Giełda Tekstów - jak na niej zarabiać i wypłacać pieniądze?

Giełda Tekstów - jak na niej zarabiać i wypłacać pieniądze?

W tej chwili mówienie o Giełdzie Tekstów w kontekście zarabiania pieniędzy wydaje mi się nieco śmieszne. Przeważają tam ostatnio zlecenia typu 2,50 zł za 2000 znaków bez spacji i to jest klasyczny przypadek stawek, których wstydziliby się nawet w Indiach. Nie zmienia to jednak faktu, że czasem wśród wyzysku trafiają się również fajniejsze zadania z ciekawszymi zarobkami. Dziś opowiem Wam, jak zarabiać na Giełdzie Tekstów, ile można na niej zarobić oraz jak wypłacać zarobione pieniądze.

pisanie na komputerze

Ile można zarobić na Giełdzie Tekstów?

Sama najlepiej wspominam zlecenia, gdzie za 5 tekstów po 2300 znaków ze spacjami (czyli łącznie 11 500 zzs) zarabiałam 34 zł. Po przeliczeniu wychodziło 2,95 zł/1000 zzs, czyli na granicy rozsądku, ale... wszystkie teksty dotyczyły jednego tematu (np. były to opisy jednej miejscowości turystycznej), co oznaczało, że każdy kolejny pisało się coraz szybciej. Zresztą, gdy nabrałam wprawy, potrafiłam napisać te 5 tekstów w godzinę, albo nawet i 50 minut. Tym sposobem w niespełna godzinę zarabiałam te 34 zł. To niemal tyle, co na korepetycjach ;-)




Plusem był jeszcze walor edukacyjny - mogłam się dowiedzieć wielu ciekawostek o różnych miejscowościach: od Ustki przez Toruń, Wrocław, Leszno, aż po Kraków.

Poza tym, na Giełdzie Tekstów można też zarabiać na sprzedaży tekstów (czyli wpadnie czasem te 5 czy 8 zł) oraz na programie partnerskim, gdy z Waszego linka zarejestruje się ktoś - zarabiacie wtedy 5% od jego transakcji. Zazwyczaj są to groszowe sprawy, typu 0,16 zł, ale potrafi się z tego uzbierać dobre parę złotych. Wniosek - przede wszystkim wykonujcie zlecenia.

Jak wypłacać pieniądze na Giełdzie Tekstów?

Pamiętajcie: żeby wypłata przeszła, musicie najpierw uzupełnić swoje dane na koncie w Giełdzie Tekstów. Koniecznie - imię, nazwisko i numer rachunku bankowego, na który chcecie otrzymywać pieniądze.

Gdy już uzbieracie te minimum 100 zł do wypłaty, wchodzicie w Konto-Transakcje-Wypłata środków. Tam wpisujecie w okienku kwotę brutto -  np. 102.00 (koniecznie w takim formacie, z kropką zamiast przecinka i bez skrótu "zł"). Następnie zaznaczacie Wygeneruj rachunek automatycznie, nadajecie mu numer (np. 1/08/2017, co oznacza, że jest to pierwszy rachunek wygenerowany w sierpniu 2017) i klikacie Wypłać.

Od tego momentu mija kilka dni na to, by wypłata została zrealizowana i znalazła się na Waszym koncie. Do mnie trafiała po mniej więcej 3-5 dniach roboczych.

Lepiej wypłacać mniejsze kwoty, czy większe?

Tutaj jeszcze nasuwa się pytanie - czy nie lepiej uzbierać więcej pieniędzy i wypłacić sobie na przykład 300 zł albo 600 zł? Ja tak robiłam na początku, ale jednak czas oczekiwania na zgromadzenie środków, plus czas oczekiwania na zrealizowanie wypłaty jest już wtedy dość długi. Znacznie lepiej wypłacać częściej mniejsze kwoty, szczególnie że takie wypłaty są realizowane szybciej niż te większe.

Drugą rzeczą jest też to, że takie serwisy potrafią szybko zbankrutować. Znacie Textmarket? No właśnie. Kiedyś był bardzo słynny, teraz nie istnieje. Niestety, nie miałam okazji na nim podziałać, ale myślę, że po prostu nie nadążył za zmianami na rynku. Giełda Tekstów też nie do końca nadąża, co widać często po ilości i rodzaju zleceń. Myślę, że słabo się też reklamują i stąd tych zleceń nigdy nie jest tam dużo. Efekt możemy zobaczyć za jakiś czas - może to być niestety kolejny serwis, który padnie. A że nigdy nie wiadomo, kiedy może coś się stać, lepiej wypłacać sobie pieniądze na bieżąco ;-)


Czy opłaca się działać na Giełdzie Tekstów?

W tej chwili mam do wypłaty ledwie 4,50 zł za jakiś sprzedany tekst. Jak dobrze pójdzie, to może wkrótce zrobię sobie jakieś zlecenie, tak dla rozruszania się. W tej chwili nie działam tam zbyt aktywnie i mocno przebieram w zleceniach. Nie chcę po prostu poświęcać swojego wolnego czasu na jakieś nic niewarte precle, za które zarobię w porywach 2,50 zł. Ostatnie zlecenia robiłam pod koniec października 2016 i wtedy też wypłacałam 100 zł. Do realizacji zgłaszałam się gdzieś w sierpniu tego roku.

Tutaj wspomnę po raz kolejny o tym, że jeśli naprawdę chcecie zarabiać, zarejestrujcie się w jeszcze przynajmniej dwóch dodatkowych serwisach. Jak w jednym nie ma zleceń, zawsze możecie podziałać coś w drugim. Godne polecenia są przede wszystkim Textbookers, w którym napisałam całkiem sporo zapleczy i praktycznie zawsze są tam jakieś zlecenia, oraz Goodcontent, w którym można znaleźć znacznie lepiej płatne zlecenia.

Co jeszcze chcecie wiedzieć na temat Giełdy Tekstów?
Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Tydzień idealny jak życie z Instagrama. 13-19 listopada

Tydzień idealny jak życie z Instagrama. 13-19 listopada

Poczucie, że mam dużo czasu, jest złudne. Przykładowo, w momencie, w którym to piszę, jest sobota, godzina 12:30. Jestem na nogach od niespełna 10 i miałam plan, żeby o 11 zabrać się za pracę nad blogiem. Zaczęłam chwilę temu...


To dziwny weekend. Zazwyczaj brakuje mi czasu na wszystko to, co chciałabym zrobić. Tym razem potwornie się nudzę, bo ja mam wolne, a moja druga połówka wyjątkowo nie. I niby to fajne, bo mogę ogarnąć wiele zaległych spraw, popracować nad blogiem i jeszcze chwila na nicnierobienie się znajdzie, ale z każdą kolejną godziną tracę motywację do tego wszystkiego i zwyczajnie chciałabym, żeby było jak zawsze. Tęsknota może dopaść człowieka nawet na kombajnie... ;-)


Przegląd tygodnia

Ten tydzień też był nieco inny niż wszystkie. Jakiś taki bardziej produktywny, mimo że jesień, szaro, buro i listopad. W poniedziałek miałam mieć wolne, ale zważywszy na to, że dopiero co przesiedziałam w domu cały tydzień z powodu choroby, niemalże w podskokach wybiegłam do biura. W domu chyba bym się zanudziła.




Po pracy po raz pierwszy od bardzo dawna wybrałam się na siłownię - wreszcie doczekałam się swojego służbowego karnetu. Nie było jednak łatwo. Szłam do całkiem nowego miejsca, więc mój mózg jak na złość postanowił podsuwać mi przed wyjściem wizje śmierdzącej sterydowym potem koksowni, upierdliwych trenerów personalnych, chcących wciąż pomagać i współćwiczących, którzy nie rozumieją, że przyszłam się odstresować i odetchnąć od small talków. Na szczęście, było znacznie lepiej, niż się spodziewałam :-)

Samo miejsce i atmosfera w porządku. Miejsce nie zachwyciło mnie tylko wizualnie. Zorganizowanie przestrzeni w damskiej szatni było fa-tal-ne. Nie upieram się jednak, że koniecznie tam będę chodzić, bo chcę na razie przetestować sobie kilka najbliższych siłowni - i zobaczymy. Wybiorę tę, na której najlepiej się poczuję. Ta, na której teraz byłam, jest jak wybranie Fiata, kiedy stać Cię na Porsche. Można? Można. Będzie jeździć? Będzie, ale co to za przyjemność?

Po powrocie jeszcze długo siedziałam przed komputerem, bo pisałam przegląd tygodnia i ogarniałam inne okołoblogowe sprawy. To nietypowe jak na mnie, bo zazwyczaj, gdy później wracam do domu, nie mam już siły i chęci na nic. Wysiłek fizyczny dodał mi jednak sporo energii :-)

Tak dużo, że przez kolejne kilka dni miałam problem z zasypianiem, a potem - ze wstawaniem rano. Nawet zdarzyło mi się zaspać... Ostatecznie jednak pod koniec tygodnia ogarnęłam się trochę.

Pozostałe dni także były zaskakująco produktywne. W pracy robiłam więcej niż zwykle i miałam masę pomysłów. Dopiero w środę zaświeciła się żółta kontrolka, w czwartek jechałam już na oparach, a w piątek straciłam energię i robiłam wszystko na siłę. To dowodzi, że te trzydniowe weekendy, o których marzę, miałyby sens, gdyby jeden  z tych wolnych dni był środą. Takie tygodniowe power nap.

Po pracy także ciągle coś robiłam - zazwyczaj były to okołoblogowe sprawy albo ogarnianie planów na najbliższe tygodnie, z czym ostatnio też miałam problem i wszystko spisywałam dopiero na ostatnią chwilę.

Próbowałam także nowości - nie tylko w postaci treningu na siłowni, ale także w domu, z YouTube. Jakoś mi jednak nie podszedł i chyba będę szukać kolejnych. Ćwiczyłam też jogę z piłką fitball i to akurat było bardzo fajne doświadczenie. Nie, jeszcze nie przerobiłam wszystkich ćwiczeń, dojechałam do "samolociku" :-)


Najnowsze wpisy

Na blogu w tym tygodniu:

Popas, wypas i scrabble


Ile kosztuje Bullet Journal? Notes w kropki i inne akcesoria do BuJo


3 książki blogerów, które warto przeczytać w listopadzie



Przegląd internetów

Wczoraj miałam nieplanowanie długie popołudnie, które chciałam wykorzystać znowu na pracę z blogiem, ale jakoś szybko mi przeszło. Trochę podziałałam, a potem już tylko bezmyślnie przeglądałam internety i oglądałam telewizję. Nie mam wyrzutów sumienia. Najwyraźniej tego potrzebowałam po aktywnym tygodniu :-)

O czymś podobnym pisze Basia ze SmartNest, która zachęca do pogodzenia się z jesienną chandrą. Ta dolegała mi jeszcze tydzień temu i ogólnie czuję się wciąż jakaś taka nie całkiem: nie całkiem wyspana, nie całkiem w humorze, nie całkiem chętna do czegokolwiek... Uświadomienie sobie, że to jest normalny rytm roczny było dla mnie dość zaskakujące. Najwyraźniej stawiam sobie zbyt wysokie wymagania, a jednak - nie da się być produktywnym na maksa i bez przerwy. Czasem trzeba przystopować i to zamierzam zrobić... tylko nie wychodzi ;-)

Agnieszka opublikowała ostatnio wpis o 15 inspirujących kontach na Instagramie. Niby fajne, ładne i staranne, ale ja mam już przesyt tych wszystkich perfekcyjnych zdjęć z bielą, kocykiem, światełkami/świeczką i kubeczkiem. Kiedy dołączałam do Insta, rozumiałam go jako miejsce, w którym pokazujemy fragmenty swojego życia - owszem, ładnie wykadrowane i estetyczne, ale przede wszystkim - autentyczne. A teraz przewijając feed, mam wrażenie, że oglądam wciąż jedno i to samo zdjęcie. Tylko kubki inne. Znacie to uczucie?

Cenię sobie wpisy Agnieszki, nawet te o Instagramie, bo sprzedała mi parę fajnych patentów (choć nie wykorzystuję ich, bo Insta nie jest moim priorytetem), ale jednak tutaj dopadł mnie jakiś ból dupy :-) Nie jest to jednak jej wina, ale tych wszystkich naśladowczyń, które nie potrafią już stworzyć nic oryginalnego, tylko wciąż się bezmyślnie kopiują nawzajem.

Wiele z tych zdjęć jest też obstawione logotypami jak krajówka billboardami. I miło by było, gdyby się tam jakiś hasztag #ad znalazł, żeby było oficjalnie wiadomo, że to wpis sponsorowany. No hej, oznaczamy na blogu takie posty, a na Insta robimy z ludzi idiotów? Przecież to i tak widać :-)

Jestem w trakcie porządkowania swojego Insta i odlubiania tych profili, które odeszły od wartościowych treści (no bo kiedyś wrzucały jakiś ciekawy tekst w poście, a nie tylko "Lubię takie wieczory, a Wy?") i poszły w mainstreamowe idealne focie. Nuuuuuuda.

Bardzo mi się spodobał Bullet Journal Magdy z Dopracowani.pl. Jest tak piękny i staranny, że chyba się skuszę w końcu na brushpena. Takiego prawdziwego, nie imitację z Tigera, która mogłaby robić za zakreślacz ;-)

Zdobyłam też 10/10 w quizie: Jak dobrze znasz SEO? Jako copywriter muszę mieć o tym pojęcie. Bardzo dużo nauczyłam się na ten temat właśnie w pracy. Swoją wiedzę staram się zastosować też na blogu. Liczba wejść z wyszukiwarki stale rośnie, więc myślę, że zmierzam w dobrą stronę. Wbrew pozorom, blogowe SEO jest dość proste i warto o nim co nieco wiedzieć. Sprawdźcie, jak z Waszą wiedzą i dajcie znać :-)

Natalia pokazała ciekawe kadry z jej poprzednich mieszkań, które są interesującym porównaniem z obecnym. Zmieniał się zarówno jej styl, jak i otoczenie. Troszkę jej zazdroszczę, że teraz ma taką całkowicie swoją przestrzeń, w której nie musi wymyślać, jak ukryć pewne rzeczy bez sensu wymyślone przez właścicieli/poprzednich lokatorów.

U mnie jest tak sobie - cytując Natalię, brązy i beże pod wszystkimi postaciami szatana. Generalnie, gdyby się rozejrzeć, jak Polacy projektują wnętrza swoich domów i mieszkań, to wszyscy wybierają te paskudne brązy i beże. Mała łazienka? Oczywiście, że beżowe kafelki z domieszkami brązu i brązowa podłoga. Efekt? Gówniany (tak, z tym mi się ten kolor kojarzy). Mały pokój? W brązach i beżach, co potęguje efekt ponurej i ciemnej klitki, szczególnie w długie jesienne wieczory. Gdy będę sama kiedyś projektować swoje miejsce, widzę w nim białe ściany i meble w kolorze dąb sonoma z domieszkami bieli. I mocne, ciepłe światło.

A Wy co sądzicie o brązowo-beżowych mieszkaniach? No i co u Was w tym tygodniu?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
3 książki blogerów, które warto przeczytać w listopadzie

3 książki blogerów, które warto przeczytać w listopadzie

Październik był u mnie głównie miesiącem filmów (zobaczcie, ile ich wyszło...), ale też i książek blogerów. Czas ustalić, czy blogerzy mogą pisać książki i czy te książki nadają się do czytania, czy tylko na podpałkę. No to start!

książki blogerów

Social media: START

Tomek Tomczyk
Cenię sobie poradniki Jasona Hunta, bo facet wie, co pisze. I myślę, że znacznie lepiej sobie radzi w dzieleniu się wiedzą, niż w opowiadaniu historii. Sprzedał mi kilka przydatnych patentów i o kilku przypomniał. Książkę wzbogacają humorystyczne obrazki w wykonaniu Kasi Gandor. Czytało się całkiem przyjemnie. Porady Kominka są też bardzo uniwersalne i można je odnieść do różnych typów działalności: nie tylko do bloga, ale także do kanału na YouTube czy też fanpage'a na Facebooku.




Chujowa Pani Domu

Magdalena Kostyszyn
Czy naprawdę można żyć aż tak źle? Niby opisana z humorem, ale jednak dołująca wizja ponurego, szarego życia pełnego niepowodzeń. Lepiej czytać z przymrużeniem oka, żeby się nie zdołować, a jedynie uświadomić sobie, że nie zawsze wszystko w naszym życiu musi być perfekcyjne jak z Instagrama.

Make Life Harder

Lucjan i Maciej
Mam bardzo mieszane uczucia co do tej książki. Najpierw mi się w miarę podobało. Pierwszy raz niesmak poczułam, gdy przeczytałam, co o mnie mówi miesiąc, w którym się urodziłam. Potem wiele fragmentów mnie rozbawiło. Potem jeszcze kilka razy zadziwiła cenzura wydawnictwa (serio?) Być może wrażenie zostało wzmocnione przez zwiększoną dawkę tego typu lektur i poprzednią nieco ponurą wizję kreowaną przez Magdalenę Kostyszyn? Klimat jest bardzo podobny do Chujowej Pani Domu i Świnia ryje w sieci. Bardzo nierówna książka. Są w niej zarówno felietony świetne, kiepskie, jak i takie całkiem średnie. Ogólnie można, ale znacznie bardziej podobała mi się książka PigOuta.

A Wy jakie książki blogerów czytaliście? Było warto?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Ile kosztuje Bullet Journal? Notes w kropki i inne akcesoria do BuJo

Ile kosztuje Bullet Journal? Notes w kropki i inne akcesoria do BuJo

W pierwszej kolejności nasuwa mi się jedna odpowiedź: wyłącznie trochę czasu. Im bardziej kreatywny BuJo, tym dłużej trzeba nad nim posiedzieć.

bullet journal w zeszycie

Mój jest raczej minimalistyczny, co nie zmienia faktu, że również wymaga pracy. Samo rysowanie tabelek i rozpisywanie dni jest jednak wyjątkowo relaksującym zajęciem i bardzo to lubię.

Dziś jednak skupimy się na tym, co jest potrzebne, by zacząć prowadzić Bullet Journal. Zakładam, że skoro zastanawiacie się, ile to kosztuje, wiecie już, po co to się robi. Opowiem Wam, od czego zaczynałam i z czego w tej chwili korzystam. Pokażę też parę fajnych notesów i akcesoriów, z których chciałabym zacząć korzystać.

Od czego zacząć planowanie w Bullet Journal?

Od tego, co już macie w domu.




Przyda się Wam: zeszyt i długopis.
Ewentualnie: zakreślacze, cienkopisy i linijki.

Łączny koszt: 0 zł


Zakładając, że korzystacie z tego, co już macie - 0 zł. Jeśli dokupujecie jakiś element, np. zeszyt lub długopis, koszt może się zamknąć w max. 5 zł.

Najważniejsze, żeby sprawdzić, czy ta metoda w ogóle ma sens. Ja przeszłam ze zwykłego zeszytu na notes w kropki już po miesiącu, bo wiedziałam, że to u mnie działa.

Z czego korzystam?

notes w kropki Memobook i akcesoria do Bullet Journal

Notes w kropki Memobook (swój kupiłam w Świecie Książki)
Cienkopisy: na początku Faber Castel (czarny i pastelowy pomarańczowy) a od niedawna Bic Intensity Fine (czarny), bo FC wymiękły (i to dosłownie) w starciu z metalowym szablonem
Linijka (kupiłam przy okazji w Auchan)
Szablon do kółek (mój akurat pochodzi ze sklepu Flying Tiger, ale ma podobny układ do tego szablonu)
Szablon do odrysowywania (dokładnie z tego sklepu na Aliexpress)
Korektor w pisaku Patio
Flamastry (najzwyklejsze, kupione kiedyś w Kiku)

Ceny:
Notes Memobook - 14 zł
Cienkopisy - 2 x 3,99 zł
Pastelowe zakreślacze Stabilo - 3 x 7,99 zł
Linijka - ok. 2 zł
Szablon do kółek - 4 zł
Szablon do odrysowywania - 5,99 zł
Korektor - 3,99 zł
Flamastry - zestaw za ok. 6 zł


Łączny koszt: 67,93 zł


Z czego chciałabym korzystać?

Dodatkowe kolory pastelowych zakreślaczy (lila, żółty i turkusowy - jeszcze nie udało mi się ich stacjonarnie kupić)
Szablony Pani Swojego Czasu (zalinkuję, gdy pojawią się osobno w sklepie PSC)
Taśmy washi tape - w tej chwili wpadła mi w oko tylko złota w sklepie Flying Tiger

Ceny:

Leuchtturm - 69,91 zł lub Memobook 12,99 zł
Pastelowe zakreślacze Stabilo - 3 x 7,99 zł
Wodoodporne cienkopisy - 19,50 zł za zestaw
Szablony PSC - brak info o cenie
Taśma washi - 4 zł


Łącznie: 117,38 zł lub 60,46 zł


notes w kropki Memobook oraz pastelowe zakreślacze

Tak poważnie, raczej nie planuję zakupu tych wszystkich rzeczy. Myślę, że zostanę przy MemoBook, choć martwi mnie nieco jakość papieru i to, że mocno prześwituje (co mogliście zobaczyć we wpisie o planowaniu miesiąca w BuJo). Zamierzam kupić jedynie wodoodporne cienkopisy, żeby nie rozmazywały się po zakreśleniu oraz jeszcze kilka zakreślaczy. Washi tape - być może przy okazji, gdy się w końcu skuszę. Na razie sobie tłumaczę, że nie jest mi potrzebna. Szablony PSC - podobają mi się, ale jeśli będą mieć jakąś absurdalną cenę, pozostanę przy klasycznej linijce i szablonie z Aliexpress.

Co Wam się podoba najbardziej z wyposażenia do Bullet Journal? Z czego korzystacie lub zamierzacie korzystać?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Popas, wypas i scrabble. Przegląd tygodnia 6-12 listopada

Popas, wypas i scrabble. Przegląd tygodnia 6-12 listopada

Najwyraźniej ta Warszawa naprawdę mi ostatnio nie posłużyła. W ciągu 2 tygodni po raz drugi się pochorowałam. Myślę, że tym sposobem swoją sezonową normę już wyrobiłam...

scrabble

Plusy w tym wszystkim były tylko dwa: udało mi się wreszcie zmienić lekarza, a w mojej przychodni to wcale nie takie oczywiste. Już nawet nie wspominam o tym nonsensie z byciem zapisanym tylko i wyłącznie do jednego internisty. To dobre dla emerytów z nadmiarem czasu, a nie dla korposzczurów ;-)

Wracając: udało mi się zmienić lekarza na takiego, który nie przepisuje podwójnej dawki usypiającego leku na alergię...  Drugi plus choroby to wysypianie się. Dosłownie pod korek. Poza tym trudno się doszukiwać zalet w przymusowym uziemieniu na tydzień.

Najważniejszym hasłem tego tygodnia są zmiany - nie tylko lekarza, ale także na blogu. Kto z Was zaglądał, ten na pewno zauważył, że we wtorek wszystko wyglądało kompletnie inaczej. Ostatecznie kilka godzin zajęło mi wgranie nowego szablonu i dostosowanie go do swoich potrzeb zgodnie z instrukcjami stworzonymi przez Karolinę z bloga Karografia. Wszystko niezwykle proste, ale nie byłabym sobą, gdybym nie namieszała. Na szczęście szybko udało mi się wszystko ogarnąć. Jak Wam się podoba efekt?





Dopiero w weekend mogłam sobie pozwolić na więcej aktywności.

Wybrałam się na kolację do nowej restauracji - Popas, którą mogę gorąco polecić. Było bardzo gościnnie, przytulnie i pysznie. Linkuję do ich Facebooka, bo strona internetowa na razie nie działa. Fanpage mnie jakoś szczególnie nie urzeka, ale co tam Facebook, kiedy jedzenie tak zacne :-)

Sama również eksperymentowałam w kuchni. Zrobiłam między innymi domowy budyń. Faktycznie, był idealnie gęsty, kremowy i znacznie lepszy niż ten z torebki.

Postanowiłam wreszcie też poszukać instrukcji obsługi do mojego piekarnika, by zrozumieć, co za tryby obsługuje... Tak, do tej pory przez ponad pół roku używałam go "na oko". Do sprawdzenia skłoniły mnie frytki, które się w nim zawsze jakoś wyjątkowo długo robiły. Teraz już wiem, czemu - oczywiście używałam niewłaściwego trybu. Nie jestem człowiekiem, który do szczęścia potrzebuje instrukcji, ale jednak - czasami się przydają.

Ograłam także znajomych w Scrabble #JestęCopywriterę

Na blogu w tym tygodniu:

Dwa weekendy w jednym tygodniu


8 filmów, które warto obejrzeć w listopadzie


Jak pisać bez błędów? 6 sposobów copywritera


Odświeżam:

Dwa weekendy w jednym tygodniu [LINK PARTY]


Macie jeszcze tylko kilka dni na dopisanie swoich linków do linkowego party. Spieszcie się! :-)

Dowiedziałam się, że podobno palacze to najlepiej poinformowane osoby w firmie. Cóż, nie mogę się zgodzić. Sama nie palę, ale znam tak dobre źródła informacji, że i tak o wszystkim wiem z wyprzedzeniem ;-)

Obejrzałam świetny stand-up - Ludzie, trzymajcie kapelusze. Abelard Giza zwrócił w nim uwagę na fajną rzecz: że nie je lajków, a jego samochód nie jest na udostępnienia (41:55). W świecie blogerów można by nieraz zacytować reklamodawcom dokładnie to samo, prawda? ;-) Poza tym, polecam ten program także po to, by nabrać dystansu do tych wszystkich fejsików, lajków i odlubień. Ktoś odlubił Twój fanpage? To nie koniec świata, naprawdę.

Skończyłam oglądać drugi sezon Watahy i na dniach dopiszę recenzję ostatniego odcinka oraz całej drugiej serii.

A co u Was się działo w tym tygodniu? :-) Byliście zdrowi, chorzy jak ja czy zwyczajnie zabiegani?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Jak pisać bez błędów? 6 sposobów copywritera

Jak pisać bez błędów? 6 sposobów copywritera

Z tekstami zawsze jest jeden i ten sam problem: niezależnie od tego, jak dobrze piszesz, zawsze gdzieś się omsknie palec na klawiaturze i przemycisz literówkę. Albo błąd językowy. Albo frazeologiczny. Albo, nie daj Boże, ortograficzny. Czy da się tego uniknąć? Już Ci mogę powiedzieć, że nie... ale jest parę rzeczy, które możesz zrobić, by maksymalnie dopracować tekst i zmniejszyć ilość wpadek do minimum, a czasami nawet do zera.


Pomysł na ten wpis wpadł mi do głowy, gdy na fanpage'u pewnej znanej firmy, prowadzonym przez agencję, zobaczyłam błąd ortograficzny. Coś w rodzaju "wogóle", czy innego "na prawdę", które ludziom zdarzają się na potęgę. Mimo że w pracy mam sporo do czynienia z treściami pełnymi błędów (te pisane w pośpiechu briefy...), są takie potknięcia, które dosłownie kłują mnie w oczy. I to było właśnie jedno z nich - bo można go było uniknąć. A jak?


Sposoby na publikowanie bezbłędnych treści

Przeczytaj swój tekst

Pierwszą i podstawową sprawą, niezależnie od tego, czy piszesz na blogu, czy na social media, jest zwyczajne przeczytanie tego, co piszesz. Wierz mi, że zawsze zauważysz coś, co można by nieco lepiej ująć. Jeśli nie widzisz błędów, przeczytaj na głos. Nawet jeśli Ty nic nie dostrzeżesz, to ktoś siedzący obok - na pewno ;-)

Daj sobie czas

Ideałem jest, gdy możesz sobie pozwolić na napisanie tekstu, wprowadzenie kilku podstawowych poprawek i odłożenie go na dzień lub dwa. Ze świeżym umysłem jesteś w stanie podejść do swojego dzieła w bardziej krytyczny sposób. Dzięki temu łatwiej Ci je poprawić.

Skopiuj do Worda

Zanim opublikujesz tekst, sprawdź go w Wordzie lub jakimkolwiek innym edytorze z funkcją podkreślania błędów. Dzięki temu zobaczysz, czy gdzieś nie zrobiłeś literówki albo błędu ortograficznego.

Użyj odpowiednich narzędzi

Kolejną opcją jest sprawdzenie za pomocą narzędzia korektorskiego. Ze swojej strony polecam Language Tool, które wyłapuje najwięcej błędów językowych, interpunkcyjnych, a czasami nawet i frazeologicznych. Możesz go używać w wersji webowej. Ja korzystam z wygodnej wtyczki do Google Chrome.


Daj komuś do przeczytania

Żadne narzędzie nie zastąpi jednak człowieka. Dowiodła tego już Ula Łupińska w swoim teście i ja jej wierzę. Z tych wszystkich metod wciąż najlepsze jest przejrzenie tekstu przez drugą osobę.

To wcale nie musi być zawodowy korektor czy też copywriter. Zawsze łatwiej jest sprawdzić cudzy tekst niż swój własny. Nawet zwykły człowiek z podstawową znajomością języka polskiego i odrobiną intuicji językowej jest w stanie pokazać Ci te miejsca w tekście, w których coś nie zagrało.

Pamiętaj jednak, że każda kolejna korekta w wykonaniu tej samej osoby będzie mniej skuteczna - bo również jej mózg przyzwyczaja się do tekstu i czyta go automatycznie, nie widząc błędów. Zwróć czasem uwagę, ilu specjalistów sprawdza tekst jednej książki. Często w części "korekta" i "redakcja" pojawiają się nawet 3-4 nazwiska lub więcej. Już wiesz, dlaczego :-)

Zmień formatowanie tekstu

Metodą, którą również często stosuję, jest wprowadzenie zmian w wyglądzie tekstu. W tym celu albo zmieniam czcionkę całości w Wordzie, dzięki czemu tekst inaczej się układa, albo wrzucam go w panel i czytam w trybie podglądu, albo... drukuję go.

***

Najlepiej jest oczywiście połączyć wszystkie te metody (i teraz już wiecie, czemu tak długo trwa napisanie tekstu przez copywritera), ale w przypadku krótkich wpisów (na bloga lub social media) raczej nie ma sensu.

Wtedy wystarczy sprawdzić w Wordzie, przeczytać sobie na głos i wrzucić do Language Tool, ewentualnie pokazać jeszcze komuś. Im dłuższy tekst, tym więcej czasu to zajmuje, ale też tym bardziej się opłaca - więcej treści oznacza więcej możliwych potknięć.

Czy błędy to coś złego?

No nie, bo robi je każdy. Skoro jednak dzielisz się z ludźmi swoimi przemyśleniami i wiedzą, przekazuj je w strawny sposób. Tekst z pojedynczymi błędami da się przeczytać, ale taki najeżony literówkami, ortografami i pozbawiony przecinków - już nie.

Czy dyslektyk może zajmować się pisaniem lub social media?

Jak najbardziej. Wymienione przeze mnie sposoby i narzędzia są w stanie sprawić, że Twoje teksty będą bezbłędne. Szczególnie jeśli zadbasz o to, by ktoś Cię wspomógł. Poza tym z doświadczenia wiem, że osoby z dysleksją i podobnymi zaburzeniami często przykładają większą wagę do tego, co i jak piszą - a to przecież najważniejsze w tej pracy. Dzięki temu nierzadko tworzą lepsze treści niż pozostali.

A Ty co sądzisz?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
8 filmów, które warto obejrzeć w listopadzie

8 filmów, które warto obejrzeć w listopadzie

Tym razem jest dużo filmów - łącznie 10, z czego polecam 8. Pozostałe dwa wymieniam i opisuję dla porządku, żebyście wiedzieli, czego nie oglądać ;-) Zaczynamy.

kino

Sługi Boże

Policja szuka sprawców tajemniczych zbrodni.
Zacząć październik takim filmem... Co za przeciwwaga dla naprawdę niezłej Watahy... No i mam teraz wrażenie, że za chwilę Bartłomiej Topa z tym swoim zmęczonym ryjem wyskoczy mi z lodówki.

Film taki sobie. Typowo polski zlepek przypadkowych scen, które dopiero pod koniec zaczynają tworzyć jakąś całość. Do tego niemniej typowe dla polskich filmów kiepskie sceny miłosne. Tak naturalistycznie obrzydliwe, że libido spada. Mogło być lepiej, bo scenariusz z potencjałem. Wyszło jak zawsze. Chciałabym to odzobaczyć...




Spiderman: Homecoming

Młody Spiderman próbuje się odnaleźć w swoim superbohaterskim życiu.
Trochę gimbazjalny klimat i dziwne dialogi, ale humoru też nie brakowało. Młody Człowiek-Pająk jest całkiem zabawny w tym poszukiwaniu siebie. Dobrze się bawiłam. Podobno niezbyt zgodne z komiksem (np. ten interaktywny kostium), ale jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało.


X-men 2

Więcej Wolverine'a w X-menach. 
Bohater wraca do szkoły Xaviera i mocno angażuje się w jej działalność. Gdy dzieciom grozi niebezpieczeństwo, bez namysłu rusza im na ratunek. Mam wrażenie, że ta część była mniej emocjonalna niż pierwsza. Było OK, ale nie porwało mnie.

X-men: Ostatni bastion

Jean szaleje.
W wyniku wypadku kobieta doznaje rozdwojenia jaźni. Jednocześnie jej moce wchodzą na nowy, niespotykanie wysoki poziom. Starcie dwóch przeciwstawnych osobowości skutkuje tym, że Jean stanowi zagrożenie dla siebie i przede wszystkim dla otoczenia. Magneto ją przejmuje. Chce pokonać wynalazców szczepionki "leczącej" ludzi z mutacji.

Ta część podobno jest niezbyt powiązana z resztą uniwersum, ale taki już urok X-menów: jeden wielki chaos w chronologii. Znowu brakło mi tu emocji... Oglądałam jak reklamę, choć było parę scen wartych uwagi (np. wielka demolka w wykonaniu Jean).

X-men: Pierwsza klasa

Cofamy się w czasie do młodości Magneto i Charlesa Xaviera.
Tutaj panowie jeszcze współpracują. Dowiadujemy się, jak zaczęła się historia Magneto i poznajemy przypuszczalne przyczyny jego przejścia "na ciemną stronę mocy".

Poznajemy także młodego Xaviera. Jest wyjątkowo zdolnym profesorem genetyki. Potrafi także czytać w myślach. Bardzo interesują go przypadki pozostałych mutacji i postanawia stworzyć miejsce, w którym młodzi ludzie mogą trenować swoje niezwykłe umiejętności.

Last minute

Polska rodzina wygrywa all inclusive w Egipcie.
Bardzo typowy dla Patryka Vegi zbiór niepowiązanych ze sobą scenek, który miał opowiadać o Polakach na wakacjach. Miał szokować. I szokuje - wyjątkowo kiepskim montażem. Hasztag "leciało w telewizji", więc obejrzałam jednym okiem, ale nie polecam.

Bogowie

Profesor Religa walczy o możliwość wykonywania przeszczepów serca.
W sumie też leciało w telewizji, ale ten film zdecydowanie polecam. Doskonałe lekarstwo i odtrutka po Last minute. Dynamiczna, wzruszająca i świetnie zmontowana biografia. Oglądałam drugi raz, w środku nocy i nie mogłam się oderwać. Nie było mowy o zaśnięciu.


X-men: Przeszłość, która nadejdzie

Krok do przodu i krok do tyłu.
Typowe dla X-menów zamieszanie: najpierw widzimy apokaliptyczną przyszłość, a potem Wolverine cofa się w czasie, by zapobiec kilku wydarzeniom. Trochę męczące dla umysłu to widowisko, ale można obejrzeć, żeby mieć pełen obraz uniwersum. Mimo wszystko, to X-meni, a to samo przez się oznacza, że film jest dobry ;-)

Thor: Ragnarok

Tym razem Loki nie skradł bratu show. 
Więcej o moich wrażeniach przeczytacie w zbiorowej recenzji filmów Marvela.

Last Vegas

Staruszkowie szaleją na wieczorze kawalerskim kolegi.
Podobna do W starym dobrym stylu pogodna komedia o staruszkach z przyzwoitą obsadą. Nieco pouczająca, trochę refleksyjna i bardzo inteligentna. Warto.

A Wy co polecacie na listopad?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket    Photobucket    Photobucket    Photobucket
Dwa weekendy w jednym tygodniu. 30 października - 5 listopada [LINK PARTY]

Dwa weekendy w jednym tygodniu. 30 października - 5 listopada [LINK PARTY]

Wolny dzień w środku tygodnia przestawia wszystko, dlatego należy zrobić wszystko, by go przedłużyć do końca tygodnia. Mnie się prawie udało.

praca z domu

Z drugiej strony, świadomość, że przez dwa dni musisz wstawać, by potem mieć chwilę wolnego, jest całkiem przyjemna. Może to tak powinny wyglądać te 3-dniowe weekendy, o których marzę?




Pewnie dlatego poniedziałek i wtorek minęły mi całkiem szybko. Doszłam do siebie, wróciłam do pracy i zaatakowały mnie targety, dedlajny i ASAP-y. Ot, norma. I stwierdziłam, że poniedziałek nie jest zły, gdy tak naprawdę jest czwartkiem (bo pojutrze wolne).

Środa okazała się dniem, w którym... a, sami zobaczcie.


Jak się jedzie autem z wydechem trzymającym się już tylko na słowo honoru? Wolno. Każde przyspieszenie groziło jego wypadnięciem. A polskie drogi kompletnie się nie nadają do jeżdżenia z urwaną rurą wydechową. Każda nieominięta dziura skutkowała szorowaniem rurą po ziemi. Widzieliście kiedyś Golfa, który pod podwoziem krzesał iskry? No, to pewnie to byłam ja.

To znaczyło, że zamiast spokojnego dnia w domu z pracą najpierw czekało mnie trochę stresu przy zawożeniu samochodu do naprawy. I znowu - powoli (nooo, tak z 50km/h), na awaryjnych jechałam do mechanika, co chwila ktoś mnie wyprzedzał... Brzmi znajomo? A dla mnie strasznie. Idealna atrakcja na Halloween. Na 2 listopada już nieco mniej...

Reszta dnia minęła mi na pracy. O, takiej:


via GIPHY

ASAP-y dopadły mnie nawet w domu, choć potem się okazało, że to wcale nie były ASAP-y, bo sobie postanowiły poczekać jeszcze kilka dni.

Mimo to bardzo mi się podobały te dwa dni pracy zdalnej. Problemem nie zawsze jest praca. Często chodzi o miejsce i sposób jej wykonywania. O ile fajniej jest, kiedy można zacząć niedługo po wstaniu (albo i nie, bo zdarza mi się odpalić lapka już w łóżku), w ciszy, spokoju i z psem u boku. Bez ludzi kręcących mi się nad głową i hałasów...

I wszystko szło jakoś szybciej, sprawniej i lepiej.

A co nowego w internetach?

Właśnie ruszyła bardzo fajna akcja, dzięki której możecie zgarnąć darmowego e-booka. Na przystankach autobusowych, w restauracjach i szkołach znajdziecie kody QR do zdobycia darmowych bestsellerów. Wystarczy jedynie pobrać aplikację i zeskanować kod. Będę się uważnie rozglądać po mieście, bo na liście znalazły się niezłe tytuły.

7 nietypowych eksperymentów. W ramach jednego z nich kobieta przez 3 lata chodziła do pracy w identycznym stroju. Dla mnie nudne, ale z drugiej strony, można oszczędzić sobie nerwowych poszukiwań :-)

Czy wiedzieliście, że obecne strojenie instrumentów na częstotliwość 440 Hz obowiązuje dopiero od 1939 roku? Wcześniej stosowano częstotliwość 432 Hz, która jest uważana za znacznie bardziej przyjazną i naturalną dla człowieka. Możecie porównać różne fragmenty utworów grane w częstotliwości 440 Hz i 432 Hz. Które podobają się Wam bardziej?

Bookworm opowiada o nudnej książce w bardzo ciekawy sposób. Tak ciekawy, że zachęcił mnie, by wrzucić ją na czytnik i sprawdzić, czy faktycznie tak bardzo wciąga.

Ruda podsuwa pomysł na tydzień lepszy niż pozostałe. Nie zawsze musi być tak, że od rana do wieczora pędzimy i staramy się ze wszystkim zdążyć, potem padamy do łóżka o północy, a po kilku godzinach wstajemy, by znowu dać się porwać temu szaleństwu. W tygodniu też da się znaleźć chwilę na przyjemności i czas dla siebie :-)

Na blogu w tym tygodniu:

Tydzień kontrastów


6 psychologicznych sztuczek, które przydadzą Ci się w pracy


Korpodekalog od copywritera


Odświeżamy:

Uniwersum Marvela. Recenzje wszystkich filmów


W tym tygodniu uzupełniłam wpis o recenzję najnowszego Thora.

Mamy pierwszy poniedziałek miesiąca, dlatego zapraszam Was także na kolejne linkowe party na moim blogu.

Zasady linkowego party:


  1. Naciśnij przycisk Add your link.
  2. W polu URL wpisz adres swojego wpisu.
  3. W polu Name wpisz TYTUŁ swojego posta.
  4. W polu E-mail podaj swój adres e-mail (nie będzie widoczny na stronie).
  5. Kliknij Submit link.
  6. Odwiedź co najmniej jeden z pozostałych zalinkowanych wpisów i zostaw pod nim swój komentarz.
  7. Możesz wrzucić więcej niż jeden link, ale w takim przypadku skomentuj też więcej wpisów.








Najciekawsze wpisy zalinkuję Wam w kolejnych przeglądach tygodnia :-)

Miłej zabawy!

A Wam jak minął weekend w środku tygodnia? Co dobrego się działo? :-)

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Korpodekalog od copywritera

Korpodekalog od copywritera

Jaki jest Q4, każdy widzi. Jeszcze się dobrze nie zaczął, a mnie się już ulewa. Tym razem dla tych, którzy zlecają mi zadania, stworzyłam 10 przykazań. Może kiedyś zaczną ich przestrzegać.

korporacja

Jam jest copywriter Twój, który Twój projekt wywiódł z ziemi nieurodzajnej i napisał bez briefu.
  1. Nie będziesz mnie zawalał tuż przed dedlajnem taskami pilnymi.
  2. Nie nadużywaj imienia "ASAP" na daremno.
  3. Pamiętaj, abyś dzień bez fakapów święcił (jak najczęściej).
  4. Czcij copywritera swego i kejsy jego.
  5. Nie podbijaj.
  6. Nie czelendżuj.
  7. Nie kiluj.
  8. Nie wystawiaj feedbacku złego przeciw copy mojemu.
  9. Nie marnuj czasu copywritera swego.
  10. Ani żadnego urlopu, który jego jest.




Zazwyczaj jednak mój dzień pracy wygląda kompletnie na odwrót...

korporacja

A teraz kolej na Was. Jakich przykazań powinni przestrzegać Wasi szefowie, koledzy lub klienci?


Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
6 psychologicznych sztuczek, które przydadzą Ci się w pracy

6 psychologicznych sztuczek, które przydadzą Ci się w pracy

Dzisiaj mam dla Ciebie kilka nowych sztuczek przydatnych w pracy lub w trakcie jej szukania. Dowiesz się, jak się szybko odstresować i zostać dobrze zapamiętanym, a także, co najlepiej uspokoi trudnych klientów. Startujemy!

żarówki

1. Chcesz zostać dobrze zapamiętany?

Jak widzisz, umieszczam ten punkt jako pierwszy. Cała rzecz polega na tym, że ludzie łatwiej pamiętają o tym, co dzieje się na początku lub na końcu. 

To dlatego warto planować ważne spotkania na początek dnia lub na koniec. Kiedy idziesz na rozmowę kwalifikacyjną, postaraj się umówić na taką godzinę, by być pierwszym lub ostatnim kandydatem. Dzięki temu masz większe szanse, że dostaniesz tę pracę.

Ta zasada przyda Ci się również w pracy. Jeśli zależy Ci na tym, by uczestnicy spotkania wszystko zapamiętali, zaplanuj je na początek lub na koniec dnia. Uważaj tylko żeby się zbytnio nie przedłużyło - wtedy też Cię zapamiętają, ale raczej niezbyt pozytywnie.

U mnie zadziałało to także, kiedy zdawałam egzamin na prawo jazdy - zdałam go dopiero wtedy, gdy byłam na końcu kolejki. Przypuszczam, że tu jednak bardziej chodziło o to, że egzaminator był zmęczony, miał serdecznie dość i wyrobił już swój dzienny limit "oblań", który wystarczy WORD-owi na utrzymanie ;-)




2. Chcesz się szybko odstresować?

Siedzisz pod drzwiami, obserwujesz kolejnych wychodzących kandydatów i zaczynasz się denerwować. Stres w tej sytuacji raczej Ci się nie przyda, dlatego wyciągnij gumę do żucia lub przekąskę. Nikt nie je, kiedy znajduje się w niebezpieczeństwie. Jedzenie i żucie kojarzy się Twojemu mózgowi z relaksem i dlatego Cię uspokaja.

Tę zasadę warto także zastosować przed ważnym wystąpieniem, przemówieniem lub spotkaniem w pracy. Postaraj się jednak, aby to była zdrowa przekąska, a nie batonik :-)

3. Chcesz łatwo zdobyć zaufanie rozmówcy?

Naśladuj jego gesty i mimikę. Gdy układasz dłonie w podobny sposób lub przybierasz taki sam wyraz twarzy, druga osoba nieświadomie widzi w Tobie siebie - czyli osobę, którą najprawdopodobniej lubi i której ufa.

Stąd też można wyciągnąć wniosek, dlaczego niektórzy ludzie z góry są dla wszystkich niemili. Oni po prostu nie lubią siebie. Reagują też w ten sposób na innych i na swoje wady, które w nich nieświadomie dostrzegają.

Oczywiście, nie przeginaj z naśladowaniem, by nie było zbyt wyraźne i pretensjonalne. Sztuczka przyda Ci się podczas rozmowy z rekruterem lub podczas pierwszych kontaktów z ludźmi w nowej pracy.

4. Chcesz się odstresować w trakcie rozmowy o pracę?

Wyobraź sobie, że Twój rozmówca/przyszły pracodawca jest Twoim bliskim przyjacielem. Kiedy w trakcie oficjalnej rozmowy wyobrazisz sobie, że siedzicie na piwie i rozmawiacie jak dobrzy znajomi, uspokoisz się. To sprawi, że łatwiej Ci będzie nawiązać z nim kontakt oraz odpowiedzieć na jego pytania.


5. Chcesz łatwo się z kimś zaprzyjaźnić? 

Poproś go o drobną przysługę. Np. pożyczenie na chwilę długopisu, podanie czegoś, co ma w zasięgu ręki... Kiedy ktoś coś dla Ciebie robi, jest przekonany, że to dlatego, że Cię lubi. Dzięki temu w łatwy sposób możesz sprawić, by Cię polubił - niezależnie od tego, czy starasz się zrobić dobre wrażenie na początku znajomości, czy też wzbudzić sympatię w kimś, kto za Tobą nie przepadał.

6. Chcesz, aby ludzie w pracy byli dla Ciebie milsi?

Umieść za sobą na ścianie... lustro. To bardzo ważna wskazówka, jeśli na co dzień spotykasz się z innymi pracownikami lub klientami. Zdziwisz się, jak uprzejmi się staną i o ile bardziej skłonni do pójścia na kompromis. Wszystko przez to, że nikt nie lubi widzieć siebie poirytowanego lub rozzłoszczonego.

Która sztuczka podoba Ci się najbardziej? A może któraś Cię zaskoczyła?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Tydzień kontrastów. 23-29 października

Tydzień kontrastów. 23-29 października

Tydzień kontrastów - tak go najprościej mogę nazwać. Po długim i ciężkim poniedziałku spodziewałam się równie trudnej i męczącej reszty tygodnia, tymczasem... okazała się wyjątkowo spokojna.

relaks przy kawie

W poniedziałek wylądowałam w warszawskim Mordorze, w newsroomie pewnej znanej redakcji ;-) Mój dzień zaczął się o 5:40 rano, a skończył tuż przed 22, kiedy wróciłam. Byłam bardzo zmęczona i zła, bo przeciągnęła się niestety nie część, która mnie najbardziej w tym interesowała, czyli wizyta w redakcji, a ... powrót. Miałam być w domu ok. 17. Zwlekanie z wyjazdem skończyło się tym, że doświadczyliśmy bardzo dobitnie, co oznaczają korki w Mordorze. Nie mogłabym mieszkać w Warszawie. Tak się nie da żyć, kiedy przejechanie kilkunastu kilometrów zajmuje ponad godzinę.




Poniedziałek wymęczył mnie tak bardzo, że aż się rozchorowałam. Wylądowałam u lekarza i dostałam komplet leków, w tym - w celu uspokojenia podrażnionych ostatnią infekcją oskrzeli - antyalergiczny Zyrtec. Lek, którego przepisywanie powinno być karalne. Zalecanie zażywania dwóch tabletek dziennie (podczas gdy w ulotce jak byk stoi, że 1 dziennie) - tym bardziej.

Zrobiłam tak raz, we wtorek. Padłam o 18, potem na trochę się wybudziłam i po 20 zasnęłam znowu. Nie przeszkadzało mi włączone światło, grający telewizor i hałasy u sąsiadów. Z przerwami (których nie pamiętam) spałam do 2 w nocy. Wtedy wyłączyłam światło i dalej spałam - do jakiejś 9 rano. Łącznie ponad 13 godzin snu, co mi się naprawdę nie zdarza.

Wstałam w stanie gorszym niż na najgorszym kacu. Nie byłam w stanie zrobić nic, oprócz śniadania i tępego wpatrywania się w telewizor. Dopiero koło 14 lekarstwo ze mnie zeszło i nabrałam energii. I obiecałam sobie, że nigdy więcej. I że zawsze, ale to zawsze najpierw czytam ulotkę leku, a potem porównuję z zaleceniami lekarza. W przypadku niezgodności stosuję się do ulotki.

Reszta tygodnia minęła całkiem spokojnie. Starałam się dobrze wykorzystać ten czas.

Dokończyłam czytanie długo odkładanej książki i zabrałam się za kolejne.

Obejrzałam najgłośniejszy ostatnio odcinek Kuchennych Rewolucji i mocno się zniesmaczyłam.

Wzięłam także udział w webinarze Pani Swojego Czasu, choć trochę na raty i część oglądałam jeszcze w czwartek i piątek.

Nadgoniłam także nieco pisanie postów, choć nie do końca tak bardzo, jakbym chciała. Chyba jednak dolega mi perfekcjonizm, choć zawsze mi się wydawało, że jestem od tego daleka :-)

Dowiedziałam się, że jest możliwe jednoczesne połączenie studiów dziennych, zaocznych i pracy na etat. W tej chwili to dla mnie niewyobrażalne i ciary mnie przechodzą, gdy czytam coś takiego, ale z drugiej strony - podziw.

Tymczasem ten manager Google'a zawsze wychodzi z biura o 17:30. Można? Można i warto się wzorować. Zaciekawił mnie także jego profil na Instagramie podlinkowany w artykule i zaczęłam obserwować dla ciekawych zdjęć z biur Google na całym świecie.

Dla odmiany, przestałam obserwować pewną aspirującą blogerkę, która od ponad miesiąca spamuje zdjęciami z Sycylii. Po prostu zobaczyłam kolejne jej zdjęcie w tej samej sukience na tym samym tle i wymiękłam.

Bardzo spodobała mi się też ta metamorfoza wnętrza. Wyjątkowo udana - wyobrażacie sobie, że tak prosty element wyposażenia potrafi tak bardzo odmienić pokój?

W tym tygodniu na blogu:

Tydzień, który ledwo zauważyłam


Drugi sezon Watahy. Recenzja odcinek po odcinku


Jak planuję miesiąc w Bullet Journal?


Po raz pierwszy zorganizowałam linkowe party i zamierzam już wkrótce zrobić kolejne. Możecie się go spodziewać zawsze w pierwszy poniedziałek miesiąca. Następne już za tydzień.

Odkurzamy:

Nie będę aniołem, bo mam alergię na pierze


A co u Was ciekawego?

Obserwuj mój blog lifestylowy na:
Photobucket Photobucket Photobucket
Copyright © 2014 Blog lifestylowy - Pomysłowa , Blogger