedaży. Jeśli macie jakieś treści (precle, zaplecza czy też artykuły), które tylko zalegają Wam na kompie, bo nigdzie ich nie publikowaliście - wrzućcie je tam. Zawsze lepiej zarobić na nich jakieś grosze, niż żeby tylko bez sensu zajmowały miejsce na dysku. Serwis przy wrzucaniu (Twoja sprzedaż-Artykuły-Dodaj nowy artykuł) zlicza ilość słów i w zależności od niej oraz od typu tekstu podpowiada cenę. Z doświadczenia Wam powiem, że jest to nieco zawyżona cena. Możecie spróbować ją ustalić, ale jeśli zależy Wam na szybszej sprzedaży, obniżcie ją jeszcze chociaż o 1-2 złote. Na Giełdzie Tekstów sprzedają się głównie te najtańsze teksty, niezależnie od tego, czy są dobre, czy z serii jaka cena, taka jakość ;-)





Realizacja zleceń


Sprzedaż gotowych artykułów idzie tam jednak i tak dość wolno, nawet przy zaniżonych cenach. Dlatego znacznie bardziej polecam Wam realizowanie zleceń. Tutaj macie do wyboru dwa rodzaje: zlecenia do których zleceniodawca wybiera sobie wykonawcę (oznaczone ikonką "ptaszka") i te na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy" (oznaczone ikonką zegara).

zlecenia na Giełdzie Tekstów

W przypadku tych pierwszych wystarczy kliknąć znaczek podglądu (ikonka oka po prawej stronie) i pod treścią zlecenia zobaczycie przycisk "Wykonaj zlecenie". Gdy go klikniecie, od tego momentu jest Wam naliczany czas na wykonanie. W przypadku tych drugich zadań, w podglądzie możecie kliknąć w "Dodaj ofertę" i w ten sposób zgłosić chęć wykonania zlecenia. Zleceniodawca ze wszystkich zgłoszeń wybierze sobie jednego wykonawcę.

szczegóły zlecenia na Giełdzie Tekstów

treść zlecenia na Giełdzie Tekstów

Są też zlecenia z oznaczeniem "SA", czyli przeznaczone wyłącznie dla Super Autorów. Jak zostać SuperAutorem i czy warto - o tym przeczytacie w kolejnym poście na temat Giełdy Tekstów. Zwykły Autor nie zobaczy podglądu treści takiego specjalnego zlecenia i nie może się do niego zgłosić.

SuperAutor na Giełdzie Tekstów

Zleceniodawca przy wyborze raczej nie widzi wiele więcej niż Wy. Nie wie, jak się nazywacie, ale może zobaczyć od razu ilość wykonanych przez Was do tej pory zleceń, ilość reklamacji, jakie dostaliście (czyli tekstów nie zaakceptowanych przez zleceniodawcę) oraz oceny, jakie uzyskaliście za swoje teksty. Im więcej ich było i im lepiej oceniane, tym większą szansę macie na zostanie wybranym.


Jak zacząć na Giełdzie Tekstów?


Na początku - wiadomo, raczej te Wasze statystyki nie są szczególnie wysokie. Dlatego właśnie warto robić wszystkie zlecenia "na czas", jeśli tylko tematyka choć trochę Wam leży (bo zleceniodawca nie widzi, jaki typ zleceń wykonujecie). Na to, ile dostajecie ocen, nie macie wpływu - a zleceniobiorcy raczej rzadko mają chęć ocenić wykonawcę. Jeśli piszecie dobrze, raczej oceny będziecie mieć dobre - choć owszem, zdarzają się buraki, które oceniają nisko, bo tak. Niestety, serwis nie daje możliwości reakcji na taką kiepską ocenę. Gdybym uważała, że ocena jest nie fair, wykorzystałabym swój lifehack, o którym piszę na końcu ;-)

Jeśli zgłosicie się do nie tego zlecenia lub po prostu zmienicie zdanie, możecie swoją ofertę wycofać. Tę opcję również znajdziecie w podglądzie zlecenia, w tym miejscu, gdzie wcześniej klikaliście "Dodaj ofertę".

Na co zwracać uwagę?


Zawsze dokładnie sprawdzajcie, ile czasu macie na realizację zlecenia. Ten czas zaczyna biec od momentu, kiedy zleceniodawca Was wybierze - a on może to zrobić kiedykolwiek. Jeśli zdecyduje o 6 rano i daje Wam zaledwie 1 dzień na realizację, możecie nie zdążyć. Raczej nie polecam tych jednodniowych zleceń, chyba, że to tylko 1 tekst, który faktycznie można napisać.

Dobrze, jeśli macie ustawione powiadomienia na mailu - wtedy dostajecie wiadomość, że zostaliście wybrani do realizacji. To znacznie wygodniejsze, niż zaglądanie milion razy w ciągu dnia do listy zleceń na Giełdzie Tekstów.

Zwracajcie też uwagę na to, ile znaków ma mieć tekst i czy są to znaki ze spacjami (zzs) czy bez spacji (zbs). Edytor ma wbudowany licznik i jeśli będziecie próbować wrzucić tekst o mniejszej ilości zzs/zbs, nie będziecie mogli go dodać.

Teksty piszcie wyłącznie w zewnętrznym edytorze tekstu. Ja pisałam w Wordzie, a gdy zepsuł mi się laptop - w Libre Office na drugim komputerze. Open Office Writer też jest w porządku, ale najlepsze będą Dokumenty Google.

Generalnie chodzi o edytor, który podlicza znaki, podkreśla błędy i pozwala zapisać tekst. Pisanie w edytorze Giełdy Tekstów to strata czasu. Gdy piszecie, nie klikacie w nic na stronie i po pewnym czasie zostajecie wylogowani automatycznie. Gdy postanowicie zapisać gotową treść - tracicie ją, bez możliwości odzyskania. Typowy błąd początkującego, który zdarzył mi się dobre kilka razy.

Oczywiście, w Wordzie też regularnie zapisujcie plik. I właśnie dlatego Dokumenty Google są najlepsze - automatycznie zapisują treść. Nie ma szans, by stracić efekty swojej pracy, no chyba, że zapomnicie loginu do konta Google ;-)

Zwracajcie też uwagę, ilu tekstów wymaga zleceniodawca. Są zlecenia, w których macie napisać tylko 1 tekst, a są też takie, w których potrzeba aż 5. Czasami zleceniodawca zaznacza, że chce 1 tekst, a potem w treści zlecenia pisze, że potrzebuje 3. Liczba "edytorów tekstu" czyli okienek, w które będziecie wklejać gotową treść, zależy właśnie od tego, co zaznaczył. Jeśli od razu wybrał, że chce 5 osobnych tekstów, będziecie mieć 5 okienek do dodania tekstu. Jeśli zaznaczył, że potrzebuje 1 artykułu, a w treści zadania napisał, że mają być 3, po prostu oddzielcie je enterem i wklejcie wszystkie naraz w jedno okno. Możecie wklejać teksty pojedynczo, jednak radzę zrobić to wszystko naraz, gdy macie gotową całość. Tak jest wygodniej, i dla Was, i dla moderatorów serwisu.

Co się dzieje, gdy zrealizujecie zlecenie?


No właśnie, wklejacie gotowy tekst, zlecenie wykonane... Niestety, jeszcze nie. Kolejna część to ocena moderatora. Czasami (w ciągu dnia, do godz. 17-18) teksty zostają zaakceptowane szybko. Czasami (szczególnie w weekendy i święta) trochę to trwa. Nie przejmujcie się - nawet, jeśli czas na wykonanie zlecenia minie w trakcie akceptacji, nie jest to Wasz problem. Ważne, że Wy dodaliście teksty w terminie.

Jeśli wszystko w porządku, teksty zostają zaakceptowane i trafiają do zleceniodawcy. Jeśli jest zadowolony, przyjmuje je, a Wy dostajecie pieniądze na swoje konto w Giełdzie Tekstów. Jeśli coś jest nie tak, zgłasza reklamację. Nie bójcie się - jeśli tekst jest poprawny, na temat, bez błędów ortograficznych, interpunkcyjnych czy też literówek, nie ma podstaw do zgłoszenia reklamacji. Moderatorzy zresztą takie drobiazgi poprawiają sami lub dają Wam czas na poprawienie. Mnie się zdarzyły tylko 2 reklamacje, na całe 127 wykonanych zleceń - ale to z powodu niedotrzymania terminu, a nie słabej jakości.

Informacje o statusie wykonanych zleceń widzicie w zakładce "Moje zlecenia".


Najważniejsze w Giełdzie Tekstów


Właśnie - terminowość. To bardzo ważna kwestia na Giełdzie Tekstów. Jeśli nie dodacie wszystkich potrzebnych artykułów na czas, zleceniodawca zgłasza reklamację i Wasze konto zostaje zablokowane na tydzień. Przez 7 dni nie będziecie mogli wykonywać zleceń czyli - nie będziecie mogli zarabiać. Potem też będzie w Waszym profilu widoczna ta niechlubna informacja, że coś było nie tak i tekst nie został przyjęty.

Jeśli macie mało wykonanych zleceń, a na dodatek, ich spora część to reklamacje, raczej nie jesteście wymarzonymi autorami dla zleceniodawców. Szczególnie na początku dbajcie o to, żeby mieć jak najmniej reklamacji. Później - żeby nie stanowiły zbyt dużej części Waszych zleceń. Jeśli ktoś ma wykonanych 100 zadań i w tym aż 25 reklamacji, wybranie go jest swego rodzaju loterią. Sama bym wybrała kogoś, kto zrobił mniej zleceń, ale wykonał je prawidłowo.

Mam jednak dobrą wiadomość: Autorowi na Giełdzie Tekstów przysługuje możliwość przedłużenia czasu na wykonanie zlecenia o dodatkowe 10 minut. To wystarczająco dużo, by szybko sprawdzić tekst, poprawić błędy i wrzucić go do serwisu. A co, jeśli jeszcze nie zaczęliście pisać, albo jesteście w połowie?

Tutaj zdradzę Wam jeszcze świetnego lifehacka na Giełdę Tekstów. Nie pamiętam już, czy zadziała w przypadku reklamacji, ale na pewno pomaga wtedy, kiedy czas na wykonanie mija, a Wy już wiecie, że nie macie szans, by zdążyć. Co zrobić w takim przypadku? Napisać e-mail do BOK (znajdziecie go w zakładce Kontakt) i poprosić o przedłużenie terminu danego zlecenia. Najczęściej musicie też dodać wiadomość do danego zlecenia, by moderatorzy mogli je znaleźć. I przedłużą - o tyle, o ile chcecie. Jeśli nie określicie terminu - dadzą Wam zwykle dodatkowe 12 godzin, albo nawet i 24. Dużo zależy od tego, jaki termin pierwotnie przewiduje zleceniodawca.

I tak, wiadomości w zleceniu trafiają do moderatorów, nie do zleceniodawcy. Tak naprawdę zleceniodawca nie ma możliwości skontaktowania się z wykonawcą i odwrotnie. Niektórzy jednak tego nie doczytują i potem piszą w zleceniu, że wszystko do ustalenia ;-)

Pamiętajcie też, że w każdej sytuacji, w której potrzebujecie pomocy, warto napisać e-mail do BOK. To dobre wyjście, jeśli czegoś nie wiecie, coś nie działa, albo po prostu zauważycie, że macie błąd w tekście i chcecie go poprawić. Zazwyczaj odpisują dość szybko i raczej nie ma z nimi większych problemów.


Jak zarabiać na pisaniu tekstów?


Jedynym minusem tego portalu są zarobki. Nie tylko sprzedawane artykuły, ale i zlecenia są zazwyczaj wyceniane dość nisko. Przeliczajcie sobie zatem dobrze, ile dostaniecie za 1000 zzs. Na zlecenia w cenie poniżej 3 zł/1000 zzs (czyli na przykład 2.50 za tekst 2000 zbs) nie zwracajcie uwagi, chyba, że na samym początku. Nawet, jeśli są to precle, nie opłaca się ich robić, zwłaszcza, że i tak płacicie od tego podatek. O zasadach rozliczania się na Giełdzie Tekstów również napiszę Wam osobną notkę.

A gdy zaczniecie się wkurzać na niskie stawki lub natraficie na okres posuchy (zdarzają się takie, gdy wciąż wiszą te same, stare zlecenia lub nawet nie ma w ogóle żadnych), podziałajcie w innych miejscach. Sama przetestowałam jeszcze dwa miejsca, które mogę Wam polecić:

Dużo zleceń dla copywriterów

Znacznie lepsze stawki za teksty


Zobaczcie pozostałe wpisy na temat Giełdy Tekstów:

Dobry sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy

Giełda Tekstów - czy można na niej zarobić? Konkrety!

Giełda Tekstów - czy warto zostać Super Autorem?


I czas na obiecany screen z zabawnym zleceniem.

śmieszne zlecenia na Giełdzie Tekstów

Ktoś chętny do realizacji? :-D

Co jeszcze chcecie wiedzieć o Giełdzie Tekstów i innych tego typu portalach?

Sprawdź pozostałe posty z kategorii Copywriting

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

wtorek, 20 czerwca 2017

Starsze pokolenie i goryl w Peugeocie

goryl

Czasami myślę, że nigdy nie zrozumiem starszego pokolenia. Na przykład ich narwania, które każe im zaczynać kładzenie płytek akurat w tę sobotę, kiedy młodsze pokolenie idzie na wesele i chciałoby się wyspać. Zwłaszcza, że to kładzenie płytek było ewidentną próbą przebicia się do bursztynowej komnaty. Ostatnio taki łomot słyszałam, gdy w moim mieście występowała Natalia Nykiel...




Jeszcze bardziej nie rozumiem tendencji do nazywania wszystkich, nawet niewiele młodszych (od starszego pokolenia) mężczyzn chłopakami (czy też bardziej swojsko - chłopokami). Nie rozumiem, bo wczoraj zobaczyłam, jak wygląda ten chłopok od kafelków. Ni cholery określenie chłopak do niego nie pasuje. Jeśli już, to trzech chłopaków - ze względu na gabaryty. Koleś wygląda jak dobrze odżywiony goryl.

I żeby było jeszcze śmieszniej - ten wielki koleś jeździ Peugeotem 206. O, takim malutkim. Kiedyś słyszałam o znanym polskim siatkarzu, który ponoć miał Opla Tigrę i to wywołało u mnie dokładnie taką samą reakcję: Jak on się tam mieści? Toż to niehumanitarne, upychać takiego wielkoluda w tak małym pojeździe...

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Krótki tydzień, długi weekend i gorączka sobotniej nocy. Przegląd tygodnia 12-18 czerwca

Naprawdę, perspektywa skróconego tygodnia pracy sprawia, że kończący się weekend wcale nie jest taki straszny. Fajnie było.

zastawiony stół na imprezie

Tydzień zaczął się w szalony sposób. W poniedziałek zdążyłam przyjechać do pracy na niespełna godzinę, gdy dostałam informację, że wreszcie będę mieć zamontowany nowy brodzik. Tutaj muszę zwrócić honor OBI. Kto mnie śledzi na Facebooku, pewnie widział, jak się wkurzyłam, gdy po reklamacji pękniętego po dwóch miesiącach brodzika dostałam brodzik... pęknięty w transporcie. OBI szybko zareagowało na mój kąśliwy wpis i wspólnie ustaliliśmy satysfakcjonujące rozwiązanie: wymiana brodzika plus w gratisie montaż.




W poniedziałek dostałam informację, że serwisant ma wolne moce przerobowe. Oznaczało to, że muszę popracować zdalnie, no bo ktoś w mieszkaniu musi być. Bałam się trochę, jak to znowu będzie wyglądać, ale... fachowiec ogarnął wszystko naprawdę fachowo. Cały proces wymiany poszedł wyjątkowo sprawnie i bez zagracania całego mieszkania, klatki schodowej i trawnika przed blokiem. Co za ulga...

Dostałam także nieco wzmocniony brodzik, który wreszcie nie ugina się pod każdym naciśnięciem. Sztywny jak pal Azji :-D Mam nadzieję, że dzięki temu wytrzyma chociaż parę lat. No, chociaż, dopóki tu mieszkam ;-)

W poniedziałek wymieniłam też zepsutą dętkę i oponę w rowerze. Nareszcie! Tyle rowerów już rozkręciłam, taką mam w tym wprawę, a zajęło mi to jakieś dwa miesiące... Ale teraz mój rower Ikea znowu działa, jeździ, i cieszy.

Wtorek i środa minęły mi niemal błyskawicznie. Takie tygodnie pracy to można mieć ;-)

W środę wybraliśmy się jeszcze na małe zakupy. Potem poszłam na firmowe piwo, babskie. I pożałowałam. Nie będę może tak bardzo dokładnie pisać, o co biega i dlaczego, ale są klimaty, których nie cholery nie kumam, i to był właśnie ten klimat. Nie trawię filmów typu Lejdis i jeszcze bardziej nie lubię przenoszenia takich zachowań do życia.

Cóż, wolę wypić wino we dwoje w domu przed telewizorem lub iść na piwo ze znajomymi spoza pracy.

W czwartek zrobiłam coś, co zdarza mi się rzadko - spałam do 15. Z przerwami, bo jednak wstałam na początku o 10, ale tak mnie zmęczył ten dzień, że w południe znowu zasnęłam. Jakimś cudem pozbieraliśmy się dopiero wieczorem i poszliśmy na piwo ze znajomymi. Nieco zestresowanymi, bo tuż przed ślubem ;-) Fajnie było, miło, wesoło - jak zawsze.

Piątek to kolejne leniwe przedpołudnie, które jednak po części spożytkowałam na rowerową wyprawę. Zdążyłam przed burzą ;-)

Sobota - wielki dzień. Zaczął się stanowczo zbyt wcześnie, ale jednak daliśmy radę i bawiliśmy się na weselu dosłownie do ostatniego kawałka. Bardzo dobrze będę wspominać tę imprezę. PS. Wino na weselu to bardzo dobry pomysł. Picie go przez całą noc - również. Straszyli mnie, że będzie mnie boleć głowa, a tymczasem czułam się świetnie, byłam tylko niewyspana.

No właśnie - niedziela... Poszliśmy spać o jakiejś 5:30. Obudziłam się po 10, i już nie mogłam zasnąć. Udało mi się dopiero później, dzięki umiarkowanemu entuzjazmowi Piotra Bałtroczyka, którego występy zaczęliśmy oglądać. Resztę niedzieli spędziłam, na przemian śpiąc i przeglądając internety. I myślę, że to była jedna z najlepszych niedziel :-)

A dziś mam jeszcze wolne, bo stwierdziłam, że nie zdążę odespać. I miałam rację. I mam jeszcze straszne zakwasy od przetańczenia całej nocy. Ale było warto!

Bardzo chciałam odpocząć w tym tygodniu, stąd na blogu też było całkiem spokojnie. Zobaczcie najnowsze wpisy:

Thor w Castoramie i życie po restarcie


Wonder Woman. Obejrzałam i co dalej?


Z ciekawostek - podrzucam bardzo przydatne wskazówki, jak podwyższyć pozycję swojej strony w wyszukiwarce. Sama już skorzystałam i zobaczę, jakie będą efekty. Mam w końcu całe trzy miejsca w sieci, na których mogę testować takie rzeczy ;-)

Czytałam też sporo blogów i jakoś tak ciągle trafiam ostatnio na wpisy o eventach. Przeczytałam post Ani, obejrzałam też wreszcie jej filmik na ten temat, potem trafiłam na wpis Ali o eventach... Cóż, te notki to chyba znak dla organizatorów, że wypadałoby nieco bardziej kreatywnie podejść do sprawy. Kolejna konferencja na temat wprowadzenia nowego, rewolucyjnego produktu na rynek? To już przestało robić wrażenie na blogerach. Sama wolałabym dostać produkt w formie przesyłki i przetestować na spokojnie w domu, zamiast jechać na event, spędzać tam ileś godzin słuchając o niczym i na końcu dostać #darylosu. Zbyt mocno cenię sobie swój czas wolny :-) Jeśli event - to tylko ciekawy i zachęcający do wzięcia udziału. W takim przypadku na pewno powiem organizatorom "tak" i pojadę z przyjemnością.

Z drugiej strony jednak, widzę, że firmy starają się nadążyć za znudzonymi blogerami ;-) i robić ciekawe akcje, a nie wykłady i konferencje.

Bardzo spodobał mi się wpis koleżanki po klawiaturze z mojego miasta ;-) Sama wspomniałam Wam już o WWO w jednym z przeglądów tygodnia. Paulina napisała o nadwrażliwości - jej wadach oraz jednej, przeogromnej zalecie. I potwierdzam - też tak mam :-)

Odkryłam także na nowo Agwerblog i jej niedzielniki. Czasami tam zaglądam i chyba zostanę na dłużej, bo za każdym razem zachwycam się, jak ona dobrze pisze. I do tego te piękne lifestylowe zdjęcia. Może nie do końca w moim stylu, ale do jej bloga pasują świetnie. Pewnie mogłabym jeszcze czasem napisać jakiś komentarz, ale... wiecie, jak jest.

W ogóle, widzę, że mój blog skupia wiele podobnych do mnie osób. Sama raczej rzadko komentuję coś w internecie i tutaj też raczej nie mogę się pochwalić szczególnie dużą liczbą komentarzy. Nie mam o to pretensji, bo odsłony i tak rosną. Nie będę pisać poruszających apeli, dlaczego powinniście komentować, bo to w ogóle nie jest w moim stylu. Jeśli komentujecie czy też piszecie maile - miło mi, na pewno odpowiem. Jeśli nie - również wszystko OK :-)

I to by było na tyle. W planach mam stworzenie jeszcze paru wpisów, które opublikuję wkrótce, i dalsze poniedziałkowe lenistwo.

A co tam u Was? Co planujecie? Co się działo?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 14 czerwca 2017

Wonder Woman. Obejrzałam i co dalej?

Moje pierwsze skojarzenie z premierą Wonder Woman to przedziwny artykuł: Wonder Woman miała zbyt gładkie pachy. Feministki oburzone.

Wonder Woman i jej moce

Moja pierwsza reakcja, gdy film się skończył: Jakim idiotą trzeba być, żeby w takim filmie zwrócić uwagę jedynie na pachy aktorki? Nie od dziś jednak wiadomo, że moim zdaniem feministka to synonim słowa "kretynka".

Pewnie można już wyczuć, że recenzja będzie całkiem pozytywna :-)

W filmie możemy zobaczyć historię Wonder Woman, czyli Diany, księżniczki Themisciry - wyspy Amazonek. Nieoficjalnie także Amazonki, która ze swojej rajskiej krainy trafia w sam środek Wielkiej Wojny Światowej. Ma misję - musi znaleźć boga wojny, Aresa i go zabić. To sprawi, że wojna się skończy. Jeszcze nie wie, że to może nie wystarczyć...

Bajkowe ujęcia z Themysciry (które kręcono najprawdopodobniej we Włoszech lub we Francji) były urzekające. Nie udało mi się niestety znaleźć faktycznych kadrów z filmu. Musicie mi wierzyć na słowo i go po prostu obejrzeć :-)




Główna postać budzi sympatię. Wielkie brawa dla Gal Gadot za odegranie postaci, która jest prawdziwa, zdeterminowana, ale też bardzo ludzka. Gotowa na wszystko, choć nawet to nie zawsze wystarcza. Jej chwilowa rozpacz nie jest przedramatyzowana. Diana nie pozwala sobie na załamanie - wręcz czerpie energię ze swojego smutku i jeszcze bardziej się spręża, by tym razem wyszło lepiej.  Momentami jest nieco narwana (przez co - zabawna), ale okazuje się, że jej pośpiech ma sens.

Obiekcje mam jedynie do Aresa. Bóg wojny w swoim ludzkim wydaniu wyglądał tak:


W swoim boskim wydaniu - niewiele inaczej. Miał na sobie zbroję. Wąs pozostał. I bardzo mi nie pasował. Bóg Janusz Ares stracił przez swój wizerunek sporo boskości. Ktoś taki nie może stanowić zagrożenia - chyba, że dla gustu.

Oprócz tego, momentami było nieco kiczowato (szczególnie w ostatniej scenie...). Ogólnie jednak film jest wart uwagi i wszystkich tych pozytywnych recenzji, które otrzymuje. Historia Diany dosłownie porywa, wbija w fotel i sprawia, że te 2 godziny filmu mijają niepostrzeżenie. Jeśli zapytacie, czy warto iść na Wonder Woman - tak, zdecydowanie tak. I warto być taką Wonder Woman w życiu - zdeterminowaną, pełną energii, ale też ludzką.

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket


(Zdjęcie tytułowe pochodzi z serwisu HollywoodChicago.com)

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Thor w Castoramie i życie po restarcie. Przegląd tygodnia 5-11 czerwca

Nie do końca jestem pewna, co robiłam w tym tygodniu, bo uskuteczniam właśnie życie po restarcie - a dokładniej, po przywróceniu telefonu do ustawień fabrycznych. Niby od poprzedniego tygodnia, ale jakoś tak mnie to rozbiło, że dalej nie wiem, co się dzieje. Straciłam niestety trochę zdjęć, które jakimś dziwnym sposobem zaczęły się zapisywać w pamięci wewnętrznej, zamiast na karcie (helloł, inaczej to ustawiałam) i mam lekką dziurę w pamięci.

zakupy

Na początku tygodnia odkryłam, że kończy mi się ważność dowodu osobistego. Oznaczało to, że czeka mnie wyprawa do urzędu i składanie wniosku, bądź składanie go online. Uznałam, że spróbuję online (choć wciąż nie jest to proste). Udało się i bardzo się z tego cieszę. Teraz tylko trzymajcie kciuki, żeby szybko wydali mi ten nowy dowód ;-)

Inna rzecz, że sprawdzenie statusu wniosku na stronie do tego służącej jest niedokładnie opisane. Napisali, że trzeba podać numer wniosku. Ani słówkiem się nie zająknęli, że numer wniosku złożonego przez ePUAP sprawdzimy jedynie na potwierdzeniu przyjęcia, które dostajemy na maila. Użyli zwrotu Na potwierdzeniu znajdziesz numer i ja sprawdzałam UPP (Urzędowe Potwierdzenie Odbioru) na skrytce ePUAP, dziwiąc się, że coś tak mało cyferek... To właściwe potwierdzenie - owszem, dotarło na maila. Prosto do folderu SPAM... Dobrze, że nie potraktowałam go tak, jak zawsze (Zaznacz wszystko - Usuń), bo bym straciła jedyną opcję sprawdzenia, co z moim wnioskiem. To się nazywa eDUPA, a nie ePUAP...

Reszta tygodnia to standard - praca, dom i nieustanne niewyspanie. W tym tygodniu, jeśli brakowało mi energii, to tylko dlatego, że za mało spałam. Ogólnie, poranki są wciąż trudne, ale ustawiam teraz budzik na 5 rano, trochę pozamulam do 6 i jakimś sposobem udaje mi się na 7 zdążyć do pracy. Czasem jest to 7, czasem 7:20, ale wciąż - 7. Dążę do równej 7, a może nawet i 6 rano.




Nastała historyczna chwila - przeczytałam biografię Steve'a Jobsa. Wreszcie :-) Nieco niżej zalinkuję Wam do jej recenzji. Teraz czytam powoli Homo bimbrownikusa, o dziwo - w wersji papierowej oraz Dziennik kasztelana. Po świetnej Ostatniej arystokratce spodziewałam się fajerwerków, a tymczasem... nuda. Jakub Wędrowycz ma znacznie większy potencjał komediowy.

Piątek był bardzo fajnym dniem. Praca z domu, potem wspólne wybieranie garnituru (ha, chyba odnalazłam swoje kolejne powołanie - przy okazji, miałam też okazję zobaczyć sprzedawcę z prawdziwego zdarzenia, który naprawdę wiedział, jak to się robi), a potem wypad do centrum handlowego. My z konieczności, teściowie z potrzeby - której niestety nie udało im się zrealizować. Z tego powodu w sobotę był kierunek Castorama. I tam dopiero znaleźliśmy idealne płytki na ścianę. I nie, to nie ja byłam aż tak wybredna ;-)

W Castoramie spotkałam Thora. Hmmm, chyba kupował nowy młot... Śmiejcie się, ale gość był identyczny. Wypisz, wymaluj syn Odyna. Aż się rozglądałam, czy i Loki gdzieś się nie kręci.

Próba zrobienia zdjęcia poskutkowała... kolejnym przywróceniem telefonu do ustawień fabrycznych. Zaczął się tak zawieszać, że już nie było innej rady. Najwyraźniej nie poradził sobie z fotografowaniem boga piorunów...

Końcówka weekendu okazała się jednak zaskakująco przyjemna - trochę gry w kosza, potem znowu zen, mewy i komary... Nie jest tak strasznie, jeśli przed sobą mam perspektywę skróconego tygodnia pracy i przedłużonego weekendu. Teoretycznie, mogłabym iść do biura w piątek po święcie, ale wolę sobie zrobić weekend przed weekendem, bo przyszła sobota będzie dość aktywna. Więcej Wam napiszę w przyszłym przeglądzie tygodnia.

W niedzielę zrozumiałam, co dokładnie oznacza wyrażenie "kopnął mnie zaszczyt" i że faktycznie są takie zaszczyty, które zamiast dumy, wywołują dyskomfort. Na szczęście, to nie mnie ów zaszczyt kopnął i raczej na razie takie wyróżnienia mnie nie czekają ;-)

Odkryłam, że Newsweek używa clickbaitów. Odkryłam tam także ciekawy artykuł - Jasna Góra spółka z o.o. Cóż, moje zdanie jest bardzo podobne. Jak już się przetaczają przez miasto takie tabuny ludzi, to niech miasto ma szansę coś na nich zarobić i pokazać im coś więcej, niż tylko klasztor i parking pod klasztorem. Prezydent ma u mnie wielkiego plusa za wypowiedź o dialogu ;-)

Miałam dużo natchnienia. Wystarczyło mi go zarówno na pisanie, jak i na małą rewolucję na blogu - zmieniłam główne kategorie. Teraz jest to lifestyle, marketing (w tym copywriting) oraz recenzje książek i filmów. Blog ewoluuje ze mną i teraz nadąża za moim życiem. Zauważyłam przy okazji, że te zmiany były też dobre dla SEO, ale o tym więcej za jakiś czas, gdy naprawdę będzie się czym chwalić ;-) Na razie eksperymentuję.

Stworzyłam kilka postów w wersji roboczej, kilka też opublikowałam:

Cała prawda o IT, zen, mewy i komary


Myśl inaczej


Charakterystyka informatyka czyli dział IT


Może sama mam problem z dobudzeniem się i bywam trochę nieprzytomna, ale Gremlin w takich warunkach funkcjonuje świetnie. Jak widać zresztą w postach powyżej...

Usłyszałam także, że niekoniecznie informatycy są tacy znowu małomówni, bo tak naprawdę - muszą się porozumieć z każdym, zarówno z pracownikiem z samego dołu hierarchii, jak i prezesem, i bez komunikatywności ani rusz. Wierzę, jednak wszystko zależy od miejsca pracy. Moje doświadczenia z IT pokazują, że to dość zamknięty dział. Informatycy mają nie tylko problem z komunikowaniem się, ale i z odbieraniem i rozumieniem komunikatów.

A Wy co uważacie? A może, zamiast dyskutować o IT, wolicie się pochwalić, co się u Was działo w tym tygodniu? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

piątek, 9 czerwca 2017

Charakterystyka informatyka czyli dział IT

Spontanicznie wpadłam na pomysł, że przybliżę Wam nieco niektóre (a może i z czasem wszystkie) działy w firmach i stanowiska, z jakimi się spotkałam. Z góry zastrzegam, że treść wymyśla Gremlin. Ja tu tylko piszę...

dział IT

Dział IT


Mówi się, że kiedy wszyscy wiedzą wszystko, ale nic nie działa, to jest teoria. Kiedy wszystko działa, ale nikt nie wie dlaczego - to jest praktyka. W tym dziale łączy się teorię z praktyką. Tu nic nie działa i nikt nie wie dlaczego.




Dział IT zazwyczaj bardzo łatwo rozpoznać wśród innych działów. Tylko oni wiedzą, co jest passé. Ci bardziej uświadomieni informatycy ubierają się modnie - na przykład tak. Pozostali typowo: flanelowa koszula, geekowski T-shirt, okulary. Jeśli widzicie zatem pięciu chłopa we flanelowych koszulach, którzy niosą jakąś dużą metalową skrzynię - możecie być pewni, że jest to dział IT, który niesie szafę serwerową.

Posługują się także trudnym językiem, który zazwyczaj trzeba tłumaczyć na polski. Jakieś bagi, dema, ficzery, ceesesy i inne takie. Po przetłumaczeniu większość zdań znaczy: Nie da się, co należy rozumieć jako Nie chce nam się.

Są raczej małomówni. Tylko czasami zdarzają im się brawurowo długie wypowiedzi. Najdłuższe zdanie, jakie niedawno usłyszałam od informatyka, brzmiało: Jeśli wdrożymy tę funkcjonalność, to będzie działać... ale pozostałe przestaną. Znaczyło: Naprawdę bardzo nam się nie chce...

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

środa, 7 czerwca 2017

Myśl inaczej

Są takie książki, które coś w Tobie zmieniają. Może na początku czytasz je jak gazetę. Czasem jakiś fragment Cię rozśmieszy, albo poruszy, ale jednak - czytasz bezrefleksyjnie. Refleksje przychodzą dopiero potem. Docierasz do ostatniej strony, wyłączasz czytnik, odkładasz i... zaczynasz rozmyślać. I tak się właśnie stało ze mną dzisiaj.

think different - myśl inaczej

Miałam tylko na luzie napisać, że wreszcie przeczytałam biografię Steve'a Jobsa i że podobała mi się znacznie bardziej niż przegadany film na jej podstawie. Tak bardzo mi się podobała, że chciałabym, żeby kiedyś ktoś stworzył równie dobrą książkę o mnie.

I chciałam jeszcze napisać o bezradności. Bo tak, dziś na własne oczy widziałam bezradność. Człowieka w sytuacji, w której nie spodziewałam się go widzieć. Widziałam, jak bardzo on nie chciał być widziany w taki sposób. Jego postawa, jego spojrzenie mówiły: Nie potrafię. Nie umiem inaczej...

Tymczasem siedzę, piszę tę notkę i czuję się jakbym grała w filmie, bo zza ściany dobiegają stare francuskie piosenki. Tak klimatycznie. Parole, parole, parole...  I sama stałam się bezradnością, po zobaczeniu jej w człowieku. I po przeczytaniu do końca ostatnich 100 stron biografii założyciela Apple, które... również były o bezradności. Ale pozostałe 800 stron opowiadało historię niesamowitego geniusza.




Większość ludzi przynajmniej pokrótce wie, jak to było z tym Apple. Gość z Doliny Krzemowej założył w garażu firmę produkującą komputery i rozwinął ją tak, że słyszymy o niej do dziś. Wprowadził do sprzedaży laptopy, odtwarzacze MP3, tablety i telefony - tak, te hipsterskie iPhone'y.

A kto wiedział, że Steve Jobs stracił swoją własną firmę i odzyskał ją dopiero po 10 latach, gdy już prawie zbankrutowała pod cudzymi rządami?

Kto wiedział, że tworzył nie tyle hipsterskie gadżety, co urządzenia, które miały w pełni zaspokajać potrzeby użytkowników, nawet te jeszcze nieuświadomione?

Kto wiedział, że nie chciał robić badań rynku, bo uważał, że jego zadaniem jest wyprzedzić oczekiwania klientów? Dokładnie tak, jak Ford:

Gdybym spytał ludzi, czego chcą, dowiedziałbym się, że chcą szybszych koni.

I nie pytał. Nie pytał ludzi, czego chcą, tylko tworzył to, czego sam chciał. Nie pytał zespołu, czy są w stanie czegoś dokonać, tylko robił wszystko, by tego dokonali. Nie był człowiekiem najłatwiejszym w obyciu. Sam mówił, że raczej nie przejdzie do historii jako najbardziej uprzejmy człowiek na świecie. Niektórzy twierdzili, że nie chciał taki być, ale nie potrafił inaczej. Inni - że był na tyle wrażliwy i wyczulony na emocje innych, że szybko potrafił określić, czym najbardziej ich zrani, i robił to, by na nich wpływać. Nie był idealnym ojcem. Nie był idealnym szefem. Jak wielu wybitnych ludzi, nie był wybitny we wszystkich dziedzinach, tylko w wybranych. I mimo tego wszystkiego - dokonał rewolucji.

Nie boję się tych słów. Steve Jobs dokonał rewolucji. Najprawdopodobniej nie mielibyśmy do tej pory smartfonów z dotykowym ekranem, gdyby nie on. Nie mielibyśmy ekranów zabezpieczonych Gorilla Glass, bo nikt oprócz niego w to nie wierzył. Być może nie mielibyśmy nawet serwisów z muzyką do słuchania online i do kupienia, bo żadna wytwórnia i żaden producent nie mieli na to lepszego pomysłu, dopóki Apple nie stworzyło iTunes.

On dokładnie wiedział, na czym się skoncentrować i potrafił bezlitośnie eliminować rozproszenia. Jeśli chciał się na czymś skupić, to się na tym skupiał. Jeśli nie chciał o czymś myśleć, ignorował to. Zawsze uważał, że firma powinna mieć kilka maksymalnie dopracowanych produktów, zamiast setek średnich. Czy jego podejście się sprawdziło? Myślę, że to kwintesencja marketingu.

Rób, co to kochasz. Doświadczaj tego, co tworzysz. Wyciągaj wnioski. Nie bój się cofnąć i zacząć wszystko od nowa.

Na końcu książki, dopiero po blisko 800 stronach porywającej historii można przeczytać o jego bezradności wobec choroby i pogodzeniu z losem. Dopiero na samym końcu. Wcześniej walczył. Wracał do Apple. Wracał do tego, co kochał. W końcu pogodził się z losem, świadomy, że zrobił w życiu coś, na co większość nie miałaby odwagi. Zrobił to, co chciał zrobić. I to zmieniło świat.

Ponieważ to ludzie wystarczająco szaleni, by sądzić, że mogą zmienić świat... są tymi, którzy go zmieniają.


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Cała prawda o IT, zen, mewy i komary. Przegląd tygodnia 29 maja - 4 czerwca

Hej! Piszę do Was szybko, bo wiem, że szybko czytacie. A mnie zostało jakieś 100 stron biografii Jobsa i chcę też doczytać ;-)

Dzisiaj był jeden z tych nietypowych dni, kiedy byłam tak zmęczona, że po pracy musiałam, absolutnie musiałam położyć się spać. I jakimś dziwnym sposobem nawet udało mi się zasnąć. Cóż, ten dzień to poniedziałek. I to poniedziałek po bardzo aktywnym weekendzie.


zen i relaks

Czerwiec to dla mnie początek sezonu imprez. Panieńskie, kawalerskie, panieńsko-kawalerskie (to ostatnio) i wesela (to wkrótce). Fajnie, nawet bardzo, ale po takim weekendzie jestem jeszcze bardziej zmęczona niż po tygodniu pracy ;-)





Tygodnia to chyba nawet za bardzo nie pamiętam - ot, typowy tydzień pracy. Gdzieś tam zahaczyłam o Lidla i wyhaczyłam dwie piękne sukienki. Najlepsze jest to, że wcale nie pojechałam tam o 7 rano, żeby przedzierać się wśród Grażyn i wydzierać sobie szaty z rąk, oj nie... Pojechałam o jakiejś 17 i choć zastałam pobojowisko, a szmaty były wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny być, znalazłam to, czego szukałam. Bałam się tylko trochę, że w trakcie przekopywania się przez ciuchy znajdę wśród nich jakieś pourywane kończyny... 

Swoją drogą, być może było jeszcze zabawniej, bo w Lidlu rzucili ostatnio depilatory IPL za 400 zł. I ciekawa jestem, czy wystawili atrapy (jak w innych marketach), czy też pełnoprawne urządzenia? Mam niepokojącą wizję depilujących się w sklepie, gdzieś tak pomiędzy pomidorami i mąką, Grażyn ;-)

Tak z innej beczki... Informatyk potwierdza: 99% informatyków, gdy nie ma ochoty czegoś robić, mówi, że jest to zbyt czasochłonne, pracochłonne lub niemożliwe do wdrożenia. 

W tygodniu miałam przezabawne spotkanie z działem IT. Tak naprawdę, każde spotkanie z nimi jest przezabawne - a jeśli dotyczy jeszcze wdrożenia czegoś, co mnie dotyczy... Po pierwsze, nawet nie zaprosili wszystkich, których powinni. Moja sugestia - napiszmy im nasze imiona, nazwiska i stanowiska w kodzie, choćby binarnym. I używając nazw zrozumiałych dla informatyków - np. XY - edytor tekstu (tak zwany copywriter). Ja - edytor tekstu i kodu.

Spotkanie najlepiej jednak podsumowuje tekst, który padł w odpowiedzi na nasze sugestie. Brzmiał nieco inaczej, ale był trudny i mocno specjalistyczny, więc przełożyłam na polski: Jeśli wprowadzimy tę funkcjonalność, to będzie działać... ale pozostałe przestaną. Kwintesencja IT. To właśnie stąd się biorą moje pomysły na informatyczne koszulki...


Piątek był bardzo fajnym dniem. Po pierwsze, udało mi się wreszcie zameldować się w pracy o 7 rano. Usiłowałam tego dokonać od około 2 miesięcy i wreszcie - nie 7:50, nie 7:20, tylko 7:02. I od razu jakoś tak lepiej mi się pracowało :-)

Niestety, nie udało mi się wyjść po równych 8 godzinach, bo w pracy dostałam bardzo ciekawy telefon. Więcej napiszę Wam w kolejnym tygodniku.

Po pracy pojechaliśmy na wieś, a tam książki, opalanie, grill... Najlepsze, by naładować baterie. A tak zawzięcie je ładowałam, że aż się przypaliłam.

W sobotę byłam w miejscu, które spokojnie może zastąpić polską plażę. Była woda, był piasek, ba! Nawet mewy były. I po co jechać do Ustki, skoro w okolicy takie perełki? Odpoczęłam, znowu naładowałam baterię i prawie znalazłam swoje zen. Prawie, bo niewiele brakowało, żeby mnie komary zen-żarły ;-)

W niedzielę głównie odpoczywaliśmy. Bardzo leniwie. Jakimś sposobem udało się nam jednak zmotywować i wyjść do kina na Wonder Woman. Bardzo dobrze wspominam zarówno film, jak i pustą galerię, w której otwarte było jedynie kino, McDonalds i Pizza Hut. Było tak spokojnie :-) A potem spacer w deszczu (i to naprawdę fajny), a potem - miły wieczór z Sopockim Festiwalem i kabaretami. Czy warto je obejrzeć? Warto :-)

Próbowałam jeszcze poczytać, ale padłam chyba o 22 ;-)

Na blogu:

Dlaczego kobiety płakały na Eurowizji?


Co Steve Jobs miał wspólnego z projektowaniem koszulek?


Wracam do czytania. Co tam u Was się działo? Pochwalcie się :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.