wtorek, 7 czerwca 2016

Namiot-size?


Zajebiste mamy teraz czasy dla kobiet w rozmiarach "nieco większych". I mimo, że ja też w tej chwili wpisuję się w ten cały plus size, czuję się w obowiązku, żeby się wypowiedzieć na ten temat. Nie będzie to jednak pochwała, jakież to super i fajne, promowanie akceptacji i w ogóle, bo nie do końca tak to widzę. Nawet może być ostro - ale uważam, że skoro sama jestem XL, to mam prawo się w tym temacie wypowiedzieć. Jeśli zrobiłaby to szczupła osoba - na 99% zostałaby oskarżona o to, że nie rozumie, że oczernia, że obraża, że promuje niezdrowe ideały... Ach, to korzystajmy z tego mojego prawa ;-)

Ogólnie, moim zdaniem, cała ta idea plus size jest OK. Ale tylko do pewnego momentu. Trzeba siebie lubić i akceptować - inaczej nie da się żyć ani ze sobą, ani z innymi. Nie podobasz się sobie - nie podobasz się innym. Jak traktujesz siebie samą, tak będą traktować cię inni ludzie - bo emanuje z Ciebie to, co sama myślisz o sobie. Widać, czy lubisz siebie i dbasz o to, jak wyglądasz, czy nie podobasz się sobie i łazisz w byle czym, bez makijażu i z nieułożonymi włosami. Albo wersja druga, że malujesz się i stroisz tak mocno, bo masz problem z zaakceptowaniem siebie bez tej otoczki. Nie ma innej opcji. Akceptacja siebie jest też niezbędna, jeśli chcesz schudnąć. Jestem więc sobie taką dziewczyną plus size, jestem zadowolona z tego, jak wyglądam, dbam o siebie i to wszystko widać. Nie uważam jednak tego plus size za stan permanentny - staram się zrobić coś, żeby zmniejszyć nieco swój rozmiar. Oczywiście, nie używam określenia "plus size" w tym znaczeniu, w jakim jest używane w świecie mody - tam jest to totalnie wypaczone i kobietą większą nazywa się naprawdę bardzo szczupłe babki. Najwyraźniej plus size wtedy to jest już wtedy, jak Ci wszystkie gnaty przez skórę nie przebijają... Tak czy owak, jeśli ten etap posiadania większego rozmiaru jest Twoim etapem przejściowym, który prowadzi Cię do ładniejszej, szczuplejszej figury - taka idea plus size jest moim zdaniem OK.

Niestety, promocja tego idzie w jakieś złe strony. Ze skrajności w skrajność - raz promuje się "wieszaki", na których można by się budowy szkieletu uczyć (i mam tu na myśli niezdrowo odchudzające się modelki, a nie osoby, które z natury mają tak szybką przemianę materii, że są chude i nie potrafią przytyć), potem znowu zaczyna się promować, za przeproszeniem, chodzące zwały tłuszczu. Pewnie się teraz dziwicie, jak ja mogę tak powiedzieć, skoro sama nie jestem szczupła? No mogę. Bo to, że szczupła nie jestem, jest dla mnie powodem, aby się odchudzać i za jakiś czas być szczupłą. Bo właśnie dla mnie ten większy rozmiar to jakiś etap, ale nie ostateczność. I niby miło, że nagle zaczyna się doceniać "większe" kobiety, ale tutaj też można przegiąć. I to właśnie się dzieje.

Jeśli masz nadwagę, to w pierwszej kolejności nie jest to dla Ciebie zdrowe. A kobieta mająca na przykład 90 kg wagi przy wzroście 166 cm ma już nie tyle nadwagę, co otyłość. I to już problem. Ja przez chwilę sama tyle ważyłam, przy takim wzroście, ale na szczęście się ogarnęłam i waga poleciała w dół, i do tego momentu już nie dobiła. Ogólnie uważam, że kobieta nie powinna ważyć więcej niż 100 kg - no chyba, że ma 190 cm wzrostu i jest wyczynowym sportowcem, który ma tak potężną masę mięśniową. Ale 100 kg tłuszczu? Albo i więcej? Nikt nie wmówi mi, że to jest piękne, mieć drugi podbródek, który widać na każdym jednym zdjęciu, nieważne, czy z przodu, czy z profilu. Nikt mi nie wmówi, że fajnie mieć brzuch większy niż cycki. Nikt mi nie wmówi, że wałki tłuszczu są fajne i seksowne. I że coś takiego podoba się facetom - oj nie. Jeśli już, to tylko feedersom, a to chorzy ludzi, którzy z kobiet czynią jeszcze większe kaleki.

Bo właśnie, taka otyłość to już jest kalectwo. Męczysz się po paru krokach, nie możesz oddychać, kręgosłup boli. Doprowadzenie się do takiego stanu nie jest dobre, bo jak będziesz chciała z niego wyjść, będzie Ci o wiele trudniej niż osobie z nadwagą. Nie będziesz w stanie uprawiać sportu na tyle efektywnie, żeby szło Ci to szybko i sprawnie. Będziesz potrzebować o wiele więcej czasu, siły i samozaparcia.

I wiecie, kiedyś, na jakimś blogu chyba, spotkałam się z opinią właśnie takiej laski, która przy podobnym wzroście, też jakieś 166 cm, ważyła 120 kg. Wrzucała na tego bloga swoje zdjęcia w różnych obcisłych i wydekoltowanych bluzeczkach, legginsach (mało estetycznie to wyglądało, naprawdę)... I pisała, że lubi siebie. No, spoko, lubienie siebie jest wskazane. I że podoba się facetom, że oni oglądają się za jej tyłkiem i cyckami... Noo... Jeśli jej tyłek i cycki zajmują praktycznie całą szerokość chodnika, to trudno, żeby się nie gapili - skoro już nawet nie ma miejsca, żeby wzrokiem uciec... I o ile część z lubieniem siebie mi się podobała, to to dalsze wmawianie, że się podoba, ma ogromne powodzenie i tak dalej - to moim zdaniem były tylko pobożne życzenia. I usprawiedliwianie własnego lenistwa. Ważę 120 kg, bo wolę jeść, zamiast się postarać i schudnąć. I nie widzę tego, że przecież ubrania kupuję już na stoisku z namiotami. I tego, że całe to moje "dobrze wyglądać" skupia się na ukryciu fałdek, wrzuceniu czegoś, co będzie na brzuchu luźne i w czym będzie mi się zdawało, że wyglądam na szczuplejszą. No, może i o jakieś 5 kilo, ale przy 120 to raczej nie robi wielkiej różnicy. A i tak tu coś odstaje, tu coś wisi... Ludzie z zewnątrz to widzą. Jeśli ty nie widzisz - najwyraźniej masz zaburzone postrzeganie siebie. Mówi się tak o anorektyczkach - ale wydaje mi się, że niektóre otyłe osoby mają coś takiego w drugą stronę. I nie mam też na myśli tego, żeby odchudzać się dla ludzi - odchudzasz się dla siebie. dla swojego zdrowia i komfortu.

I tak, wiem, że są osoby, które są otyłe przez choroby lub lekarstwa. Największą tragedią jest, jeśli takie się stały jeszcze w dzieciństwie - choć tutaj dopatruję się winy rodziców. Każdy porządny rodzic poszedłby z tym dzieckiem do lekarza i się dowiedział, co zrobić, żeby dziecko nie tyło, mimo choroby, mimo leków. A każdy porządny lekarz przyklasnąłby takiemu pomysłowi - bo przecież wie doskonale, jaki wpływ ma to na zdrowie. Tymczasem w naszym kraju brakuje i jednych i drugich. W przypadku osób, które utyły w dorosłym życiu, również przez choroby i leki - no, hello, nie widzieliście, że przybieracie? Przecież to się nie wydarzy w godzinę, że nagle zamiast 60 kg ważycie 100. Czasem to wynik tego, że leki lub choroba wywołują ogromny apetyt, czasem po prostu puchnięcie i zatrzymywanie wody w organizmie, czasem drastyczne spowolnienie przemiany materii - ale to zawsze jest proces, który można zauważyć. I też biec do lekarza, niech ratuje, zanim będzie za późno. Bo naprawdę łatwiej zrzucić 10 kg, niż 30. Przynajmniej spróbuj zareagować od razu.




I tak to wygląda moim zdaniem. W skrócie: nurt plus size jest dla mnie usprawiedliwianiem lenistwa, niedbałości i olewania własnego zdrowia. Promowanie akceptacji siebie - super. Ale nie można oczekiwać, że nagle wszystkim się będą podobać 100-kilowe panie. Myślę, że wszystko w granicach rozsądku. Jeśli masz nadwagę 5-7 kg - spoko. Jeśli czujesz się ze sobą dobrze, to myślę, że taka nadwyżka jakoś specjalnie nie szkodzi Twojemu zdrowiu. Jeśli jednak nawet wtedy nie jesteś zadowolona ze swojego wyglądu - zamiast marudzić, rozplanuj sobie dietę, jedz regularnie, pij dużo wody i zacznij ćwiczyć. Przy większej nadwadze raczej już ciężko dobrze wyglądać, a i zdrowie takie sobie, więc lepiej jednak się trochę ogarnąć. Przy otyłości - bezwzględnie należy postarać się schudnąć, ale tu już najlepiej we współpracy z lekarzem, lub dietetykiem. I nie jest też tak, że ja mam tylko coś przeciwko promowaniu plus size - nie podoba mi się tak samo, jak promowanie chorobliwej chudości, albo tych dziwnych figur dziewczyn po przysiadach - szczupła laska z dupą jak szafa (jak na takie dupsko znaleźć dżinsy? jak się zmieścić na jednym siedzeniu w MPK?). Każda przesada jest zła. Najlepsza jest normalność.

Czemu ja chcę schudnąć? Bo nie umiem sobie wmawiać, że wyglądam dobrze. Tak naprawdę schudłam już w zeszłym roku, prawie 10 kg. I różnica była spora. Bardzo byłam zadowolona ze swojego wyglądu. Niestety, potem odpuściłam i wszystko wróciło. Teraz na wyjeździe udało mi się wrócić do tej wagi z tego fajnego czasu. To zdecydowanie jeszcze nie jest to, czego chcę, ale jest już o wiele lepiej. Moja twarz nabrała nieco wyraźniejszych rysów, brzuch stał się nieco bardziej płaski, ale jednak BMI ciągle mówi samo za siebie :-) Podobam się sobie, choć o wiele bardziej teraz, kiedy już ważę mniej i ubrania lepiej na mnie leżą. Ale dalej denerwuje mnie, że mam drugi podbródek (choć mniejszy niż wcześniej), że dalej trzeba się odpowiednio ustawić do zdjęcia, żeby wyjść na szczuplejszą niż w rzeczywistości, że dalej noszę rozmiar L albo XL, choć wolałabym M i przy moim wzroście raczej taki rozmiar powinnam. Tak naprawdę ubieram się w to, co mi się podoba, noszę i sukienki, i legginsy - na szczęście nie mam zbyt otłuszczonych nóg, więc nawet w takich ubraniach wyglądam OK. Na szczęście rzadko się zdarza, że czegoś nie mogę kupić, bo nie ma mojego rozmiaru. Na szczęście nie noszę płacht XXXL. Ale nie zmienia to faktu, że o wiele lepiej będę w takich ciuchach wyglądać, gdy będę szczuplejsza. I jestem niesamowicie ciekawa, jaki będzie ogólny efekt, gdy zrzucę jeszcze jakieś 15 kg. Tak naprawdę, nigdy w życiu jeszcze tyle nie ważyłam. Zawsze byłam większa. Ktoś powie, że to pewnie genetyka, bo moja matka też zawsze ważyła za dużo... Hmm, myślę, że to człowiek wynosi z domu. Najprawdopodobniej miałam za słabą przemianę materii, a byłam zawsze za bardzo przekarmiana. Bo przecież dziecko rośnie, to musi jeść... No, ale nie bez końca ;-) Potem nauczona jedzenia kalorycznych rzeczy, białego pieczywa, ziemniaków z tłuszczem, tłustego mięsa, dużych porcji... To stąd się wzięła moja nadwaga - z domu i z wyniesionych stamtąd złych nawyków. I wiecie, jak ciężko się tego oduczyć? Ale da się :-)

I jeszcze jedno. Im wcześniej zabierzesz się za te zmiany, tym lepiej. Im jesteś młodsza, tym lepszy masz metabolizm i tym łatwiej gubisz kilogramy. Masz więcej energii, wolniej się męczysz - dlatego lepiej się odchudzać, jak się ma te 20 lat, a nie 30 :-) To raz. Drugi powód jest o wiele smutniejszy - jeśli nie zrobisz tego prędzej, możesz już nie zdążyć. Taki przykład znam osobiście. Kobieta dobrze po trzydziestce. Od swoich nastoletnich lat walczyła z dodatkowymi kilogramami. W pewnym momencie stała się totalnie otyła. Przeszła operację zmniejszenia żołądka nawet i chyba po tym przez chwilę była chudsza. A potem coś znowu nie wyszło. Poznałam ją, gdy ważyła dobre 300 kg. Przy nieco większym wzroście niż mój. Męczyła się po kilku krokach. Nie była w stanie znaleźć ubrań na siebie. Ledwo była w stanie się wykąpać. Była o dziwo samodzielna - chodziła, nawet buty jakoś dawała radę sobie zawiązać, ale była to niezwykle trudna samodzielność. Jakiś czas temu dostałam informację, że dostała się do znanego programu dietetycznego, gdzie pod kontrolą specjalistów będzie walczyć. Bardzo mocno trzymałam za nią kciuki. Kilka tygodni po rozpoczęciu programu dostałam informację, że nie żyje. Zasłabła i nie odzyskała przytomności. Podobno miała serce stuletniej kobiety - i to serce nie dało rady. To jest najlepsza nauka, jaką można wyciągnąć z jej historii - zrób coś ze sobą jak najszybciej. Nie odkładaj tego na później - bo tego później może już nie być. Bo możesz doprowadzić się do takiego stanu, że Twój organizm nie podoła. Kochasz siebie? To zrób coś dla siebie. Nie pożałujesz.


Obserwuj mnie na:
Photobucket Photobucket Photobucket
UDOSTĘPNIJ TEN POST

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.